sobota, 8 stycznia 2011

Cieszcie się życiem jak Wesoły Ryjek! :)


O tej książce miałam napisać już dawno temu, ale tak wyszło, że piszę dopiero teraz. "Wesoły Ryjek" jest moim łupem jeszcze z krakowskich Targów, toteż mam egzemplarz z autografem :)

Lubicie przygody Pana Kuleczki, Katastrofy i Pypcia? Jeśli tak, to na pewno obdarzycie sympatią Wesołego Ryjka. Co prawda jest to książka dla nieco młodszego odbiorcy niż seria o Panu Kuleczce, ale jest w niej to samo ciepło i ten sam klimat, tak charakterystyczny dla Wojciecha Widłaka.

Wesoły Ryjek to prosiaczek, który dziwi się światu i dzięki temu przeżywa ciągle nowe przygody. Ma kochających rodziców, którzy objaśniają mu świat. Ma ulubionego przyjaciela: Żołwia przytulankę. Wojciech Widłak kreuje świat bez przemocy, bohaterowie są sympatyczni, mają dla siebie czas, a otaczająca rzeczywistość, chociaż czasem nieznana, jest miejscem bezpiecznym i przyjaznym.

Wesołego Ryjka nie sposób nie lubić. Zaraża optymizmem i my, dorośli, możemy tylko pozazdrościć mu umiejętności dostrzegania niezwykłego, w rzeczach zwykłych.

Rzadko czytam książki dla dzieci, ale dla Wojciecha Widłaka robię wyjątek. Przeczytałam "Wesołego Ryjka" dwa razy i wiem, że teraz rozsądnie byłoby oddać książkę jakiemuś dziecku - ale nie mogę, gdyż bardzo lubię takie ciepłe opowieści. Może jeszcze do tego dojrzeję :)

A skąd tytuł?
Wojciech Widłak dokładnie tak napisał mi na stronie tytułowej: "Dla Ani - żeby cieszyła się życiem jak Wesoły Ryjek". Czego i Wam życzę :)

W. Widłak, Wesoły Ryjek, wyd. Media Rodzina, Poznań 2010, s.46.

czwartek, 6 stycznia 2011

Facet to dureń (Śmiech w ciemności - Vladimir Nabokov)


Przez całe studia powtarzano mi, że nie ma to jak chwytliwy tytuł tekstu - czy ten jest wystarczająco chwytliwy? Zobaczymy :)

Ale zacząć chciałam od czegoś innego. Ile razy czytaliście książki o zdradzie? Setki, prawda? Wydaje mi się, że nie ma bardziej banalnego tematu od zdrady i nieszczęśliwej miłości. Kiedy autor decyduje się na podjęcie takiego tematu, to musi on być albo grafomanem, albo geniuszem. Zgadnijcie, do której grupy zaliczam Nabokova?Wyrównaj z obu stron

Główny bohater książki "Śmiech w ciemności" od pierwszych stron niezmiernie mnie irytował, a gdybym miała określić go jednym słowem, to byłby to przymiotnik "ciapowaty". Albinus głupieje już w pierwszym rozdziale, a to "zgłupienie" to nic innego, jak zauroczenie wulgarną i wyrachowaną Margot. Albinus jak ćma leci prosto w ogień, który ostatecznie go spali: porzuca żonę i dziecko, rezygnuje z szacunku, jakim darzą go inni, trwoni pieniądze, by zaspokoić wszystkie zachcianki młodej kochanki. A przy tym jest tak ślepy i głuchy na rzeczywistość, że gdyby nie był przy tym skończonym durniem, to pod koniec powieści może byłoby mi go żal...

Jednak mimo tej irytacji, ogromnie się cieszę, że przeczytałam "Śmiech w ciemności" - nie tylko dlatego, że to po prostu bardzo dobra powieść. Jest to bowiem pierwsza książką Nabokova, którą udało mi się skończyć. Do "Lolity" robiłam chyba z pięć podejść - pierwsze jeszcze w ósmej klasie szkoły podstawowej - i nic. A że "Nabokov wielkim pisarzem jest", to miałam coś w rodzaju kompleksu na tym punkcie.

Bardzo polecam też zapoznanie się z posłowiem autorstwa Leszka Engelkinga. Analizuje on motywy filmowe w twórczości pisarza, ale też wskazuje na rzeczy, których ja w trakcie czytania nie wyłapałam. Ogromnie spodobało mi się to, że na początku powieści Albinus wchodzi do kina, gdzie właśnie kończy się film. Na ekranie widać zamaskowaną postać z pistoletem i cofającą się dziewczynę... Albinus nie przywiązuje wagi do tego obrazu, nie interesuje go, gdyż nie zna początku opowieści. Nie zdaje sobie sprawy, że oto sam zaczyna tworzyć jej prolog... Brawa dla autora, który takich smaczków ukrył w powieści więcej! A tytuł jest tak wieloznaczny, że sama chciałabym kiedyś taki wymyślić :)

Gorąco polecam! A tymczasem zaczynam polowanie na "Adę albo żar" :)

V. Nabokov, Śmiech w ciemności, wyd. MUZA, Warszawa 2010, s. 246.

wtorek, 4 stycznia 2011

Ha! Pierwszy miły dla oka stos w 2011 roku :)


W sumie nie wiem, czy stos jest miły dla oka, gdyż zdjęcie kiepskiej jakości, ale książki cieszą - bez dwóch zdań!

Na "Biblię dziennikarstwa" "czaiłam się" odkąd tylko się ukazała, ale skutecznie blokowała mnie cena (89,90). Ale od czego są promocje w Empiku? Jeśli od tych prawie 90 zł odjęło się 30%, to mogłam to jakoś przełknąć. I mam!

Tego samego dnia zamówiłam sobie także "Warsztat pisarza" (i teraz się wydało, że mam ambicje pisać nie tylko artykuły, lecz także książki) oraz kupiłam najcieńszą, przecenioną o 25% książkę Murakamiego - nie czytałam jeszcze nic tego autora, więc kierowałam się objętością: jak mi się nie spodoba, to przynajmniej 190 stron a nie 500.

I tyle :)

niedziela, 2 stycznia 2011

Opowiadania kryminalno - moralne (Między prawem a sprawiedliwości - Paweł Pollak)


Jakiś czas temu "nawróciłam się" na powieści kryminalne. Wcześniej nie lubiłam tego typu książek i w sumie do tej pory mogę na palcach jednej ręki (czy: u jednej ręki?) policzyć, ile ich przeczytałam. No, wyjątkiem jest Chmielewska, którą połknęłam prawie całą, ale tutaj akurat decydujący był aspekt humorystyczny jej książek, a nie kryminalny. Natomiast ostatnio, za sprawą recenzji czytanych na blogach i pewnej wypowiedzi mojej przyjaciółki Magdaleny, ogromnie ciągnie mnie do lektur, w których są zwłoki, prosektorium, ekipa śledcza, dochodzenie, sala sądowa, wyrok... Książka Pawła Pollaka idealnie wpasowała się w te moje preferencje i przeczytałam ją z prawdziwą przyjemnością.

Przede wszystkim, co zaznaczam od razu, "Między prawem a sprawiedliwością" to nie powieść, a cztery opowiadania. Autor podjął się, moim zdaniem, karkołomnego zadania, gdyż mierzy się z kontrowersyjnymi i sensacyjnymi tematami, znanymi z pierwszych stron gazet takich jak "Fakt".

Akcja opowiadań dzieje się w Nowym Jorku. Ich stałymi bohaterami są policjanci, adwokaci, prokuratorzy, którzy starają się rozwikłać sprawy dotyczące eutanazji, świadomego zarażania wirusem HIV, handlem organami, kazirodczymi związkami... itd.

W każdej sprawie zapada wyrok, jednak ze względu na ich charakter, ten wcale nie wydaje się słuszny i sprawiedliwy. Bo czy można jednoznacznie potępić człowieka, który zepchnął z balkonu jedną osobą, by ocalić życie innym? Z drugiej strony: czy miał prawo dokonać tego arbitralnego wyboru? Albo czy fakt, iż psychopata, który więził, gwałcił i zabijał swoje córki, na koniec rozumie swój błąd i szczerze żałuje, stanowi dla niego jakiekolwiek usprawiedliwienie?

Autor nie odpowiada na te pytania, zostawia z nimi czytelnika, który, jak ja, nie zawsze godzi się z wyrokami, gdyż te balansują właśnie między tytułowym "prawem a sprawiedliwością". Ale też podoba mi się to, że Paweł Pollak pokazuje, co dzieje się z jego bohaterami po wyjściu z sali sądowej - i te zakończenia zawsze były dla mnie zaskoczeniem.

Jeśli miałabym krótko scharakteryzować zawartość tomu, to określiłabym ją jako "opowiadania kryminalno - moralne", które z jednej strony wstrząsają czytelnikiem przedstawionymi sytuacjami, ale z drugiej strony skłaniają do zadumy i weryfikacji swoich dotychczasowych poglądów.

Bardzo polecam!

***
Jak już pewnie zauważyliście, dziś zamiast okładki książki, pojawia się zdjęcie autora, którego miałam przyjemność poznać i od którego otrzymałam egzemplarz - z autografem! Panie Pawle, bardzo dziękuję!

PS A strona autora znajduje się TU.

P. Pollak, Między prawem a sprawiedliwością, wyd. Branta, Bydgoszcz 2010, s. 376.

sobota, 1 stycznia 2011

O tych, których nie widać (Nie ma o czym mówić - Marta Szarejko)


Marta Szarejko jest autorką znaną mi z "Bluszcza" i w "Bluszczu" bardzo lubię jej teksty czytać. Toteż ogromnie się ucieszyłam na wieść o tym, że wydaje książkę, a raczej - biorąc pod uwagę jej rozmiary - książeczkę. I co? I uczucia mam ambiwalentne.

Z jednej strony autorka sięga po tematy i bohaterów, o których rzadko można poczytać w książkach. Jeśli już, to raczej np. w reportażach społecznych, mających uwrażliwiać na określone zjawiska, problemy i sytuacje. Marta Szarejko oddaje głos ludziom z marginesu społeczeństwa, mieszkańcom dworców, bezdomnym, bywalcom barów i szpitali psychiatrycznych. Każdy z nich snuje swoją własną, pokręconą opowieść. Czytając odniosłam wrażenie, że kreuje ich na ludzi bez przeszłości i przyszłości, przedstawia wyrywek ich życia dotyczący jedynie tego, co teraźniejsze. Jednocześnie pokazuje, że wśród tych ludzi zdarzają się wielkie, indywidualności, a każda z przedstawionych historii godna jest opowiedzenia.

I to są niewątpliwie plusy "Nie ma o czym mówić". Jest jednak jeden ogromny minus tej książki, który niestety rzutował na jej odbiór. Styl.
Szarejko stylizuje wypowiedzi swoich bohaterów na mowę potoczną, na strumień świadomości, na bełkot osoby chorej psychicznej, na monolog człowieka, który obsesyjnie powtarza ciągle tą samę historię - co dla mnie okazało się po prostu niestrawne i szczerze mówiąc dokończyłam tą książkę tylko dlatego, że ma ona zaledwie 114 stron i lubię autorkę. Więcej nie dałabym rady.

Dlatego też nie podejmuję się oceniać "Nie ma o czym mówić", gdyż dla mnie jest ona przykładem... przerostu treści nad formą, czyli treść tak, ale nie w takiej formie. Przeczytajcie i oceńcie sami :)

M. Szarejko, Nie ma o czym mówić, AMEA, Budzyń 2010, s. 114.

piątek, 31 grudnia 2010

A rok 2010 jaki był, każdy widzi - czyli podsumowanie :)

Pewnie większość Was w tej chwili szykuje się na BAL, ale są też tacy szczęśliwcy, którzy na żadną szaloną imprezę do rana się nie wybierają i mają teraz czas na czytelnicze podsumowanie roku :)

A zadowolona z siebie jestem ogromnie: przeczytałam dokładnie 132 książki, czyli o jakieś 30 więcej, niż w roku ubiegłym :)

Która z nich podobała mi się najbardziej? Uczciwie przyznaję, że nie wiem.

Z polskiej literatury ogromne wrażenie zrobiła na mnie "Łąka umarłych" Marcina Pilisa, "Koń Alechina" Kaspra Bajona oraz "Czas w dom zaklęty" Katarzyny Enerlich. Jednocześnie bardzo dobrze czytało mi się "Cukiernię pod Amorem", w którą wciągnęłam się i na której ostatni tom oczekuję z niecierpliwością. Nie mogę też zapomnieć o takich książkach jak "Fastryga" czy "Babol", no i oczywiście o "Piaskowej górze", którą czytałam na początku roku i z której to lektury wspomnienia już mi się nieco zatarły. Naprawdę jednak nie potrafię wybrać jednej najlepszej.

Z literaturą zagraniczną nie jest łatwiej. Chyba najbardziej wryło mi się w pamięć "Oczyszczenie" Sofi Oksanen, ale czy to była najlepsza książka w tym roku...? Nie wiem. Cały czas jestem pod wrażeniem "Drugiego spojrzenia", o którym pisałam wczoraj, mam w głowie obrazy z "Księgi rzeczy utraconych", zauroczył mnie język "Ogrodu wiecznej wiosny". Najlepszej jednak wskazać nie umiem.

Nie mam natomiast wątpliwości, która książka rozśmieszyła mnie najbardziej: "Brak wiadomości od Gurba" :) I bardzo się cieszę, że mam na półce "Lekką komedię".

Rozczarowania roku? Na pewno "Dzidzia" Sylwii Chutnik - to nie jest zła książka, ale miałam co do niej ogromne oczekiwania, które zostały zawiedzione. I jeszcze bardzo namęczyłam się nad "Intruzem", ale nie ma sensu się nad tym rozwodzić.

Plany czytelnicze na rok 2011? Czytać więcej starszych książek, nie tylko nowości (niestety, TA moja deklaracja zupełnie nie została zrealizowana). Poza tym obiecałam sobie, że sięgnę po autorów takich jak Nabokov, Dostojewski, Flaubert, Balzak - bo trochę wstyd znać tylko jedną, góra dwie książki tych autorów. No i postanowiłam przyłączyć się do TEGO wyzwania czytelniczego - lepiej późno, niż wcale :)

A w Nowym Roku życzę Wam wiele radości z czytania, odkrycia nowych, wspaniałych lektur i nowych, wspaniałych autorów oraz WSZYSTKIEGO SZCZĘŚLIWEGO! :)


AAAAA! Zapomniałam o "Szwaczce"! Przecież to była cudowna książka!

czwartek, 30 grudnia 2010

Join me in death (Drugie spojrzenie - Jodi Picoult)

Książka "Drugie spojrzenie" solidnie namieszała mi w głowie. Na początku, przez jakieś sto stron, nie mogłam się wgryźć w akcję: za dużo bohaterów, za dużo wątków i w ogóle za dużo wszystkiego. Potem jednak... o Matko! Książka pochłonęła mnie całkowicie.

Nigdy nie ukrywałam, że lubię Jodi Picoult, chociaż wiele osób zarzuca jej schematyczność, tanie chwyty, granie na emocjach czytelników. Mnie jednak taki typ pisarstwa przekonuje i książki tej autorki czyta mi się świetnie - może dlatego, że nie czytam nigdy więcej niż jedną raz na kilka miesięcy.

"Drugie spojrzenie" było dla mnie zupełnym zaskoczeniem, gdyż spodziewałam się znowu tematyki społecznej, rozpraw na sali sądowej, kontrowersyjnych tematów itd. Tymczasem autorka napisała powieść o duchach(!), lecz przede wszystkim o miłości. I jeszcze: opowiedziała w "Drugim spojrzeniu" przepiękną historię, której streszczenia się nie podejmę. Dlaczego? Ano za dużo w niej wątków, za dużo bohaterów i ciężko przedstawić wydarzenia tak, by nie zdradzić tego, co powinno być dla czytelnika zaskoczeniem.

Koniecznie jednak muszę napisać, że ogromnie lubię książki mówiące o uczuciach. Tutaj autorka stawia pytanie, gdzie znajdują się granice miłości. Ogromne wrażenie zrobiła na mnie rozmowa głównych bohaterów, w których jeden pytał, co ten drugi jest w stanie zrobić dla ukochanej osoby. Przeprowadzić się do innego miasta? Przeprowadzić się do innego kraju? Przeprowadzić się na inny kontynent? A co, jeśli ta osoba znajduje się w miejscu, w które nie można dojechać, dolecieć, ani dojść? Jeśli jedyną drogą, aby się do niej dostać jest... śmierć? Nic dziwnego, że w trakcie lektury non stop słuchałam tej piosenki:



Dlaczego napisałam, że książka namieszała mi w głowie? Jest w niej bowiem i wątek kryminalny: szukający śmierci Ross próbuje rozwiązać tajemnicę samobójstwa Lii, które popełniła siedemdziesiąt lat wcześniej. W połowie lektury wydawało mi się, że mam rozwiązanie. A potem co chwila okazywało się, że jest inaczej niż myślałam i moje misterne koncepcje zupełnie nie pokrywały się z zamysłem autorki. Poza tym warto wspomnieć tu o samej Lii: moim zdaniem to najlepsza kobieca postać, jaką do tej pory spotkałam na kartach książek Picoult. Poza tym wielkie brawa należą się tłumaczowi: co chwila natrafiałam na fragmenty, które miałam ochotę czytać ponownie.

O "Drugim spojrzeniu" w wypiekami na twarzy opowiadałam mojej przyjaciółce Ani, która natychmiast została obdarowana egzemplarzem i poleceniem: CZYTAJ! Aniu, potwierdź proszę, że Ci się podoba :)

Polecam - naprawdę warto! Dodam tylko jeszcze, że jutro mam zamiar napisać podsumowanie roku 2010. O tej książce na pewno wspomnę :)

J. Picoult, Drugie spojrzenie, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2010, s. 504.

niedziela, 26 grudnia 2010

Książka, która (chyba) podoba się wszystkim (Książę mgły - C.R.Zafon)


Zanim sięgnęłam po "Księcia mgły" przeczytałam mnóstwo dobrego na temat tej książki na innych blogach - właściwie nie kojarzę złej recenzji. I teraz, po lekturze, wcale mnie nie dziwią entuzjastyczne wypowiedzi. Od razu dodam, że jest to pierwsza Wyrównaj z obu stronksiążka Zafona, jaką czytam, ale wiem już na pewno, że nie ostatnia, tym bardziej, że pożyczony "Cień wiatru" prawie od roku czeka na półce.

Jak pisze autor we wstępie, "Książkę mgły" to książka zaklasyfikowana jako powieść dla młodzieży. Dodaje jednak, że wierzy w to, iż przypadnie ona do gustu wszystkim, bez względu na wiek. Mnie przypadła, mimo iż metrykalnie już od jakiegoś czasu do młodzieży zaliczyć się nie mogę.

Jak zwykle w przypadku książek, o których wiele już napisano, nie widzę sensu, by rozwodzić się nad treścią, chociaż ta jest intrygująca. Nastoletni Max przeprowadza się do nowego domu wraz z całą rodziną i wkrótce zaczynają dziać się dziwne rzeczy: zegary chodzą wspak, posągi cyrkowców znajdujące się w tajemniczy ogrodzie zmieniają swoje położenie, pojawia się niesamowity, czarny kot, a staruszek mieszkający w latarni zdaje się skrywać jakąś mroczną tajemnicę.

Niesamowite jest już pierwsze zdanie powieści: Wiele lat musiało upłynąć, by Max zapomniał wreszcie owe lato, kiedy odkrył, właściwie przypadkiem, istnienie magii. Osobiście bardzo lubię nie tylko książki, ale i filmy z nastoletnim bohaterem, który nagle staje w obliczu czegoś, co zdaje się go przerastać i z czym musi się zmierzyć, a magia przeplata się z grozą - dokładnie tak jak w tym przypadku. Kolejnym plusem jest oniryczny klimat "Księcia mgły, który sprawił, że książkę zaczęłam czytać rano i lektura zajęła mi około trzech godzin: po prostu nie mogłam się oderwać. I ogromnie podobało mi się zakończenie, tylko częściowo szczęśliwe, a takie lubię najbardziej.

Nie wiem, czy wśród blogerek i blogerów uchowała się jeszcze osoba, która do tej pory nie czytała żadnej z książek Zafona. Ja cieszę się, że w końcu zdecydowałam się sięgnąć po powieść tego pisarza i mam nadzieję, że pozostałe jego powieści będą mi się podobało co najmniej tak samo jak "Książę mgły".

C.R. Zafon, Książę mgły, MUZA, Warszawa 2010, s. 198.

Książkowy Mikołaj był i przyniósł mi KSIĄŻKI :)


W tym roku, tydzień przed "oficjalnym" dniem rozdawania prezentów, wzięłam sprawy w swoje ręce i sprezentowałam sobie cztery książki Camilli Lackberg - wystarczyło, że moja przyjaciółka użyła w rozmowie telefonicznej zwrotu "skandynawskie kryminały" i chęć posiadania okazała się silniejsza niż zdrowy rozsądek :) A Liza Marklund stanowi świetne uzupełnienie tego stosiku.

Ponadto mam jeszcze Pamuka, mam "Lekką komedię" Mendozy (hahaha!) i "W oparach absurdu" Tuwima i Słonimskiego (ach, jak ten Mikołaj mnie zna!).

Czy muszę dodawać, że święta uważam za bardzo udane :)?

PS Nie zdawałam sobie sprawy, jaki mam bałagan, dopóki nie zrobiłam zdjęcia...

niedziela, 19 grudnia 2010

Jak to z nagrodami u Bernharda było (Moje nagrody - Thomas Bernhard)


Czy słyszeliście kiedyś o Thomasie Bernhardzie? Ja, jeszcze na studiach, miałam ogromną przyjemność uczęszczania na "ćwiczenia z Berharda", prowadzone przez prawdziwą pasjonatkę jego twórczości - Agatę Berełkowską. Na ćwiczenia owe trzeba było dużooo czytać, dlatego udało mi się wtedy sięgnąć po kilka powieści i dramatów tego autora, ale i tak najbardziej lubiłam te momenty, kiedy pani Agata opowiadała o tym, jakim był człowiekiem. A że był osobą dość mocno specyficzną (że tak oględnie powiem), tym lepiej się tych opowieści słuchało. I właśnie dlatego, mając w pamięci tamte zajęcia, zdecydowałam się na sięgnięcie po kolejną wydaną w Polsce książkę tego autora.

"Moje nagrody" to, jak sama nazwa wskazuje, książka o nagrodach, które pisarzowi przyznano i które on, z mniejszą lub większą przyjemnością, odbierał. Właściwie w każdej biografii Bernharda można przeczytać, że zawsze miał on wiele "ale" do Austrii. W drugą stronę też to działało: bardziej ceniono go za granicą. Dlatego też byłam bardzo ciekawa opinii autora na temat wszystkich tych Austriaków, którzy mu te nagrody przyznawali, a którymi on zdawał się po cichu gardzić.

Bernhard opisuje nie tylko same ceremonie, ale też np. motywy, dla których decydował się daną nagrodę przyjąć - najczęściej chodziło o czeki, które wręczano przy tej okazji. Przedstawia, co z tymi pieniądzmi robił, ale też dzieli się historiami, które jego zdaniem, łączą się z danym odznaczeniem.

Dla mnie jednak książka ta była ciekawa głównie dlatego, iż najczęściej jest tak, że widzimy, jak ktoś wchodzi na scenę, dziękuje, mówi kilka słów, kłania się i ze sceny schodzi. Natomiast tutaj mamy możliwość zobaczenia tego co było przed i co było po. Bernhard daje się także poznać jako człowiek z poczuciem humoru, który bezlitośnie obśmiewa innych (więcej: często uważa za głupców ludzi, z którymi się spotyka), ale i do siebie ma dystans. Poza tym nie sądziłam, że ten śmiertelnie poważny człowiek piszący trudne i specyficzne książki, może napisać coś, co czyta się lekko i bardzo przyjemnie o godzinie szóstej w zatłoczonym autobusie.

Mnie osobiście książka przypadła do gustu, gdyż zburzyła moje dotychczasowe wyobrażenia o autorze "Mrozu". A nie ukrywam, że lubię jak jakąś pozycja dodaje coś zupełnie nowego do tego, co już wiem.

Polecam - a jakże! :)

T. Berhard, Moje nagrody, Czytelnik, Warszawa 2010, s. 113.

***

PS Mam ogromną ochotę pokazać książki, które czekają na zapakowanie i wręczenie w czasie świąt... i okropnie denerwuje mnie to, że zrobić tego nie mogę, gdyż popsułabym niespodziankę kilku osobom :)

sobota, 18 grudnia 2010

Jak być szczęśliwym? (Buty szczęścia - Ewa Woydyłło)


Czy ktoś będzie tak miły i przypomni gapie, w której babskiej gazecie można poczytać teksty Ewy Woydyłło? Bo gapa myśli... i nie pamięta. Wie tylko, że bardzo lubi te teksty czytać, dlatego też kwestią czasu było sięgnięcie po książki tej znanej psycholożki.

"Buty szczęścia" to zbiór krótkich, hmmm, felietonów, pogrupowanych w trzy bloki tematyczne: "Co możemy zrobić dla siebie", "Co możemy zrobić dla swojego związku" i "Co możemy zrobić dla innych". A co możemy zrobić? Otóż dużo, robiąc tak naprawdę niewiele.

Autorka twierdzi, że każdy z nas zasługuje na to, by być szczęśliwym i przekonuje, że główna przeszkodą do tego jesteśmy... my sami. No dobrze: wprost tego nie pisze, ale taki jest mój wniosek po lekturze.

Mówię od razu: autorka Ameryki nie odkrywa. Bo przecież wydaje się oczywiste, że jeśli codziennie kwadrans dłużej spędzimy na słońcu, to nie tylko poprawi nam się poziom witaminy D, ale i nastrój będzie lepszy. Albo że jeśli pozwolimy sobie na "odrobinę luksusu" i raz na jakiś czas sprezentujemy sobie coś ładnego, to i nasze życie stanie się piękniejsze. I jeśli będziemy przyjaźnie nastawieni do świata, to świat odwdzięczy nam się tym samym.

Drobiazgi? Ale przecież z nich składa się życie, a książkę czyta się bardzo dobrze, tym bardziej, że Ewa Woydyłło wplata w teksty anegdotki, przykłady z literatury i życia. A poza tym jestem bardzo spragniona w ostatnim czasie pogodnych lektur, bo słońca za oknem jak na lekarstwo, dlatego gorąco polecam wszystkim smutasom mającym po dziurki w nosy szaro - burej pogody :)

E. Woydyłło, Buty szczęścia, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010, s. 233.

czwartek, 16 grudnia 2010

OKO - wcale nie na Maroko :P

Czytelnicy moi,

dziś będzie nie o książkach, a o konkursie (KLIK), którego jedną ze współorganizatorek jestem JA :)

No dobra, o książkach też będzie, bo w konkursie do wygrania są książki, jednak główna nagroda jest inna: staż w nowo powstającym portalu edusieć.pl, na który wkrótce Was zaproszę.

A póki co... nadsyłajcie teksty! W końcu nie zawsze zdarza się możliwość wygrania współpracy ze mną :D:D:D

niedziela, 12 grudnia 2010

Książka, która namąciła mi w głowie (Koniec wszystkie - Magan Abbott)


Prawie połowa miesiąca, a u mnie dopiero dwa posty... niby dziwne, ale biorąc pod uwagę fakt, że ostatnio zupełnie nie mam czasu na czytanie, to i tak jest dobrze :)

Czym się ostatnio kieruję przy wyborze lektury? Gabarytami książki, która ma być lekka i mieścić się do torebki. "Koniec wszystkiego" skończyłam czytać już jakiś tydzień temu i nadal nie wiem, czy ta książka mi się podobała czy nie. Być może odebrałabym ją lepiej, gdybym miała trzynaście lat i potrafiła wczuć się w pokręcone emocje głównej bohaterki. Z drugiej jednak strony nie wiem, czy bym tę książkę zrozumiała...

Kiedy zabierałam się za czytanie myślałam, że będzie to klasyczny kryminał - ale nie. Owszem, na początku "porwana" zostaje trzynastolatka, śledztwo zostaje wszczęte... ale kryminał to nie jest. Raczej thriller psychologiczny. Albo powieść obyczajowa. Lub też powieść o dojrzewaniu... nie wiem, ale bez wątpienia świadczy to o talencie autorki, która namąciła mi tą książką w głowie i jednocześnie narobiła ochoty, aby kolejny raz obejrzeć sobie lub przeczytać "Przekleństwa niewinności".

Skąd to skojarzenie? Ano przez bardzo podobny język obu tych książek i w obu przypadkach chwilami trudno stwierdzić, co jest prawdą, a co tylko wyobrażeniem nastoletnich, rozerotyzowanych umysłów.

Lizzie, której przyjaciółka Evie nagle znika (bo słowo "porwana" zdecydowanie nie jest tu na miejscu) angażuje się w śledztwo, coraz więcej sobie przypomina, ale też jednocześnie coraz bardziej kręci i coraz bardziej plącze się w swoich uczuciach. Evie w którymś momencie przestałam postrzegać jako ofiarę szaleńca lecz... nastoletnią lolitkę? A to, co łączyło jej siostrę z ojcem nie do końca potrafię sobie wyobrazić.

Dziwna książka, która uświadomiła mi, że chociaż sama siebie postrzegam jako osobę młodziutką :), to jednak na pewno nie mam już mentalności nastolatki :)

I sama nie wiem czy to powód do radości, czy może przeciwnie.

PS Mam nadzieję, że kolejne recenzje będą pojawiać się częściej :)

niedziela, 5 grudnia 2010

O weekendzie, którego nie było.

Co się stało z weekendem?

Gdzie on się podział?

Ot, ciekawostka :)

sobota, 4 grudnia 2010

Ukryte w Słowach, czyli seans przy herbatce (Fruwajaca dusza - Yoko Tawada)

Ukryte w Słowach - to jedno z nowych miejsc, jakie odkryłam w internecie. Co to za miejsce? Herbaciarnia, galeria i księgarnia w jednym, czyli zawiera w sobie wszystko to, co lubię. Oczywiście najwięcej czasu spędziłam w internetowej księgarni, gdzie można znaleźć literaturę dla kobiet - ja odkryłam tu kilka nowych tytułów.

I kolejny raz okazało się, że warto prowadzić bloga o książkach, gdyż udało mi się nawiązać kontakt z właścicielką tej strony i księgarni - panią Kasią, w wyniku czego co jakiś czas będę mogła prezentować Wam, drogie Czytelniczki, książki pochodzące właśnie z księgarni Ukryte w Słowach.

Zapraszam zatem na pierwszy książkowo - herbaciany seans.

"Fruwająca dusza" Yoko Tawady to dla mnie książka... dziwna. A dziwność ta wynika z tego, iż jest to lektura niezwykle niejednoznaczna i oniryczna, przesycona erotyzmem, a przez to niepokojąca.

Risui, młodziutka dziewczyna, wstępuję do Szkoły Kikyo po tym, jak jej kochanek znajduje na udach dziewczyny tajemniczy znak ułożony z pieprzyków. W Szkole Risui zaczyna studiować Księgę i wstępuję na Drogę Tygrysa. Szkoła znajduje się w lesie, wśród bagien i mokradeł. Uczęszcza do niej kilkaset kobiet, a przewodzi im mistrzyni Kikyo. Tawada świetnie odmalowuje życie codzienne w niewielkiej, zamkniętej społeczności. I chociaż jej członkinie wstępują na drogę mądrości, oddają się studiowaniu i medytacji, nie brak wśród nich kłótni, zawiści, rywalizacji. Postacią niejednoznaczną jest też sama Kikyo, o której niewiele wiadomo.

Im dalej posuwała się akcja, tym więcej pytań sobie zadawałam. Czego tak naprawdę uczyły się dziewczęta? Jaki cel miała Kikyo, gromadząc je w jednym miejscu? Co jest w tej powieści prawdą, a co snem? Co jest zdarzeniem, a co tylko interpretacją głównej bohaterki? Autorka zdaje się mnożyć te pytania, nie udzielając odpowiedzi. Książka jest też gęsta od symboli i metafor, których ja, przyznaję uczciwie, nie potrafię odczytać, ale zupełnie nie przeszkadzało mi to w lekturze tej powieści.

Bo "Fruwającą duszę" czyta się fantastycznie, chociaż ta "fantastyczność" bynajmniej nie wynika z szalonej fabuły i nagłych zwrotów akcji. Napisana jest przepięknym językiem, chwilami miałam wrażenie, że czytam nie powieść, a poezję (pokreśliłam swój egzemplarz, gdyż co chwila natrafiałam na zdanie godne zapamiętania). I przede wszystkim pozwala nieco inaczej spojrzeć na Japonię. Risui nie decyduje się zostać żoną i matką, nie ulega wielopokoleniowej tradycji. Uczy się, chociaż wiedza, którą zdobywa, nie przyda się jej poza murami szkoły. Na okładce można znaleźć zdanie "Japonia ze snu". A ja dodam, że dla mnie cała fabuła książki zdaje się być zapisem marzenia sennego.

Gorąco polecam!

Y. Tawada, Fruwająca Dusza, wyd. Karakter, Kraków 2009, s. 179.