Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ona pisze - ameryka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ona pisze - ameryka. Pokaż wszystkie posty

środa, 21 sierpnia 2019

Swoją ciążę drogo sprzedam (Recenzja książki "Farma" Joanne Ramos

Wyobraźcie sobie taką sytuację: bogata kobieta, robiąca karierę, życie, jak w bajce, brakuje tylko dziecka, którego nie może/nie chce urodzić. Ale zaraz, zaraz! Są przecież młode, zdrowe, lecz bywa, że biedne, dziewczyny, które chętnie im to dziecko urodzą. Za odpowiednią zapłatą oczywiście. Jest popyt, jest podaż, znajdzie się więc ktoś, kto połączy obie strony i zrobi na tym niezły interes. Witajcie na Farmie!




poniedziałek, 30 kwietnia 2018

O tym, jak trudno stać się kimś innym niż się jest (Recenzja książki Kocie oko Margaret Atwood)

Są takie książki, o których nie wiem, jak pisać.
Są one bowiem w moim odczuciu tak dobre, że trudno ten zachwyt wyrazić słowami. Trzeba by mnie widzieć w trakcie lektury, kiedy to pochłaniałam stronę za stronę, niecierpliwie odpędzając każdego, kto chciał mi czytanie przerwać - psa, męża, listonosza, wszystkich!


niedziela, 22 października 2017

Realizm magiczny w najbardziej magicznym wydaniu* (Recenzja książki Zapadła dziura Bone Gap Laury Ruby)

Rany, jak mi się to dobrze czytało!

O tym, że zacznę recenzję właśnie od tego zdania wiedziałam już mniej więcej w połowie lektury. Zapadła dziura Bone Gap jest bowiem jedną  z tych powieści, gdzie fabuła po prostu płynie, a czytelnik wraz z nią. 


środa, 2 kwietnia 2014

Życie widziane znad mikroskopu (Botanika duszy - Elizabeth Gilbert)

Nie sądziłam, że Elizabeth Gilbert potrafi napisać taką książkę. Do tej pory przeczytałam wszystko, co wydała - na fali zauroczenia Jedz, módl się, kochaj. I okej, nie były to książki słabe czy złe, ale arcydziełami też bym ich nie nazwała. Jeśli zaś chodzi o Botanikę duszę... ach, ta książkę duszę mą skradła :)


wtorek, 20 sierpnia 2013

Atomówki (Dziewczyny atomowe - Denise Kiernan)

Tytuł: Dziewczyny atomowe
Autor: Denise Kiernan
Wydawnictwo: Otwarte (dziękuję!)
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 449

Projekt Manhattan - czy komuś coś to mówi? Mnie jeszcze kilka dni temu nie mówiło nic, podobnie jak nazwisko Roberta Oppenheimera czy Klausa Fuchsa. Natomiast nie ma chyba osoby, który nie słyszałaby o zrzuceniu bomby atomowej na Hiroszimę i Nagasaki - a właśnie do tego wspominany projekt doprowadził.

Nad bombą, wiadomo, pracowali najwybitniejsi fizycy, lecz nie tylko. Spory udział w tym, że bombę udało się skonstruować miały, a jakże, kobiety. Kobiety w różnym wieku, z różnym wykształceniem i różnym stanem cywilnym.

Autorka, Denise Kierenan, kilkadziesiąt lat po wojnie dotarła do nich... i napisała książkę niezwykłą. Dlaczego? Otóż to, co można by ująć w nudnych tabelach, raportach i badaniach socjologów, przedstawiła przez pryzmat historii kobiet, które w jakiś sposób wzięły udział w Projekcie Manhattan. Należy zaznaczyć, że wszystko, co związane z rozszczepieniem atomu utrzymywane było w wielkiej tajemnicy. Decydując na etat "Atomówki" nie wiedziały, gdzie będą mieszkać i czemu tak naprawdę ma służyć ich praca. Nie przeszkodziło im to jednak z pełne zaangażowanie się.

Na potrzeby projektu powstało miasteczko Oak Ridge - wybudowane praktycznie od zera. Na ogromnej powierzchni wzniesiono ogromne fabryki, laboratoria, lecz także bursy i hotele. Autorka odsłania też wstydliwą stronę tego projektu: w Oak Ridge na porządku dziennym była segregacja rasowa, od razu założono też, że "kolorowa" część mieszkańców będzie żyła w warunkach przypominających slumsy.

Zdaję sobie sprawę, że piszę o książce nieco chaotycznie, ale próbuję jak najlepiej oddać to, co Denise Kierenan zawarła na 440 stronach. Dziewczyny atomowe mają wszystkie cechy świetnej książki popularnonaukowej: bardzo obszernie przedstawiają wybrany temat, napisane zostały lekkim językiem, czyta się je jak powieść. I naprawdę doceniam trud autorki, która, po latach, dotarła do kobiet, które właściwie zepchnięto na margines historii i o których dziś niewiele osób pamięta.

Warto mieć na uwadze tę książkę przy wyborze prezentu dla osoby, która interesuje się historią II wojny światowej - a wiadomo, że takich osób nie brakuje. Polecam ją również takim ignorantom jak ja, z historią (i co z tego, że zdawałam maturę z tego przedmiotu?) i fizyką są nieco na bakier :)

sobota, 16 marca 2013

Tajemnica długowieczności (Sekret drzewa oliwnego - Courtney Miller Santo)

Tytuł: Sekret drzewa oliwnego
Autor: Courtney Miller Santo
Wydawnictwo: Wielka Litera (dziękuję!)
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 363

Uwielbiam książki, które mają ciekawy/zaskakujący/niebanalny punkt wyjścia - i Sekret drzewa oliwnego właśnie taki jest. Bo oto na rajskiej farmie, w otoczeniu drzewek oliwnych, mieszka pięć kobiet: Anna, Bets, Callie, Deb i Erin. Nie są to jednak kobiety przypadkowe. Anna jest matką Bets, Bets to matka Callie, Callie urodziła Deb, a Deb Erin.

Nieźle, co :)?

Cała opowieść zaczyna się, dosłownie i w przenośni, od Anny, która ma 112 lat i ambicję, żeby zostać najstarszą żyjącą osobą na ziemi. Annie daleko do schorowanej staruszki: mimo imponującego wieku, zachowała sprawność fizyczną i umysłową. Od lat dogląda drzewek oliwnych i sprawuje zaszczytną funkcję głowy rodziny. Chociaż inne kobiety z rodu Keller bynajmniej nie dają się zepchnąć na margines życia rodzinnego. Każda z nich jest jakaś, każda ma swoje marzenia, tajemnice.

A tych tajemnic w książce Courtney Miller Santo jest całe mnóstwo. Kilka z nich wychodzi na jaw przez przypadek. Na farmę przybywa bowiem doktor Hashmi, który prowadzi badania nad długowiecznością, mieszkanki Hill House zaś wydają się idealnym przedmiotem badań. Doktor Hashmi przygląda się ich DNA w poszukiwaniu tego czegoś, co odpowiada za ich długowieczność. Przypadkiem jednak znajduje coś jeszcze... o czym kobiety z rodu Kellerów nie do końca chciałyby wiedzieć.

Nie dajcie się zmylić okładce i tytułowi! To nie jest sielska opowieść o tym, że szczęśliwym można być tylko wśród drzewek oliwnych, a oliwki to sekret długowieczności! Na farmie rozgrywają się prawdziwe małe dramaty: Deb wychodzi z więzienia i na nowo musi poukładać sobie relacje z córką, w czym pozostałe kobiety nie do końca jej pomagają. Callie zakochuje się w doktorze Hashmi, wymieniają czułe maile... jednak czy miłość między kobietą, którą całe życie spędziła na farmie, a mężczyzną, który całkowicie oddaje sie pracy naukowej w ogóle ma sens?

Nie było opcji, żeby ta książka mi się nie spodobała. Uwielbiam sagi, historie rodzinne i tajemnice. Uwielbiam książki, które pokazują miejsca z klimatem, ale w nieprzesłodzony sposób. No i bardzo lubię czytać opowieści o relacjach matka - córa, a tutaj dodatkowo mamy jeszcze babcię... i prababcię :)

Polecam! Na miłe, przedwiosenne popołudnie jak znalazł :)

wtorek, 9 października 2012

O śmierci... bez przesady (Niedoskonałe zakończenie - Zoe Fitzgerald Carter)

Tytuł: Niedoskonałe zakończenie
Autor: Zoe Fitzgerald Carter
Wydawnictwo: Świat Książki (dziękuję!)
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 272

Znacie film Choć goni nas czas z Jackiem Nicholsonem i Morganem Freemanem? Oglądałam go kilka lat temu i pamiętam, że ogromnie mi się podobał. Bo chociaż jest to film o odchodzeniu, to oglądałam go z uśmiechem na twarzy, otarłam łezkę, a po seansie... hmm. Po seansie pamiętałam o nim przez długi czas, fabuła nie wyleciała mi z głowy po kilku dniach.

O filmie przypomniało mi się, gdy czytałam Niedoskonałe zakończenie Zoe Fitzgerald Carter. Książka nosi podtytuł Opowieść córki o życiu śmierci - i w tym zdaniu właściwie zawiera się wszystko. Autorka opowiada o tym, jak jej matka postanowiła zakończyć życie na własnych zasadach. Margaret była kobietą nie tylko piękną, ale także mądrą, oczytaną, kochającą dyskusje, sztukę i niezależność. Słowa "była" użyłam specjalnie, gdyż choroba Parkinsona sprawiła, że stała się cieniem samej siebie. Stąd decyzja, by odebrać sobie życie. I prośba skierowana do bliskich, aby byli z nią do końca.

I tu rodzi się pytanie: czy matka ma prawo prosić o podobną "przysługę" swoje córki? A czy te mają prawo odczuwać złość, gdy ta zmienia terminy, wymaga odwiedzin, nie może się zdecydować, jaki sposób wybrać? Śmierć bliskiej osoby nigdy nie jest łatwym przeżyciem, nawet jeśli ta osoba ma sto lat i pełne, bogate życie za sobą. A Margaret ma się kto opiekować, nie jest ciężarem, ma córki i wnuczki, które za nią przepadają. Czym więc jest jej chęć odebrania sobie życia: aktem odwagi czy wyrazem egoizmu?

Zapowiedź Margaret, że już wkrótce jej nie będzie, skłania Zoe do przyjrzenia się swojej rodzinie. Analizuje relacje, jakie panowały między jej rodzicami, przygląda sie sobie i siostrom. I w sumie nie wiem, które fragmenty podobały mi się bardziej: czy retrospekcje sprzed kilkudziesięciu laty, czy też wydarzenia współczesne, które, choć smutne, opisane zostały z dużym wyczuciem i empatią.

Zoe Fitzgerald Carter zabrała się za śliski temat. Śmierć jest tematem tabu i nawet jeśli coś w tej kwestii się zmienia, to w moim odczuciu niewiele. Poza tym: jak o niej pisać, jak o niej mówić? Z patosem? Nie bardzo, łatwo o śmieszność, chociaż przecież śmierć jest patetyczna Z dowcipem? Też kiepsko, bo z tabu się nie żartuje... Dlatego uważam, że to naprawdę ogromny sukces tak dobrać słowa, aby nie popaść w jedną bądź drugą skrajność.

Nie twierdzę, że Niedoskonałe zakończenie jest dziełem przełomowym, które zrewolucjonizuje pisanie i myślenie o śmierci. Jest to jednak książka mądra, wyważona, a przy tym świetnie się ją czyta. Polecam - naprawdę dobra literatura. 


środa, 29 sierpnia 2012

Tytuł mówi sam za siebie :) (Wyznania upiornej mamuśki - Jill Smokler)

Tytuł: Wyznania upiornej mamuśki
Autor: Jill Smokler
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka (dziękuję!)
Liczba stron: 190
Rok wydania: 2012


Książka Jill Smoker najpierw prawie miesiąc czekała na półce na odpowiedni moment... a potem pochłonęłam ją za jednym zamachem, w dwie godziny! Jest to bowiem jedna z tych lektur, od których nie można się oderwać. Jak już człowiek zacznie czytać, to człowiek przestanie dopiero wtedy, gdy dojdzie do ostatniej strony.

Jill Smokler jest matką trójki dzieci: jednej dziewczynki i dwóch chłopców. Przed ich urodzeniem pracowała jako architekt wnętrz, spędzając wolny czas głównie na zakupach. Pierwsza ciąża była dla niej kompletnym zaskoczeniem, czuła się zupełnie nieprzygotowana na to, co ma ją spotkać. Dwie następne... no cóż. Dwie następne wcale nie sprawiły, że nagle zaczęła spełniać się w roli perfekcyjnej mamy, zawsze uśmiechniętej, piekącej domowe ciasteczka i angażującej się w życie szkoły. 

Autorka kilkakrotnie podkreśla, że nie jest pisarką, a Wyznania upiornej mamuśki powstały na podstawie bloga, którego zaczęła prowadzić między czytaniem książeczek, a przygotowywaniem dzieciom obiadu. 

Nie jestem mamą, ale nawet mi jest łatwo zauważyć, że kwestie, o których pisze autorka są często przemilczane. Stwierdza ona bowiem, że macierzyństwo to nie sama słodycz, że zdarza jej się mieć serdecznie dość swoich pociech i czasem na obiad podaje im chleb z masłem orzechowym.

Jill Smokler pisze w sposób lekki i zabawny, przytacza wiele komentarzy czytelników swojego bloga, przy których prawie umarłam ze śmiechu. Nie mam pojęcia jednak, dlaczego nazywa się "upiorną". Dla mnie jest po prostu szczera, a to, że czasem najchętniej wysłałaby swoje pociechy w kosmos... zdarza się najlepszym, prawda :)?

Książkę serdecznie polecam mamom, które będą miały okazję skonfrontować swoje doświadczenia z doświadczeniami autorki. Myślę jednak, że w tym przypadku posiadanie dzieci nie jest konieczne, aby świetnie się bawić przy lekturze - książka stanowi świetny antydepresant, w dodatku wydawany bez recepty! :)

Polecam! :)

czwartek, 16 sierpnia 2012

Książka, którą napisano dla mnie! (Przyjaciółki - Lisa Verge Higgins)

Tytuł: Przyjaciółki
Autor: Lisa Verge Higgins
Wydawnictwo: Świat Książki (dziękuję!)
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 334


Doskonale zdaję sobie sprawę, że wiele osób po lekturze tej notki może stwierdzić, że moja entuzjastyczna recenzja jest na wyrost i przesadzam z zachwytem. Tyle... że ja nie przesadzam. Przyjaciółki to jedna z tych książek, o której, gdybym przeczytała ją w innym czasie, napisałabym, że jest dobrym czytadłem, na odprężenie, które co prawda niczego nowego nie wnosi, ale miło spędza się z nią czas.

Tymczasem Przyjaciółki mogę zaliczyć do tej samej kategorii, do której kiedyś zaliczyłam Jedz, módl się, kochaj. Wiem, że na pisarstwo Elizabeth Gilbert wiele osób reaguje wysypka, ja jednak na jej książkę trafiłam w dobrym momencie... Można powiedzieć, że to nie ja znalazłam lekturę, lecz ona znalazła mnie. Tak jest i tutaj: Przyjaciółki nie są arcydziełem, jednak czytałam je o szóstej rano w zatłoczonym autobusie z wypiekami na twarzy... bo to był właśnie mój moment na tę książkę!

Tyle tytułem wstępu. Lisa Verge Higgins opowiada w swoje powieści historię czterech przyjaciółek. Poza przyjaźnią - dzieli je wszystko. A jednak... 

Prawdziwy przyjaciel zna nas lepiej, niż my sami siebie znamy - i tak jest w tym przypadku.

Rachel umiera i wie o tym. Przed śmiercią jednak wykazuje się wielką przenikliwością i każdej z bohaterek przydziela zadanie, które ta ma wykonać po jej śmierci.

Kate - moja absolutna ulubienica, dzięki której zakochałam się w tej książce! - ma skoczyć z samolotu na spadochronie. Brzmi super... tylko Kate nie ma duszy ryzykantki, nie lubi wyzwań, wychowuje trójkę dzieci i to im poświęca się bez reszty. Skoki ze spadochronem nie mieszczą się w jej rozkładzie dnia.

Takie zadanie bardziej pasowałoby do Jo, kobiety sukcesu, która nie lubi stabilizacji, zmienia facetów jak rękawiczki i pnie się po szczeblach drabiny zawodowej. Tyle że Jo... ma zająć się osieroconą córką Rachel. A na małych dziewczynkach Jo zna się tak, jak kura na pieprzu.

Zostaje jeszcze Sarah, która za sprawą Rachel leci do Indii, żeby... spotkać się ze swoją miłością sprzed lat. No własnie: "sprzed lat". Czy mężczyzna, którego Sarah przez lata idealizowała, spełni jej oczekiwania?

Dla mnie Przyjaciółki to książka mówiąca o tym, co w życiu ważne. Czasem jednak okazuje się, że ważne jest wcale nie to, co przez lata za takie uważaliśmy. Albo wręcz przeciwnie, może się okazać, że to, co najważniejsze, mieliśmy na wyciągnięcie ręki i żeby to odkryć, wcale nie trzeba było podróżować na druga półkulę czy robić inne, równie zwariowane rzeczy.

Nie wiem, czy na kogoś ta książka będzie miała podobny wpływ, ale dla mnie była jak... terapia. W miejscu, gdzie absolutnie się tego nie spodziewałam, znalazłam wskazówki, których od dawna szukałam. Znalazłam kilka sytuacji, przez które jakiś czas temu przechodziłam...

I dla mnie właśnie na tym polega magia książek w ogóle. Dokładnie na tym! 

Przyjaciółki uważam bowiem za pozycję napisaną specjalnie dla mnie... i nie ma znaczenia, że pewnie przeczytają ją tysiące osób na całym świecie!

czwartek, 19 kwietnia 2012

Emocjonalny dynamit w świetnym wydaniu! (Płatki na wietrze - V.C.Andrews)

Ufff... Skończyłam Płatki na wietrze, kontynuację Kwiatów na poddaszu, które jakiś czas temu zrobiły na mnie ogromne wrażenie. I o ile wtedy marudziłam, że książka, choć fascynująca, jest mocno przegadana, tak tym razem podobnych obiekcji nie mam. Dlaczego więc zaczynam od westchnienia? Ano dlatego, że Płatki na wietrze mnie wyczerpały - ale w pozytywnym sensie!

Książka, chyba nawet jeszcze bardziej niż pierwsza część, przesycona jest emocjami, zaś na pierwszy plan wysuwa się zemsta. Cathy, dziewczynka, która przez ponad trzy lata wraz z rodzeństwem była więziona na poddaszu przez własną matkę, nie może jej wybaczyć krzywdy, jaka ją spotkała. Nie może i nie chce, pragnienie zemsty zaś determinuje jej postępowanie, zatruwa myśli. Cathy obwinia matkę nie tylko za przymusowe zamknięcie. Uważa, że to przez matkę nawiązała dwuznaczną relację z bratem, że to przez nią Cory, najmłodszy brat, nie żyje, to przez nią na światło dzienne wychodzą wszystkie jej najgorsze cechy. I w sumie trudno nie przyznać jej racji...

Cathy spełnia swoje marzenie, zostaje słynną baletnicą, chociaż na sam szczyt nie trafia. Viriginia C. Andrews opisuje jej determinacje, by być najlepszą, pokazuje, ile wysiłku dziewczynę kosztowało to, by zajść tak daleko. Głównie jednak skupia się na opisie relacji Cathy - mężczyźni, a te są bardzo burzliwe. Wynika to nie tylko z temperamentu dziewczyny, która łączy w sobie cechy wampa i dziecka, lecz także z faktu, że w jej życiu cały czas obecny jest starszy brat. Poza tym... no właśnie. 

Przyzwyczajona do życia w zamknięciu Cathy nie może znaleźć swojego miejsca. O ile Chris rozpoczyna karierę lekarza, a Carrie znajduje przystań w domu doktora Paula, tak Cathy jest niczym tytułowy płatek na wietrze: podróżuje, lecz nigdzie nie jest naprawdę u siebie, nawiązuje relacje z różnymi mężczyznami, lecz żaden do końca nie jest w stanie spełnić jej oczekiwań. 

Jednak nie tylko ona cierpi: w książce każda postać zdaje się mieć jakąś skazę, która nie pozwala po prostu cieszyć się życiem. Dla mnie najbardziej przejmująca była opowieść o młodszej siostrze Cathy - Carrie. Dziewczynka jeszcze na poddaszu traci swojego ukochanego brata bliźniaka, Cory'ego. Przez to, że żyjąc w zamknięciu nie miała dostępu do światła i świeżego powietrza, a matka karmiła ją zatrutymi pączkami, nie urosła. Dla dziewczynek z prywatnej szkoły była karlicą ze zbyt dużą głową - a wszyscy wiemy, jak okrutne potrafią być dzieci. Carrie marzy o tym, by założyć rodzinę, marzy o tym, by być zwyczajną... co nie zostaje jej dane. Zresztą: w tej powieści nikt nie jest szczęśliwy, nikt w stu procentach nie dostaje tego, co sobie wymarzył. 

Długo bym jeszcze mogła pisać o książce Virginii C. Andrews, właściwie każda postać, każdy wątek, zasługuje tu na uwagę. Owszem, wahania nastroju Cathy były nieco nużące, owszem, całość robi nieco przygnębiające wrażenie, ale nie zmienia to faktu, iż mamy do czynienia z powieścią wybitną, emocjonalną, przemyślaną, na długo pozostającą w pamięci, która absolutnie się nie zestarzała, pomimo upływu lat.

Gorąco polecam i z niecierpliwością czekam na kolejne tomy!

Premiera książki będzie miała miejsce 9 maja. Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Świat Książki

V. C. Andrews, Płatki na wietrze, Świat Książki, 2012.  s. 430.

środa, 4 kwietnia 2012

Książka, w której tyyyyle się dzieje (Z krwi i kości - Kathy Reichs)

Oglądacie serial "Kości"? A może czytaliście już książki o Temperance Brennan? Pytam o to, ponieważ powieści Kathy Reichs, która powołała do życia Tempe, zainspirowały twórców wspomnianego serialu, którego, przyznaję, nigdy nie oglądałam i wcześniej zupełnie nie kojarzyłam autorki. Niemniej jednak z książką "Z krwi i kości" spędziłam kilka zwariowanych godzin.

Dlaczego zwariowanych? Otóż autorka narzuciła szalone tempo. Do tego stopnia, że w którymś momencie musiałam usiąść i spisać sobie na karteczce, kto jest kim, bo lekko się pogubiłam. Akcja zaczyna się w chwili, kiedy w niewielkim miasteczku Charlotte, gdzie właśnie rozpoczynają się wyścigi NASCAR, przyciągające tłumy widzów. I właśnie wtedy, na wysypisku tuż obok torów, zostają odkryte zwłoki młodego mężczyzny. Znalezisko jest jednak o tyle nietypowe, że zwłoki zalane został asfaltem i upchnięte do beczki. Do akcji wkracza Temperance Brennan, antropolog kliniczny, która stara się odkryć tożsamość mężczyzny. 

Od tej chwili fabuła wchodzi na najwyższe obroty i nie zwalnia do końca. Pojawiają się kolejne trupy, trzeba przesłuchać kolejnych świadków i odpowiedzieć na najważniejsze pytanie: co łączy mężczyznę z beczki z dwójką zaginionych kilka lat wcześniej nastolatków, którzy pasjonowali się wyścigami samochodowymi i przez krótki czas należeli do skrajnie prawicowej organizacji zrzeszającej zwolenników supremacji białej rasy?

Książka Kathy Reichs jest pełna szczegółów dotyczących codziennej pracy antropologa sądowego. Dość makabryczne, lecz jednak ciekawe, tym bardziej, że autorka wie, o czym pisze: sama przez wiele lat wykonywała ten zawód, pracowała m.in. w Afryce przy ekshumacji zwłok zamordowanych w wojnie domowej. Dygresja osobista: kiedy spojrzałam na zdjęcia Kathy Reichs, kolejny raz doszłam do wniosku, że pozory mylą. Autorka wygląda mi bowiem bardziej na instruktorkę fitness, niż antropologa - ale to na marginesie.

Jeśli miałabym krótko scharakteryzować książkę, to uważam, że jest to "kryminał akcji". Nie znam poprzednich tomów, może w nich więcej uwagi poświęcono relacjom między bohaterami i ich psychice - tutaj jednak zdecydowanie nacisk położono na to, żeby "się działo". Ponadto, tak!, jestem z siebie bardzo dumna, gdyż o wiele szybciej niż bohaterowie domyśliłam się, kto zabił. Sytuacje takie zdarzają mi się dość rzadko, więc radość była tym większa.

W książce pojawia się jeszcze jeden wątek, który bardzo przypadł mi do gustu, mianowicie kot głównej bohaterki, Birdie. Kot nieco kapryśny, obrażalski, meloman. Jako zdeklarowana kociara, uwielbiam takie wtręty :)

Polecam - przede wszystkim jednak nie ze względu na kota, lecz naprawdę wciągającą fabułę.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictw Sonia Draga

K. Reichs, Z krwi i kości, Wydawnictwo Sonia Draga, 2012 s. 360.

czwartek, 9 lutego 2012

Ależ TAK, oczywiście! (Potęga perswazyjnej komunikacji - T. Reiman)

Książkę "Potęga perswazyjnej komunikacji" czytałam nieprzyzwoicie długo, bo prawie dwa miesiące. Z drugiej strony jednak z doświadczenia wiem, że pospieszna lektura pewnych tekstów po prostu nie ma sensu, bo po kilku dniach w głowie zostaje wielkie NIC - patrz: lektura tuż przed egzaminem. Nie wiem jak Wy, ale ja czasem miałam problem, by o książce, która miała 300 stron, powiedzieć 5 zdań - ale w sumie nie ma się czym chwalić :)

"Potęga perswazyjnej komunikacji", jak sam tytuł wskazuje, mówi o tym, jak się komunikować, aby usłyszeć z ust innych upragnione słowo "TAK"! Swojego czasu bardzo dużo na ten temat czytałam, nie tylko ze względu na to, że na studiach miałam przedmiot o nazwie komunikacja interpersonalna, ale po prostu są to ciekawe zagadnienia. 

Przez długi czas błędnie sądziłam, że techniki wpływania na ludzi, potrzebne są tylko sprzedawcom lub osobom zajmującym się biznesem - jednak im starsza jestem, tym bardziej przekonuję się, jak ogromne znaczenie ma siła pierwszego wrażenia, używanie odpowiednich słów w stosunku do konkretnych osób i wyeliminowanie ze swojego słownika innych, dlatego też wiedza podana przez autorkę nie jest abstrakcyjna, lecz można ją wykorzystać w życiu codziennym. 

Ja np. jestem osobą, która, jak to się potocznie mówi, zupełnie nie zna się na ludziach. Wystarczy, że sprzedawca w sklepie się uśmiechnie, a ja kupuję dodatkową pastę do zębów, chociaż zupełnie tego nie planowałam. Bardzo często okazuje się, że osoba, którą po dwóch minutach określiłam jako niesympatyczną i odpychającą, później zostaje moją dobrą znajomą - i odwrotnie. Tymczasem autorka pokazuje, na co należy zwracać uwagę, by nie dać się zwieść - i dla mnie, "pierwszej naiwnej" są to cenne wskazówki, które, mam nadzieję, uda mi się wykorzystać. Zresztą - i tu kolejny wtręt osobisty - od jakiegoś czasu mam wrażenie, że mylę się w ocenie nieco rzadziej niż wcześniej.

Ogromnym plusem "Potęgi perswazyjnej komunikacji" jest to, że nie jest to "typowy" podręcznik, zawierający suche definicje. Mnóstwo przykładów, mnóstwo anegdot, mnóstwo wyników badań, mnóstwo zdjęć - to wszystko bardzo podnosi atrakcyjność tej książki i sprawia, że jest bardzo przyjemna w odbiorze. Autorka posługuje się prostym językiem, pisze w zajmujący sposób, przez co pozycja traci "akademicki" charakter i staje się bardziej przystępna. Dlatego jeśli ktoś ma ochotę przyswoić sobie takie pojęcia jak ramowanie czy zakotwiczanie, odświeżyć wiadomości z mowy ciała i dowiedzieć się, jak podnieść swoją wiarygodność w oczach rozmówcy - polecam!

Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Sensus

T. Reiman, Potęga perswazyjnej komunikacji, Sensus.pl, 2011, s. 280.

piątek, 27 stycznia 2012

Braciszek i siostrzyczka (Kwiaty na poddaszu - V.C. Andrews)


Książka Virginii C. Andrews jest dla mnie powieścią "dyskusyjną". Przeczytałam ją dwa dni temu i od tego czasu nie jestem w stanie stwierdzić, czy "Kwiaty na poddaszu" podobały mi się, czy też nie. I podejrzewam, że zbierze ona tyle samo recenzji pozytywnych, co negatywnych, a być może i takich niezdecydowanych osób jak ja znajdzie się więcej.

Sama opowiedziana historia jest bardzo prosta. Otóż w pewnej dość zamożnej rodzinie dochodzi do nieszczęścia: w wypadku samochodowym ginie mąż i ojciec, zostawiając żonę i czwórkę dzieci właściwie bez środków do życia. Matka - kobieta w równym stopniu piękna, co pusta i próżna - zmuszona jest wrócić do domu rodziców. I tutaj, mam wrażenie, przenosimy się w czasie. Nie wiem dokładnie, w jakim okresie usytuowana jest akcja, ale skoro kobiety noszą dżinsy, to znaczy, że nie są to znowu czasy bardzo odległe. Tymczasem dom, do którego trafia rodzeństwo i jego matka, przypomina straszne domiszcze, żywcem wyjęte z epoki wiktoriańskiej. Zawiaduje nim babka, kobieta o surowych zasadach, strasząca ogniem piekielnym i wiecznym potępieniem. Dziadek zaś, wiele lat wcześniej, wyrzekł się córki, gdyż ta pokochała nieodpowiedniego, jego zdaniem, człowieka. Łatwo się domyślić, że rodziny nie czeka miłe powitanie. Ba! Kobieta, ze strachu przed ojcem, w ogóle nie przyznaje się do tego, że ma dzieci. Ukrywa je na poddaszu i składa tylko nieczęste wizyty. I właśnie o tym życiu na poddaszu opowiada znaczna część książki. Cathy, Chris i bliźnięta: Carrie i Cory, dorastają w zamknięciu, za jedyne towarzystwo mając siebie i górę prezentów, którymi zarzuca ich matka. No i wyobraźnię - tej też nie można i odmówić.

Ogromnie podoba mi się to, że autorka nie ukazała sielskiej wizji dorastania: między bratem a siostrą aż iskrzy, w ich relacji pojawia się miłość, jednak nie ta niewinna, a mocno podszyta erotyzmem. Doceniam odwagę i sposób, w jaki autorka pokazała ten mocno ryzykowny wątek. Kolejnym niewątpliwym plusem jest postać matki. To kobieta - dziecko, zupełnie niesamodzielna, trzpiotowata, nieodpowiedzialna. Autorka świetnie ją scharakteryzowała, aleeee... w momencie, kiedy wydaje się czytelnikowi, że już wie o niej wszystko, nagle okazuje się, że nie wie o niej nic. I że ta z pozoru niepoważna postać jest zdolna do największej podłości i okrucieństwa. Podobnie zaskoczyła mnie babka rodzeństwa, która przez prawie cały czas ukazywana była jak potwór, ale na koniec nieco zmieniłam o niej zdanie.

Jak do tej pory cały czas chwalę, skąd więc moje dylematy? Otóż powieść jest niemożliwie wręcz "przegadana". I gdyby nie to, że losy uwięzionego na poddaszu rodzeństwa naprawdę mnie wciągnęły, nazwałabym ją nudną. Przyznaję, że nie byłam w stanie czytać linijka po linijce, zdanie po zdaniu i zdarzało mi się ominąć całe akapity. Nie ma się co dziwić: ile pasjonujących wydarzeń może przytrafić się na tak ograniczonej przestrzeni ograniczonej liczbie bohaterów? A powieść ma prawie 400 stron. Myślę, że gdyby odchudzić ją o połowę i zostawić tylko clue, to utwór bardzo by na tym zyskał. 

Dlatego też pod koniec lektury poczułam się, jakbym dostała pałką między oczy. Zdążyła mnie ona prawie uśpić... a tu masz! Takie zaskoczenie! Kiedy teraz sobie myślę o kilku ostatnich stronach dochodzę do wniosku, że można się było tego spodziewać... ja jednak niczego się nie domyśliłam, o co jestem trochę na siebie zła :) Nie zmienia to jednak faktu, że w najbliższym czasie zamierzam pomaszerować do biblioteki po "Płatki na wietrze", gdyż zżera mnie ciekawość, co dalej!

V.C. Andrews, Kwiaty na poddaszu, Świat Książki, 2012, s. 382.

środa, 14 grudnia 2011

Do czytania nie tylko pod choinką (Pensjonat - Lois Battle)

Ufff... "Pensjonat" Lois Battle to jedyna ""świąteczna" lektura, jaką zaplanowałam na Boże Narodzenie Anno Domini 2011, więc bardzo się cieszę, że trafiłam na powieść, w której nie ma wspólnego kolędowania, nie podkreśla się co chwila, że święta to czas wyjątkowy i trzeba się cieszyć, bohaterowie nie padają sobie w ramiona pod choinką i nie obiecują, że dołożą wszelkich starań, aby święta i cały następny rok były wyjątkowe. Ufff... jakie to szczęście, że tego nie ma!

Lois Battle napisała książkę o czterech nieszczęśliwych kobietach: matce i jej córkach. Josie, miła starsza pani, za nic nie może dogadać się ze swoim dziećmi, chociaż robi co może, unika konfrontacji, stara się dostosować. Wspomina swoje, jakby nie było, średnio szczęśliwe życie, u boku męża, który był wojskowym, nie stronił od kobiet i miał zupełnie inną wizję szczęścia niż żona.

Cam wyjechała z rodzinnego domu do Nowego Jorku. Nie wyszła za mąż, pracowała w wydawnictwie, co w oczach najbliższych zapewniło jej miano kobiety sukcesu. Cam jednak absolutnie kobietą sukcesu się nie czuje. Mało tego: ma świadomość, że przegrała życie.

Lila jest żoną polityka: człowieka miłego... i tylko miłego. Kobieta nie radzi sobie z córką - anorektyczką i synem wykazując postawę "należy mi się!". Nie przepada też za Cam, czemu daje wyraz w trakcie rodzinnej kolacji. Robi też coś jeszcze i to "coś" może przekreślić nie tylko całe jej dotychczasowe życie, lecz także zniszczyć życie najbliższych osób.

Evie zaś, ostatnia z sióstr, no cóż... Evie zawsze była ładna i, niestety, głupia. Ja do tych cech dodałabym jeszcze egoizm i "bluszczowatość". Kobieta ta oplatała się wokół mężczyzn, czyniąc z kolejnych związków sposób na życie. Tyle, że ten ostatni jest szczególnie nie do zaakceptowania przez rodzinę...

Nieoczekiwanie dla nich samych, Josie, Cam, Lila i Evie spotykają się na wigilijnej kolacji, która kończy się katastrofą. Mija rok, rok przełomowy dla nich wszystkich. Przez ten czas wiele się wydarza, zarówno dobrego, jak i złego. Kobiety znów spotkają się przy wspólnym stole, w nieco zmienionym składzie. Nie, tym razem też nie padają sobie w ramiona. Więcej: mają problem, by na niektóre tematy w ogóle rozmawiać. Ale... no właśnie, jest jedno "ale". Tym razem każda z nich jest szczęśliwa, chociaż to, co Josie nazywa szczęściem, Lili trudno zaakceptować. I odwrotnie: gdyby Josie dowiedziała się, w jaki sposób jej córka doszła do stanu względnego zadowolenia, pewnie złapałaby się za głowę i zapłakała, że przecież nie tak chciała swoje dzieci wychować.

Książka Lois Battle to słodko - gorzka historia, dla której choinka i wigilijny stół to tylko dekoracja, tło, a nie najważniejszy punkt odniesienia. Ogromnie spodobało się to, że nie jest ona przesłodzona, że autorka nie uległa pokusie i nie napisała "zabawnej, ciepłej, rodzinnej opowieści o magii świąt". Jest za to historia prawdziwa jak samo życie, z pełnokrwistymi bohaterami, którzy czasem płaczą, czasem są wredni, czasem robią coś głupiego, ale przez są czytelnikowi po prostu bliżsi. Polecam tę książkę jako antidotum na świąteczny lukier i "Last Christmas" lecące w radiu od listopada. A żeby jednak pozostać w klimacie świąt, jeśli nie wiecie co kupić pod choinkę mamie lub przyjaciółce, ta książka powinna je zadowolić :)

L. Bottle, Pensjonat, Wydawnictwo Literackie, 2011, s. 453.

***     ***     ***     ***     ***     ***     ***     ***     ***     ***     ***     ***     ***     ***     ***
Bardzo proszę, kliknijcie w baner konkursowy, który umieściłam po prawej stronie. Portal Stolikarnia organizuje konkurs, w którym do wygrania jest wyjątkowa książka kucharska "Gotuj z sercem", przygotowana przez Polską Akcję Humanitarną oraz najlepszych polskich restauratorów. O samym projekcie możecie przeczytać TUTAJ, natomiast w jednym z kolejnych postów podam więcej szczegółów na temat samej książki. W każdym razie polecam, bo i książka świetna, i idea zacna. 

wtorek, 13 września 2011

O mężczyźnie, który może wszystko (Ostatni taki Amerykanin - Elizabeth Gilbert)


Elizabeth Gilbert jak dotąd przeczytałam wszystko, co zostało wydane w Polsce i jest to jedna z moich ulubionych autorek. Oczywiście jedne książki podobały mi się mniej ("Ludzie z wysp"), jedne bardziej ("I że Cię nie opuszczę..."), a w innych po prostu się zakochałam, chociaż teraz akurat tę książkę nazywa się kiczowatą i pseudo-uduchowioną (dobrze wiemy, o której mówię). "Ostatni taki Amerykanin" jest bez wątpienia jedną z najciekawszych powieści w tym rankingu i właściwie trudno mi powiedzieć, czy bardziej podobało mi się to tzw. "pseudo-uduchowienie" z jej pierwszej znanej mi powieści, czy biografia, którą tyle co skończyłam czytać.

Nie ukrywam, że z człowiekiem o imieniu Eustace Conway (polecam wpisanie imienia i nazwiska w wyszukiwarkę) pierwszy raz spotkałam się właśnie w tej książce, chociaż w Ameryce jest to postać powszechnie znana. Kim jest Eustace? Człowiekiem, który "jako siedemnastolatek zamieszkał w głuszy i trzydzieści lat później wciąż tam jest". To człowiek, który żyje jak nomada, mieszka w swoim indiańskim tipi i jest tytanem pracy. Eustace ma misję: namówić ludzi, żeby nie żyli w pudełkach, nie jeździli pudełkami, nie odwiedzali się w pudełkach innych ludzi. Jego życiowym celem było, chociaż może jest nadal, nakłonienie jak największej liczby osób, żeby żyli jak najbliżej przyrody, korzystali z rozwiązań, które wieki temu zostały wymyślone przez ich przodków. W tym celu tworzy swój raj, swoją utopię, Żółwią Wyspę. Jest to ogromna połać lasu, gdzie Eustace hoduje warzywa, zwierzęta, poluje, pije wodę ze strumienia, a kolejni hipisi, idealiści i ekolodzy przyłączają się do niego... by równie szybko odejść. Eustace nie jest bowiem człowiekiem, który co rano zrywa się o świecie i biega po mokrej trawie. O świecie Eustace pracuje, ciężko pracuje.

Eustace jest człowiekiem, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych. Konno, wraz z dwójką przyjaciół przemierza w poprzek Amerykę, w takim czasie, jakiego nikt przed nim nie osiągnął. Kiedy spotykani na jego drodze ludzie deklarowali, że również chcieliby zdobyć się na coś tak szalonego, odpowiadał bez cienie wątpliwości w głosie: "Możesz!".

Najbardziej jednak ucieszyły mnie ostatnie rozdziały, kiedy to autorka przestała opisywać Eustace jako niemalże boga w ludzkiej skórze, lecz przedstawiła go jako zwykłego, zagubionego człowieka. Eustace miał fatalne relacje z ojcem, nie utrzymywał bliższych kontaktów z rodzeństwem, mimo wielu kobiet, które przyciągał jak magnes, nigdy nie założyć rodziny i nie doczekał się upragnionej gromadki dzieci. Praktykanci, którzy zjawiali się w jego raju, rzadko wytrzymywali dłużej niż kilka miesięcy.

Pod tym względem Eustace jest postacią tragiczną, idealistą, na którego przykładzie jasno widać, że nigdy nie można mieć wszystkiego i w życiu zawsze jest coś za coś. Eustace jest wcieleniem wolności, o której tak wiele osób marzy, ale czy jest naprawdę wolny? Ja doszłam do wniosku, że jednak nie, a o pardoks zakrawa fakt, że im bardziej wolny pragnął być, tym większy ciężar go przytłaczał.

Polecam, gdyż jest to świetnie napisała nietuzinkowej postaci, niezwykłego człowieka, ostatniego takiego dzikiego Amerykanina.

E. Gilbert, Ostatni taki Amerykanin, Rebis, 2011, s. 392.

niedziela, 28 sierpnia 2011

Matka, córka, matka (Sekretna córka - S.S. Gowda)


Do książek, które "stały się międzynarodowym bestsellerem przetłumaczonym na 17 języków" z założenie podchodzę nieufnie, gdyż najczęściej za szumnymi hasłami kryje się wielkie NIC. Nie zmienia to jednak faktu, że niektóre z nich z założenia również czytam, co by wiedzieć, czym zachwycił się świat (albo też która z książek miała najlepszą promocję i najwięcej pieniędzy przeznaczono na reklamę).

Za "Sekretną córką" na szczęście nie kryje się wielkie NIC i czytałam ją nawet nie tyle z przyjemnością, co ze wzruszeniem. Jest to bowiem opowieść o pragnieniu macierzyństwa, stracie dziecka, poszukiwaniu własnej tożsamości. Ale od początku.

1984 rok, Indie, kraj kontrastów, w którym wskaźniki urodzeń stają na głowie. Rodzice, a raczej ojcowie, chcą mieć synów, gdyż wiadomo, że z dziewczynek jest niewielki pożytek, a gdy dorosną, trzeba kombinować, jak uzbierać dla nich posag. Dlatego też bardziej pożądani są synowie. Kavita nie miała szczęścia: pierwszy poród zakończył się wydaniem na świat dziewczynki, którą jej zabrano i kobieta nigdy nie dowiedziała się, co stało się z dzieckiem. Przy drugiej ciąży była bardziej ostrożna: chociaż znów urodziła córeczkę, oddała ją do sierocińca, czego przez resztę życie nie mogła sobie wybaczyć i co ją prześladowało, lecz przynajmniej wiedziała, że dziecko żyje.

W tym samym czasie, a Ameryce, młoda lekarka Somer traci kolejne ciąże, w końcu słyszy diagnozę, która brzmi dla niej jak wyrok: nie będzie mogła mieć dzieci. Po fali rozpaczy zaczyna myśleć o adopcji. Jako iż jej mąż pochodzi z Bombaju, adoptują indyjską dziewczynkę, Ashę. I tylko pozornie mogłoby się wydawać, że wszyscy są zadowoleni: Kavita ocaliła dziecko od śmierci, Somer dostaje upragnionego bobasa, a "bobas" dostaje kochających rodziców, którzy mogą mu zapewnić przyszłość. Jest jednak zupełnie inaczej: Somer ma poczucie, że nie sprawdza się jako matka, nie czuje, że dziecko jest "jej", szybko okazuje się, że nie potrafi znaleźć wspólnego języka z dorastającą córką. Asha tymczasem dostrzega, że jest inna. Nikt nie ukrywa przed nią, że jest adoptowana, ale ciągnie ją do Indii i gdy tylko nadarza się szansa, by tam pojechać na staż dziennikarski, natychmiast korzysta z okazji, co Somer odczytuje jako zdradę i atak wymierzony w siebie. Kavita tymczasem, której za trzecim razem udaje się urodzić synka, zauważa, że syn nie jest spełnieniem jej ambicji, tęskni za córką, odwiedza nawet sierociniec, w którym zostawiła dziecko... A Asha w tym samym sierocińcu, dowiaduje się, kim byli jej rodzice...

Ogromnie się cieszę, że autorka nie poszła w kierunku melodramatu i nie doprowadziła do "spotkania po latach", gdzie matka i córka padają sobie w ramiona i spowiadają z lat rozłąki. Cieszę się również, że nie stało się tak, iż Asha po spotkaniu z indyjską rodziną ze strony ojca przywdziewa sari i rezygnuje ze swojego życia w Ameryce. Autorka ustrzegła się w tej książce wielu łatwych, lecz irytujących rozwiązań i naprawdę chwała jej za to. I tym samym napisała naprawdę dobrą powieść o uczuciach, jakie nierozerwalnym łańcuchem łączą kobiety z różnych kultur, kolejny raz udowadniając, że może i różni nas kolor skóry czy religia, ale w środku wszyscy jesteśmy tacy sami.

A, i plus za słowniczek na końcu książki oraz to, że tłumacz pozostawił w tekście kilka indyjskich słów. Bardzo dobrze wpływa to na styl i klimat książki.

Polecam, warto!

S.S. Gowda, Sekretna córka, Prószyński i S-ka, Warszawa 2011, s. 404.

piątek, 22 lipca 2011

Wirtualne średniowiecze (Hyperversum - Cecilia Randall)


"Hyperversum" przez ostatni miesiąc było moją książkę "do poduszki", głównie ze względu na swoje pokaźne gabaryty: 768 stron raczej trudno zmieścić do torebki, a ostatnio czytam głównie w drodze do i z pracy.

Cecilia Randall napisała przede wszystkim powieść dla młodzieży, a stwierdzam to, ponieważ powieść czytała też moja nastoletnia kuzynka i jej "Hyperversum" podobało się chyba jednak bardziej niż mi. Sylwia, która na szczęście czyta dużo, doceniła samą fabułę: pełną niesamowitych przygód, pojedynków, prób - książka po prostu ją wciągnęła, dlatego też jeśli zastanawiacie się, jaką książkę podarować nastolatce: polecam!

Autorka opisała losy grupy przyjaciół, którzy uwielbiają gry komputerowe, w szczególnie jedną: tytułowe "Hyperversum". W wyniku błędu systemu, sami stają się częścią gry i przychodzi im wcielić się w role postaci, które sami wcześniej wymyślili. Ian, Daniel, Jodie i Martin są przerażeni, bezbronni i mocno zdezorientowani, w dodatku zaraz na samym początku wdają się w konflikt z jednym z najpotężniejszych ludzi tamtych czasów. Wirtualna rzeczywistość okazuje się być nie tyle fascynująca, co przerażająca i niepewna.

Wbrew pozorom nie jest to jednak powieść z kręgu fantastyki, lecz ze względu na miejsce i czas akcji, historyczna. I tutaj chylę czoła przed autorką, którą drobiazgowo opisała realia średniowiecza, a także znane z historii wydarzenia dotyczące konfliktu między panującymi rodzinami z Francji i Anglii. Dzięki temu, że prezentuje detale, naprawdę można się zaciekawić tamtym okresem. Słabsze punkty? Są i takie, ale w tak ogromnej powieści trudno ich uniknąć. Bohaterowie są nieco schematyczni, jeśli ktoś jest dobry na początku, to taki już pozostanie. Z założenie dobrzy są Francuzi, natomiast rola tych złych przypadła Anglikom i nie ma zmiłuj: źli są wszyscy bez wyjątku.

Nie zmienia to jednak faktu, że Cecilia Randall zrobiła kawał solidnej, literackiej roboty i czekam na ciąg dalszy - bo taki nastąpi, ha! :)

C. Randall, Hyperversum, Espirit, Kraków 2011, s. 768.

piątek, 24 czerwca 2011

Życie to cyrk! (Woda dla słoni - Sara Gruen)


Nadrabiania zaległości recenzyjnych ciąg dalszy... Tak się złożyło ostatnio, że chociaż książek czytam naprawdę dużo i naprawdę dobrych, nie mam czasu/weny na ich recenzowanie. A że wszystkie przeczytane pozycje leżą razem, to i stos staje się coraz wyższy i coraz bardziej straszy...

"Wodę dla słoni" przeczytałam około miesiąca temu, kiedy głośno było o filmie z Robertem Pattinsonem, Reese Withherspoon i Christopherem Waltzem w rolach głównych. Filmu nie widziałam, chociaż recenzje, zarówno od krytyków, jak i widzów, zebrał dobre, ale książkę mogę polecić z czystym sumieniem.

Cała akcja "Wody dla słoni" zaczyna się w chwili, kiedy Jakub Jankowski, młody student weterynarii, traci rodziców. W przypływie rozpaczy wychodzi z domu, idzie wzdłuż torów i wskakuje do jednego w wagonów kolejowych mijającego go pociągu. A w wagonach istny cyrk - dosłownie. Jakub przyłącza się do wędrownej trupy cyrkowej i odtąd podróżuje jako opiekun zwierząt.

Książka Sary Gruen jest jedną z niewielu książek, w której wątek miłosny zszedł dla mnie na drugi plan. O wiele ciekawsze, niż opis rodzącego się uczucia między Jakubem a Marleną, żoną dyrektora cyrku, wydało mi się samo przedstawienie codziennego życia wędrownych artystów: twardych zasad panujących między nimi, życia tuż obok dzikich zwierząt, przygotowań do występów... Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek wcześniej czytała książkę o podobnej tematyce, więc frajda była tym większa.

"Woda dla słoni" rozgrywa się w dwóch planach czasowych: historię swojej młodości opowiada Jakub, będący już starszym człowiekiem. I tutaj pojawia się kolejny ciekawy wątek mówiący o tym, jak traktowani są starsi ludzie przez swoją własną rodzinę oraz personel domu starców. Nie, nie ma tu jakiś drastycznych scen, lecz chodzi raczej o dość powszechne zjawisko odsuwania ludzi, którzy już swoje przeżyli, na boczny tor. Pouczające.

Sara Gruen napisała jedną z ciekawszych powieści, jakie miałam ostatnio okazję czytać: nieoklepana tematyka, bohaterowie z krwi i kości... no i słonica, w której po prostu się zakochałam i dla której chętnie przynosiłabym wodę. Chociaż podobno noszenie wody dla słoni to tylko jeden z cyrkowych mitów... :)

S. Gruen, Woda dla słoni, Rebis, Poznań 2011, s. 404.

środa, 15 czerwca 2011

Dziewczyna i... tuńczyki (Dziewczyna, która pływała z delfinami - Sabina Berman)


Nie dajcie się zwieść! "Dziewczyna, która pływała z delfinami" nie jest tym, na co wygląda, tytuł i okładka, ze szkodą dla książki, wprowadzają w błąd.

"Opowieść wolna od stresu, tak jak pływanie z delfinami"- czytamy, a na okładce dziewczyna w czerwono-granatowej bluzie siedząca na ławce i wpatrująca się w morze. Wszystko to od razu układa się w całość: Sabina Berman napisała książkę o jakiejś rajskiej wyspie, gdzie "dzikie dziecko", nieskażone cywilizacją, nurkuje sobie z delfinami, rozwodzi się nad inteligencją tych zwierząt, opisuje z zachwytem rafy koralowe i przekonuje, że życie w zgodzie z przyrodą jest super. Otóż nie - i dzięki Bogu, że nie.

Karen jest najpierw dzieckiem, a potem autystycznym dorosłym. Jej poziom inteligencji jest niski, lecz posiada też zdolności, które sprawiają, że można ją nazwać wybitną. Karen nie podaje dłoni, nie patrzy obcym w oczy, przejawia nadmierną skłonność do skupiania się na szczegółach, gubiąc to, co ogólne. Nie potrafi okazywać uczuć ani myśleć metaforami: rozumie je dosłownie, co stanowi źródło humoru w tej miłej powieści. Natomiast tym, co wychodzi jej świetnie, to nieuleganie wpływom i... praca w firmie ciotki, która (firma, chociaż ciotka też) zajmuje się połowem i przetwórstwem tuńczyków. Dzięki Karen przetwórnia Pociecha zarabia miliony - a pomysł związany z tuńczykami jest jedynym dobrym i wielkim pomysłem, jaki przez całe życie przyszedł Karen do głowy.

Delfinów w tej książce na szczęście jest niewiele, podobnie jak rajskich plaż i "dzikich dzieci". Sabina Berman pozwala jednak śledzić sposób myślenia osoby autystycznej, które wolne jest od stereotypów, rutyny i skrótów myślowych. Jak możemy przeczytać, autorka zajmuje się pisaniem scenariuszy filmowych i to widać, w moim odczuciu bowiem, "Dziewczyna..." jest gotowa do przeniesienia na ekran. I chciałabym, żeby tak się stało, oczywiście zdążyłam już obsadzić w myślach główne role :)

Polecam, tym bardziej, że jest to pierwsza książka z bohaterem cierpiącym na autyzm, jaką miałam okazję przeczytać, a nowe doświadczenia literackie są zawsze mile widziane :)

S. Berman, Dziewczyna, która pływała z delfinami, Znak, Kraków 2011, s. 231.

sobota, 30 kwietnia 2011

Dwugłos, czyli o tym, jak siostry cioteczne czytały "Z ciemnością jej do twarzy" :)


"Z ciemnością jej do twarzy" to książka bez wątpienia dla młodzieży, o czym świadczy chociażby wiek głównych bohaterów. Mimo szczerych chęci, gdybym chciała nazwać siebie nastolatką, to niestety, ale lekko minęłabym się z prawdą. Dlatego też od razu gdy skończyłam lekturę, książka Kelly Keaton powędrowała w młodsze, bo niespełna piętnastoletnie ręce mojej siostry ciotecznej. Od razu dodam, że jest ona całkiem "obytym" czytelnikiem i czyta dużo i chętnie. Także proszę przede wszystkim kierować się opinią mojej kuzynki, gdyż może być ona bardziej wiarygodna od mojej, chociaż w jednym się zgodziłyśmy: książka wciąga i czyta się ją świetnie.

To, na co ja przede wszystkim zwróciłam uwagę, to mroczny klimat powieści. Ari Selkirk zaczyna szukać prawdy o swoim pochodzeniu i staje oko w oko z klątwą, która sprawia, iż kobiety z jej rodziny giną przed ukończeniem 21 roku życia. A wszystko dlatego, że wiele wieków temu wkurzyły pewną boginię. Którą? Nie powiem, ale moja kuzynka, którą podejrzewam o to, iż przeczytała więcej książek z gatunku fantastyki niż ja stwierdziła, że nie spotkała się jeszcze z takim przedstawieniem wątków mitologicznych - ja też nie. Ponadto mi bardzo spodobało się miejsce akcji: Nowe 2. Miasto, które widniało na mapie jako Nowy Orlean, a w chwili rozgrywania się akcji, stopniowo, bardzo powoli, podnosi się z ruiny. Ma to związek z huraganami, jakie swojego czasu przeszły nad tym obszarem, huraganami, które wcale nie był tylko zwykłym zjawiskiem atmosferycznym.

Moja kuzynka zachwyciła się główną bohaterką. Ari jest dość, hmm... męska. Sprawnie posługuje się nożem, gdy trzeba, kopie silniejszych od siebie mężczyzn między nogi, a w skrajnych sytuacjach, gdy zagrożone jest jej życie, potrafi nawet zabić. Ponadto Ari jest też odważna, ale odwaga ta nie wynika z tego, że wierzy we własną pięść. Dziewczyna jest zdeterminowana, by poznać dzieje własnej rodziny, chociaż pakuje się przez to w sporo kłopoty. Nie boi się odkrywać prawdy, chociaż ta jest mocno dezorientująca...

No i jest coś jeszcze, co ogromnie spodobało się mojej kuzynce, a mi prawie umknęło. Wątek miłosny. Ari zakochuje się w jeszcze większym odmieńcu, niż ona sama - oczywiście z wzajemnością. Przyznaję, że podręczyłam kuzynkę pytaniem, czy chciałaby takiego chłopaka, jakim był Sebastian... i powiedziała, że owszem :)

"Z ciemnością jej do tworzy" to książka, która w sprzedaży pojawi się 5 maja. Mogłyśmy przeczytać egzemplarz recenzencki dzięki uprzejmości wydawnictwa Znak Emotikon, które zaplanowało cały szereg akcji związanych z tą pozycją, a także chce promować czytanie książek wśród, niestety, niewiele czytającej młodzieży. Ja nie ukrywam jednak, że o wiele bardziej niż na konkursy i promocję książki Kelly Keaton czekam na... kolejny tom o Ari! "Z ciemnością jej do twarzy" jest bowiem pierwszą częścią serii, który to tom kończy się w takim momencie, że... I tu króciutka anegdotka.

Przyjaciółka pisarki po przeczytaniu tej książki wysłała jej smsa o treści: "nienawidzę cię". My też nienawidzimy Kelly Keaton za to, że każe nam czekać na ciąg dalszy. Oby niedługo :)