Pokazywanie postów oznaczonych etykietą grubasy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą grubasy. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 17 marca 2019
Wojna przez duże "W", miłość przez wielkie "M" (Recenzja książki Wojna i miłość Jolanty Marii Kalety)
Bardzo mi się chciało takiej powieści. Historycznej, o miłości, pisanej z rozmachem i tak zwaną epicką rozlewnością. Wojna i miłość Jolanty Marii Kalety idealnie spełniła moje oczekiwania.
Etykiety:
być kobietą,
grubasy,
ona pisze - polska,
powieść historyczna
poniedziałek, 25 czerwca 2018
Japońska wersja Gru o tron? Niekoniecznie (Recenzja książki Hideo Yokoyamy Sześć Cztery)
Sześć Cztery. Intrygujący tytuł, książka nazywana japońskim Millenium, fenomen wydawniczy w Stanach i Wielkiej Brytanii. Wojciech Chmielarz zaś nazwał tę powieść policyjną Grą o tron.
No przecież, że musiałam to powieść przeczytać!
No przecież, że musiałam to powieść przeczytać!
Etykiety:
grubasy,
obyczajowa
niedziela, 20 lipca 2014
Książka, która dała więcej niż oczekiwałam (Skradziona - Clara Sanchez)
Szukałam lekkiej powieści, która uprzyjemni mi podróż na wakacje i z wakacji, tymczasem trafiłam na lekturę, od której nie mogłam się oderwać. Świetni bohaterowie, świetne pióro autorki, mnóstwo emocji i temat - torpeda. Czytało mi się fantastycznie!
Etykiety:
być kobietą,
grubasy,
książki po których trudno zasnąć
piątek, 26 kwietnia 2013
Love story do zaczytania (Szmaragdowa tablica - Carla Montero)
Tytuł: Szmaragdowa Tablica
Autor: Carla Montero
Wydawnictwo: Rebis (dziękuję!)
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 672
Szmaragdową tablicę czytałam długo, bo ponad dwa tygodnie. Nie wątpię jednak w to, że można przeczytać ją w kilka dni, błyskawicznie - bo moim zdaniem jest to właśnie jedna z tych książek do połknięcia, które czyta się z wypiekami na twarzy i od których nie można się oderwać.
Tak naprawdę fabułę tej rozpisanej na prawie 670 stron powieści mogłabym streścić w kilku zdaniach. Konrad, bogaty biznesmen, zleca swojej dziewczynie odnalezienie obrazu, o którym nie wiadomo nic... nie ma nawet dowodów na to, że kiedykolwiek istniał. Ana podejmuje się tego zadania, jednak w którymś momencie ważniejsi od samego obrazu stają się ludzie z nim związani. I właśnie opowieść o tych ludziach najbardziej wciąga i zapada w pamięć.
Sarah Bauer i Georg von Bergheim - para, której miłość rozłożyła mnie na łopatki. Szczerze: myślałam, że jestem za stara na takie historie. Ona - Żydówka, on - nazista. On poluje na nią, a raczej na obraz, który, jak domniema, jest w jej posiadaniu. Ona traci całą rodzinę w obozach koncentracyjnych, sama cudem unika śmierci, potem aktywnie działa w ruchu oporu. Nienawidzi Niemców, jednak dla tego jednego robi wyjątek... On zaś dla niej oszukuje samego Himmlera, narażając życie swoje i swojej rodziny. Dawno, bardzo dawno nie zdarzyło mi się wciągnąć do tego stopnia w jakąś love story i chyba też dawno aż tak mocno nie trzymałam kciuków za szczęśliwe zakończenie.
Carla Montero napisała swoją drugą powieść z rozmachem: mnóstwo tu opisów, mnóstwo wątków pobocznych i postaci drugoplanowych, ale też, mimo tej epickiej rozlewności, dużo w tej książce się dzieje.
I teraz tak: do tytułów, o których pisze się, że to światowe bestsellery, że sprzedano dziesięć milionów egzemplarzy i zachwyciły sto milionów czytelników, podchodzę sceptycznie. Podobnie jak z założenia nieufnością darzę książki, na których reklamę natykam się na każdym kroku - a tak właśnie jest ze Szmaragdową Tablicą. Średnio też kręcą mnie lektury, które na okładce mają taki oto tekst:
Historia i współczesność, miłość i wojna, zakazany romans i dzika zazdrość, tajemniczy obraz i opętanie chciwością - ta wspaniała powieść zachwyca, przeraża i wciąga bez reszty.
ALE! Nie żałuję ani jednej minuty, którą spędziłam z tą powieścią. Wierzcie mi: jest świetna! Mimo iż nastawiona na masowego czytelnika, naprawdę napisana została wyśmienicie, a autorce udało się mistrzowsko połączyć dwie historie, które na koniec odnajdują piękny wspólny mianownik.
Polecam! Ja właśnie za to kocham czytanie. Za historie, które wciągają tak, że na kilka godzin tracę kontakt z rzeczywistością :)
Etykiety:
grubasy,
love story,
ona pisze - europa
czwartek, 10 stycznia 2013
Czym jest "normalność"? (W jednej osobie - John Irving)

Tytuł: W jednej osobie
Autor: John Irving
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka (dziękuję!)
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 515
Wiem, że wiele osób zachwyca się Irvingiem - ja do znawców jego twórczości (jeszcze!) nie należę, ale po dwóch przeczytanych książkach nabieram przeświadczenia, że warto!
Ostania noc w Twisted River, którą czytałam dwa lata temu, podobała mi się bardzo i od tej pory wypatrywałam kolejnej powieści Irvinga. I w końcu jest!
Nie powiem, lektura zajęła mi sporo czasu, nie tylko dlatego, że książka liczy sobie 515 stron. W tę powieść trzeba się po prostu wgryźć, przyzwyczaić do mnogości bohaterów, zapamiętać, kto jest kim, poukładać sobie w głowie wydarzenia chronologiczne, autor bowiem dość swobodnie miesza wydarzenia z życia głównego bohatera i narratora w jednej osobie, Billy'ego Abbotta.
Czytelnik ma okazję towarzyszyć mu przez siedemdziesiąt lat, chociaż najdokładniej opisana została młodość bohatera, kiedy to kształtowała się jego osobowość i miały miejsca wydarzenia, które naznaczyły go na resztę życia. Billy szybko odkrywa swoją inność, zauważa, że fascynują go zarówno mężczyźni, jak i kobiety. Na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, w małym miasteczku, jest to odkrycie o tyle kłopotliwe, że o ludziach pokroju Billy'ego nie mówi się głośno - co nie oznacza, że samo zjawisko nie istnieje.
Billy nie ma łatwego życia. Z jednej strony nie ma co liczyć na wsparcie matki, która skrępowana gorsetem drobnomieszczańskich konwenansów, nie dopuszcza do siebie prawdy o orientacji syna. Wiele zamieszania wprowadza ojczym i dziadek. Ten pierwszy reżyseruje spektakle kostiumowe, gdzie płeć odgrywanych postaci bywa ambiwalentna, zaś dziadek z upodobaniem gra kobiece role, wkładając przy tym kobiece ciuszki.
Z drugiej strony Billy jest rozdarty między pociągiem do panny Frost, dużo starszej od niego bibliotekarki, a Kittredgem, "samcem alfa". Dzięki pannie Frost młodzieniec poznaje wiele ważnych książek. To niepozorna bibliotekarka i lektury wskażą mu, że należy walczyć o siebie, chociażby nie podobało się to ludziom takim jak Kittredge. I nie ukrywam, iż jest to jeden z moich ulubionych wątków, bowiem, a co!, wierzę, że literatura może dostarczać nie tylko przyjemności, lecz także kształtować charaktery i postawy.
Billy Abbott szybko odkrywa także, że samo czytanie książek to za mało. On chce je tworzyć. Niespodziewanie sam dla siebie staje się inspiracją i obiektem godnym opisania. Dzięki temu czytelnik ma szansę obserwować kształtowanie się Abbotta jako autora właśnie, lecz także obserwować rozwój środowiska gejowsko - lesbijskiego, dopiero raczkującego.
Tak, jak to zostało zapowiedziane na okładce, Irving stawia pytania o to, czym jest normalność i czy warto za wszelką ceną do niej dążyć. Penetruje te zakątki ludzkiej duszy, w które nie każdy ma odwagę dotrzeć. I przede wszystkim kreśli cudowny portret człowieka dojrzewającego, poszukującego, stawiającego pytania.
Trzynasta powieść Irvinga zachwyca: świetnymi bohaterami, świetną fabułą, świetnym pomysłem. I mimo iż do najłatwiejszych nie należy, warto poświęcić jej czas i wysiłek: satysfakcja (ogromna!) z lektury gwarantowana!
Etykiety:
do przemyślenia,
grubasy,
on pisze - ameryka
poniedziałek, 5 marca 2012
Zabójstwa popełnione z zimną (dosłownie!) krwią (Bielszy odcień śmierci - Bernard Minier)
"Bielszy odcień śmierci" we Francji podobno zrobił furorę i okrzyknięto go wydarzeniem literackim. I chociaż do takich rewelacji pisanych na okładkach zazwyczaj podchodzę sceptycznie, tym razem coś jest na rzeczy. Powieść ta jest debiutem Bernarda Miniora i myślę, że takiej książki nie powstydziłby sam King.
Akcja "Bielszego odcienia śmierci" rozgrywa się w przysypanej śniegiem dolinie Pirenejów. Martinowi Servazowi, zostaje przydzielone niezwykłe śledztwo. Otóż ofiarom nie jest człowiek, lecz... koń, któremu ktoś najpierw odciął głowę, a następnie zwłoki powiesił na stacji kolejki liniowej. Co ciekawe, właścicielem konia jest człowiek, który ma znaczący udział w światowym biznesie i bardzo zależy mu na wyjaśnieniu śmierci pupila. To jednak nie koniec: wkrótce pojawiają się kolejne trupy i widać, że morderca nie działa przypadkowo, wszystkie zbrodnie mają bowiem wspólny mianownik, który Servaz i jego grupa próbują odkryć.
Całą, i tak już zagmatwaną, sprawę dodatkowo komplikuje fakt, iż w pobliżu miasteczka Saint-Martin, gdzie toczy się śledztwo, znajduje się Instytut Wargniera, czyli połączenia więzienia i zakładu psychiatrycznego, gdzie przebywają zwyrodnialcy, dla których nie ma już szans na resocjalizację. Jakim cudem DNA jednego z nich trafia na miejsce zbrodni, skoro nie ma możliwości, aby ktoś wyszedł lub wszedł do Instytutu niezauważony? I dlaczego jeden z pacjentów sugeruje Servazowi, aby uważnie przyjrzał się fali samobójstw nastolatków, jakie miały miejsce w dolinie 15 lat wcześniej?
Pierwszą mocną stroną "Bielszego odcienia śmierci" jest klimat. Wyobraźcie sobie ciągle padający śnieg, który zasypuje ulice i drogi dojazdowe, co potęguje uczucie klaustrofobii i odcięcia od świata. Na śnieg patrzy Diane, młoda psycholożka, właśnie rozpoczynająca pracę z Instytucie. W śniegu gubią się ślady mordercy, śnieg jest niemym świadkiem wszystkich opisywanych wydarzeń.
Na pochwałę zasługuje również sam sposób prowadzenia śledztwa. Servaz zna się na swojej pracy i czasem zdarza mu się kierować intuicją, jednak przez 99% czasu wykonuje wręcz mrówczą pracę, którą czytelnik ma szansę drobiazgowo prześledzić. Jego działania są logiczne, rozumiałam kolejne kroki detektywa, w powieści nie ma cudownych zbiegów okoliczności czy nagłych objawień, które nagle zmieniają przebieg śledztwa - a dodam, że bardzo tego typu zabiegów nie lubię.
Świetna jest także fabuła i sama intryga: od mniej więcej dwusetnej strony byłam pewna, że wiem, kto zabijał... jednak moja hipoteza sprawdziła się tylko częściowo. I w sumie, nie obrażając nikogo możliwości dedukcyjnych, nie wiem, czy komukolwiek uda się wskazać palcem mordercę szybciej niż policjantowi.
A jeśli już wymieniam plusy, to koniecznie muszę wspomnieć o rozmachu, z jakim autor napisał "Bielszy odcień śmierci". 510 stron zadrukowanych drobną czcionką, skrupulatne opisy, świetnie nakreśleni bohaterowie, których mamy szansę poznać nie tylko w pracy, lecz również prywatnie.
Autor, za przeproszeniem, odwalił kawał dobrej, literackiej roboty i... czapki z głów, proszę Państwa!
B. Minier, Bielszy odcień śmierci, Rebis, 2012, s. 511.
piątek, 22 lipca 2011
Wirtualne średniowiecze (Hyperversum - Cecilia Randall)

"Hyperversum" przez ostatni miesiąc było moją książkę "do poduszki", głównie ze względu na swoje pokaźne gabaryty: 768 stron raczej trudno zmieścić do torebki, a ostatnio czytam głównie w drodze do i z pracy.
Cecilia Randall napisała przede wszystkim powieść dla młodzieży, a stwierdzam to, ponieważ powieść czytała też moja nastoletnia kuzynka i jej "Hyperversum" podobało się chyba jednak bardziej niż mi. Sylwia, która na szczęście czyta dużo, doceniła samą fabułę: pełną niesamowitych przygód, pojedynków, prób - książka po prostu ją wciągnęła, dlatego też jeśli zastanawiacie się, jaką książkę podarować nastolatce: polecam!
Autorka opisała losy grupy przyjaciół, którzy uwielbiają gry komputerowe, w szczególnie jedną: tytułowe "Hyperversum". W wyniku błędu systemu, sami stają się częścią gry i przychodzi im wcielić się w role postaci, które sami wcześniej wymyślili. Ian, Daniel, Jodie i Martin są przerażeni, bezbronni i mocno zdezorientowani, w dodatku zaraz na samym początku wdają się w konflikt z jednym z najpotężniejszych ludzi tamtych czasów. Wirtualna rzeczywistość okazuje się być nie tyle fascynująca, co przerażająca i niepewna.
Wbrew pozorom nie jest to jednak powieść z kręgu fantastyki, lecz ze względu na miejsce i czas akcji, historyczna. I tutaj chylę czoła przed autorką, którą drobiazgowo opisała realia średniowiecza, a także znane z historii wydarzenia dotyczące konfliktu między panującymi rodzinami z Francji i Anglii. Dzięki temu, że prezentuje detale, naprawdę można się zaciekawić tamtym okresem. Słabsze punkty? Są i takie, ale w tak ogromnej powieści trudno ich uniknąć. Bohaterowie są nieco schematyczni, jeśli ktoś jest dobry na początku, to taki już pozostanie. Z założenie dobrzy są Francuzi, natomiast rola tych złych przypadła Anglikom i nie ma zmiłuj: źli są wszyscy bez wyjątku.
Nie zmienia to jednak faktu, że Cecilia Randall zrobiła kawał solidnej, literackiej roboty i czekam na ciąg dalszy - bo taki nastąpi, ha! :)
C. Randall, Hyperversum, Espirit, Kraków 2011, s. 768.
Etykiety:
dla młodzieży,
grubasy,
ona pisze - ameryka
niedziela, 21 listopada 2010
O mężczyźnie, który uczył się włoskiego (Lekcje włoskiego - Peter Pezzelli)

"Lekcje włoskiego" to druga po "Kuchni Franceski" książka Petera Pezzelliego, jaką mogłam przeczytać. Tym razem jednak do lektury przystąpiłam z bardzo konkretnymi oczekiwaniami: miały być Włochy, miało być włoskie jedzenie, a książka miała być "ciepłą opowieścią". I wszystko to na jej kartach znalazłam, chociaż znów nie jest to dobrze znany typ powieści realizujący schemat: "pojechałam do Rzymu i zakochałam się we włoskim jedzeniu, a potem uwiódł mnie przystojny Włoch".
Po pierwsze, głównym bohaterami tej powieści są mężczyźni: Carter oraz jego nauczyciel włoskiego, Giancarlo. Powieść rozpoczyna się od dość zabawnej rozmowy między dwoma panami. Amerykanin Carter deklaruje, że chce nauczyć się włoskiego, gdyż zafascynowała go włoska kultura (o której tak naprawdę nic nie wie). Na to Giancarlo pyta wprost: "Jak ona ma na imię?".
Otóż "ona" ma na imię Elena, a Carter po kilku minutach rozmowy dochodzi do wniosku, że "ta albo żadna". I wszystko byłoby dobrze, gdyby tajemnicza piękność następnego dnia nie wyjechała do Włoch. Carter postanawia ją odszukać. I, przy okazji, nauczyć się od Giancarlo włoskiego.
Między uczniem a nauczycielem rodzi się coś w rodzaju przyjaźni, która nie jest łatwa, gdyż Giancarlo to samotnik, od trzydziestu lat nie był w swoim rodzinnym kraju, co wiąże się z pewną tajemnicą (a tajemnica ta ma na imię Antonella). Carter wyrusza do Włoch, w poszukiwaniu swojej miłości. Oczywiście zachwyca się pięknem tego kraju, lecz jednocześnie... chyba nie mogę powiedzieć :) Natomiat Giancarlo, który bynajmniej nie miał w planach ruszać się gdziekolwiek z Rhode Island, niespodziewanie odbywa podróż, która zmieni całe jego życie. Na lepsze? Na gorsze? No pewnie, że nie powiem :)
Mnie ta książka wprawiła w świetny nastrój, a przy lekturze chyba z dwieście razy przesłuchałam TĄ piosenkę. I bardzo spodobał mi się cytat dotyczący biegania:
- Co sprawia, że wszyscy ci ludzie nabierają ochoty, by gnać dookoła boiska przez cały dzień? - Bo to zdrowe. (...) Dobrze działa na ciało, a jeszcze lepiej na głowę.
Nie wiem, czy rym był zamierzony, ale bardzo ładnie to wyszło :)
P. Pezzelli, Lekcje włoskiego, Wydawnictwo Literackie, Warszawa 2010, s.
Po pierwsze, głównym bohaterami tej powieści są mężczyźni: Carter oraz jego nauczyciel włoskiego, Giancarlo. Powieść rozpoczyna się od dość zabawnej rozmowy między dwoma panami. Amerykanin Carter deklaruje, że chce nauczyć się włoskiego, gdyż zafascynowała go włoska kultura (o której tak naprawdę nic nie wie). Na to Giancarlo pyta wprost: "Jak ona ma na imię?".
Otóż "ona" ma na imię Elena, a Carter po kilku minutach rozmowy dochodzi do wniosku, że "ta albo żadna". I wszystko byłoby dobrze, gdyby tajemnicza piękność następnego dnia nie wyjechała do Włoch. Carter postanawia ją odszukać. I, przy okazji, nauczyć się od Giancarlo włoskiego.
Między uczniem a nauczycielem rodzi się coś w rodzaju przyjaźni, która nie jest łatwa, gdyż Giancarlo to samotnik, od trzydziestu lat nie był w swoim rodzinnym kraju, co wiąże się z pewną tajemnicą (a tajemnica ta ma na imię Antonella). Carter wyrusza do Włoch, w poszukiwaniu swojej miłości. Oczywiście zachwyca się pięknem tego kraju, lecz jednocześnie... chyba nie mogę powiedzieć :) Natomiat Giancarlo, który bynajmniej nie miał w planach ruszać się gdziekolwiek z Rhode Island, niespodziewanie odbywa podróż, która zmieni całe jego życie. Na lepsze? Na gorsze? No pewnie, że nie powiem :)
Mnie ta książka wprawiła w świetny nastrój, a przy lekturze chyba z dwieście razy przesłuchałam TĄ piosenkę. I bardzo spodobał mi się cytat dotyczący biegania:
- Co sprawia, że wszyscy ci ludzie nabierają ochoty, by gnać dookoła boiska przez cały dzień? - Bo to zdrowe. (...) Dobrze działa na ciało, a jeszcze lepiej na głowę.
Nie wiem, czy rym był zamierzony, ale bardzo ładnie to wyszło :)
P. Pezzelli, Lekcje włoskiego, Wydawnictwo Literackie, Warszawa 2010, s.
wtorek, 9 listopada 2010
Kobieta z lustrem (Pismo Leonarda - Dina Rubina)

Znalazłam kolejną książkę, która mnie urzekła za sprawą głównej bohaterki. I nie ukrywam, że czytałam ją jako studium postaci, gdyż Anna, postać wykreowana przez Dinę Rubina, jest zjawiskowa.
Kim jest Anna? To najpierw dziewczynka, a potem kobieta, obdarzona niezwykłym "darem". Otóż Anna widzi przyszłość. Słowo "dar" ujęłam jedna w cudzysłów, gdyż staje się to jej przekleństwem. Przyszłość, dla większości osób, jest niewiadomą i dzięki temu żyją w błogiej nieświadomości. Bohaterka Rubiny potrafi jednak "zobaczyć" kogoś śmierć, czym ściąga na siebie złe spojrzenia, niechęć, agresję.
Anna od pierwszych stron jest postacią niezwykłą. Po śmierci matki opiekuje się nią ciotka. Dziewczynka jest przeraźliwie chuda i nie potrafi "normalnie" pisać: nie tylko posługuje się lewą ręką, lecz zdania przez nią tworzone zapisywane są "pismem Leonarda", od prawej, do lewej strony. Dzieje się to w czasach, kiedy leworęczność nie jest akceptowana i Anna zostaje zmuszana do pisania prawą ręką. Można to uznać za pierwszą próbę przystosowania jej do obowiązującej normy... Anna jednak przystosować się nie da, chociaż bardzo chce. Zostaje akrobatką i kaskaderką. W cyrku poznaje różnych odszczepieńców, to prawdziwa wylęgarnia dziwaków, jednak próbująca ukryć swoje zdolności Anna i tam "odstaje".
Na główną bohaterkę "Pisma Leonarda" można spojrzeć z kilku perspektyw, a to dzięki temu, iż do głosu dopuszczeni zostają mężczyźni, którzy odegrali w jej życiu istotną rolę. Ich opowieści tłumaczą niektóre niezrozumiałe decyzje bohaterki, pokazują, kogo kochała i pozwalała zweryfikować, czy zafascynowana lustrami Anna znalazła w końcu swoje lustrzane odbicie w postaci drugiego człowieka...
Całą powieść można czytać na wiele sposobów: jako opowieść o wykluczeniu i inności, można skupić się wątkach psychologicznych lub tych magicznych. W powieści bowiem mamy dwa światy: ten realny, czasem straszny, czasem śmieszny, oraz tajemniczy świat luster Anny, w którym nic nie jest pewne i niczego nie należy brać za prawdę.
Piękna, wielowymiarowa opowieść, która wiedzie czytelnika przez całą Europę, właściwie przez cały XX wiek i pozwala się zagłębić w skomplikowane meandry ludzkiej psychiki. Od czytelnika wymaga maksymalnego skupienia, ale w zamian oferuje miłe wrażenie, że oto ma się w rękach Wielką Literaturę.
D. Rubina, Pismo Leonarda, wyd. MUZA, Warszawa 2010, s. 463.
czwartek, 21 października 2010
Lux Domini jak proustowska magdalenka (Władca Równin - Javier Yanes)

Uff... 692 strony "Władcy równin" za mną. Dawno nie czytałam nic tak obszernego, bynajmniej nie dlatego, że nie lubię grubych książek, ale po prostu żadna nie wpadła mi w ręce.
Czym jest "Władca równin"? Romansem, książką przygodową i obyczajową jednocześnie, w której ja jeszcze dopatruję się odniesień do Prousta - zresztą słynne magdalenki są przez autora przywoływane.
Dziennikarz Curro Mencia dowiaduje się, że rodzinna posiadłość, Lux Domini, w której się wychował, ma zostać sprzedana. I to budzi w nim wspomnienia, którą stanowią punkt wyjścia powieści. Otóż Curro miał babkę Uke, która w 1931, po kilku tygodniach znajomości, zaszła w ciążę z rudowłosym Szkotem. Ten, nie zdając sobie sprawy, że ma zostać ojcem, przepadł w Kenii. Potem jeszcze na moment zjawił się na wieść o śmierci ukochanej z młodości, gdy Curro był jeszcze dzieckiem... ile tyle go widzieli.
Curro nie może się pogodzić ze sprzedażą domu, chociaż ten popada w ruinę. Chce odnaleźć dziadka i wyjaśnić, dlaczego wiele lat wcześniej tak nagle zniknął. I tu rozpoczyna się druga część powieści: wyprawa bohatera do Kenii. W podróży towarzyszy mu przyjaciel babki z młodości - ekscentryczny Francuz , który na safari zakłada jasny garnitur i lakierki. Czy Curro odnajdzie dziadka i wyjaśni rodzinne tajemnice? No pewnie, że nie powiem, nie chcę odbierać przyjemności czytania :)
"Władca równin" to powieść monumentalna: nie tylko objętościowo. Zawiera mnóstwo wątków pobocznych, epickie, obszerne opisy, nieraz drobiazgów, opowiada historię rozciągniętą na siedemdziesiąt lat. I lojalnie zaznaczam, że książka, mimo naprawdę ciekawej fabuły, nie jest łatwa w odbiorze, głównie za sprawą języka. Wielu słów, które znalazłam na jej kartach, dawno nie słyszałam w mowie potocznej. Przyznaję, że niektóre zdania czytałam po kilka razy, żeby je zrozumieć. I przyznaję, że, w co ciekawszych momentach ominęłam opisy, żeby móc szybciej śledzić akcję. A dodać jeszcze muszę, że wszystkie wątki zostały perfekcyjnie ze sobą posplatane.
Co mi się jeszcze podobało? To, że w jednej powieści autorowi udało się oddać klimat Paryża z lat trzydziestych, przedstawić uroki życia w gorącej Hiszpanii, chwilę później na moment przenosi czytelnika do Szkocji, by wreszcie pisać o Afryce, z cennym obrazem lwa w tle.
"Władca równin" naprawdę robi wrażenie, tym bardziej, że "Pożegnanie z Afryką" nadal przede mną, a to do niej jest porównywany. Naprawdę polecam - książka powinna zadowolić nawet najbardziej wybrednych czytelników.
PS Właśnie doczytałam, że to pierwsza powieść autora, który z pisaniem ma jednak wiele wspólnego, bo jest dziennikarzem. Mimo to jednak wypada pogratulować talentu: do takiego poziomu pisania niektórzy nie dojdą nigdy.
J. Yanes, Władca równin. wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2010, s. 692.
Etykiety:
grubasy,
on pisze - europa,
uwaga: debiut
poniedziałek, 27 września 2010
Miłość równa się obsesja (Muzeum niewinności - Orhan Pamuk)

"Muzeum niewinności" to książka budząca respekt: rozmiarem, (751 stron to nie byle co), tym, że napisał ją Noblista oraz tematem - przede wszystkim tematem.
Jedno z moich literackich przekonań jest takie, że łatwiej napisać wielopokoleniową sagę, niż np. taką "Panią Dalloway" albo "Godziny". Uważam bowiem, że łatwiej opisać zdarzenia niż to, co dzieje się w głowie - oczywiście można się ze mną nie zgodzić.
Wydarzeń w "Muzeum niewinności" w moim odczuciu tak naprawdę jest niewiele. Owszem: opis zaręczyn głównego bohatera zajmuje kilkanaście stron, opowiada on o swojej rodzinie i znajomych - ale i tak to niewiele w porównaniu z tym, ile miejsca zajmuje temat główny. A jest nim miłość oczywiście: obsesyjna, szalona i taka, która nie mija.
Właściwie nie wiadomo jak i dlaczego Kemal zakochał się w swojej sporo młodszej dalekiej kuzynce, Fusun. Miał przecież piękną, wykształconą i kochającą narzeczoną - patrząc subiektywnie Fusun wydaje się całkiem przeciętna. Mimo to staje się obsesją Kemala, który nawet po jej ślubie nie przestaje utrzymywać z nią kontaktów. I zakłada własne muzeum, w którym gromadzi rzeczy związane z ukochaną: niedopałki papierosów, pojedynczy kolczyk, sztućce... Poza tym obsesyjnie skupia się na ukochanej: analizuje jej każde słowo, spojrzenie, gest - chociaż w nich naprawdę nie ma nic nadzwyczajnego. A może po prostu, aby tę nadzwyczajność dostrzec, trzeba być zakochanym?
"Muzeum niewinności" to moje pierwsze spotkanie z tureckim Noblistą - nadal więc do końca nie wiem, za co tę nagrodę otrzymał, gdyż "Muzeum" powstało po 2006 roku. Podoba mi się jednak to, co autora mówi o książce:
"Jest to książka o miłości w kraju islamskim, gdzie miłość jest czymś innym niż na Zachodzie. Na piątej stronie kochankowie uprawiają seks, ale przez kolejne pięćset drogo za to płacą...".
I dokładnie tak jest (no, prawie: seks uprawiali na stronie siódmej): zapłatą, jaką Kemal musi złożyć za swoje uczucie jest utrata narzeczonej, ostracyzm środowiska, groźba wydziedziczenia. Chociaż z drugiej strony nie wiem, czy była to dla niego aż taka kara: miłość do Fusun mu to przesłaniała, spychała te przykrości na drugi plan.
Co mnie w tej książce zainteresowało to także sposób, w jaki autor pisze o mieszkańcach Turcji w latach siedemdziesiątych XX wieku. Z jednej strony środowisko, w którym obraca się Kemal, dąży do Europy, zdaje się nie przejmować tradycją. Jednak dziewczyna, która straci dziewictwo przed ślubem nadal uważana jest za zhańbioną, głową rodziny nadal jest mężczyzna, ale i ten musi się liczyć z opinią starszych, rodziny i znajomych. Niby więc idzie nowe, ale "stare" też ma się dobrze.
Na pewno nie jest to moja ostatnia książka Pamuka, tym bardziej, że ciekawi mnie, czy ten autor zawsze pisze tak "do wewnątrz", czy może dzieje się tak tylko tutaj. Ponadto proponuję sobie zarezerwować sobie na tę pozycję troszkę więcej czasu, gdyż ja osobiście nie potrafiłam jej czytać szybko, a i akcja do przodu posuwała się leniwie i niespiesznie. Bez wątpienia jest to świetna powieść na jesienne wieczory.
Książkę mogłam przeczytać dzięki uprzejmości księgarni Gandalf, za co serdecznie dziękuję.
O. Pamuk, Muzeum niewinności, Wydawnictwo Literackie, Warszawa 2010, s. 751.
Etykiety:
do przemyślenia,
grubasy,
książki noblistów
poniedziałek, 30 sierpnia 2010
A po ślubie Lizzie było tak... (Emancypacja Mary Bennet - Colleen McCullough)

Kilka postów wcześniej pisałam, iż jest taka książka, która prawie sprawiła, iż przestałam marzyć o torbie, która stanowiłaby wyraz moich uczyć do bohatera książki Jane Austen. Tą książką jest "Emancypacja Mary Bennet", w której nieźle się boskiemu panu Darcy dostało.
Ale od początku.
"Emancypacja" to ciąg dalszy "Dumy i uprzedzenia", uchodzącej za romans wszech czasów. Dlatego mam wiele szacunku dla Colleen McCullough, iż odważyła się dopisać cokolwiek do powieści Jane Austen, gdyż to bardzo ryzykowna inicjatywa. Jednocześnie zaś miałam wrażenie, że autorka miała w nosie uczucia potencjalnych miłośników "Dumy i uprzedzenia" i wielką frajdę sprawiło jej "odbrązowienie" co niektórych bohaterów, w tym i Darcy'ego, który przecież dla wielu stanowi ideał mężczyzny.
McCullough odsłania "prawdziwe" motywacje bohaterów powieści Jane Austen, które okazują się znowu wcale nie takie chwalebne, pokazuje ich gorsze strony i mniej więcej do połowy powieście nie brakuje jej w tym odwagi. I nie ukrywam, że pierwsza połowa książki podobała mi się o wiele bardziej, chociaż moja miłość do Darcy'ego gwałtownie zmalała. Potem jednak autorka tak pokierowała losami swoich ( raczej nie swoich) bohaterów, że nie tylko wszystko kończy się dobrze, ale i wszyscy wydają się dobrzy. Troszeczkę szkoda - jak mieszać, to konsekwentnie!
I w tym momencie mam dylemat: opowiedzieć, co działo się dalej, czy też nie psuć niespodzianki? Główną bohaterką, jak łatwo się domyślić, jest Mary Bennet, która wyrosła na zdziwaczałą starą pannę. Po śmierci matki łapie wiatr w żagiel i pragnie niezależności - stąd "emancypacja"w tytule. Należy ją jednak wziąć w nawis, gdyż swoboda Mary kończy się, zanim naprawdę się zaczęła - i jest to dość niefortunny koniec, przez co emancypacja jest tutaj bardziej parodią emancypacji. Mimo początkowych śmiałych zamierzeń, na koniec, po najróżniejszych perypetiach (z porwaniem i uwięzieniem włącznie), Mary i tak dochodzi do wniosku, że nie wyobraża sobie życia bez silnego, męskiego ramienia...Chwała autorce za to, że jednak na koniec zostawiła coś z postrzelonej Mary, którą poznajemy na początku. Więcej nie powiem :)
Świetnie się bawiłam, czytając tę książkę - tym bardziej, że miło mi było spotkać starych, dobrze znanych bohaterów w nowych odsłonach. Zapewniam, że to prawdziwa gratka dla miłośników Jane Austen, a autorce "Emancypacji" bynajmniej nie zabrakło fantazji, odwagi i humoru przy kierowaniu ich dalszymi losami - niektóre sceny są naprawdę brawurowe!
A tak poza tym to JEDNAK cieszę się, że pan Darcy na koniec znów stał się dobrym panem Darcym, gdyż najbardziej lubię go w takim wydaniu i chyba już nic nie da się z tym zrobić :)
C. McCullough, Emancypacja Mary Bennet, Wydawnictwo Literackie, Warszawa 2010, s. 457.
Ale od początku.
"Emancypacja" to ciąg dalszy "Dumy i uprzedzenia", uchodzącej za romans wszech czasów. Dlatego mam wiele szacunku dla Colleen McCullough, iż odważyła się dopisać cokolwiek do powieści Jane Austen, gdyż to bardzo ryzykowna inicjatywa. Jednocześnie zaś miałam wrażenie, że autorka miała w nosie uczucia potencjalnych miłośników "Dumy i uprzedzenia" i wielką frajdę sprawiło jej "odbrązowienie" co niektórych bohaterów, w tym i Darcy'ego, który przecież dla wielu stanowi ideał mężczyzny.
McCullough odsłania "prawdziwe" motywacje bohaterów powieści Jane Austen, które okazują się znowu wcale nie takie chwalebne, pokazuje ich gorsze strony i mniej więcej do połowy powieście nie brakuje jej w tym odwagi. I nie ukrywam, że pierwsza połowa książki podobała mi się o wiele bardziej, chociaż moja miłość do Darcy'ego gwałtownie zmalała. Potem jednak autorka tak pokierowała losami swoich ( raczej nie swoich) bohaterów, że nie tylko wszystko kończy się dobrze, ale i wszyscy wydają się dobrzy. Troszeczkę szkoda - jak mieszać, to konsekwentnie!
I w tym momencie mam dylemat: opowiedzieć, co działo się dalej, czy też nie psuć niespodzianki? Główną bohaterką, jak łatwo się domyślić, jest Mary Bennet, która wyrosła na zdziwaczałą starą pannę. Po śmierci matki łapie wiatr w żagiel i pragnie niezależności - stąd "emancypacja"w tytule. Należy ją jednak wziąć w nawis, gdyż swoboda Mary kończy się, zanim naprawdę się zaczęła - i jest to dość niefortunny koniec, przez co emancypacja jest tutaj bardziej parodią emancypacji. Mimo początkowych śmiałych zamierzeń, na koniec, po najróżniejszych perypetiach (z porwaniem i uwięzieniem włącznie), Mary i tak dochodzi do wniosku, że nie wyobraża sobie życia bez silnego, męskiego ramienia...Chwała autorce za to, że jednak na koniec zostawiła coś z postrzelonej Mary, którą poznajemy na początku. Więcej nie powiem :)
Świetnie się bawiłam, czytając tę książkę - tym bardziej, że miło mi było spotkać starych, dobrze znanych bohaterów w nowych odsłonach. Zapewniam, że to prawdziwa gratka dla miłośników Jane Austen, a autorce "Emancypacji" bynajmniej nie zabrakło fantazji, odwagi i humoru przy kierowaniu ich dalszymi losami - niektóre sceny są naprawdę brawurowe!
A tak poza tym to JEDNAK cieszę się, że pan Darcy na koniec znów stał się dobrym panem Darcym, gdyż najbardziej lubię go w takim wydaniu i chyba już nic nie da się z tym zrobić :)
C. McCullough, Emancypacja Mary Bennet, Wydawnictwo Literackie, Warszawa 2010, s. 457.
Etykiety:
być kobietą,
ciąg dalszy nastąpił,
grubasy,
literatura światowa
wtorek, 10 sierpnia 2010
Odszczekuję, że nie lubię (Nienasyceni - Meg Cabot)

Z wampirami to u mnie było tak:
najpierw na fali fascynacji Edwardem Cullenem tak marudziłam, że dostałam w prezencie trzy tomy kultowej sagi. Przeczytałam pierwszy - z wypiekami na twarzy. A potem, o ile dobrze pamiętam, zaczęłam stresować się pisaniem, a raczej niepisaniem, mojej pracy magisterskiej i wszystkie lektury niezwiązane z nią poszły w odstawkę. Kilka miesięcy później pomagałam opracować pracę maturalną o wampirach, więc poczytałam sobie Brama Stokera,"Miasteczko Salem" i ogromną monografię Marii Janion na ten temat (polecam!). A potem wampirów nagle zrobiło się za dużo i udało mi się do tematu skutecznie uprzedzić.
Będę szczera: nie sięgnęłabym po książkę "Nienasyceni", gdybym jej nie dostała w prezencie od księgarni Matras. Dlaczego? Bo dziewczynka na okładce ma kołek w ręce, a autorką jest Meg Cabot, która kojarzy mi się tylko z "Pamiętnikiem księżniczki".
I teraz mogę przejść do tytułu. Odszczekuję: ta książka zapoczątkowała, że na nowo mam ochotę poczytać sobie o nieumarłych. Nie dlatego, że książka powaliła mnie na kolana i nie dlatego, że jest to wybitna literatura, nie. Książka po prostu wciąga: od pierwszej do ostatniej strony - a czym bliżej końca, tym szybciej się czyta. O moim "wciągnięciu" niech świadczy chociażby fakt, że przez dwie nocy czytałam ją do trzeciej i spałam przy zapalonym świetle. Chociaż teraz w sumie nie wiem, czego się bałam :)
Książka opowiada o wojnie wampirów. Mamy bowiem Dobrego Wampira i Złego Wampira. W tym dobrym zakochuje się Meena Harper, która w wampiry nie wierzy i, mówiąc delikatnie, wampirów nie lubi. Delikatnie zostało też napisane to, że Meena się zakochała... Nie: Meena zwariowała z miłości i otrzeźwiała dopiero w chwili, gdy sprawy zaszły naprawdę daleko. Niespodziewanie zaczyna na nią polować i jej świeżo upieczony wampirzy kochanek, i jego brat, który bynajmniej nie ma przyjaznych zamiarów. Meena natomiast też nie jest zwyczajną kobietą. Ma pewien kłopotliwy dar: potrafi przewidzieć, kiedy ktoś umrze.
Oklepana fabuła? Ale za to jak się to czyta! Meg Cabot tym razem napisała książkę dla dorosłego czytelnika i uważam, że wykonała kawał dobrej roboty. Świetna główna bohaterka i jej uroczy piesek, dwóch pociągających mężczyzn (no dobra: jeden jest wampirem), wartka akcja i błyskotliwe dialogi - i to wszystko w jednej książce :)
Polecam! A nuż jeszcze ktoś oprócz mnie stwierdzi, że wampiry nie są takie złe i przestanie książki o nich omijać szerokim łukiem :)?
M. Cabot, Nienasyceni, wyd. Amber, Warszawa 2010, s. 501.
najpierw na fali fascynacji Edwardem Cullenem tak marudziłam, że dostałam w prezencie trzy tomy kultowej sagi. Przeczytałam pierwszy - z wypiekami na twarzy. A potem, o ile dobrze pamiętam, zaczęłam stresować się pisaniem, a raczej niepisaniem, mojej pracy magisterskiej i wszystkie lektury niezwiązane z nią poszły w odstawkę. Kilka miesięcy później pomagałam opracować pracę maturalną o wampirach, więc poczytałam sobie Brama Stokera,"Miasteczko Salem" i ogromną monografię Marii Janion na ten temat (polecam!). A potem wampirów nagle zrobiło się za dużo i udało mi się do tematu skutecznie uprzedzić.
Będę szczera: nie sięgnęłabym po książkę "Nienasyceni", gdybym jej nie dostała w prezencie od księgarni Matras. Dlaczego? Bo dziewczynka na okładce ma kołek w ręce, a autorką jest Meg Cabot, która kojarzy mi się tylko z "Pamiętnikiem księżniczki".
I teraz mogę przejść do tytułu. Odszczekuję: ta książka zapoczątkowała, że na nowo mam ochotę poczytać sobie o nieumarłych. Nie dlatego, że książka powaliła mnie na kolana i nie dlatego, że jest to wybitna literatura, nie. Książka po prostu wciąga: od pierwszej do ostatniej strony - a czym bliżej końca, tym szybciej się czyta. O moim "wciągnięciu" niech świadczy chociażby fakt, że przez dwie nocy czytałam ją do trzeciej i spałam przy zapalonym świetle. Chociaż teraz w sumie nie wiem, czego się bałam :)
Książka opowiada o wojnie wampirów. Mamy bowiem Dobrego Wampira i Złego Wampira. W tym dobrym zakochuje się Meena Harper, która w wampiry nie wierzy i, mówiąc delikatnie, wampirów nie lubi. Delikatnie zostało też napisane to, że Meena się zakochała... Nie: Meena zwariowała z miłości i otrzeźwiała dopiero w chwili, gdy sprawy zaszły naprawdę daleko. Niespodziewanie zaczyna na nią polować i jej świeżo upieczony wampirzy kochanek, i jego brat, który bynajmniej nie ma przyjaznych zamiarów. Meena natomiast też nie jest zwyczajną kobietą. Ma pewien kłopotliwy dar: potrafi przewidzieć, kiedy ktoś umrze.
Oklepana fabuła? Ale za to jak się to czyta! Meg Cabot tym razem napisała książkę dla dorosłego czytelnika i uważam, że wykonała kawał dobrej roboty. Świetna główna bohaterka i jej uroczy piesek, dwóch pociągających mężczyzn (no dobra: jeden jest wampirem), wartka akcja i błyskotliwe dialogi - i to wszystko w jednej książce :)
Polecam! A nuż jeszcze ktoś oprócz mnie stwierdzi, że wampiry nie są takie złe i przestanie książki o nich omijać szerokim łukiem :)?
M. Cabot, Nienasyceni, wyd. Amber, Warszawa 2010, s. 501.
Etykiety:
dla młodzieży,
grubasy,
horror,
literatura światowa
wtorek, 29 czerwca 2010
Nie czytać przed jedzeniem! (Julia Child - Moje życie we Francji)

Dziś będzie o kolejnej książce " z pasją i o pasji" i nie jest to książka byle jaka, gdyż... tadam, tadam, pierwszy raz przeczytałam coś, co można z powodzeniem nazwać BIOGRAFIĄ KULINARNĄ.
Bo jak inaczej określić książkę, w której tyle samo miejsca (a może i więcej) poświęcone jest jedzeniu i gotowaniu co innym sprawom, a opisy tego co autorka jadła i gotowała wysuwają się na pierwszy plan?
Napisać, że Julia Child żyła gotowaniem to mało. Gotowanie było jej życiem - już lepiej, chociaż pasja ta narodziła się dość późno. Słynna autorka programów kulinarnych zaczęła uczyć się gotować w wieku 37 lat (jako pierwsza kobieta ukończyła prestiżową szkołę Cordon Bleu - swoją drogą: pierwszy egzamin oblała, gdyż okazał się zbyt... łatwy), kiedy trafiła do Francji. Tam zapałała miłością nie tylko do Paryża, lecz także do kuchni francuskiej. Do gotowania podchodziła jak do pracy w laboratorium: precyzja, precyzja i jeszcze raz precyzja. Po kilkunastu latach gotowania, wydaniu kilku książek z przepisami i nakręceniu kilkuset odcinków programu nie popadła w rutynę: ciągle miała coś do zbadania i przetestowania. Nie wahała się nawet przepytać chemika pracującego w firmie Nestle o to, z czego produkuje się czekoladę, jak powinno się ją podgrzewać, ucierać itd. Kto "normalny" zajmujący się kuchnią, zwraca uwagę na takie rzeczy? I kto "normalny" testuje jeden przepis trzydzieści razy, by wyszedł idealny?
Julia Child była kucharką totalną, o ile można ją tak nazwać: jadła wszystko (ślimaki, czajki, nie miała skrupułów przed zakupem sarniej nogi z raciczką i futerkiem) i interesowało ją wszystko: wiele tygodni poświęciła na dobranie właściwych proporcji majonezu i zajmowała się porównywaniem mąki używanej we Francji do tej używanej w Ameryce.
Sama Julia Child pisze, że jest to książka o jej największych miłościach: mężu. Francji i jedzeniu.
Dla mnie jest to jednak przede wszystkim powieść, jak już pisałam, o pasji, pasji i jeszcze raz pasji. Podoba mi się podejście Julii do gotowania: ma być zabawą, przyjemnością, ale będzie tak tylko wtedy, jeśli posiądzie się pewne umiejętności: improwizacja nigdy nie była jej bliska, a określenia takie jak "szczypta soli", "trochę wody", "odrobina masła" doprowadzały ją do szaleństwa.
Poza tym jest jeszcze jedna rzecz, która na mnie zrobiła ogromne wrażenie. Otóż pisać o jedzeniu nie jest prosto. Ma się bowiem do dyspozycji określoną liczbę przymiotników: słodki, gorzki, zarumieniony, krwisty itp. Tyle, że te słowa dla każdego oznaczają coś innego i używanie ich przez prawie 500 stron może być nużące. Nie wiem, czy to zasługa tłumacza, ale ja czytając książkę byłam non - stop głodna i tyle odgrzewanych w piekarniku bagietek dawno nie pochłonęłam! Żadnej nudy, żadnego znudzenia!
I jeszcze: jeśli czasem świtała mi myśl, że mam fajne życie, toooo... Julia Child miała fajniejsze. Opisuje spotkania ze świetnymi ludźmi, mieszkała w Ameryce, Francji, Niemczech i Norwegii, miała wspaniałego męża, pasję, którą co chwila jej tu wypominam, naturalną radość cieszenia się życiem i nonszalancki sposób bycia... a poza tym była z niej świetna nie tylko kucharka, ale i kobieta.
I bardzo miła odmianą było dla mnie to, że Julia nie była się w swojej kuchni kalorii: z upodobaniem korzystała z masła, śmietany, serów...
Gorąca polecam - nie tylko smakoszom kulinarnym, ale i smakoszom dobrej literatury.
Bon appetit! (tak Julia kończyła swoje słynne programy kulinarne)
(a na koniec dodać muszę, że swoim zwyczajem popłakałam się ze śmiechu czytając, jak siostra Julii uczyła się francuskiego... jej pomyłki językowe były prze- śmie - szne!)
J. Child, Moje życie we Francji, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010, s. 474.
Bo jak inaczej określić książkę, w której tyle samo miejsca (a może i więcej) poświęcone jest jedzeniu i gotowaniu co innym sprawom, a opisy tego co autorka jadła i gotowała wysuwają się na pierwszy plan?
Napisać, że Julia Child żyła gotowaniem to mało. Gotowanie było jej życiem - już lepiej, chociaż pasja ta narodziła się dość późno. Słynna autorka programów kulinarnych zaczęła uczyć się gotować w wieku 37 lat (jako pierwsza kobieta ukończyła prestiżową szkołę Cordon Bleu - swoją drogą: pierwszy egzamin oblała, gdyż okazał się zbyt... łatwy), kiedy trafiła do Francji. Tam zapałała miłością nie tylko do Paryża, lecz także do kuchni francuskiej. Do gotowania podchodziła jak do pracy w laboratorium: precyzja, precyzja i jeszcze raz precyzja. Po kilkunastu latach gotowania, wydaniu kilku książek z przepisami i nakręceniu kilkuset odcinków programu nie popadła w rutynę: ciągle miała coś do zbadania i przetestowania. Nie wahała się nawet przepytać chemika pracującego w firmie Nestle o to, z czego produkuje się czekoladę, jak powinno się ją podgrzewać, ucierać itd. Kto "normalny" zajmujący się kuchnią, zwraca uwagę na takie rzeczy? I kto "normalny" testuje jeden przepis trzydzieści razy, by wyszedł idealny?
Julia Child była kucharką totalną, o ile można ją tak nazwać: jadła wszystko (ślimaki, czajki, nie miała skrupułów przed zakupem sarniej nogi z raciczką i futerkiem) i interesowało ją wszystko: wiele tygodni poświęciła na dobranie właściwych proporcji majonezu i zajmowała się porównywaniem mąki używanej we Francji do tej używanej w Ameryce.
Sama Julia Child pisze, że jest to książka o jej największych miłościach: mężu. Francji i jedzeniu.
Dla mnie jest to jednak przede wszystkim powieść, jak już pisałam, o pasji, pasji i jeszcze raz pasji. Podoba mi się podejście Julii do gotowania: ma być zabawą, przyjemnością, ale będzie tak tylko wtedy, jeśli posiądzie się pewne umiejętności: improwizacja nigdy nie była jej bliska, a określenia takie jak "szczypta soli", "trochę wody", "odrobina masła" doprowadzały ją do szaleństwa.
Poza tym jest jeszcze jedna rzecz, która na mnie zrobiła ogromne wrażenie. Otóż pisać o jedzeniu nie jest prosto. Ma się bowiem do dyspozycji określoną liczbę przymiotników: słodki, gorzki, zarumieniony, krwisty itp. Tyle, że te słowa dla każdego oznaczają coś innego i używanie ich przez prawie 500 stron może być nużące. Nie wiem, czy to zasługa tłumacza, ale ja czytając książkę byłam non - stop głodna i tyle odgrzewanych w piekarniku bagietek dawno nie pochłonęłam! Żadnej nudy, żadnego znudzenia!
I jeszcze: jeśli czasem świtała mi myśl, że mam fajne życie, toooo... Julia Child miała fajniejsze. Opisuje spotkania ze świetnymi ludźmi, mieszkała w Ameryce, Francji, Niemczech i Norwegii, miała wspaniałego męża, pasję, którą co chwila jej tu wypominam, naturalną radość cieszenia się życiem i nonszalancki sposób bycia... a poza tym była z niej świetna nie tylko kucharka, ale i kobieta.
I bardzo miła odmianą było dla mnie to, że Julia nie była się w swojej kuchni kalorii: z upodobaniem korzystała z masła, śmietany, serów...Gorąca polecam - nie tylko smakoszom kulinarnym, ale i smakoszom dobrej literatury.
Bon appetit! (tak Julia kończyła swoje słynne programy kulinarne)
(a na koniec dodać muszę, że swoim zwyczajem popłakałam się ze śmiechu czytając, jak siostra Julii uczyła się francuskiego... jej pomyłki językowe były prze- śmie - szne!)
J. Child, Moje życie we Francji, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010, s. 474.
wtorek, 22 czerwca 2010
Całe życie w jednej książce (Dzicy detektywi - Roberto Bolano)

Przeczytałam "Dzikich detektywów". Informuję o tym fakcie z wielką dumą, gdyż lektura wydłużyła mi się prawie do miesiąca... gdyż najpierw podczytywałam tę książkę w duecie, a potem niefrasobliwie zostawiłam ją jakieś dwadzieścia kilometrów od domu i zupełnie mi się nie składało, żeby po nią pojechać. A że książka jest potężna (615 stron drobnym drukiem), to i na samą lekturę potrzebowałam trochę czasu. Ale udało się!
Na okładce "Dzikich detektywów" znajduje się zdanie:
To z pewnością najwybitniejsza powieść latynoamerykańska ostatniego ćwierćwiecza.
Nie jestem znawczynią literatury latynoamerykańskiej, ale jestem w stanie przyznać, że coś w tym zdaniu musi być. Bo "Dzicy detektywi" to powieść o wszystkim: o miłości, pasji, podróżach, literaturze - dla mnie przede wszystkim o literaturze.
Powieść zaczyna się w chwili, gdy młody Juan Garcia Madero poznaje dwóch poetów: Arturo Belano i Ulisesa Limę. Należą oni do grupy bebechorealistów, którzy chcą zmienić oblicze meksykańskiej poezji. Wyruszają oni w podróż za mityczną poetką C. Tinajero. I tu zaczyna się druga część opowieści, która składa się z relacji osób, które spotkały Belano i Limę w ich szalonej podróży po całym świecie. Ostatnie strony powieści to powrót do dziennika Juana Garcii Madero. O ile pierwsze strony można uznać za manifest młodości, wiary w siebie i poezję, tak w ostatniej wszystko co pierwsze narrator ma już za sobą - dochodzi do konfrontacji marzeń z rzeczywistością, a literatury z życiem i śmiercią.
Uff... to wyczyn streścić w kilku zdaniach tyle stron i oczywiście mam świadomość, że nie poruszyłam nawet jednego procenta zakresu tematów i problemów poruszanych przez autora, ale opisanie wszystkiego jest po prostu niemożliwe.
W każdym razie czytając tę powieść, przypominały mi się ostatnie lata liceum i pierwsze studiów, kiedy już wiedziałam, że będę zdawać na polonistykę, bo literatura to jedna z niewielu rzeczy, która naprawdę mnie kręci. Pamiętam, że pisałam wtedy smutne wiersze, zaczynałam wielkie powieści, które porzucałam po kilku zdaniach, pamiętam, że widziałam swoje nazwisko wśród najlepszych polskich pisarzy i obmyślałam, co będę mówić na wieczorach autorskich. O jakże przypominałam w tym młodego Madero...
A potem przyszła poetyka, gdzie żmudnie śledziłam umiejscowienie średniówki w poezji średniowiecznej, teoria literatury, której uczyłam się bez większego przekonania, wreszcie "przerobiłam" wszystkie awangardy i stwierdziłam, że wszystko już było. A potem doszłam do etapu, w którym zupełnie nie chciało mi się czytać, że o pisaniu nie wspomnę, z którego to na szczęście już wyszłam.
O tym wszystkim myślałam, czytając tę książkę. O roli literatury w życiu, o aspiracjach z nią związanych i o tym, że tęsknię za tamtą sobą, która pisała okropne, ale jednak własne teksty...
Z całym przekonaniem oceniam tę powieść na 6, czyli najwyżej, bo w moim osobistym rankingu zajęła bardzo wysoką pozycję i uważam ją za lekturę obowiązkową nie tylko dla tych, którzy książkami żyją. Poza tym jest to powieść tak pełna... świeżości, inspiracji, pasji...że po prostu trzeba i kropka!
Na okładce "Dzikich detektywów" znajduje się zdanie:
To z pewnością najwybitniejsza powieść latynoamerykańska ostatniego ćwierćwiecza.
Nie jestem znawczynią literatury latynoamerykańskiej, ale jestem w stanie przyznać, że coś w tym zdaniu musi być. Bo "Dzicy detektywi" to powieść o wszystkim: o miłości, pasji, podróżach, literaturze - dla mnie przede wszystkim o literaturze.
Powieść zaczyna się w chwili, gdy młody Juan Garcia Madero poznaje dwóch poetów: Arturo Belano i Ulisesa Limę. Należą oni do grupy bebechorealistów, którzy chcą zmienić oblicze meksykańskiej poezji. Wyruszają oni w podróż za mityczną poetką C. Tinajero. I tu zaczyna się druga część opowieści, która składa się z relacji osób, które spotkały Belano i Limę w ich szalonej podróży po całym świecie. Ostatnie strony powieści to powrót do dziennika Juana Garcii Madero. O ile pierwsze strony można uznać za manifest młodości, wiary w siebie i poezję, tak w ostatniej wszystko co pierwsze narrator ma już za sobą - dochodzi do konfrontacji marzeń z rzeczywistością, a literatury z życiem i śmiercią.
Uff... to wyczyn streścić w kilku zdaniach tyle stron i oczywiście mam świadomość, że nie poruszyłam nawet jednego procenta zakresu tematów i problemów poruszanych przez autora, ale opisanie wszystkiego jest po prostu niemożliwe.
W każdym razie czytając tę powieść, przypominały mi się ostatnie lata liceum i pierwsze studiów, kiedy już wiedziałam, że będę zdawać na polonistykę, bo literatura to jedna z niewielu rzeczy, która naprawdę mnie kręci. Pamiętam, że pisałam wtedy smutne wiersze, zaczynałam wielkie powieści, które porzucałam po kilku zdaniach, pamiętam, że widziałam swoje nazwisko wśród najlepszych polskich pisarzy i obmyślałam, co będę mówić na wieczorach autorskich. O jakże przypominałam w tym młodego Madero...
A potem przyszła poetyka, gdzie żmudnie śledziłam umiejscowienie średniówki w poezji średniowiecznej, teoria literatury, której uczyłam się bez większego przekonania, wreszcie "przerobiłam" wszystkie awangardy i stwierdziłam, że wszystko już było. A potem doszłam do etapu, w którym zupełnie nie chciało mi się czytać, że o pisaniu nie wspomnę, z którego to na szczęście już wyszłam.
O tym wszystkim myślałam, czytając tę książkę. O roli literatury w życiu, o aspiracjach z nią związanych i o tym, że tęsknię za tamtą sobą, która pisała okropne, ale jednak własne teksty...
Z całym przekonaniem oceniam tę powieść na 6, czyli najwyżej, bo w moim osobistym rankingu zajęła bardzo wysoką pozycję i uważam ją za lekturę obowiązkową nie tylko dla tych, którzy książkami żyją. Poza tym jest to powieść tak pełna... świeżości, inspiracji, pasji...że po prostu trzeba i kropka!
R. Bolano, Dzicy detektywi, wyd. Muza, Warszawa 2010, s. 615.
Etykiety:
grubasy,
on pisze - ameryka południowa
niedziela, 13 czerwca 2010
Życie jak literatura, literatura jak życie ("Ostatnia noc w Twisted River - John Irving)

Długo czytałam "Ostatnią noc w Twisted River" - nie potrafię powiedzieć, z czego to wynikało, gdyż chwalona przez wielu powieść Johna Irvinga podobała mi się i czytałam ją z prawdziwą przyjemnością.
Od razu muszę powiedzieć, iż jest to moje pierwsze spotkanie z tym autorem, dlatego wszystko było dla mnie w niej nowe, pierwsze. Z tego to powodu zainteresowała mnie recenzja Bernadetty Darskiej, która wskazuje na motywy powtarzające się w twórczości autora "Świata według Garpa".
I tak np. nie wiedziałam, iż autor często pisze w swoich powieściach o niedźwiedziach, o kobietach, które posturą przypominają mężczyzn, o śmierci w trakcie stosunku i nieplanowanych morderstwach.
Czytając miałam wrażenie, że jeśli istnieje coś takiego jak "babska literatura", tak książka Irvinga jest powieścią wybitnie męską. Jeśli już opisuje kobiety, to nie grają one pierwszych skrzypiec, lecz stanowią dodatek do życia mężczyzn. A mężczyzn, w moim odczuciu, Irving potrafi portretować bardzo dobrze, ukazując całą złożoność ich psychiki.
Przykład? Ketchum, jeden z bohaterów, którego historia przedstawiona została na przestrzeni pięćdziesięciu lat. Z jednej strony jest hulaką romansującym z żoną najlepszego przyjaciela, z drugiej zaś jest jego Aniołem Stróżem, zawsze gotowym spieszyć z pomocą, nie tylko jemu, ale też rodzinie Dominica. W ogóle bardzo mi się podoba, w jaki sposób Irving opisuje relacje łączące mężczyzn. Z jednej strony gadają oni o kobietach, ojciec i syn fascynują się tą samą osobą, ale jednocześnie łączą ich tak silne więzi, że nic, ani nikt nie jest ich w stanie rozerwać. Irving pokazuje też, jaki wpływ decyzja jednego ma na pozostałych, kiedy zmienia się życie np. Daniela, życie jego ojca i Ketchuma też przestaje być takie jak dotychczas.
Nie ukrywam jednak, iż do moich ulubionych fragmentów tej napisanej z wielkim rozmachem powieści (akcja obejmuje 50 lat, a książka ma 571 stron) należą te o Danielu, od którego niefortunnej pomyłki zaczyna się tułaczka ojca i syna. W wieku 12 lat zabija on żeliwną patelnią kochankę ojca, gdyż bierze ją za... niedźwiedzia. Oboje uciekają z Twisted River, by już nigdy nigdzie nie zagrzać dłużej miejsca. Daniel wszystkie swoje doświadczenia opisuje później w książkach, oczywiście odpowiednio je zmieniając, ale czytając miałam wrażenie, że pisanie ma dla niego moc terapeutyczną, oczyszczającą. A to jest właśnie jedna z tych rzeczy, w które ja głęboko wierzę: że pisanie może być nie tylko sposobem na życie, ale też, przede wszystkim, metodą na radzenie sobie z nim.
Polecam "Ostatnią noc w Twisted River". Wnioskując po recenzji Bernadetty Darskiej, miłośnicy Irvinga odnajdą w tej książce to, co kochają. Natomiast ci, którzy tak jak ja, zaczną poznawać twórczość pisarza od końca, mają szansę tej wiosny na zakochanie się, a już na pewno na silne zauroczenie :)
J. Irving., Ostatnia noc w Twisted River, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2010, s. 507.
Od razu muszę powiedzieć, iż jest to moje pierwsze spotkanie z tym autorem, dlatego wszystko było dla mnie w niej nowe, pierwsze. Z tego to powodu zainteresowała mnie recenzja Bernadetty Darskiej, która wskazuje na motywy powtarzające się w twórczości autora "Świata według Garpa".
I tak np. nie wiedziałam, iż autor często pisze w swoich powieściach o niedźwiedziach, o kobietach, które posturą przypominają mężczyzn, o śmierci w trakcie stosunku i nieplanowanych morderstwach.
Czytając miałam wrażenie, że jeśli istnieje coś takiego jak "babska literatura", tak książka Irvinga jest powieścią wybitnie męską. Jeśli już opisuje kobiety, to nie grają one pierwszych skrzypiec, lecz stanowią dodatek do życia mężczyzn. A mężczyzn, w moim odczuciu, Irving potrafi portretować bardzo dobrze, ukazując całą złożoność ich psychiki.
Przykład? Ketchum, jeden z bohaterów, którego historia przedstawiona została na przestrzeni pięćdziesięciu lat. Z jednej strony jest hulaką romansującym z żoną najlepszego przyjaciela, z drugiej zaś jest jego Aniołem Stróżem, zawsze gotowym spieszyć z pomocą, nie tylko jemu, ale też rodzinie Dominica. W ogóle bardzo mi się podoba, w jaki sposób Irving opisuje relacje łączące mężczyzn. Z jednej strony gadają oni o kobietach, ojciec i syn fascynują się tą samą osobą, ale jednocześnie łączą ich tak silne więzi, że nic, ani nikt nie jest ich w stanie rozerwać. Irving pokazuje też, jaki wpływ decyzja jednego ma na pozostałych, kiedy zmienia się życie np. Daniela, życie jego ojca i Ketchuma też przestaje być takie jak dotychczas.
Nie ukrywam jednak, iż do moich ulubionych fragmentów tej napisanej z wielkim rozmachem powieści (akcja obejmuje 50 lat, a książka ma 571 stron) należą te o Danielu, od którego niefortunnej pomyłki zaczyna się tułaczka ojca i syna. W wieku 12 lat zabija on żeliwną patelnią kochankę ojca, gdyż bierze ją za... niedźwiedzia. Oboje uciekają z Twisted River, by już nigdy nigdzie nie zagrzać dłużej miejsca. Daniel wszystkie swoje doświadczenia opisuje później w książkach, oczywiście odpowiednio je zmieniając, ale czytając miałam wrażenie, że pisanie ma dla niego moc terapeutyczną, oczyszczającą. A to jest właśnie jedna z tych rzeczy, w które ja głęboko wierzę: że pisanie może być nie tylko sposobem na życie, ale też, przede wszystkim, metodą na radzenie sobie z nim.
Polecam "Ostatnią noc w Twisted River". Wnioskując po recenzji Bernadetty Darskiej, miłośnicy Irvinga odnajdą w tej książce to, co kochają. Natomiast ci, którzy tak jak ja, zaczną poznawać twórczość pisarza od końca, mają szansę tej wiosny na zakochanie się, a już na pewno na silne zauroczenie :)
J. Irving., Ostatnia noc w Twisted River, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2010, s. 507.
Etykiety:
grubasy,
on pisze - ameryka
środa, 2 czerwca 2010
Złe urodzenie (Krucha jak lód - Jodi Picoult)
Czy lubię książki Jodi Picoult? Bardzo.Jodi Picoult uważam za specjalistkę od trudnych, kontrowersyjnych tematów i imponuje mi to, że po pierwsze: nie boi się ich poruszać, a po drugie: całkiem dobrze sobie z nimi radzi. Lubię jej książki też za to, iż mają tę właściwość, że angażują, nie pozostawiają obojętnym i dają do myślenia. Podoba mi się to, że autorka oddaje głos wszystkim bohaterom, każdy ma szansę się wypowiedzieć i przedstawić swoje racje. Podoba mi się też konsekwencja tej autorki, dla mnie to pisarka, której książek nie da się pomylić z żadnymi innymi, a przy ilości wydawanych pozycji to prawdziwy sukces.
O czym jest "Krucha jak lód"?
Willow rodzi się z osteogenesis imperfecta - jej kości łamią się przy najlżejszym upadku, więcej: pękają nawet przy kichnięciu. Dziewczynka ma kochających rodziców i starszą siostrę Amelię. I któregoś dnia tym rodzicom zostaje podsunięta szatańska myśl: czy gdyby wiedzieli, że ich dziecko jest chore, to czy pozwoliliby mu przyjść na świat czy też zdecydowaliby się na aborcję? Nie ukrywajmy: w dużej mierze chodzi o pieniądze. Rodziców Willow nie stać na drogi sprzęt dla córki, nie stać ich na jej rehabilitację, a kiedy dorośnie, nie będą w stanie zapewnić jej godnego życia. Podają więc do sądu lekarza, który opiekował się ciążą. Zarzucają mu, iż odpowiednio wcześnie nie zauważył wad płodu. Sprawę komplikuję fakt, iż lekarzem tym jestem najlepsza przyjaciółka matki dziewczynki, a ojciec przez rozpoczęciem procesu dochodzi do wniosku, iż nie jest w stanie powiedzieć przed sądem, że nie chciał, aby jego ukochana córeczka się urodziła.
Tak w zarysie wygląda główny problem tej powieści, jednak w wątkach pobocznych też wiele się dzieje: młoda pani adwokat szuka swojej biologicznej matki, a starsza siostra Willow okalecza się i choruje na bulimię, co przez długi czas udaje jej się ukryć.
Moja ocena?
Jodi Picoult jest autorką, po której wiadomo, czego się spodziewać i w tej powieści dostałam dokładnie to, czego chciałam. Był proces sądowy, były opisy medyczne, były poplątane relacje międzyludzkie - czyli wszystko to, co u tej autorki lubię i za co ją cenię. Co mi się rzuciło w oczy, to konsekwencja, z jaką prowadzona jest akcja: autorka perfekcyjnie panuje nad opowieścią i jej wątkami, szczegóły, o których wielokrotnie wspomina, na końcu okazują się mieć fundamentalne znaczenie. A takiego zakończenia, jakie zostało zaprezentowane nie spodziewałam się w ogóle... Pokazuje też coś, co być może jest oczywiste, ale tutaj szczególnie widoczne. Świat nie jest czarno - biały, lecz składa się na niego tysiąc ocieni szarości, a wygrana często tak naprawdę może okazać się największą życiową porażką.
Dodać jeszcze muszę, iż uwielbiam okładki książek Picoult, a "Krucha jak lód" ma ją wyjątkowo ładną.
Polecam - bo mnie się bardzo podobało :)
J. Picoult, Krucha jak lód, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2010, s. 613.
***
PS
Matka Willow jest cukiernikiem, w książce zamieszczonych jest kilka przepisów i scen, kiedy piecze. Pada tam zdanie, które zainspirowało mnie do działania. Brzmiało mniej więcej tak, cytuję z pamięci: Pieczenie jest dla mnie jak wykonywanie kolejnych ćwiczeń zen. Oto efekt moich ćwiczeń:
O czym jest "Krucha jak lód"?
Willow rodzi się z osteogenesis imperfecta - jej kości łamią się przy najlżejszym upadku, więcej: pękają nawet przy kichnięciu. Dziewczynka ma kochających rodziców i starszą siostrę Amelię. I któregoś dnia tym rodzicom zostaje podsunięta szatańska myśl: czy gdyby wiedzieli, że ich dziecko jest chore, to czy pozwoliliby mu przyjść na świat czy też zdecydowaliby się na aborcję? Nie ukrywajmy: w dużej mierze chodzi o pieniądze. Rodziców Willow nie stać na drogi sprzęt dla córki, nie stać ich na jej rehabilitację, a kiedy dorośnie, nie będą w stanie zapewnić jej godnego życia. Podają więc do sądu lekarza, który opiekował się ciążą. Zarzucają mu, iż odpowiednio wcześnie nie zauważył wad płodu. Sprawę komplikuję fakt, iż lekarzem tym jestem najlepsza przyjaciółka matki dziewczynki, a ojciec przez rozpoczęciem procesu dochodzi do wniosku, iż nie jest w stanie powiedzieć przed sądem, że nie chciał, aby jego ukochana córeczka się urodziła.
Tak w zarysie wygląda główny problem tej powieści, jednak w wątkach pobocznych też wiele się dzieje: młoda pani adwokat szuka swojej biologicznej matki, a starsza siostra Willow okalecza się i choruje na bulimię, co przez długi czas udaje jej się ukryć.
Moja ocena?
Jodi Picoult jest autorką, po której wiadomo, czego się spodziewać i w tej powieści dostałam dokładnie to, czego chciałam. Był proces sądowy, były opisy medyczne, były poplątane relacje międzyludzkie - czyli wszystko to, co u tej autorki lubię i za co ją cenię. Co mi się rzuciło w oczy, to konsekwencja, z jaką prowadzona jest akcja: autorka perfekcyjnie panuje nad opowieścią i jej wątkami, szczegóły, o których wielokrotnie wspomina, na końcu okazują się mieć fundamentalne znaczenie. A takiego zakończenia, jakie zostało zaprezentowane nie spodziewałam się w ogóle... Pokazuje też coś, co być może jest oczywiste, ale tutaj szczególnie widoczne. Świat nie jest czarno - biały, lecz składa się na niego tysiąc ocieni szarości, a wygrana często tak naprawdę może okazać się największą życiową porażką.
Dodać jeszcze muszę, iż uwielbiam okładki książek Picoult, a "Krucha jak lód" ma ją wyjątkowo ładną.
Polecam - bo mnie się bardzo podobało :)
J. Picoult, Krucha jak lód, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2010, s. 613.
***
PS
Matka Willow jest cukiernikiem, w książce zamieszczonych jest kilka przepisów i scen, kiedy piecze. Pada tam zdanie, które zainspirowało mnie do działania. Brzmiało mniej więcej tak, cytuję z pamięci: Pieczenie jest dla mnie jak wykonywanie kolejnych ćwiczeń zen. Oto efekt moich ćwiczeń:

Etykiety:
grubasy,
jodi picoult,
ona pisze - ameryka,
prywata
wtorek, 25 maja 2010
To nie jest lektura dla statecznych panienek! (Sławomir Górzyński - Babol)

Książki o dojrzewaniu dziewczyn mogę wymienić na jednym oddechu: "Dziewczęta z Nowolipek"Poli Gojawiczyńskiej, "Absolutna amnezja" Izabeli Filipiak, "Pamiętnik statecznej panienki" Simone de Beauvoir, "Nie tylko pomarańcze" Jeanette Winterson, "Samobójczynie" Eugenidesa - itd.
Natomiast książki o dojrzewaniu chłopców? Eeee...yyy....eee... Nie wiem?
"Babol" Sławomira Górzyńskiego wypełnia tę lukę w moich lekturach, gdyż jest to książka wybitnie o chłopakach (no, z małym wyjątkiem, o którym za chwilę) i o ich doświadczeniach: sikaniu pod murem, podwórkowych porachunkach czy pierwszych zauroczeniach.
Jednak bohaterowie Górzyńskiego to bynajmniej nie grzeczni chłopcy, chociaż większość z nich uczęszcza do szkoły muzycznej i po lekcjach ćwiczy Bacha!
Główny bohater, Tomek Bambliński, na przykład, mimo iż momentami wydaje się całkiem sympatycznym młodym człowiekiem, szukającym swojego miejsca w życiu, podgląda siostrę, topi kocięta czy bije kalekę. Za sprawą demonicznego Gerarda bierze udział w gwałcie, staje się zamieszany w kradzież cennych skrzypiec i próbuje je przemycić za granicę. Z drugiej strony kryje w sobie marzenia o prawdziwym domu, bliskości, snuje refleksje nad tym, czym jest honor...
Gerard to zło wcielone, bezlitośnie znęcający się nad słabszymi, po uszy siedzący w nieczystych interesach, ratuje tonącą dziewczynę, by potem podjąć okrutną próbę wyegzekwowania długou wdzięczności...
Kaleki Stasio przez większość czasu wzbudza litość, która na koniec przeradza się w obrzydzenie i strach...
Udali się autorowi bohaterowie, naprawdę udali. Co prawda prawie żadnego z niech nie da się polubić, ale autor penetruje te rejony ludzkiej psychiki, w które raczej wolimy się nie zagłębiać. Pokazuje też świat bez lukru, gdzie żądzą silniejsi i albo się dostosujesz, albo po tobie. Wreszcie pokazuje sytuacje, w których nikt z nas nie chciałby się znaleźć, a które przecież dzieją się tuż obok. Autor pisze o rodzicach - alkoholikach, których dzieci wyrastają na potwory. Pisze o braku miłości w rodzinie, o dewiacjach, które nie mieszczą się w głowie, o brutalności i okrucieństwie, dla których trudno znaleźć uzasadnienie.
W tym miejscu jednak koniecznie muszę wspomnieć o postaci Stanisławy Kłopok - kobiecie, której losy możemy śledzić od wczesnej młodości aż do momentu, kiedy zostaje przełożoną pielęgniarek w "zonie smutku", a więc na oddziale, gdzie nieuleczalnie chore dzieci spędzają swoje ostatnie dni. Stanisława jest kobietą z oddaniem pracującą dla innych, to ona bierze na siebie odpowiedzialność za Stasia, co z czasem może stać się przyczyną jej zguby... Wzruszyły mnie rozdziały, których była bohaterką, bo zaczęłam się zastanawiać, ile jest kobiet do niej podobnych: wykonujących tytaniczną pracę, którą niewielu zauważa, gotowych bezinteresownie zrobić coś dla innych, a potem wracających do pustego domu, gdzie nikt nie czeka...
"Babol" nie jest książką łatwą, lecz z pewnością jest książką ważną, którą - mimo kalibru poruszanych tematów - czyta się szybko i zainteresowaniem. Co prawda jej akcja rozgrywa się w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku, lecz problemy, których dotyka, nie straciły nic ze swojej aktualności. Moim zdaniem byłby z tego świetny scenariusz na film - tylko nie wiem, czy niektóre momenty z tej książki przeniesione na ekran byłabym w stanie oglądać.
S. Górzyński, Babol, wyd. MUZA, Warszawa 2010, s. 508.
Strona autora: www.slawomirgorzynski.pl
Natomiast książki o dojrzewaniu chłopców? Eeee...yyy....eee... Nie wiem?
"Babol" Sławomira Górzyńskiego wypełnia tę lukę w moich lekturach, gdyż jest to książka wybitnie o chłopakach (no, z małym wyjątkiem, o którym za chwilę) i o ich doświadczeniach: sikaniu pod murem, podwórkowych porachunkach czy pierwszych zauroczeniach.
Jednak bohaterowie Górzyńskiego to bynajmniej nie grzeczni chłopcy, chociaż większość z nich uczęszcza do szkoły muzycznej i po lekcjach ćwiczy Bacha!
Główny bohater, Tomek Bambliński, na przykład, mimo iż momentami wydaje się całkiem sympatycznym młodym człowiekiem, szukającym swojego miejsca w życiu, podgląda siostrę, topi kocięta czy bije kalekę. Za sprawą demonicznego Gerarda bierze udział w gwałcie, staje się zamieszany w kradzież cennych skrzypiec i próbuje je przemycić za granicę. Z drugiej strony kryje w sobie marzenia o prawdziwym domu, bliskości, snuje refleksje nad tym, czym jest honor...
Gerard to zło wcielone, bezlitośnie znęcający się nad słabszymi, po uszy siedzący w nieczystych interesach, ratuje tonącą dziewczynę, by potem podjąć okrutną próbę wyegzekwowania długou wdzięczności...
Kaleki Stasio przez większość czasu wzbudza litość, która na koniec przeradza się w obrzydzenie i strach...
Udali się autorowi bohaterowie, naprawdę udali. Co prawda prawie żadnego z niech nie da się polubić, ale autor penetruje te rejony ludzkiej psychiki, w które raczej wolimy się nie zagłębiać. Pokazuje też świat bez lukru, gdzie żądzą silniejsi i albo się dostosujesz, albo po tobie. Wreszcie pokazuje sytuacje, w których nikt z nas nie chciałby się znaleźć, a które przecież dzieją się tuż obok. Autor pisze o rodzicach - alkoholikach, których dzieci wyrastają na potwory. Pisze o braku miłości w rodzinie, o dewiacjach, które nie mieszczą się w głowie, o brutalności i okrucieństwie, dla których trudno znaleźć uzasadnienie.
W tym miejscu jednak koniecznie muszę wspomnieć o postaci Stanisławy Kłopok - kobiecie, której losy możemy śledzić od wczesnej młodości aż do momentu, kiedy zostaje przełożoną pielęgniarek w "zonie smutku", a więc na oddziale, gdzie nieuleczalnie chore dzieci spędzają swoje ostatnie dni. Stanisława jest kobietą z oddaniem pracującą dla innych, to ona bierze na siebie odpowiedzialność za Stasia, co z czasem może stać się przyczyną jej zguby... Wzruszyły mnie rozdziały, których była bohaterką, bo zaczęłam się zastanawiać, ile jest kobiet do niej podobnych: wykonujących tytaniczną pracę, którą niewielu zauważa, gotowych bezinteresownie zrobić coś dla innych, a potem wracających do pustego domu, gdzie nikt nie czeka...
"Babol" nie jest książką łatwą, lecz z pewnością jest książką ważną, którą - mimo kalibru poruszanych tematów - czyta się szybko i zainteresowaniem. Co prawda jej akcja rozgrywa się w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku, lecz problemy, których dotyka, nie straciły nic ze swojej aktualności. Moim zdaniem byłby z tego świetny scenariusz na film - tylko nie wiem, czy niektóre momenty z tej książki przeniesione na ekran byłabym w stanie oglądać.
S. Górzyński, Babol, wyd. MUZA, Warszawa 2010, s. 508.
Strona autora: www.slawomirgorzynski.pl
Etykiety:
grubasy,
książki po których trudno zasnąć,
on pisze - polska
czwartek, 6 maja 2010
"Dobra szwaczka musi być odważna" (Szwaczka - Frances de Pontes Peebles)

"Szwaczkę" skończyłam czytać dosłownie minutę temu i od razu usiadłam przed komputerem. Będzie więc relacja na gorąco :)
Zapragnęłam przeczytać tę książkę, kiedy zobaczyłam ją na którymś blogu, nie pamiętam już na którym. Zaintrygował mnie tytuł, spodobała mi się okładka, a kiedy przeczytałam jej opis na stronie Wydawnictwa Muza, stwierdziłam, że nie ma to tamto: przeczytam i koniec! Z dumą przyznaję, że kolejny raz literacka intuicja mnie nie zawiodła.
Bohaterkami "Szwaczki" są dwie siostry: Luzia i Emilia. Luzia jest kaleką, wyszydzaną przez rówieśników. Jej przyszłość jawi się niejasno: jako kaleka nie ma szans na założenie rodziny. Emilia pragnie wyrwać się ze wsi, marzy jej się, że będzie prawdziwą doną. Aby przygotować się do tej roli, czyta czasopisma dla pań, która łopatologicznie uczą, jak stać się damą. Siostry dzieciństwo spędzają razem, kiedy wkraczają w dorosłość, zostają rozdzielone. Luzia przyłącza się do cangacerios, ludzi wyjątych spod prawa, można rzec: anarchistów i rozbójników. W krótkim czasie staje się jedną z najważniejszych osób w grupie, które dobrze wie, do czego służy pistolet. Emila trafia do wymarzonego miasta, zostaje żoną człowieka, o którym nic nie wie i który zdaje się tak samo zagubiony jak ona. Miasto rozczarowuje ją, małżeństwo nie daje satysfakcji, ludzie, których spotyka, są obłudni i dwulicowi.
Akcja książki rozgrywa się w Brazylii, na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych. XX wieku. Autorka opisuje nie tylko kawał historii państwa, ale też ówczesną modę, zwyczaje, mentalność.
"Szwaczka" to jednak przede wszystkim przepiękna historii uczucia, jakie wiąże dwie siostry. Pozornie są one skrajnie różne, jednak łączy je upór, chęć zmian, obie próbują wypracować sobie niezależność. Obu pomaga umiejętność szycia, dzięki której próbują się zaaklimatyzować w nowym środowisku. Obie są niczym ptaszki w klatce, z której nie ma ucieczki. Chociaż żyją w skrajnie różnych środowiskach, są spętane konwenansami i nakazami, co kobiecie wypada, a co już nie. Emilia i Luzia to kobiety silne: jedna rzuca wyzwanie swojemu otoczeniu nosząc awangardowe jak na tamte czasy sukienki, druga walczy na równi z mężczyznami, wyrzekając się swojej kobiecości.
Podobała mi się ta książka okrutnie. Zachwycił mnie epicki rozmach, spodobało mi się przedstawienie niekiedy tych samych wydarzeń z dwóch punktów widzenia. I w końcu udało mi się trafić na grubą książkę, która wciągnęła mnie od pierwszej do ostatniej strony i ani przez moment nie czułam znudzenia. To jedna z tych pozycji, które specjalnie czyta się wolno, aby opowieść trwała, i trwała, i trwała... Paradoksalnie jednak, kartki przewraca się szybko, aby wiedzieć, co wydarzy się na następnej stronie.
Gorąco polecam! Zresztą nie tylko ja: kiedy szukałam recenzji tej książki w necie, trafiłam na tekst Bernadetty Darskiej, która zdaje się być zachwycona tak samo jak ja. Na okładce można przeczytać napis: Isabel Allende poleca, Gabriel Garcia Marquez chwali. Kto z Was, drodzy Czytelnicy, da się porwać tej opowieści jako następny :)?
F. de Pontes Peebles, Szwaczka, wyd. MUZA, Warszawa 2010, s. 654.
Zapragnęłam przeczytać tę książkę, kiedy zobaczyłam ją na którymś blogu, nie pamiętam już na którym. Zaintrygował mnie tytuł, spodobała mi się okładka, a kiedy przeczytałam jej opis na stronie Wydawnictwa Muza, stwierdziłam, że nie ma to tamto: przeczytam i koniec! Z dumą przyznaję, że kolejny raz literacka intuicja mnie nie zawiodła.
Bohaterkami "Szwaczki" są dwie siostry: Luzia i Emilia. Luzia jest kaleką, wyszydzaną przez rówieśników. Jej przyszłość jawi się niejasno: jako kaleka nie ma szans na założenie rodziny. Emilia pragnie wyrwać się ze wsi, marzy jej się, że będzie prawdziwą doną. Aby przygotować się do tej roli, czyta czasopisma dla pań, która łopatologicznie uczą, jak stać się damą. Siostry dzieciństwo spędzają razem, kiedy wkraczają w dorosłość, zostają rozdzielone. Luzia przyłącza się do cangacerios, ludzi wyjątych spod prawa, można rzec: anarchistów i rozbójników. W krótkim czasie staje się jedną z najważniejszych osób w grupie, które dobrze wie, do czego służy pistolet. Emila trafia do wymarzonego miasta, zostaje żoną człowieka, o którym nic nie wie i który zdaje się tak samo zagubiony jak ona. Miasto rozczarowuje ją, małżeństwo nie daje satysfakcji, ludzie, których spotyka, są obłudni i dwulicowi.
Akcja książki rozgrywa się w Brazylii, na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych. XX wieku. Autorka opisuje nie tylko kawał historii państwa, ale też ówczesną modę, zwyczaje, mentalność.
"Szwaczka" to jednak przede wszystkim przepiękna historii uczucia, jakie wiąże dwie siostry. Pozornie są one skrajnie różne, jednak łączy je upór, chęć zmian, obie próbują wypracować sobie niezależność. Obu pomaga umiejętność szycia, dzięki której próbują się zaaklimatyzować w nowym środowisku. Obie są niczym ptaszki w klatce, z której nie ma ucieczki. Chociaż żyją w skrajnie różnych środowiskach, są spętane konwenansami i nakazami, co kobiecie wypada, a co już nie. Emilia i Luzia to kobiety silne: jedna rzuca wyzwanie swojemu otoczeniu nosząc awangardowe jak na tamte czasy sukienki, druga walczy na równi z mężczyznami, wyrzekając się swojej kobiecości.
Podobała mi się ta książka okrutnie. Zachwycił mnie epicki rozmach, spodobało mi się przedstawienie niekiedy tych samych wydarzeń z dwóch punktów widzenia. I w końcu udało mi się trafić na grubą książkę, która wciągnęła mnie od pierwszej do ostatniej strony i ani przez moment nie czułam znudzenia. To jedna z tych pozycji, które specjalnie czyta się wolno, aby opowieść trwała, i trwała, i trwała... Paradoksalnie jednak, kartki przewraca się szybko, aby wiedzieć, co wydarzy się na następnej stronie.
Gorąco polecam! Zresztą nie tylko ja: kiedy szukałam recenzji tej książki w necie, trafiłam na tekst Bernadetty Darskiej, która zdaje się być zachwycona tak samo jak ja. Na okładce można przeczytać napis: Isabel Allende poleca, Gabriel Garcia Marquez chwali. Kto z Was, drodzy Czytelnicy, da się porwać tej opowieści jako następny :)?
F. de Pontes Peebles, Szwaczka, wyd. MUZA, Warszawa 2010, s. 654.
Etykiety:
być kobietą,
grubasy,
ona pisze - ameryka
niedziela, 25 kwietnia 2010
Podręcznik anatomii dla początkujących (Intruz - Stephanie Meyer)

O "Intruzie" początkowo planowałam napisać krótko, gdyż, delikatnie mówiąc, nie zachwyciła mnie ta książka.
Planowałam napisać, że przez 550 stron akcja toczy się powoli i ociężale. Że co i rusz miałam wrażenie deja vu: bohaterowie toczą rozmowy na ten sam temat, tylko w różnych konfiguracjach. Poza tym są oni do siebie bardzo podobni, oprócz, dwóch, może trzech indywidualności, reszta jest zupełnie nijaka.
Poza tym w którymś momencie, żeby urozmaicić sobie lekturę, zaczęłam wyłapywać z tekstu nazwy narządów wewnętrznych człowieka :) Nie wiem, czy to zauważyliście, ale już w "Zmierzchu" co chwila pojawiały się zdania typu: "Żołądek skurczył mi się i przewrócił na drugą stronę", "Wydolność moich płuc gwałtownie malała", "Poczułam nagły ucisk w wątrobie", "Moje żyły nie nadążały z pompowaniem krwi do zmęczonych członków", "Zdarłam sobie skórę do krwi", "Bolały mnie żebra". Okej - ja te zdania wymyśliłam. Ale jako że książka mnie nudziła, starałam się ich wyłapać jak najwięcej i brzmiały one mniej więcej tak. Zawsze to jakaś rozrywka :)
Przy "Klubie Dantego" zastanawiałam się, jaka to dziwna siła kazała mi doczytać niezbyt fajną książkę do końca. Tutaj już wiem. Byłam po prostu ciekawa zakończenia i dlatego przez te 550 stron brnęłam.
Bo jak pewnie wszyscy wiedzą, "Intruz" opowiada historię napadu dusz na Ziemię. Dusze to istoty niesamodzielne, które potrzebują żywicieli i wybrali sobie na nich ludzkie ciała. Jeśli jednak dochodzi do sytuacji, że żywiciel - człowiek jest silny i trudno go złamać, w jednym ciele mieszkają dwie "osoby": człowiek i wszczepiona mu dusza. Tutaj w dodatku kochają jednego mężczyznę. Sytuacja i pomysł wydał mi się na tyle niecodzienny i nieograny, że końcówki nie mogłam sobie darować.
A że książka kiczowata? No cóż... Można w niej jednak wyłowić, oprócz zdań rodem z podręcznika anatomii, takie "perełeczki":
Zbliżył do mnie twarz, znalazł moje usta, a potem zaczął mnie całować, powoli i delikatnie, jak płynna skała falująca łagodnie w ciemnościach ziemi, aż powoli przestałam się trząść.
Złośliwie podejrzewam, że w tym samym momencie bohaterce przestały migotać przedsionki i ustała akcja serca :)
Daję 2 - bo pomysł dobry, ale wykonanie...
S. Meyer, Intruz, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2008, s. 550.
PS A w jednym z następnych postów pochwalę się nowymi książeczkami zakupionymi z okazji piątkowego święta :)
Planowałam napisać, że przez 550 stron akcja toczy się powoli i ociężale. Że co i rusz miałam wrażenie deja vu: bohaterowie toczą rozmowy na ten sam temat, tylko w różnych konfiguracjach. Poza tym są oni do siebie bardzo podobni, oprócz, dwóch, może trzech indywidualności, reszta jest zupełnie nijaka.
Poza tym w którymś momencie, żeby urozmaicić sobie lekturę, zaczęłam wyłapywać z tekstu nazwy narządów wewnętrznych człowieka :) Nie wiem, czy to zauważyliście, ale już w "Zmierzchu" co chwila pojawiały się zdania typu: "Żołądek skurczył mi się i przewrócił na drugą stronę", "Wydolność moich płuc gwałtownie malała", "Poczułam nagły ucisk w wątrobie", "Moje żyły nie nadążały z pompowaniem krwi do zmęczonych członków", "Zdarłam sobie skórę do krwi", "Bolały mnie żebra". Okej - ja te zdania wymyśliłam. Ale jako że książka mnie nudziła, starałam się ich wyłapać jak najwięcej i brzmiały one mniej więcej tak. Zawsze to jakaś rozrywka :)
Przy "Klubie Dantego" zastanawiałam się, jaka to dziwna siła kazała mi doczytać niezbyt fajną książkę do końca. Tutaj już wiem. Byłam po prostu ciekawa zakończenia i dlatego przez te 550 stron brnęłam.
Bo jak pewnie wszyscy wiedzą, "Intruz" opowiada historię napadu dusz na Ziemię. Dusze to istoty niesamodzielne, które potrzebują żywicieli i wybrali sobie na nich ludzkie ciała. Jeśli jednak dochodzi do sytuacji, że żywiciel - człowiek jest silny i trudno go złamać, w jednym ciele mieszkają dwie "osoby": człowiek i wszczepiona mu dusza. Tutaj w dodatku kochają jednego mężczyznę. Sytuacja i pomysł wydał mi się na tyle niecodzienny i nieograny, że końcówki nie mogłam sobie darować.
A że książka kiczowata? No cóż... Można w niej jednak wyłowić, oprócz zdań rodem z podręcznika anatomii, takie "perełeczki":
Zbliżył do mnie twarz, znalazł moje usta, a potem zaczął mnie całować, powoli i delikatnie, jak płynna skała falująca łagodnie w ciemnościach ziemi, aż powoli przestałam się trząść.
Złośliwie podejrzewam, że w tym samym momencie bohaterce przestały migotać przedsionki i ustała akcja serca :)
Daję 2 - bo pomysł dobry, ale wykonanie...
S. Meyer, Intruz, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2008, s. 550.
PS A w jednym z następnych postów pochwalę się nowymi książeczkami zakupionymi z okazji piątkowego święta :)
Etykiety:
dla młodzieży,
fantastyka,
grubasy,
ona pisze - ameryka
Subskrybuj:
Posty (Atom)

