Pokazywanie postów oznaczonych etykietą on pisze - polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą on pisze - polska. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 października 2018

Polszczyzna, która zachwyca (Recenzja książka Poste Restante - Wojsław Brydak)

Czy pora roku ma wpływ na to, co czytam? Zawsze uważałam, że nie. Nie dzielę literatury na "idealną na lato" czy "najlepszą na jesienną chandrę". Zawsze śmieszyły mnie teksty w stylu "książka z samego serca mroźnej Skandynawii, ochłodzi lipcowy upał", czy "za oknem śnieg, więc ta powieść przeniesie cię do słonecznej Italii". Ostatnio jednak zauważam, że... Chce mi się książek pięknie napisanych. Nie takich z zawrotną akcją, gdzie dużo się dzieje, tylko takich, gdzie to język jest na pierwszym planie, gdzie forma i treść współgrają ze sobą. 

Jeśli więc patrzeć takimi kategoriami, Poste Restante jest przepięknie napisaną  książką idealną na jesień.



niedziela, 23 września 2018

Nowe przygody eks - gliniarza (Recenzja książki "Kręgi" Zbigniewa Zborowskiego)

Kiedy nieco ponad rok temu czytałam Skazę, pierwszy tom o komisarzu Bartoszu Koneckim, miałam mieszane uczucia. Z jednej strony: fajny pomysł, dobrze poprowadzona fabuła, z drugiej: nieco irytujący bohater, zmęczony życiem glina po przejściach. Po Kręgi sięgnęłam, Sprawdźcie!



czwartek, 27 lipca 2017

Czyżby polski Harry Hole? (Recenzja książki Skaza Zbigniewa Zborowskiego)

Rzadko zdarza się tak, że zupełnie nie mam pomysłu na to, jak zacząć recenzję. Skaza bowiem obfituje w wątki, bohaterów, miejsca, detale. Jednym słowem: dużo się w tym kryminale dzieje, na prawie czterystu stronach autor dużo zmieścił. Szczerze? Na początku trudno mi się było w tym wszystkim odnaleźć, wytrwale jednak czytałam dalej wierząc, że każdy element tej kryminalnej układanki ładnie wskoczy na swoje miejsce na ostatnich stronach powieści. Czy tak się stało?



środa, 16 kwietnia 2014

Odważysz się przeczytać? (Mroczne siedlisko - Piotr Kulpa)

Książka Piotra Kulpy ma wszystkie cechy, jakie bardzo dobra książka posiadać powinna. Zacznę jednak od króciutkiej historyjki. Mroczne siedlisko zaczęłam czytać któregoś dnia późnym wieczorem. Przez pierwsze 40 stron przemknęłam niczym błyskawica... po czym stanowczo stwierdziłam: wystarczy! Powieść grozy - można przeczytać na okładce i nie są to puste słowa. W którymś momencie zjeżyły mi się wszystkie włoski na rękach i stwierdziłam, że nie. Nie czytam dalej, bo koszmarne sny mam gwarantowane. 


niedziela, 15 kwietnia 2012

Para jak z żurnala! (Mysza i Niedźwiedź mają dziecko - Tomek Matkowski)

Książki Tomka Matkowskiego o Myszy i Niedźwiedziu po raz pierwszy pokazała mi na studiach moja przyjaciółka Magda - i obie się w nich zakochałyśmy. Pamiętam, jak Magda stawała w drzwiach do mojego pokoju i czytała mi na na głos co lepsze fragmenty, a potem radośnie zanosiłyśmy się śmiechem. Dlatego też z wielką przyjemnością teraz przypomniałam sobie o tej sympatycznej parze :)

Mysza i Niedźwiedź są przykładnym małżeństwem. Żyją w bajkowym czasie, który płynie równolegle do naszego i w którym związek gryzonia z misiem nie stanowi nic dziwnego. Mysza jest "typową kobietą" - o ile takie zdanie w ogóle ma sens. Lubi porządek, lubi zakupy i dużo czasu spędza gotując dla swojego partnera. Niedźwiedź zaś, typowy samiec, nie lubi sprzątać, za to lubi leżeć i patrzeć z sufit, od czasu do czasu odzywa się w nim dusza artysty i wtedy musi się "wyżyć" nad kartką papieru. W ich prawie idealnym związku brakuje jednego: dziecka. Ale i to się szybko znajduje: rodzina powiększa się o małą koteczkę, która natychmiast staje się oczkiem w głowie tatusia, a Mysza dzielnie bierze na siebie rolę głównej żywicielki rodziny. I zaczyna się: bieganie po domu, chowanie się za szafą, chaotyczne pisanie łapami po klawiaturze, ochy i achy, bo maleństwo tak pięknie rośnie - każdy, kto ma kota, wie, o czym mowa :)

Być może opis tej niewielkiej książeczki nie brzmi zbyt atrakcyjnie, ale wierzcie mi, że można zrywać boki ze śmiechu. Szczególnie uwielbiam cięte riposty Myszy i nieco spóźniony refleks Niedźwiedzia,, który często w ogóle nie zdaje sobie sprawy, że żona go obraża. I jakkolwiek dziwnie to brzmi, książka ta dużo mówi o współczesnych stosunkach damsko - męskich, gdzie kobiety nie tylko są szyją, ale i głową domu, zaś panowie... przemilczmy. Aczkolwiek, co cóż, Niedźwiedź w tym wszystkim jest po prostu uroczy.

"Mysza i Niedźwiedź mają dziecko" nie jest pierwszą książeczkę o tej parze, wcześniej ukazała się "Mysza, bajka nie dla dzieci" oraz "Mysza na wakacjach". Wszystkie czytałam, wszystkie polecam :) 

A przy okazji polecam zajrzeć do środka i szybko książkę przekartkować. :)

Za książkę dziękuję wydawnictwu Nowy Świat.

T. Matkowski, Mysza i Niedźwiedź mają dziecko, Nowy Świat, s. CXXI, 2006.

piątek, 2 marca 2012

Czytanie tematyczne: Wszystko w naszych rękach! (Talent nie istnieje - Artur Król)

Dawno, dawno temu co jakiś czas organizowałam sobie coś, co nazwałam "czytaniem tematycznym" i postanowiłam do tej praktyki powrócić. Było czytanie tematyczne z psem, kotem, miastami i książką w tle, zaś do niedzieli będę pisać o moich ukochanych ostatnio poradnikach. To, co je łączy, to wiara autorów w to, że sami jesteśmy kowalami swojego losu i że chcieć, znaczy tyle co móc. Wielokrotnie pisałam, że mnie takie książki bardzo motywują, napędzają, dają kopa i czytam je z prawdziwą przyjemnością. Najtrudniejsza część zaczyna się oczywiście już po lekturze, kiedy wypada z przyswojoną wiedzą coś zrobić. Wtedy to siadam z kartką papieru i notuję: co bym chciała zmienić, co poprawić, czego jeszcze się nauczyć. Mam takich kartek mnóstwo i, co mnie bardzo cieszy, droga od planów do ich realizacji stopniowo staje się coraz krótsza :)

Książka Artura Króla przynosi dwie wiadomości: dobrą i złą.
Dobra jest taka, że talent nie istnieje. Nie ma czegoś takiego jak "iskra boża" czy "wrodzone predyspozycje". Oczywiście, jeśli ktoś ma dwa metry wzrostu ma szansę świetnie grać w koszykówkę, ale... sam wzrost nic mu nie da. Potrzebne są setki, a nawet tysiące godzin spędzone na boisku z piłką, by tym koszykarzem naprawdę zostać. I to jest właśnie ta zła wiadomość: aby zostać ekspertem w jakiejś dziedzinie, nie ma co liczyć na skróty, objawienia czy talent właśnie. 

Praca, praca i jeszcze raz praca, moi drodzy. Innej drogi nie ma. Mało tego. Aby osiągnąć w czymś mistrzostwo, nie wystarczy po protu ćwiczyć. Trzeba ćwiczyć celowo i autor szczegółowo objaśnia, na czym to polega. I to jest w sumie kolejna zła wiadomość: celowe ćwiczenia nie są łatwe, wymagają czasu, skupienia, maksymalnej koncentracji. A cel, do którego dążymy, migocze gdzieś daleko na horyzoncie...

"Talent nie istnieje" trafił do mnie jak chyba żadna inna książka dotychczas. Autor nie obiecuje cudów, nie podaje cudownych metod, ale też mówi dobitnie: weź się do roboty, a będziesz najlepszy. Masz nieograniczone możliwości i ogromny potencjał - ale musisz ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć. Nie ma przypadków, nikomu nie udało się osiągnąć mistrzostwa w jakiejś dziedzinie fuksem. Pokazuje to na przykładzie badań przeprowadzonych wśród muzyków, tych najlepszych, bardzo dobrych i po prostu dobrych. Ci, którzy osiągnęli najwięcej, ćwiczyli celowo: w samotności, po kilka godzin dziennie (ten rodzaj ćwiczeń został uznany za najtrudniejszy, ale też za przynoszący najlepsze efekty). I każdy, kto tak robił, był najlepszy, nie dobry, tylko właśnie najlepszy. Oznacza to, że aby osiągnąć sukces, talent jest niepotrzebny. 

A poza tym... talentu nie ma - kurcze, i to jest naprawdę świetna wiadomość! :) Teraz muszę tylko dokładnie przemyśleć, w czym chciałabym być świetna, rozpisać plan, zakasać rękawy... i działać! :)

Za egzemplarz dziękuję księgarni Sensus.pl

Artur Król, Talent nie istnieje, Sensus.pl, 2012, s. 117.

niedziela, 26 lutego 2012

Kryminał... z lekką nutą dekadencji (Marionetki - Paweł Jaszczuk)

Kryminały retro - to lubię! Z twórczością Pawła Jaszczuka miałam już przyjemność się spotkać. "Plan Sary"  wspominam bardzo miło, a i lektura "Marionetek" przypadła mi do gustu - tym bardziej, że obie te książki łączy postać głównego bohatera, Jakuba Sterna. 

Jakub Stern jest redaktorem, ale odniosłam wrażenie, że pisanie tekstów nie jest tym, co lubi najbardziej, gdyż widać, że jest urodzonym podróżnikiem i samozwańczym detektywem. Chociaż akurat szans, aby sprawdzić się w tej drugiej roli mu nie brakuje. Prowadzi on bowiem dział kryminalny w gazecie codziennej. Jakub od stukania w maszynę woli rozwiązywać skomplikowane zagadki, niejako wchodzić w umysł mordercy, podążać jego szlakiem. Dlatego też nie wystarczają mu błahe tematy, jak np. zbrodnie popełnione przez zazdrosnych kochanków czy jakieś nieważne pobicia. Jakub pragnie wielkich tematów i od czasu do czasu je dostaje.

Cała akcja "Marionetek" zaczyna się, a jakże, od trupa. Niepozorny pracownik banku, a po godzinach literat, zostaje znaleziony przez uczennice gimnazjum... bez głowy... oparty o murek. Po tej zbrodni dochodzi do kolejnej, a potem jeszcze jednej. Wszystkich nieszczęśników łączy to, że byli związani z trupą teatralną, zaś kluczem do rozwikłania zagadki ich śmierci są właśnie tytułowe marionetki. Okazuje się, że mogą być one kimś więcej niż tylko lalkami, mogą budzić nie tylko zachwyt swoim perfekcyjnym wyglądem, lecz i strach. 

To, co zwraca uwagę w tej powieści, to nie tylko starannie przemyślany wątek kryminalny, lecz postać wspomnianego już Jakuba Sterna. Autor chyba więcej uwagi niż ostatnio poświęcił na to, aby oddać stan ducha, w jakim bohater znajduje. A trzeba przyznać, że nie ma łatwo. Z jednej strony Jakub jest idealistą, chce wyjaśnić zło, które już się stało. Z drugiej zaś wymaga się od niego, aby pisał "krwawe newsy", wszak gazeta musi się sprzedać. Sytuacji nie ułatwia mu jego szef, którego szczerze nie znosi, ani Wilga de Brie, koleżanka z redakcji, która w swoim śledztwie zawsze zdaje się być o krok przed Sternem. Wiele do życzenia pozostawiają też relacje rodzinne bohatera, co w sumie nie powinno go dziwić, gdyż dreszczyku emocji dostarcza mu ściganie morderców, a nie rodzinne obiady. Dla mnie Jakub jest więc tu trochę bohaterem romantycznym, nierozumianym przez świat i wewnętrznie rozdartym, lecz także i dekadentem, który widział tyle ohydy i występku, iż śmiało może powiedzieć, że "nie wierzy w nic".

"Marionetki" zdecydowanie warto przeczytać, gdyż mamy tu dużo więcej niż tylko zwykłe śledztwo. No i klimat przedwojennego Lwowa, wiele ciekawostek o jego życiu kulturalnym, szczegółowo oddana topografia miasta - te czynniki sprawiają, że czekam na kolejne spotkanie z Jakubem Sternem.

P. Jaszczuk, Marionetki, Prószyński i S-ka, 2012, s. 339.


piątek, 17 lutego 2012

Nie będzie nic dobrego, jeśli tego nie zrobisz (Życiologia - Miłosz Brzeziński)

Jak tak dalej pójdzie, to będę mogła zrobić specjalizację z literatury poradnikowej: pochłaniam ją ostatnio w ilościach naprawdę hurtowych i, co więcej, ciągle mi mało. 

Po co? - mógłbyś ktoś zapytać. Odpowiedź mam jedną, zresztą nie moją własną, lecz gdzieś zasłyszaną: o życiu, problemach, motywacji i jej braku, o dołkach i wzlotach, o szczęściu i nieszczęściu - napisano już wszystko. Książki są pełne rozwiązań, mądrych myśli i inspiracji, z których właściwie każda może okazać się przełomową w naszym życiu i popchnąć je na nowe, nieznane tory. Trzeba tylko szukać, szukać, szukać. I, najważniejsze, wprowadzać w życie, jednocześnie szukając dalej. Dla mnie jest to święta zasada. Zresztą, kiedy tak sobie o tym myślę, to przecież nie tylko poradniki i książki psychologiczne czytam w tym celu. Lubię, kiedy powieści mnie inspirują, kiedy namieszają mi w głowie, zburzą stare przekonania, sprawią, że zaczynam kwestionować coś, w co wcześniej wierzyłam...

Książka Miłosza Brzezińskiego w burzeniu starych przekonań jest niezastąpiona. 
Nie chce ci się, nie rób.
Chce ci spać? Rzuć lepienie w glinie - śpij.
Obijasz się w pracy? Rób to mądrze, nie jesteś robotem, nie dasz rady pracować ośmiu godzin non stop.
Jesteś pracoholikiem? A guzik! Jesteś życiowym leniem.
Chcesz ćwiczyć? Godzina to za dużo? Ćwicz minutę - od czegoś trzeba zacząć.

Tylko pamiętaj, że to Twoje życie, a na jego końcu raczej nie żałuje się tego, co się zrobiło, lecz tego, co nie zostało zrobione.

Cóż za życiowy człowiek, z tego pana Miłosza :)

"Życiologia" mówi o Trzech Ogrodach naszego życia: pracy, domu i czasie wolnym. Człowiek zostaje porównany do ogrodnika, który do pracy w tych Trzech Ogrodach ma tylko jeden komplet narzędzi. Jeśli więc całą uwagę skupi na jednym, dwa pozostałe porosną bujnym chwastem. Możemy jednak manewrować tak, żeby każdy Ogród wyglądał przyzwoicie. Tak, żebyśmy nie musieli się go wstydzić: przed innymi, lecz przede wszystkim przed sobą. 

Jak to jednak zrobić, skoro czasu jest tak mało, a każdy coś od nas chce? W pracy szef, w domu żona i dziecko, a i my sami przecież od siebie wymagamy. Mało tego: wymaga od nas społeczeństwo. Żeby się rozwijać, udzielać, mieć pasje. A co, jeśli nie mam żadnej pasji? A co, jeśli jej szukałem, a nie znalazłem? A co, jeśli po prostu nie chce mi się zetrzeć kurzy? 

Autor szuka złotego środka, nie moralizuje, nie nakazuje, ba!, zdaje się te ludzkie słabości rozumieć. A jednocześnie ostatnie zdanie jego książki brzmi: Nie będzie nic dobrego, jeśli tego nie zrobisz. Prawda! I o tym własnie jest ta książka. O działaniach skutecznych, które przyniosą nam zadowolenia oraz o... upraszczaniu tego, co uprościć się da.O szukaniu okazji, by zmienić kąt patrzenia. O tym, żeby nie dać się zwariować i... czasami po prostu dać sobie spokój. A także o tym, że wielkie zmiany zaczynają się od malutkich kroczków, które należy powtarzać Najlepiej codziennie. 

Książka Miłosza Brzezińskiego utrzymana jest w stylu gawędziarskim. Autor wplata w nią dialogi "z życia wzięte", chwilami zdaje się lekko kpić z czytelnika, by za chwilę uderzyć w poważniejsze tony. Jednocześnie jeszcze nigdy, przy żadnej tego typu książce, nie uśmiałam się tak szczerze. I ta różnorodność jest ogromnym plusem: "Życiologia" jest po prostu świetnie napisana! 

A poza tym... ważne jest, żeby to, co najważniejsze, pozostało najważniejsze. I chyba to zdanie jest najlepszym podsumowanie lektury.

Polecam!

M. Brzeziński, Życiologia, czyli o mądrym zarządzaniu czasem, Zwierciadło, 2011, s. 172.

czwartek, 29 grudnia 2011

O tym, jak zostać zakutym łbem (Kodeks wygranych - Krzysztof Król)

Książkę Krzysztofa Króla skończyłam czytać w dobrym momencie, ale też z premedytacją przetrzymałam ją na półce  ponad miesiąc. No bo cóż, nie ukrywajmy "X. Kodeks wygranych", działa jak potężny kopniak w cztery litery, co przed Nowym Rokiem, który niesie ze sobą nowe szansy, nowe plany i nowe wyzwania, jest bardzo wskazane. Początkowo nie planowałam spisywać postanowień noworocznych na 2012 rok, ale książka ta uświadomiła mi bardzo prostą rzecz: jak mam dojść dokądkolwiek, skoro nie wiem, gdzie chcę iść i nie znam ścieżki, która zaprowadzi mnie do celu?

Dlatego też spędziłam dzisiaj kilka godzin (tak! Naprawdę tyle mi to zajęło!) na spisaniu tego, jak wyobrażam swoje życie za pięć lat, jakie są moje największe marzenia, jak i kiedy chciałabym je zrealizować. Szczegółowo zaplanowałam sobie styczeń, ale tak realnie i konkretnie, określiłam, na czym zależy mi w pierwszej kolejności i kiedy dokładnie chciałabym cieszyć się rezultatami.

Tymczasem wracając do samej książki. Jeśli interesujecie się literaturą z zakresu samorozwoju i motywacji, to z pewnością część wiedzy, jaką przekazuje Krzysztof Król, będzie Wam znana - autor zresztą nie ukrywa, że sam dużo czyta i ma swoje autorytety, na które w książce się powołuje. Nie ukrywa też, że nie ma ideałów. Że model życia, kiedy wstajemy o 5 rano, a kładziemy spać o 23, a 18 godzin wypełniamy ciężką pracą, jest nierealny. Sama doskonale wiem, że niemożliwe jest np. zdrowe odżywienie przez 100% czasu, chociaż bardzo się staram. Mogę jeść zupę z soczewicy, mogę nie jeść po 19, mogę przez miesiąc obejść się bez słodyczy - ale po tym czasie po prostu muszę zjeść pizzę, zagryźć czipsami i popić piwem - wszak człowiekiem jestem i nic, co ludzkie... Autor przestrzega przed "ciemną stroną mocy" tego, o czym pisze, czyli przed pułapką idealizmu. I tym mi szczerze zaimponował, bo akurat ze stwierdzeniem "czasem sobie odpuść" nie spotkałam się w żadnym poradniku, które do tej pory zdarzyło mi się przeczytać.

O czym jest "Kodeks zwycięzców"? Tak naprawdę o sprawach bardzo prostych.
O tym, żeby się nie poddawać, bo na sukces czasem czeka się latami.
O tym, że każdy dzień to nowa szansa, by zacząć wszystko od początku.
O tym, że mamy dokładnie tyle, na ile się odważymy.
O tym, że przegranym nie jest ten, kto ponosi spektakularne klapy, lecz ten, kto w ogóle nie próbuje.
No i jeszcze o tym, że najwięcej zależy od tego, co mamy w głowie.


Myśleć pozytywnie! Do przodu! Poznawać nowe rzeczy! Osiągać kolejne cele! Wytyczać sobie nowe! Uśmiechać się! Cieszyć się tym, że mamy to życie, jakiekolwiek by ono nie było, bo inne nie będzie nam dane!

Wierzcie mi, to nie są puste frazesy. Sama powtarzam je sobie od kilku miesięcy... i to działa! A książka Krzysztofa Króla uczy, jak być takim "zakutym łbem", który uparł się, że będzie szczęśliwy, że mu się uda, że w każdej sytuacji sobie poradzi. Gorąco polecam!

PS Książka zawiera płytę z czterema godzinami szkoleń.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości księgarni Sensus.

K. Król, Kodeks wygranych. X przykazań człowieka sukcesu, Sensus.pl, 2011, s. 286.


poniedziałek, 19 grudnia 2011

Gdańska chryja! (Gdański depozyt - Piotr Schmandt)

Kryminał w kolorze sepii? Czemu nie! Bardzo lubię wszelkie książki w klimacie retro, więc do "Gdańskiego depozytu" podeszłam z dużym entuzjazmem. I nie zawiodłam się. Bo i wspomniany klimat fajny, i historia pasjonująca, i z zapartym tchem przewracałam kolejne kartki, pytając: "co dalej, co dalej?".

Autor książkę napisał tak, że czytelnik przez długi czas nie wie, kto jest kim. Władysław Osowski któregoś dnia otrzymuje tajemniczy list, którego treścią natychmiast dzieli się z dyrektorem Noskowskim (dyrektorem poważnym, bo Komisariatu Generalnego Rządu RP w Wolnym Mieście Gdańsk) i wybuchowym majorem Szalewskim. Autorem listu jest Georg Rook - o ile to jego prawdziwe imię i nazwisko. Informuje on, że posiada wiadomości o wielkim skarbie, którym strona polska powinna być zainteresowana. "Strona polska" oczywiście zainteresowana jest - i zaczyna się.

Georg Rook wkrótce, we własnym mieszkaniu, czuje delikatny dotyk ostrza noża na szyi i schodzi ze sceny. Kto go zabił i tak naprawdę za co? Na razie nie wiemy. Jakim jednam cudem kilka dni później Osowski dostaje kolejny list od... Georga Rooka? Tego również dowiadujemy się później,

Poszukiwanie skarbu trwa w najlepsze. W tym celu Osowski, Szalewski i Noskowski spotykają się z kolejnymi osobami, odbywają kolejne tajemnicze spotkania i narady, padają kolejne strzały i czytelnik co chwila ma przed sobą nową zagadkę, której rozwiązania byłam tak ciekawa, że przeczytałam "Gdański depozyt" w trzy godziny. I zdarzyło mi się w trakcie lektury nie tylko uśmiechać pod nosem, lecz także roześmiać. Jest to bowiem powieść, hmm, szpiegowska pełną gębą, ale też nie brakuje w niej komizmu, przede wszystkim wynikającego z charakteru bohaterów, a raczej bohaterek.

Stasia Królikowska, maszynistka w Komisariacie, szuka męża i nawet specjalnie się z tym nie kryje. Ma jednak kompleksy związane z pochodzeniem, chociaż stara się je ukrywać. Stasia jest zalotna, powabna, dziewczęca... i śmieszna. Tym bardziej, kiedy autor przedstawia, jak widzą ją inni, w tym kandydaci na potencjalnego małżonka.

Drugą postacią kobiecą, która wprawiła mnie w absolutny zachwyt, jest Wilhelmina van Clijs, zażywna matrona z nadwagą, która męża szukać nie musi, ponieważ już go ma. Nie przeszkadza jej to jednak szukać, a jakże, miłości, co sprawdza na jej głowę prawdziwe nieszczęście. Ale jakże pięknie ta kluska się za to odgrywa! Jakże piękną i krwawą zemstę obmyśla! 

"Gdański depozyt" łączy w sobie cechy komedii i tragedii jednocześnie. Jest to powieść, która zaskakuje dokładnością w opisie topografii przedwojennego Gdańska, ale też świetnie obmyśloną intrygą. Czytając, miałam dość dalekie skojarzenie z moim ulubionym serialem "Allo, Allo", ale też z klimatem filmów o Sherlocku Holmesie. W każdym razie: miłośnikom gatunku, choć nie tylko, powinno się spodobać. 

P. Schmandt, Gdański depozyt, Officynka, 2011, s. 310.

środa, 23 listopada 2011

Ile zapamiętujecie z przeczytanych książek?

Mapy myśli... na pewno spotkaliście się z tym sposobem notowania - jednak zastanawiam się, czy ktoś faktycznie z niego korzystał? Ja po przeczytaniu książki, a w zasadzie książeczki, Marcina Matuszewskiego i Radosława Lasko jestem w równym stopniu zachęcona, co nieprzekonana. A zainteresowała mnie ta pozycja głównie dlatego, iż sporo miejsca poświęca się w niej temu, co i ile zapamiętujemy w trakcie lektury.

Co mnie zachęca do tej metody? Skuteczność. Przede wszystkim jest ona zgodna ze sposobem, w jaki pracuje nasz mózg. Nie myślimy bowiem całymi zdaniami, lecz obrazami, słowami - kluczami, operujemy skojarzeniami. Notatki linearne natomiast są zaprzeczeniem tego procesu, poza tym ich tworzenie, a potem czytanie i nauka z nich zajmuje dużo czasu i jest mało skuteczna - tak twierdzą autorzy. Mapy myśli pod tym względem tradycyjne notatki biją na głowę. 

Dalej: MM podobno świetnie sprawdza się wtedy, jeśli chcemy zapamiętać treść książki. Czytam dużo, ale równie dużo zapominam - i to niestety boli. Tym bardziej, że samo czytanie, to najmniej efektywna forma zapamiętywania. Średnio książkę, która ma 300 stron, czytamy ok. 6-8 godzin. Po dwóch tygodniach pamiętamy zaledwie 10% tego, co przeczytaliśmy - straszne!

Jakie są propozycje? Podkreślać i zaznaczać w trakcie czytania, a następnie na podstawie tego zrobić MM. Później zawartość książki można sobie błyskawicznie powtórzyć.

Czy ktoś z Was notował treść książki właśnie w ten sposób? Wiadomo, że nie będę rozrysowywać wszystkich czytanych lektur, ale np. żałuję, że "Ręki Flauberta", o której pisałam wczoraj, nie mam w notatkach. A tym, co mnie zniechęca, są moje własne przyzwyczajenia - jakoś nie wyobrażam sobie siebie siedzącej z kredkami i rysującej bohomazy. 

To tyle wieczornych rozważań... być może następna recenzja będzie właśnie w formie mapy myśli! :)

Nad książką podumałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Sensus.pl.

M. Matuszewski, R. Lasko, Mapy myśli, Sensus.pl, 2011, s. 144.

czwartek, 17 listopada 2011

Kobieta zagubiona w czasoprzestrzeni (Krew na Placu Lalek - K. Kotowski)

Książka Krzysztofa Kotowskiego w zasadzie mogłaby nosić zupełnie inny tytuł, np. "Absolutna amnezja", "Kobieta nie do zapamiętania" czy "Nikt nic nie pamięta". Przyznaję jednak, że "Krew na Placu Lalek" brzmi o wiele lepiej niż moje propozycje :) A wysunęłam je dlatego, iż jest to książka o... zapominaniu właśnie.

Maria Chorodecka budzi się któregoś dnia w opuszczonym pałacu. Stoi przy niej mała dziewczynka, która prosi o pomoc. Ma w oczach strach, jednak długo nie potrafi powiedzieć, co ją tak przeraziło i czego się boi. Maria jest w równie trudniej sytuacji, gdyż próbuje odszukać swoją zaginioną córkę, a tymczasem ukradziono jej dokumenty i wszystkie pieniądze. Mało tego: policjanci, z którymi rozmawiała dzień wcześniej, zupełnie jej nie pamiętają!

Na Marię Chorodecką trafia w końcu policjant o pięknym nazwisku Symeon. Próbuje on pomóc kobiecie, na tyle, ile może, w całą sytuację wtajemniczając swoich dwóch kolegów z pracy: Szuchcika i Wieczorka. Historia tymczasem staje się bardziej skomplikowana, niż początkowo mogliśmy przypuszczać. Maria bowiem zostawia swój dziennik, w którym opisuje, co dokładnie jej się przydarzyło. Jednak opisać coś ze szczegółami, to nie znaczy rozumieć. Tym bardziej, jeśli np. dochodzi do spotkania z osobą, którą od prawie dwustu lat powinna nie żyć...

"Krew na Placu Lalek" trudno jest opowiedzieć, bowiem relacja z pamiętnika Marii miesza się z rozdziałami, w których opisane zostaje śledztwo prowadzone przez Szuchcika i Wieczorka. Dzięki zapiskom kobiety udaje im się trafić na międzynarodową aferę, w której ofiarami były, co chyba najbardziej przerażające, dzieci. Dlatego też nie brakuje tu przesłuchań i elementów, które sprawiają, że książkę tę czyta się jak świetny kryminał.

Jednak clue tej powieści w moim odczuciu jest inne. Autor bowiem uknuł fabułę, która (jakby to powiedzieć?) wychodzi poza ramy tego, co znamy i co jesteśmy w stanie objąć rozumem. Takie wątki "nie z tego świata" nie zawsze mi się podobają (vide: "Spadek" J.D.Bujak), wymagają one bowiem ogromnego wyczucia od autora. Bardzo łatwo można bowiem "przedobrzyć" i zamiast zaskoczenia, pozostaje lekki... niesmak. Tutaj jednak proporcje zostały zachowane. Mimo iż historia Marii wydaje się nieprawdopodobna, to jednak od początku do końca ją kupuję. 

Był taki moment, mniej więcej w połowie lektury, że myślałam sobie: "No ładnie! Naplątał, naplątał... i ciekawe, jak się teraz z tego wyplącze!". Zakończenie jest jednak chyba najmocniejszą częścią tej historii: kiedy to wszystkie elementy układanki zaczynają idealnie do siebie pasować i to, co wcześniej wydawało się dziwne i niejasne, nagle staje się logiczne (o ile przy tego typu "spekulacjach" można o logice mówić).

Książkę szczerze polecam. Jest to bowiem i kryminał, i powieść psychologiczno - obyczajowa, mało tego: zawierająca wątki paranormalne. Wszystkie jest jednak tyle, ile być powinno. A przyjemność lektury naprawdę ogromna!

K. Kotowski, Krew na Placu Lalek, Prószyński i S-ka. 2011, s. 408.

środa, 31 sierpnia 2011

Gdy rozum śpi, budzą się demony (Wichrołak - Paweł Szlachetko)


Proszę wyobrazić sobie taki oto obrazek. Góry. Owieczki pasące się na halach. Wioska schowana gdzieś między szczytami, a tam góralskie chaty, kościółek, piejące rano koguty. Fajnie, prawda? Otóż nigdy w życiu! Niefajnie! Podejrzewam, że sielskie górskie krajobrazy przez długi czas nie będą mi się dobrze kojarzyć, a to za sprawą "Wichrołaka" - powieści, którą zachciało mi się czytać późnym wieczorem, a potem bałam się zgasić światło.

Proszę sobie bowiem wyobrazić spokojną wioseczkę, w dokładnie Szremle Małe, która ma wioskowego znachora. Nie jest to jednak miły staruszek znający się na ziołach, lecz postać, którą straszy się niegrzeczne dzieci, ale do której chodzi się nocami po leki i rady. W którymś momencie tytułowy Wichrołak, zwany również Onym, zaczyna przeszkadzać, razić pewnego zagorzałego katolika, który szczuje przeciwko niemu mieszkańców wioski. Z Wichrołakiem robi się więc, oględnie mówiąc, porządek. Jednak już wkrótce pozorny ład zostaje zburzony: mieszkańcom Szremli zaczyna pojawiać się tajemnicza postać Onego, a ci, którzy go zobaczą, jakiś czas potem popełniają samobójstwa (na pewno samobójstwa?).

Do tych wydarzeń dociera Roman, młody chłopak z miasta marzący o karierze dziennikarskiej. Wszystko jednak od początku idzie nie tak, jak powinno. Przede wszystkim gościnę zapewnia mu sołtys, z którego córką... ma nieślubne dziecko. W dodatku Marta straciła pamięć i nie jest świadoma faktu, że oto znajduje się pod jednym dachem z ojcem swojego dziecka. Ponadto górale w wiosce wcale nie są przyjaźnie nastawieni: to ludzie twardzi, nie stroniący od kieliszka, szukający swojego zysku, brat oszukuje brata, a sąsiad sąsiadowi wilkiem.

Paweł Szlachetko napisał powieść kryminalno - społeczną i oba te wątki udały mu się wyśmienicie. Mimo oczywistych wskazówek przyznaję, że do końca nie potrafiłam ustalić, skąd brały się kolejne trupy, a te w książce ścielą się gęsto. Ponadto jest to wspaniałe studium tego, jak rodzi się nienawiść oraz do czego mogą doprowadzić niczym nieuzasadnione uprzedzenia. Powieść ta spokojnie mogłaby stanowić ilustrację zdania: "Gdy rozum śpi, budzą się demony". Autor pokazuje również, że małe społeczności, gdzie wszyscy wszystkich znają od dziecka, wcale nie są gwarantem bezpieczeństwa. Zimny dreszcz przeszedł mnie po plecach, gdy czytałam o tym, że kobiety w Szremlach Małych paliły na noc w oknach świece, gdyż ktoś pod nimi spacerował i próbował zajrzeć do środka...

Lubię ostatnio porównania literackie, więc jeśli miałabym porównać "Wichrołaka" do jakiejś innej powieści, to tylko do "Łąki Umarłych". Obie świetne. I polskie! :)

P. Szlachetko, Wichrołak, MUZA, Warszawa 2011, s. 336.

niedziela, 19 czerwca 2011

Puzzle zwane rodziną (Teoria ruchów Vorbla - Tomasz Białkowski)


Nie wiem dlaczego tak jest, że zawsze jak trafiam na dobrą książkę polskiego autora/autorki, to jestem nieco zdziwiona, że jak to tak: dobre i polskie? I nawet doszłam skąd mi się to bierze: ze studiów. Czytając równocześnie literaturę polską i obcą, z różnych epok, wyrobiłam sobie przeświadczenie, że jednak to, co nie nasze, jest lepsze. Co oczywiście nie zmienia faktu, że kiedy trafiam na dobrą, współczesną polską powieść, czuję coś w rodzaju dumy i zadowolenia (no i zdziwienia, jednak). Dlatego też w miarę postępowanie lektury "Teorii ruchów Vorbla", moja lewa brew unosiła się coraz wyżej.

Tomasz Białkowski napisał powieść o rodzinie, a raczej o "rodzinie",bo rodzina jest tu rodziną tylko z nazwy. Trudno wyodrębnić jednego głównego bohatera, chociaż wszystko zaczyna się od tytułowego Vorbla, który dostaje ataku paniki na leżance u lekarza. Jest on typem mocno niesympatycznym: to profesor fizyki, mający w pogardzie swoich studentów, jednocześnie o samym sobie posiada dość wysokie mniemanie. Staje się on, Vorbl, pretekstem do przedstawienia kilku członków jego rodziny: postaci mocno absurdalnych. Dla przykładu: ojciec Vorbla ma obsesję na punkcie skoków do wody i robi karierę jako lokalny uwodziciel, co przerywa mu matka Vorbla. Ojciec Seweryna jest postacią w równym stopniu groteskową, co tragiczną: nie potrafi znieść prozy życia, jest wyobcowany z lokalnej społeczności i nie ma wsparcia w żonie. Jednocześnie jego mania skoków... no cóż: głupek i tyle.

Bohaterowie Tomasza Białkowskiego, mimo silnie zarysowanych różnic, są tak naprawdę do siebie podobni. Ich życiem rządzi przypadek, podejmują decyzje pod wpływem impulsu, szukając niezależności, popadają w coraz większą samotność. Przedstawione sytuacje są bardzo adekwatne do tego, co możemy obserwować na co dzień: we współczesnych rodzinach bowiem coraz częściej od bycia razem, ważniejszy jest indywidualny rozwój jej członków, liczy się dobro poszczególnych osób, a nie całości. Tradycyjny model odchodzi do lamusa, a autor zdaje się pokazywać, sięgając kilkadziesiąt lat wstecz, że tak naprawdę nigdy on nie istniał.

Pod koniec utworu Tomasz Białkowsi pozwala się spotkać wszystkim tym rozsypanym elementom układanki, zwanej rodziną, spotkanie to jest mocno przypadkowe. Kiedy już następuję, czytelnik każdą z postaci zna bardzo dobrze i ja w tym momencie biję brawo. Bo aby tak sprawnie mieszać życiorysy bohaterów, przeskakiwać od przeszłości do przyszłości, zahaczając przy tym o teraźniejszość, tak, aby tą pełną charakterystykę w kulminacyjnym momencie uzyskać - to po prostu trzeba mieć nie tylko świetny warsztat, ale też i talent.

"Teoria ruchów Vorbla" dość mocno skojarzyła mi się z "Niecierpliwymi", moją ukochaną powieścią Nałkowskiej, co w moich ustach jest najwyższą pochwałą. Co prawda samobójców tu o wiele mniej, ale również mamy do czynienia ze skomplikowaną siatką rodzinnych powiązań, galerią oryginałów i rodziną, której członkiem nie chce się być. No i jeszcze jedno: kolejny raz zastanawiam się, jak na stosunkowo niewielu stronach, można zmieścić tak wiele?

Polecam, a sama będę mieć tego autora na oku, co by nie przegapić jego kolejnych powieści :)

T. Białkowski. Teoria ruchów Vorbla, JanKa, Pruszków 2011, s. 176.

wtorek, 15 marca 2011

96 końców świata


Bardzo podoba mi się tytuł tej książki. Przyjmując, że każdy człowiek to cały świat, więcej: każdy człowiek to wszechświat, to 10 kwietnia 2010 roku 96 światów przestało istnieć. A wraz z nimi runęły światy wielu innych osób: rodziny, bliskich, przyjaciół.

Wiem, że ten wstęp jest nieco patetyczny, ale o tej książce nie da się mówić inaczej. Szczerza? Sama nie do końca wiem, co o niej napisać. Po tym wszystkim, co działo się w mediach, po oskarżeniach, śledztwach i robieniu z tej tragedii taniej sensacji po prostu nie wiem, jakich słów użyć.

Książka Jerzego Andrzejczaka to literacki pomnik wystawiony tym, którzy 10 kwietnia zginęli. Zmarłych wspominają ich najbliżsi, toteż nie powinno dziwić, że mówią o nich w samych superlatywach. Ja natomiast nigdy nie byłam z tymi osobami związana emocjonalnie i utrwalił mi się, głównie z telewizji, nieco inny ich obraz, mnie polukrowany. Ale tak jak mówię: nie jest to absolutnie wada tej książki, gdyż przecież można się tego było spodziewać.

Z drugiej strony warto jednak podkreślić, że książka ta ogromnie mnie wzruszyła, a najbardziej te fragmenty, które pokazują, jak bardzo człowiek jest nieprzygotowany na takie wiadomości. Na wiadomości, które sprawiają, że w jednej chwili cały świat wali się w gruzy...

Kolejną rzeczą na plus jest fakt, że książka ta to głównie wspomnienia. Nie mu tu polityki, roszczeń, pretensji. Jest za to ból i tęsknota tych, którzy pozostali. I wydaje mi się, że właśnie tu, a nie w telewizji, znajdziemy prawdziwe emocje związane z tym wydarzeniem.

Czytałam "96 końców świata" razem z mamą i zgodnie stwierdziłyśmy, że jest to bardzo dobre odskocznia od tego, co serwują media. Tym bardziej teraz, kiedy zbliża się rocznica i na pewno pojawią się pytania, czego nas ta tragedia nauczyła, co się w nas, Polakach, od tego czasu zmieniło?

Gorąco zachęcam do lektury, zwłaszcza teraz, zanim jeszcze wybuchnie cały szum związany ze zbliżającym się dziesiątym kwietnia.

J. Andrzejczak, 96 końców świata, wyd. Skrzat, Warszawa 2011, s. 303.

sobota, 26 lutego 2011

Książka realizmu diabolicznego (Dżozef - Jakub Małecki)


Jak już pisałam wcześniej, wynik lektury "Dżozefa" Jakuba Małeckiego jest taki, że nabrałam ogromnej ochoty na lekturę Conrada, co skończyło się zakupami jego trzech książek, ale niestety nie tych, które kupić chciałam. Dlatego dalsze poszukiwania trwają :)

Ale wracając do samego "Dżozefa" - jest to książka przedziwna. Na okładce można znaleźć stwierdzenie, iż stanowi połączenie powieści dresiarskiej z realizmem magicznym. Nie da się ukryć, że jedno do drugiego pasuje jak pięść do nosa, aleeeee... jest to książka, której dałam się porwać.

"Dżozef" ma dwóch, a właściwie czterech głównych bohaterów. Pierwszym z nich jest Grześ, niezbyt rozgarnięty chłopak w dresie, ale z wyraźnymi zadatkami na kogoś lepszego. Grześ z połamaną "kichawą" trafia na oddział laryngologiczny, gdzie spotyka biznesmena Kurza oraz tajemniczego Czwartego, drugiego głównego bohatera powieści. I to właśnie za sprawą Czwartego w szpitalu zaczynają dziać się przedziwne rzeczy, np. znikają sale, czego nie zauważa nikt z personelu, w końcu sami bohaterowie zostają uwięzieni na kilku metrach.

Wszystko to jednak nic, w porównaniu z tym, co Kurzowi i Grzesiowi serwuje Czwarty. Początkowo wycofany, z czasem zaczyna grać pierwsze skrzypce, chociaż zupełnie nieświadomie. Czwarty bez przerwy czyta książki Conrada(trzeci bohater powieści), właściwie nie wypuszcza ich z rąk. Co dziwne: przyznaje że czyta je od dzieciństwa. Mało tego: przytrafiają mu się dziwne ataki, a w czasie ich trwania twierdzi, że jest "Dżozefem" Conradem i dyktuje Grzesiowi swoją ostatnią powieść, która tak naprawdę okazuje się historią życia Czwartego.

I w tym momencie mam ogromną ochotę opowiedzieć o tej "powieści w powieści", ale nie chcę psuć niespodzianki. Powiem tylko, że wiąże się ona z tym, co widzimy na okładce, czyli z drewnianym kozłem, którego Czwarty wystrugał jako dziecko, a który staje się jego demonem, odwrotnością Anioła Stróża. I właśnie on, Drewniak, jest ostatnim, być może najważniejszym bohaterem "Dżozefa". I to za jego sprawą zamiast "magiczny" przy słowie realizm, użyłabym określenia "diaboliczny".

Powiem tak: książkę czyta się lekko, łatwo i przyjemnie, ale jest to jedna z tych lektur, od których nie sposób się oderwać. Przede wszystkim autor miał rewelacyjny pomysł na powieść. "Dżozef" kojarzy mi się i z Masłowską, i "Konopielką" Redlińskiego, przy czym wcale nie czuję tu jakiegoś "zgrzytu". Mało tego: Jakub Małecki ustami Czwartego opowiada niestworzone historie, których chce się słuchać i które ja, bez większego "ale", uznałam jeśli nie za prawdziwe, to przynajmniej za "prawdopodobne". Z drugiej strony bada ciemne rejony ludzkiej psychiki (skojarzenie z Conradem nasuwa się samo), by po chwili zderzyć to z jakimś groteskowym elementem. Jednocześnie też mam wrażenie, że jest to powieść "osobna", która zainteresowała mnie przez to, że chociaż łączy różne style i gatunki, tworzy coś zupełnie nowego, czego jeszcze nie było i co ciężko będzie podrobić.

Jedyne, co mi się nie podobało, to sam zakończenie, gdy Grześ już wyszedł ze szpitala. Morał, że życie jest piękne i wszystko może się w nim zdarzyć jest jednak nieco banalny i wyeksploatowany do granic możliwości. Ale to nic. To tylko kilka stron, które w żaden sposób nie powinny wpływać na odbiór rewelacyjnej całości.

Polecam!

J. Małecki, Dżozef, wyd. W.A.B, Warszawa 2011, s. 379.

niedziela, 6 lutego 2011

Cmok, cmok, muaaa (Pocałunek. Czułość i rozkosz - Ireneusz Pawlik)


Książkę, którą przeczytałam w jeden wieczór, polecam jako walentynkową alternatywę dla czerwonych serduszek, pluszowych misiów i pulchnych amorków. I oczywiście zdaję sobie sprawę, że w tym co piszę jest sporo hipokryzji, gdyż czytać zaczęłam wczoraj, zaraz po powrocie z romantycznej kolacji przy świecach, z obowiązkowym różowym winem i patrzeniem sobie w oczy (tak, tak: Walentynki w tym roku ja i mój Ukochany obchodziliśmy ponad tydzień wcześniej niż obchodzić się powinno;) )

Książka Ireneusza Pawlika mogłaby nosić tytuł "Krótka historia pocałunku na przestrzeni dziejów". Autor pokazuje bowiem, jak za pomocą ust okazywały sobie czułość różne kultury, przedstawia sytuacje, kiedy pocałunek stawał się sprawą polityczną (kto wie, czym był "pocałunek przez dziurę"?) oraz przytacza szereg absurdalnych zakazów związanych z tą, jakże przyjemną, aktywnością. Nie wiem czy wiecie, ale w stanie Indiana obowiązuje zakaz całowania przez mężczyzn... z wąsami.

Dzięki tej książce dotarłam także do dwóch świetnych zdjęć, których wcześniej nie znałam, a które prezentuję poniżej.

Świetna historia wiąże się z tym pierwszym. Widać na nim przypadkową parę, marynarza i pielęgniarkę, który hucznie świętują koniec wojny z Japonią. Wiele lat później próbowano odnaleźć parę ze zdjęcia. O ile z kobietą poszło dość gładko, tak z mężczyzną był problem. Pielęgniarka Edith Shain każdemu, kto twierdził, że to on znajduje się na zdjęciu, zadawała to samo pytanie: "Co powiedziałeś, kiedy skończyliśmy się całować?"Na prawidłową odpowiedź musiała poczekać 15 lat, a brzmiała ona: "Nic, po protu poszedłem dalej".

Serdecznie polecam, zwłaszcza, że luty to najbardziej całuśny miesiąc w roku :)



I.Pawlik, Pocałunek. Czułość i rozkosz, wyd. MG, Warszawa 2011, s. 160.

środa, 2 lutego 2011

Zabójstwa według scenariusza (Plan Sary - Paweł Jaszczuk)


Gdybym miała wskazać, jaki gatunek literacki czytam najrzadziej i znam najmniej, bez wątpienia byłyby to wszelkiego rodzaju powieści kryminalno-sensacyjno-detektywistyczne. Przez długi czas omijałam tego typu lektury szerokim łukiem, po prostu uznając, że ich nie lubię. Zmiana nastąpiła niedawno, właściwie trudno powiedzieć kiedy i dlaczego, a mój apetyt na tego typu książki stale rośnie. Powodem może być to, że wszystko w nich wydaje mi się nowe, fabuła odkrywcza, a niespodziewane zwroty akcji przeważnie faktycznie bywają dla mnie niespodziewane, gdyż nie znam schematów, z jakich korzystają twórcy tego gatunku. Dlatego też lojalnie ostrzegam: moim recenzjom kryminałów ufać nie można. Może bowiem się okazać, że stwierdzę, że jakaś książka jest "absolutnie fantastyczna", tymczasem ktoś, kto kryminały czyta częściej niż ja stwierdzi, że to już było.

I po tym nieco przydługim wstępie mogę przejść do części właściwej :)

Do lektury "Planu Sary" przystąpiłam z ogromnym entuzjazmem, gdyż głównym bohaterem jest dziennikarz (czyli przedstawiciel bliskiej mi profesji), który wplątał się w nieco dziwną sytuację. Jakub Stern pisze dla jednej z lwowskich gazet, zajmuje się dziennikarstwem śledczym i "babrze się" w najbardziej ohydnych sprawach, jakie dzieją się w tym mieście. Jego talent i wiedzę postanowił wykorzystać uniwersytet, zatrudniając Jakuba jako wykładowcę. Jakub w ramach zajęć przeprowadza eksperyment: jego studenci mają wejść w rolę mordercy, spróbować zidentyfikować się z nimi i wymyślić plan, scenariusz, według którego psychopata mógłby działać. Jakiś czas potem okazuje się, że plan zostaje wprowadzony w życiu, giną kolejne osoby, w tym jego autorka, Sara (nawiasem mówiąc w pierwszej chwili myślałam, że mam do czynienia z niewinną, naiwną dziewczyną, później okazało się, że sypia z połową miasta, z Jakubem Sternem włącznie).

Niesamowity jest klimat tej książki. Otóż z chwilą, kiedy Jakub zaczyna nieco po omacku prowadzić swoje śledztwo, nad miastem zawisła wielka, ciemna chmura w kształcie psa. Co jakiś czas któryś z bohaterów wspomina o niej. Jest to niby detal, ale bardzo się autorowi ten zabieg udał.

Przez moment miałam lekki problem z połapaniem się w tym, kto jest kim i dlaczego Jakub nagle kogoś odwiedza i prowadzi z nim taką, a nie inną rozmowę. Podobało mi się natomiast to, iż na sam koniec książki wszystko ułożyło się w logiczną całość i nawet blond peruka, której powstawaniu przyglądał się Jakub, okazała się mieć swoje znaczenie.

A kto zabił? Oczywiście nie powiem, aleeeeee... zupełnie się tego nie spodziewałam :) Chociaż sama akcja "łapiemy bandytę" została, jak na mój mało wyrobiony gust, przeprowadzona nieco zbyt sprawnie... ale w końcu ja nie znam się na tym :)

Ogólne wrażenie, jakie pozostawiła ta książka po sobie jest bardzo i następnym razem, kiedy będę w bibliotece, mam zamiar rozejrzeć się za wcześniejszymi książkami tego autora.

Paweł Jaszczuk, Plan Sary, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2011, s. 235.

sobota, 8 stycznia 2011

Cieszcie się życiem jak Wesoły Ryjek! :)


O tej książce miałam napisać już dawno temu, ale tak wyszło, że piszę dopiero teraz. "Wesoły Ryjek" jest moim łupem jeszcze z krakowskich Targów, toteż mam egzemplarz z autografem :)

Lubicie przygody Pana Kuleczki, Katastrofy i Pypcia? Jeśli tak, to na pewno obdarzycie sympatią Wesołego Ryjka. Co prawda jest to książka dla nieco młodszego odbiorcy niż seria o Panu Kuleczce, ale jest w niej to samo ciepło i ten sam klimat, tak charakterystyczny dla Wojciecha Widłaka.

Wesoły Ryjek to prosiaczek, który dziwi się światu i dzięki temu przeżywa ciągle nowe przygody. Ma kochających rodziców, którzy objaśniają mu świat. Ma ulubionego przyjaciela: Żołwia przytulankę. Wojciech Widłak kreuje świat bez przemocy, bohaterowie są sympatyczni, mają dla siebie czas, a otaczająca rzeczywistość, chociaż czasem nieznana, jest miejscem bezpiecznym i przyjaznym.

Wesołego Ryjka nie sposób nie lubić. Zaraża optymizmem i my, dorośli, możemy tylko pozazdrościć mu umiejętności dostrzegania niezwykłego, w rzeczach zwykłych.

Rzadko czytam książki dla dzieci, ale dla Wojciecha Widłaka robię wyjątek. Przeczytałam "Wesołego Ryjka" dwa razy i wiem, że teraz rozsądnie byłoby oddać książkę jakiemuś dziecku - ale nie mogę, gdyż bardzo lubię takie ciepłe opowieści. Może jeszcze do tego dojrzeję :)

A skąd tytuł?
Wojciech Widłak dokładnie tak napisał mi na stronie tytułowej: "Dla Ani - żeby cieszyła się życiem jak Wesoły Ryjek". Czego i Wam życzę :)

W. Widłak, Wesoły Ryjek, wyd. Media Rodzina, Poznań 2010, s.46.

środa, 24 listopada 2010

O Krakowie z czułością (B.i B. Sienkiewiczowie - Onegdaj w Krakowie)



"Onegdaj w Krakowie" połknęłam w jeden wieczór, do herbatki malinowej.

Nie należę do osób zauroczonych Krakowem, nigdy jakoś specjalnie nie pociągała mnie jego aura, nigdy też nie miałam okazji się w nim zakochać. Wynika to z faktu, że po prostu rzadko w Krakowie bywam (żeby nie powiedzieć: wcale nie bywam), stąd moje skojarzenia z tym miastem są banalne: Wawel, jak Wawel to i smok, Rynek, Piwnica pod Baranami... i długo, długo nic.

Czy książka "Onegdaj w Krakowie" zmieniła te moje stereotypowe zapatrywania? Trudno powiedzieć, na pewno jednak pokazała mi Kraków taki, jakiego nie miasto sprzed trzydziestu, a nawet czterdziestu lat takim, jak go zapamiętali. I nie jest to bynajmniej obraz ociekający lukrem. Mniej tu atrakcji turystycznych, więcej zakurzonych bram i zadymionych kawiarni. Autorzy piszą o szkole i studiach, kościołach, kinie i teatrze, stołówkach i sporcie, a nawet o... pogodzie (czy wśród moich czytelników jest ktoś z Krakowa i podejmie się wyrażenia poglądu na temat wpływu krakowskiej mgły na samopoczucie?).

Książka jest wyraźnie podzielona na fragmenty pisane przez Niego i przez Nią. Co dziwne, te skreślone damską ręką wydają mi się bardziej konkretne, więcej w nich realizmu, mniej melancholii i nostalgii. A może po prostu w panu Bartłomieju odezwała się "epicka rozlewność" przodków? Tak, tak: skojarzenia z autorem "Potopu" jak najbardziej uzasadnione, to wnuk "tego Sienkiewicza".

Oj, polecam, polecam. Dla zakochanych w Krakowie - lektura obowiązkowa. A i tym niezakochanym dostarczy ona miłych chwil. A przy okazji muszę koniecznie nadmienić, że książka napisana jest przepiękną polszczyzną, co uważam za jeden z jej największych atutów.

B. Kluczykowska - Sienkiewicz, B. Sienkiewicz, Onegdaj w Krakowie, wyd. MG, Kraków 2010, s. 140.