Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cytaty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cytaty. Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 kwietnia 2011

O sobotnim sprzątaniu za lodówką :)

"(...) jestem typem kobiety, która nigdy w życiu nie posprzątała za lodówką i nigdy tego nie zrobi."

Polly Willaims, Bezradnik małżeński

Może i nie ma się czym chwalić, ale to cytat o mnie! Z pozdrowieniami dla wszystkich abnegatów! :)

czwartek, 30 września 2010

Między kuchnią i sensem życia (Przepis na życie - Nicky Pellegrino)


Przepis na życie wydaje się z pozoru czymś błahym: miłość, szczęście, rodzina, przyjaciele i trochę jedzenia. Czy to aż tak proste? Alice to młoda kobieta, która próbuje wrócić do równowagi po rozstaniu z chłopakiem i traumie gwałtu. Wyjeżdża do Londynu do przyjaciółki Leili i zatrudnia się we włoskiej restauracji. W tym samym czasie matka Leili, słynna malarka, postanawia kupić willę nieopodal pełnego uroku, włoskiego miasteczka i zaprasza do siebie na wakacje obie dziewczyny. W sąsiedztwie rezydencji mieszka w małym domku stara Babetta, która wraz z mężem zajmuje się ogrodami Villa Rosa i uwielbia gotować wspaniałe włoskie potrawy. Historie Alice i Babetty splatają się, a upalne, pełne słońca lato jest malowniczym tłem dla miłosnych perypetii, komplikacji, ale i pozytywnych zaskoczeń, w które obfituje życie…

Rzadko przytaczam w recenzjach opisy znajdujące się na okładkach książek, ale tym razem robię wyjątek, gdyż ten bardzo mnie zaintrygował. Dwie kobiety, starsza i młodsza, jedna uczy drugą życiowej mądrości, przy czym gotują razem... tak to sobie wyobrażałam. Ale nie do końca tak w tej książce jest. Owszem, losy Alice i Babetty przedstawione są równolegle, ale chyba nie można powiedzieć, że się splatają i wzajemnie na siebie wpływają. Powiedziałabym raczej, że obie kobiety na chwilę spotykają się kilka razy, by potem prowadzić dwie skrajnie różne egzystencje.

Alice zostaje zgwałcona, co kładzie się cieniem na całe jej życie. Nie tylko trudno nawiązać jej normalne relacje z mężczyznami, ale też przez długi czas szuka czegoś, co mogłoby wypełnić jej godziny, z którymi nie wie, co zrobić. Zaczyna więc gotować, w końcu trafia do najlepszej londyńskiej restauracji. Jednak przygotowywanie potraw nie jest tam przyjemnością, a ciężką pracą i nie ma w sobie nic ze sztuki.

Oczywiście mnie ten watek zainteresował, gdyż od dawna uwielbiam wszelkie wtręty kulinarne w lekturach. Szczególnie, że temu londyńskiemu gotowaniu przeciwstawione zostało gotowanie włoskie: niespieszne, z lokalnych produktów, będące przyjemnością samą w sobie. Wielka kuchnia modnej restauracji kontrastuje z kameralną pizzerią. W stylu włoskim gotuje Babetta, chociaż w książce za wiele na ten temat nie ma.

A skoro już jesteśmy przy Babettcie, to bardzo podobały mi się rozdziały jej poświęcone. Babetta nie jest tradycyjną włoską "mammą", lecz cichą staruszką, która całe życie spędziła w jednym miejscu, z jednym mężczyzną. I wydaje się być z tego zadowolona, ma, w odróżnieniu od Alice, swoje miejsce w życiu. Chociaż i jej nie obce są refleksje, czy na pewno przeżyła swoje życie tak,jak powinna.

Co mi się jeszcze podobało to fakt, że książka nie jest przesłodzona, a Alice to naprawdę świetna bohaterka. Poznajemy ją jako młodą dziewczynę, książka zaś kończy się, gdy ma ok. 40 lat. Alice boi się podejmować samodzielne decyzje, tkwi dla wygody w sytuacjach, które potem okazują się jednak niekomfortowe. Boi wiązać się z ludźmi i boi się ufać - przez co rani osoby, które chcą jej być bliskie. Jednocześnie sama wielokrotnie zostaje zraniona. Wydaje się krucha i delikatna, ale przecież pracuje w kuchni zdominowanej przez mężczyzn i świetnie sobie w tym środowisku radzi. Ot: bohaterka pełna sprzeczności.

"
Przepis na szczęście" pokazuje, że oczywiście jednego przepisu na szczęście nie ma. Ba! Nie wiadomo, czy takowy w ogóle istnieje. Nicky Pellegrino napisała książkę "włoską", a jednocześnie psychologiczną. Lekką, ale też poruszająca istotne problemy. Łatwą w odbiorze i wciągająca, ale jednocześnie niegłupią. Jednym słowem: naprawdę dobrą.

***

Mój ulubiony cytat:

- Moim zdaniem gotowanie to coś najbardziej intymnego, co można dla kogoś zrobić - powiedział miękko. Własnymi rękoma tworzę coś dla ciebie, a ty potem wkładasz to do ust. Czy może być coś bardziej intymnego? (...) Moim zdanie wokół gotowania powstało mnóstwo nonsensów. (...) Ludzie chcą o tym mówić, pisać i robią wiele zamieszania. Układają na środku talerza maleńki kopczyk, a dookoła malują kolorowymi sosami jakieś dziwne wzory.Jaki w tym sens? To przecież nie jest sztuka, to zaledwie jedzenie. Więc gotuj, jedz, ciesz się i basta!

N. Pellegrino, Przepis na życie, wyd. Prószynski i S-ka, Warszawa 2010, s. 400.

wtorek, 7 września 2010

Muminki się cieszą radoscią i życiem...Muuuumiiiiinkiiii :) (Mądrosci Muminka - Tove Jansson, Sami Malila)


Zacznę od krótkiej anegdoty. W ubiegłym roku przez kilka miesięcy miałam przyjemność pracować jako niania dwójki dzieciaków: Misi i Kamila. Byłam nianią zapobiegliwą i idącą trochę na łatwiznę. Wiedząc, jak kapryśna potrafi być w Polsce pogoda, zawsze miałam w torbie kilka odcinków "Muminków". Oglądaliśmy je, gdy nie dało się wyjść na dwór, a malowanie, układanie puzzli i fikanie koziołków już nam się znudziło. I często było tak, że Duża Ania, gdy Mała Misia nie chciała już oglądać, prosiła: "Misiu, nie bądź taka, pooglądajmy jeszcze dziesięć minut".

"Muminki" to kultowa bajka mojego dzieciństwa, podobną estymą darzyłam chyba tylko Misia Uszatka, gdy miałam trzy lata. Nigdy nie należałam do frakcji "Smerfów" czy "Gumisów" - "Muminki" to było to!

Dlatego też moje wewnętrzne dziecko zawyło z radości gdy dowiedziałam się, iż Wydawnictwo Literackie przygotowało sześć książeczek z "mądrościami" postaci z Doliny Muminków. Na pierwszy ogień poszły "Mądrości Muminka", którego uwielbiam - głównie za jego miłość do naleśników, za to, że zdarza mu się krnąbrnie spuszczać wzrok i mruczeć przyjaźnie. Podobną estymą darzę jeszcze Ryjka i Małą Mi - ale na ich "mądrości" trzeba jeszcze poczekać do końca roku.

"Mądrości Muminka" to urocza książeczka. Zawiera co lepsze wypowiedzi i zachowania małego grubaska. Oto próbka:

Muminek zmrużył oczy i pomyślał: "Jaki każdy jest inny".

Małe Paszczaki są ogromnie bojaźliwe z natury - wyjaśnił Muminek szeptem. - Jestem pewny, żeona robi na drutach. Wtedy czuje się bezpieczniejsza.

I moje ulubione:

Muminek wciąż jeszcze czekał, choć już nie tak bardzo: zmęczył się i był trochę rozżalony.

"Mądrości Muminka" to wielka gratka dla wszystkich, którzy tak jak ja w dzieciństwie bali się Buki. Okazuje się że po latach książeczki Tove Jansson nadal mnie wzruszają i czytam je z ogromną przyjemnością - tym bardziej, że okraszone są rysunkami autorki. Ponadto bardzo spodobała mi się jej wypowiedź o stworzonych przez siebie postaciach. Na pytanie, którą z muminkowych postaci chciałaby być, Tove odpowiadała:

Małą Mi, która gryzie kogoś w nogę i śmieje się z tego; Hatifnatem, bo nie musi odpowiadać na pytania; Mamą Muminka, bo na nią zawsze można liczyć, a najchętniej Włóczykijem, bo jest wolny i lubi szukać nowych dróg.

A ja bym chyba jednak chciała być Muminkiem :)))

Święty Mikołaju! Jeśli mnie teraz czytasz, podaruj mi na Gwiazdkę dalsze Mumimądrości! I może jeszcze takie kubeczki!

T. Jansson, Sami Malila, Mądrosci Muminka, Wydawnictwo Literackie, Warszawa 2010, s. 68.

niedziela, 18 lipca 2010

Blondynka na Bliskim Wschodzie (Anna Jackowska - Kobieta na motocyklu)


Jak większość książek w ostatnim czasie i tę czytałam wyciągnięta na leżaku, z czymś zimnym w ręce, w ciemnych okularach na nosie i chustce zamotanej na głowie, co by się nie przegrzać. I w tych komfortowych warunkach orzechowo - leżakowych, czytałam sobie o kobiecie, która wyruszyła w samotną podróż na motocyklu do Syrii i Jordanii. Kraje te przemierzała w kasku i skafandrze motocyklowym, a temperatura dochodziła do 40 stopni w cieniu. Hmmm...

Kobietą, o której piszę jest Anna Jackowska, filigranowa blondynka, z wykształcenia psycholog, która porzuciła wygodną posadę w korporacji by na nowo odkryć, co to znaczy życie poza biurkiem. Dla mnie już chociażby ze względu na to zasługuje na szacunek, bo nie oszukujmy się: niewiele osób dziś stać na to, by porzucić stabilizację, nawet jeśli drogo się za nią płaci, i skoczyć na główkę w nieznane.

A to "nieznane" wydaję się naprawdę ryzykowne: samotna biała kobieta w Syrii i Jordanii... przed wyjazdem autorka słyszała ostrzeżenia, że nic dobrego z tej wyprawy nie będzie: pobiją ją, okradną, wróci bez motocyklu albo w ogóle nie wróci. Tymczasem nic takiego nie miało miejsca. Przeciwnie: ludzie są życzliwi, pomocni, zainteresowani jej wyprawą. Anna Jackowska pisze tak:
Nikogo o drogę pytać nie muszę, bowiem wszyscy sami mnie o to pytają. Wystarczy, że zwolnię, aby się porozglądać, a już z jadących obok mnie samochodów wychylają się pytające głowy - Czy potrzebujesz pomocy? Czy wszystko OK? - Zastanawiam się, czy z taką samą ciepłą reakcją spotkałby się Arab jadący na rowerze po którymś z uroczych polskich miast.

No właśnie... "Kobieta na motocyklu" to książka po podróżowaniu, odkrywaniu nowej, jakby nie było, egzotycznej kultury, poznawaniu nowych ludzi i miejsc. To także książka o łamaniu stereotypów dotyczących krajów Bliskiego Wschodu i pokonywaniu własnych ograniczeń: mimo przyjaznych reakcji, autorka sama musi zatroszczyć się o własne bezpieczeństwo, o to, co będzie jeść i gdzie będzie spać. I chociaż chwilami nie jest łatwo, okazuje się, że można - i bardzo mi się to przesłanie podoba.

Pierwszy raz usłyszałam o Annie Jackowskiej w audycji Marzeny Chełminiak i wypowiedzi autorki skusiły mnie do sięgnięcia po tą książkę: lubię bowiem, kiedy ktoś o swoich pasjach opowiada z pasją i ta pozycja też o tym mówi: o radości odkrywania, poznawania, smakowania tego, co nowe.

Na koniec zacytuję jeszcze jeden fragment, który dla mnie stanowi świetne domkniecie tej opowieści. Autorka, która przemierzyła tysiące kilometrów, zorientowała się, że jest "w domu" nie po tablicach informacyjnych, lecz po zachowaniach ludzi.

- Czy może mi Pan pomóc z tymi gratami? - No dobrze, skoro muszę...

Dodam, że przez całą podróż nikogo o pomoc prosić nie musiała. Cóż...

A. Jackowska, Kobieta na motocyklu, wyd. Pascal, Bielsko - Biała 2010, s. 288.

(Były polskie drogi i bezdroża, była Syria i Jordania, jutro będzie Korea - całkiem ładny cykl podróżniczy mi się przez przypadek utworzył. Czyżbym latem podświadomie wybierała takie książki? :) )

sobota, 17 lipca 2010

Turysto, zejdź z głównej drogi! (Wardęga. Opowieście z pobocza drogi - Lechosław Herz)



Rzadko czytam książki inaczej, niż tradycyjnie, czyli od deski do deski i od początku do końca. Tym razem jednak poniosła mnie ułańska fantazja i zaczęłam od mniej więcej środka, potem na kilkanaście stron przeniosłam się na początek, potem znów na środek, a potem czytałam od końca... Efekt eksperymentu był taki, że lektura "Wardegi" trwała bite dwa tygodnie, o ile nie więcej, ale czuję się rozgrzeszona. Odniosłam bowiem wrażenie, że autor tego baaaardzo nietypowego przewodnika po nizinie mazowieckiej zachęca do powolnych spacerów, smakowania krajobrazów, do turystyki w stylu slow... i tak też sobie czytałam: niespiesznie, ze smakiem i google pod ręką, by zlokolizować te wszystkie zakamarki Polski, o których Lechosław Herz pisze.

A pisze bardzo w moim stylu, gdyż nie lubię zwiedzać miejsc obleganych przez turystów, modnych. Zamiast sopockiego molo, wybieram jakąś cichą plażę, zamiast zaśmieconych szlaków górskich - leżak na własnym trawniku.

Autor w swojej książce, która jest raczej zbiorem esejów, wrażeń z odwiedzanych miejsc i przedstawieniem tego, co w nich osobliwe i godne uwagi, pokazuje malutkie miejscowości, zabytki usytuowane poza głównymi szlakami, pokazuje piękno polskiego krajobrazu. I proszę sobie wyobrazić, że ja, która często omijam w książkach opisy (mea culpa!), teraz czytałam je z prawdziwą przyjemnością. Oto malutka próbka stylu autora, fragment nawiązuje do obrazów Chełmońskiego:

Prosty przekaz jego obrazów kontrastuje z hałaśliwym, afektownym teatrem współczesnego życia. Zmęczeni nerwową pospiesznością codzienności odczuwamy potrzebę zanurzenia się w takim właśnie rustykalnym, polskim pejzażu, wtulenia się weń całkowicie, w poszukiwaniu bezpieczeństwa. Aż chce się wziąć kosę w rękę i kosić albo zdjąć buty i boso pójść na ściernisko...

Jednak "Wardęga" to nie tylko opowieść o miejscach, lecz także o ludziach, którzy je tworzyli i którzy stali się ich nierozerwalną częścią. Nie wiem, czy trafnie, ale zauważam wielkie upodobanie autora do epoki romantyzmu, chociaż opowiada też o Sienkiewiczu. Reymoncie, Skłodowskiej - Curie i Żeromskim w czasach, kiedy byli korepetytorami. Pięknie pisze o Zygmuncie Krasińskim.

Dla mnie książka ta jest zachętą do podróżowania bez mapy, po bezdrożach i w miejsca, gdzie diabeł mówi dobranoc i gdzie niewielu dociera, świetnie wpisująca się w aurę, jaką teraz mamy za oknami.

Zamiast zakończenia, znów zacytuję:

Są takie drogi, wąskie i na uboczu, przy nich miejscowości, w których stoją kościoły, dwory i przydrożne krzyże zapewne prowincjonalnej wartości artystycznej. Omijają je turystyczne wycieczki, przeganiane od krakowskiego Wawelu po gdański Długo Targ. Gdy się odwiedza te wioski, miasteczka i przydroża, niespiesznie, mając czas na patrzenie i na refleksję, wtedy przychodzi chwila na smakowanie. To pejzaż dla koneserów, o wyjątkowo bogatym bukiecie. Smakuje jak najlepsze wino...

PS Ogromny plus za zdjęcie, które zawiera książka!

(a czytając, słuchałam tego: Cee Lo Green - What Part Of Forever

L. Herz, Wardęga. Opowieści z pobocza drogi, wyd. Iskry, Warszawa2010, s 321.

czwartek, 1 lipca 2010

Ocaleni (Spokojne czasy - Lizzie Doron)


Zacznę od wynurzeń osobistych, jak to ostatnio mam w zwyczaju.

Kiedy byłam na drugim roku studiów, pewna wspaniała "pani dr" zachęcała nas, żebyśmy np. przy czytaniu Prousta spróbowali upiec magdalenki, "Czarodziejską górę" czytali w warunkach sanatoryjno - pensjonatowych, a na spacer po Poznaniu wybrali się z którymś z tomów Jeżycjady itd. Nigdy nie prowokowałam takich sytuacji - chociaż chciałabym przeczytać "Dziecko piątku" Musierowicz w Pobiedziskach :P - ale wczoraj przydarzyła mi się ona sama.

Wybrałam się do fryzjera ze "Spokojnymi czasami" Lizzie Doron w torebce (ze względu na niewielkie rozmiary książki). Rzecz dzieje się w Tel Awiwie, głównie w... zakładzie fryzjerskim. Siedząc z farbą na głowie, z jednym ogromnym lustrem przed sobą i drugim z aplecami, w otoczeniu nożyczek i grzebieni, czytałam o zakładzie fryzjerskim prowadzonym przez Żydów ocalonych z Holocaustu. Wyobrażacie to sobie?

Książka Lizzie Doron to książka niepozorna, którą łatwo przegapić, a której w żadnym razie przegapić się nie powinno. Jakiś czas temu głośno było na blogach i nie tylko o książce "Pensjonat" Piotra Pazińskiego - "Spokojne czasy" jest poniekąd podobna. Ona także opisuje powojenne losy Żydów i ja przez cały czas zastanawiałam się, chociaż wiem, że nic nie uprawniania mnie do stawiania takich pytań, czy nie lepiej było wtedy zginąć?

Mieszkańców małego osiedla w Tel Awiwie dręczą wspomnienia o bliskich, którzy odeszli, prześladują ich makabryczne sceny, których byli świadkami. Każdy nosi w sobie własną, przerażającą historię, której "nikt nie chce ani opowiadać, ani słuchać" - dlatego w którymś momencie przestaje budzić zdziwienie kobieta, która przez cały czas zwierza się swojemu pieskowi Reksiowi.

Główną bohaterką jest starzejąca się Lea, która wojnę przeżyła w wykopanej w ziemi norze. Co było wcześniej - nie pamięta. Po wojnie zaś nikt się po nią nie zgłosił, nie wie więc o swoim pochodzeniu zupełnie nic. Najpierw trafia do sierocińca, potem do kibicu, a potem wychodzi za mąż - z tego małżeństwa rodzi się jej ukochany syn, który później staje się dla niej wyłącznie źródłem cierpienie i rozczarowania. Lea kocha jeszcze jedną osobę: fryzjera Zajczyka, u którego pracuje. To w jego zakładzie, malując klientkom paznokcie, dowiaduje się, co przeżyli jej sąsiedzi, wysłuchuje ich marzeń, które i tak nigdy się nie spełnią.

Lea załamuje się po śmierci Zajczyka - zamyka się w domu i czeka na śmierć. Jednak ta nie nadeszła ani wtedy, ani nie chce nadejść teraz. Lea wspomina swoją przyjaciółkę, którą żyjąc, marzyła by umrzeć, gdyż po drugiej stronie czeka na nią cała rodzina i koń Cadyk...

Nie wiem, czy polecam tę książkę, gdyż z każdej jej strony płynie smutek, rozczarowanie i tęsknota. Z drugiej jednak strony jest tak, jak już pisałam:szkoda tą książki przegapić.

A na koniec cytat, który już sobie wynotowałam:

Pewnego razu, gdy byłam już w zaawansowanej ciąży, zapytałam [przyjaciółkę] skąd tyle wie o życiu. (...)
- Z życia - odparła w końcu. Jej odpowiedź przygnębiła mnie jeszcze bardziej i nie wiedziałam, co powiedzieć. Wiedziałam, że zastanawia się, jak odmienić mój nastrój:
- Leale - odezwała się, jakby znalazła nagle rozwiązanie. - Wierzę, że o życiu można dowiedzieć się bardzo dużo z książek.

Lizzie Doron, Spokojne czasy, wyd. MUZA, tłum. N. Sommer, Warszawa 2010, s. 159.

niedziela, 20 czerwca 2010

Bo tak jest! - cytat

Lubię czasem trafić w książce na zdanie, które w 200% oddaje to, co sama czuję:

"Oczywiście nigdy nie słyszałem o tej grupie, ale to wynika z mojej ignorancji w sprawach literackich (wszystkie książki świata czekają, żebym je przeczytał).

Roberto Bolano, Dzicy detektywi

Nic dodać, nic ująć.