Pokazywanie postów oznaczonych etykietą do przemyślenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą do przemyślenia. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 24 lutego 2020
Jak opisać ideał? (Poznawanie Kępińskiego - Anna Mateja - recenzja książki)
Antoni Kępiński Człowiek - legenda, jeszcze za życia. Jego nazwisko wielokrotnie przewijało się w moich lekturach "do pracy", chociaż Kępiński nie był pedagogiem, a psychiatrą. Psychiatrą wyprzedzającym swoje czasy, który patrzył na człowieka holistycznie, zanim to pojęcie w kraju nad Wisłą stało się modne.
Etykiety:
(auto)biografie,
do przemyślenia,
do zainspirowania się
środa, 21 sierpnia 2019
Swoją ciążę drogo sprzedam (Recenzja książki "Farma" Joanne Ramos
Wyobraźcie sobie taką sytuację: bogata kobieta, robiąca karierę, życie, jak w bajce, brakuje tylko dziecka, którego nie może/nie chce urodzić. Ale zaraz, zaraz! Są przecież młode, zdrowe, lecz bywa, że biedne, dziewczyny, które chętnie im to dziecko urodzą. Za odpowiednią zapłatą oczywiście. Jest popyt, jest podaż, znajdzie się więc ktoś, kto połączy obie strony i zrobi na tym niezły interes. Witajcie na Farmie!
Etykiety:
do przemyślenia,
ona pisze - ameryka,
uwaga: debiut
wtorek, 13 sierpnia 2019
Kobieta i chłopiec, którego przyprowadził Anioł (Recenzja książki Sekret matki Shalini Boland)
Nie jestem znawczynią gatunku domestic noir, do jakiego z pewnością zaliczyć można Sekret matki. Przeczytałam raptem kilka książek pisanych w tej konwencji i na ogół byłam rozczarowana zakończeniem, które jest przecież samym sercem tych powieści.
wtorek, 4 września 2018
Projekt Miłość (Recenzja książki Miłość i co dalej Tatiany Mindewicz - Puacz)
Powieści o miłości przeczytałam w całym swoim życiu mnóstwo. Ba!, ten wątek pojawia się w prawie każdej książce.
Ile przeczytałam poradników o miłości lub takich pisanych przez psychologów, terapeutów itp.? Dwie? Trzy? Do tego nielicznego grona dołącza właśnie pozycja Miłość i co dalej? Tatiany Mindewicz-Puacz, która jest o tyle nietypowa, że...
Ciekawi?
Zapraszam do lektury!
poniedziałek, 28 maja 2018
Książka dla spragnionych magii (Recenzja książki Dziewczynka, która wypiła księżyc Kelly Barnhill)
Książka, która ostatnio pojawia się wszędzie: na Instagramie, Facebooku, na blogach.
I wszędzie piszą o niej dobrze lub bardzo dobrze. Podejrzane, co?
Otóż... wcale nie!
Dziewczynka, która wypiła księżyc to przepięknie opowiedziana historia, mająca w sobie urok starej baśni, która przypadła do gustu mi, dorosłej kobiecie, i która zachwyciła dziesięcioletnią dziewczynkę, kochającą książki.
I wszędzie piszą o niej dobrze lub bardzo dobrze. Podejrzane, co?
Otóż... wcale nie!
Dziewczynka, która wypiła księżyc to przepięknie opowiedziana historia, mająca w sobie urok starej baśni, która przypadła do gustu mi, dorosłej kobiecie, i która zachwyciła dziesięcioletnią dziewczynkę, kochającą książki.
poniedziałek, 30 kwietnia 2018
O tym, jak trudno stać się kimś innym niż się jest (Recenzja książki Kocie oko Margaret Atwood)
Są takie książki, o których nie wiem, jak pisać.
Są one bowiem w moim odczuciu tak dobre, że trudno ten zachwyt wyrazić słowami. Trzeba by mnie widzieć w trakcie lektury, kiedy to pochłaniałam stronę za stronę, niecierpliwie odpędzając każdego, kto chciał mi czytanie przerwać - psa, męża, listonosza, wszystkich!
Są one bowiem w moim odczuciu tak dobre, że trudno ten zachwyt wyrazić słowami. Trzeba by mnie widzieć w trakcie lektury, kiedy to pochłaniałam stronę za stronę, niecierpliwie odpędzając każdego, kto chciał mi czytanie przerwać - psa, męża, listonosza, wszystkich!
niedziela, 12 listopada 2017
Miłość i ekologia (Recenzja książki Luonto Melissy Darwood)
Jaka piękna okładka! - pomyślałam, gdy pierwszy raz zobaczyłam książkę Melissy Darwood na którymś z instagramowych profili. Późnej opowiadała o niej Agnieszka z Magical Reading. Opowiadała na tyle przekonująco, że sama po książkę sięgnęłam.
Etykiety:
dla młodzieży,
do przemyślenia
środa, 16 kwietnia 2014
Odważysz się przeczytać? (Mroczne siedlisko - Piotr Kulpa)
Książka Piotra Kulpy ma wszystkie cechy, jakie bardzo dobra książka posiadać powinna. Zacznę jednak od króciutkiej historyjki. Mroczne siedlisko zaczęłam czytać któregoś dnia późnym wieczorem. Przez pierwsze 40 stron przemknęłam niczym błyskawica... po czym stanowczo stwierdziłam: wystarczy! Powieść grozy - można przeczytać na okładce i nie są to puste słowa. W którymś momencie zjeżyły mi się wszystkie włoski na rękach i stwierdziłam, że nie. Nie czytam dalej, bo koszmarne sny mam gwarantowane.
środa, 2 kwietnia 2014
Życie widziane znad mikroskopu (Botanika duszy - Elizabeth Gilbert)
Nie sądziłam, że Elizabeth Gilbert potrafi napisać taką książkę. Do tej pory przeczytałam wszystko, co wydała - na fali zauroczenia Jedz, módl się, kochaj. I okej, nie były to książki słabe czy złe, ale arcydziełami też bym ich nie nazwała. Jeśli zaś chodzi o Botanikę duszę... ach, ta książkę duszę mą skradła :)
Etykiety:
do przemyślenia,
ona pisze - ameryka,
perełki
wtorek, 23 lipca 2013
No future! (Koniec punku w Helsinkach - Jaroslav Rudis)
Tytuł Koniec punku w Helsinkach
Autor: Jaroslav Rudis
Wydawnictwo: Czeskie Klimaty
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 293
Koniec punku w Helsinkach - kolejna książka, która musiała odleżeć swoje na półce, gdyż po kilku stronach stwierdziłam, że niby jest niezła, ale jakoś nie mam na nią nastroju. A potem, gdy zostało 10 stron do końca, było mi szkoda, że to już i że na drugą część tej powieści raczej nie ma co liczyć.
Ole ma 40 lat i kiedyś był punkiem. Razem z kolegą założył punkową kapelę Automat, chociaż żaden z nich tak naprawdę nie potrafił grać. Ale przecież w punku nie o to chodzi. Punk to hałas i bunt, punk to idea i styl życia. Tylko... cóż z tego zostaje po latach? Fakt, czterdziestoletni Ole prowadzi bar, w którym wolno palić, gdzie serwuje sie solankę i gdzie matki z wózkami nie mają wstępu. Z drugiej jednak strony prowadzi całkiem wygodne życie, zalicza kolejne panienki, w końcu zaś chce już tylko spokoju. Tyle zostało z jego buntu.
Historia Olego przeplatana jest dziennikiem zbuntowanej punkówy, która dorasta w Czechosłowacji. Hasło "no future" może traktować dosłownie: po wywaleniu ze szkoły jej przyszłość raczej nie wygląda zbyt wesoło, dodatkowo gdzieś z tyłu głowy ma świadomość, że mieszka w strefie skażonej przez Czarnobyl, czego konsekwencje trudno jest przewidzieć.
Dziewczyna "ma wywalone" na wszystko: nie czuje żadnego związku ze swoim krajem, z rodziną tylko mieszka, a chłopak, dla którego zrobiłaby wszystko, raz ją kocha, a raz chyba kocha - tak sama pisze w swoim dzienniku.
Te dwie postaci łączy więcej, niż na początku czytelnik zdaje sobie sprawę. Dziewczyna, której dziennik poznajemy, to taki trochę Ole z lat młodości. Z drugiej strony patrząc na Olego, młodej punkówy zrobiło mi się po prostu szkoda...
Koniec punku w Helsinkach jest książką nostalgiczną, ale w żaden sposób nie przygnębia - osławiony czeski humor i tu dochodzi do głosu. Wokół knajpy Olego kręcą się różni ludzie, jednak tych z jego pokolenia jest już coraz mniej i właściwie trudno powiedzieć, co się z nimi stało. Dlatego ogromne wrażenie zrobiła na mnie scena, kiedy Ole ogląda stare filmy pornograficzne zastanawiając się, jak potoczyły się losy ludzi, którzy w nich grali. Sam Ole bowiem sprawia wrażenie postaci z dawnej epoki, która nijak nie potrafi odnaleźć się we współczesności.
Bardzo dobre podsumowanie tej powieści napisał Jarosław Czechowicz, autor bloga Krytycznym Okiem. Dlaczego takiej książki nie wydał jeszcze żaden polski autor? Takiej, gdzie o niełatwej przeszłości mówiłoby się z humorem, niemalże ciepło? Jaroslav Rudis pokazuje, że naprawdę jest to możliwe.
Etykiety:
do przemyślenia,
on pisze - europa
środa, 5 czerwca 2013
Bo to zła kobieta była...? (Zła kobieta - Amanda Prowse)
Tytuł: Zła kobiet
Autor: Amanda Prowse
Wydawnictwo: Wielka Litera (dziękuję!)
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 382
Od jakiegoś czasu natomiast do wszelkich tego typu opowieści podchodzę nieufnie, pewnie dlatego, że mam już wiele takich lektur za sobą. I czasem jest tak, że oprócz kontrowersyjnego tematu nie otrzymujemy nic więcej... ale to już temat na osobne rozważania.
Zła kobieta skusiła mnie okładką i tym, że wydała ją Wielka Litera (od kilku miesięcy moje ulubione wydawnictwo). Zaczyna się ostro: Kathryn Brooker patrzyła, jak z męża uchodzi życie. Pierwsze nasuwające się pytanie to: dlaczego? Po przeczytaniu kilkudziesięciu stron zmieniło się ono na: dlaczego tak późno?
Amanda Prowse napisała opowieść o kobiecie, której mąż zmienił życie piekło. A piekło to rozgrywało się każdej nocy w idealnie czystym domu, z dziećmi śpiącymi za ścianą, w rodzinie, która wydawała się idealna. Nie lubię epatowania przemocą i nie przepadam za brutalnymi scenami, dlatego chwała autorce, że jest ich w Złej kobiecie niewiele. Akurat tyle by zrozumieć, dlaczego Kathryn zabiła Marka.
Jednak to morderstwo i pobyt w więzieniu to dopiero początek historii o tym, jak po bolesnych doświadczeniach wyjść na prostą. Kathryn to się udaje, choć za swoją wielką porażkę uważa to, że zupełnie straciła kontakt z dziećmi - a przecież to dla syna i córki znosiła lata upokorzeń.
Złą kobietę oceniłabym bardzo dobrze, bo i jest to historia przedstawiona z talentem, gdyby nie pewne "ale". Zakończenie. No jak tak można! Nie mam absolutnie nic przeciwko happy endom, zresztą opowieść o Kathryn zasługiwała na szczęśliwe rozwiązanie. Ale nie takie... nie aż tak słodkie, żeby nie powiedzieć: infantylne. Prawdę mówiąc staram się jak najszybciej wymazać je z pamięci i skupić tylko na tym, co w tej książce godne uwagi... chociaż lekki zawód i tak pozostaje.
wtorek, 28 maja 2013
Opisać rozpacz (Chemia łez - Pater Carey)
Tytuł: Chemia łez
Autor: Peter Carey
Wydawnictwo: Wielka Litera (dziękuję!)
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 318
Matthew umiera, a Katherine szaleje z rozpaczy. Jej szaleństwo ma jednak wymiar "kameralny", wszak nie była stateczną żoną Matthew, a jedynie kochanką. Publiczne obnoszenie się ze swoim bólem nie wchodzi więc w grę. Kobieta leczy się z samotności wódką, narkotykami i pracą.
A pracę ma niezwykle ciekawą, jest bowiem specjalistką od konserwacji zegarów. Jeden z współpracowników, wtajemniczony w jej romans, podsuwa kobiecie do poskładania niezwykłą maszynę. Jednak nie tylko maszynę...
Mały chłopiec umiera. Co prawda jego serce jeszcze bije, jednak zostało mu niewiele czasu. Henry Brandling, jego ojciec, jest w stanie zrobić wszystko, aby ocalić mu życie. W którymś momencie zaczyna wierzyć, że jeśli jego synek otrzyma niezwykłą zabawkę, mechaniczną kaczkę, która będzie zachowywać się jak żywe stworzenie, to uda się go ocalić. Zostawia więc dziecko w domu, a sam wyrusza w niezwykłą podróż do XIX-wiecznych Niemiec, aby znaleźć osobę, która podejmie się skonstruowania zabawki. Zaczyna prowadzić dziennik - 150 lat później, wraz z kaczką (tudzież łabędziem) trafia on w ręce Katherine.
Te dwie postaci, Henry'ego i Katherine, pozornie różni wszystko: płeć, wiek, sytuacja życiowa, charakter, dystans czasowy. Kobieta jednak sama kilkakrotnie zastanawia się, czy sporządzając swoje notatki, Henry przeczuwał jej obecność, czy myślał o tym, że kiedyś ktoś je przeczyta. Okazuje się bowiem, że w obliczu sytuacji, jakiej się znaleźli, te wszystkie różnice nie mają znaczenia, strata jest uczuciem tak, rzec by można, uniwersalnym, że łączy to, co pozornie nie ma punktów stycznych.
Nie wiem, czy spotkaliście się wcześniej z nazwiskiem autora - ja nie. Swojego czasu wywołał on skandal, odmawiając spotkania z królową Elżbietą, dwukrotnie nagrodzono go nagrodą Bookera, uważany jest za najwybitniejszego żyjącego pisarza z Australii - jednak ja dopiero teraz miałam przyjemność go poznać.
Tak właśnie: przyjemność. Mimo, że książka nie należy do łatwych, mimo że szybko można pogubić się z zapiskach Henry'ego - powieść czyta się z ogromną satysfakcją. Dopracowana jest w każdym calu. Zachwyca już okładka: niby prosta, broszurowa, ale tłoczone kwiaty są po prostu urocze. Dalej: mroczny klimat panujący w zapiskach Henry'ego, niczym z baśni braci Grimm, zestawiony z chaotycznym, pospiesznym, londyńskim życie Katherine - mistrzostwo świata. No i postaci drugoplanowe: przemądrzała Amanda, asystująca przy rekonstrukcji kaczki (tudzież łabędzia) i Sumper, zatruwający swoim gadulstwem życie Brandlingowi... Polecam!
Etykiety:
do przemyślenia,
obyczajowa
wtorek, 30 kwietnia 2013
Listy do... nikogo (Zgubione szczęście - Tom Winter)
Tytuł: Zgubione szczęście
Autor: Tom Winter
Wydawnictwo: Wielka Litera (dziękuję!)
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 287
Czasem tak jest. Kończy się jedną książkę, która głęboko wryła się w pamięć i potem chce się już tylko przeczytać coś lekkiego, niezobowiązującego, "na przeczekanie".
Czasem bywa jednak tak, że ta kolejna książka okazuje się perełką, chociaż spodziewaliśmy się zupełnie czegoś innego. Nie jest książką "na przeczekanie", a lekturą, o której potem się myśli i poleca innym.
Ja tak miałam w przypadku Zgubionego szczęścia. Opis na okładce brzmi tak:
Carol czuje, że jej nieudane małżeństwo jest pułapką bez wyjścia. Jak wiele kobiet, cały czas próbuje zadowolić innych, a tymczasem własne życie przecieka jej przez palce. Bierze więc papier, długopis i wypisuje swoje rozczarowanie w listach do... nikogo. Jednak trafiają one w ręce Alberta pracującego na poczcie w dziale niedoręczonych przesyłek. Staje się on mimowolnym powiernikiem jej sekretów i zwierzeń.
Brzmi niewinnie, prawda? Ot, będzie to kolejna historia o sfrustrowanej kurze domowej z przedmieścia, której źle się żyje w uroczym domku z ogródkiem.
Tymczasem nie. W tej książce jest coś, co chwyta za gardło: sytuacja, w jakie znalazła się Carol i jej chory mąż, bezradność i smutek starego człowieka, którego jedynym towarzystwem jest kot z zagipsowanymi łapami, wizja świata, w którym człowiek staje się zbędny, bo szybciej i bardziej wydajnie pracują za niego maszyny.
Trudno mi określić nastrój tej książki. Z jednej strony jest on melancholijny i duszny, z drugiej zaś autor podszedł do swoich bohaterów z tak dużą dozą empatii i wrażliwości, przedstawił ich historie w taki sposób, że chyba bardziej niż ich smutek, czułam... sympatię?
Nie jestem tylko pewna, czy do końca podoba mi się happy end, który znajdziemy w ostatnim rozdziale, jednocześnie zaś wydaje mi się to rozwiązanie najlepszym z możliwych.
Polecam i będę wypatrywać kolejnych książek Toma Wintera. A po Zgubione szczęście, jego debiut, warto sięgnąć.
Etykiety:
być kobietą,
do przemyślenia,
on pisze - europa,
uwaga: debiut
czwartek, 4 kwietnia 2013
Inteligentna i ładnie napisana (Potyczki z Freudem - Tomasz Stawiszyński)
Tytuł: Potyczki z Freudem
Autor: Tomasz Stawiszyński
Wydawnictwo: Carta Blanca (Dziękuję!)
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 307
Potyczki z Freudem polecam właśnie takim samozwańczym adeptom wiedzy psychologicznej jak ja. To znaczy takim, którzy ślepo wierzą w to, co przeczytają, nie do końca bowiem potrafią stwierdzić co jest prawdą, a co nie. Wokół psychologii bowiem, jak wokół każdej innej dziedziny wiedzy narosło wiele mitów i błędnych przekonań... które są tak powszechne, że nawet nie próbujemy ich podważać.
Przykłady? Chociażby to, że wydarzenia z dzieciństwa determinują nasze dorosłe życie. Albo to, że optymistom żyje się lepiej. Obrywa się słynnej książce Sekret i słynnemu prawu przyciągania. Wychodzi też na to, że depresja, czarnowidztwo czy zdrada nie są czymś, co należy bezwzględnie tępić. Dla mnie Potyczki z Freudem, w których autor podważa rzeczy, które przyjmuje się bez zastrzeżeń, to taki głos zdrowego rozsądku mówiący o tym, żeby nie ufać autorytetom, lecz przede wszystkim ufać sobie i poddawać krytycznej analizie przekaz, jaki do nas zewsząd płynie.
Autor jasno pokazuje, że nie da się sprostać "wizji współczesnego człowieka": zawsze uśmiechniętego, pozytywnie nastawionego, nieustannie dążącego do samorozwoju, zdrowego, sprawnego, naładowanego energią - pozytywną oczywiście. Fakt: hasła, które wymieniałam powyżej są mi bliskie, ale po latach pracy nad sobą stwierdzam, że tak się po prostu przez cały czas nie da. W końcu: człowiekiem jestem i nic co ludzkie...
Nie sposób nie zachwycić się imponującą wiedzą i erudycją autora, który płynnie przechodzi od starożytnej filozofii do współczesnej popkultury. Ponadto Potyczki z Freudem napisane są takim językiem, że czyta się je jak najlepszą, wciągającą powieść. Trafnie ujęła to prof. Zofia Rosińska, filozof kultury z Instytutu Filozofii na Uniwersytecie Warszawskim, autorka wstępu. Według niej książka jest "inteligentna" i "ładnie napisana" - nic dodać, nic ująć.
PS Potyczki z Freudem zainspirowały mnie do wpisu na moim drugim blogu. Hasło: OPTYMIZM - nie mylić z głupotą - KLIK.
Etykiety:
do przemyślenia,
literatura polska
wtorek, 2 kwietnia 2013
Zen dla początkujących (Trzy filary zen - Philip Kapleau)
Tytuł: Trzy filary zen
Autor: Philip Kapleau
Wydawnictwo: Galaktyka
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 420
To będzie chyba pierwsza książka, którą chcę Wam polecić... mimo iż jeszcze nie skończyłam jej czytać. I podejrzewam, że szybko nie skończę. Trzy filary zen nie są bowiem pozycją, którą połyka się przez jeden wieczór, a potem szybko o niej zapomina.
Autor: Philip Kapleau
Wydawnictwo: Galaktyka
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 420
To będzie chyba pierwsza książka, którą chcę Wam polecić... mimo iż jeszcze nie skończyłam jej czytać. I podejrzewam, że szybko nie skończę. Trzy filary zen nie są bowiem pozycją, którą połyka się przez jeden wieczór, a potem szybko o niej zapomina.
Dzieje się tak przynajmniej z kilku powodów. Przede wszystkim nam, ludziom żyjącym w Europie, trudno jest zrozumieć pewnae pojęcia, które już np. w Chinach są oczywiste i których ludziom Wschodu nie trzeba wyjaśniać. Po drugie książka nie jest pisana jak typowy podręcznik, chociaż bez wątpienia swojego rodzaju podręcznikiem jest. Chodzi mi o to, że nie ma tu instrukcji "krok po kroku" jak np. zacząć medytować czy prawidłowo oddychać. Owszem, takie informacje się pojawiają, jednak nie zostały podane w skondensowanej formie, lecz rozpisane na wiele stron.
Dlaczego w ogóle sięgnęłam po tę książkę? Przede wszystkim dlatego, że z pojęciem "zen" dość często się spotykam, czy to łamach książek, czy to w prasie. Jednak ręka do góry, kto bez zastanowienia potrafi odpowiedzieć, czym owe "zen" jest. No właśnie... Od dłuższego czasu, czyli od ok. dwóch, trzech lat, na własną rękę eksperymentuję z medytacją i technikami oddechowymi, wyciszenia i szczęścia szukając w sobie, a nie na zewnątrz - a właśnie takie założenie jest jednym z głównych założeń filozofii zen.
Trzy filary zen nie są książką nową, na rynku pojawiła się ona prawie 40 lat temu. Jej autorem jest człowiek, który przeszedł trzydziestoletnią praktykę w klasztorach japońskich, co zakończyło się wyświęceniem oraz prawem do nauczania.
I tak Philip Kapleau naucza ludzi Zachodu już od kilkudziesięciu lat, odsłaniając "całą kuchnię zen, z tym wszystkim, co dotychczas przesłonięte było mgiełką tajemniczej egzotyki i naznaczone piętnem obcości" - jak pisze Wojciech Eichelberger.
Wszystkim zainteresowanym - polecam!
I tak Philip Kapleau naucza ludzi Zachodu już od kilkudziesięciu lat, odsłaniając "całą kuchnię zen, z tym wszystkim, co dotychczas przesłonięte było mgiełką tajemniczej egzotyki i naznaczone piętnem obcości" - jak pisze Wojciech Eichelberger.
Wszystkim zainteresowanym - polecam!
Książkę można kupić w księgarni Gandalf.
Etykiety:
do przemyślenia,
do zainspirowania się
czwartek, 21 marca 2013
Książka która przedstawia to, czego opisać się nie da (Wśród swoich - Amos Oz)
Tytuł: Wśród swoich
Autor: Amos Oz
Wydawnictwo: Rebis (dziękuję!)
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 150
Książka Amosa Oza Wśród swoich to moje pierwsze zetknięcie z prozą tego izraelskiego pisarza, który często wymieniany jest jako kandydat do Nagrody Nobla. Przyznaję: pierwsze strony nie zachwyciły mnie. Oszczędny język, bardzo przeciętni bohaterowie, codziennie sytuacje. Skąd więc entuzjastyczne opinie osób, które pisarstwem Oza się zachwycają? Ano własnie stąd, właśnie dlatego!
Narratorem każdego z ośmiu opowiadań umieszczonych w Wśród swoich, jest mieszkaniec kibicu, w którym rozgrywają się wydarzenia. Z jednej strony jest on obserwatorem życia w zamkniętej społeczności, z drugiej zaś ma wgląd w psychikę przedstawionych osób. A tam, pod pozorem zwyczajności, rozgrywają się prawdziwe ludzkie dramaty, mimo iż nie zostały one nazwane i ubrane w wielkie słowa.
Bo czy nie jest dramatem sytuacja, kiedy jedyna córka opuszcza ojca i wiąże się z dużo starszym mężczyzną, którego cała sytuacja zdaje lekko bawić? Czy tak można?
Czy można osądzać ojca, który rzuca się na małe dziecko... aby w jakiś sposób zrekompensować krzywdę, którą wyrządzono jego synkowi?
Czy nie jest dramatyczną miłość dwojga starszych ludzi, którzy boją się nawet dotknąć? Czy potrzeba wielkich słów, aby opisać uczucia kobiety, którą mąż po wielu latach wspólnego życia zostawił dla innej?
Bohaterowie Oza żyją w kibucu, gdzie pracuje się dla dobra wszystkich, wszystkie decyzje podejmowane są wspólnie, wszyscy się znają. Ludzie przynależą do grupy, nie powinni więc czuć się samotni i opuszczeni. Tymczasem właśnie tak jest. Będąc "wśród swoich", tak naprawdę z nikim nie można wejść z głębsze relacje - bo przecież zawsze istnieje ryzyko, że nie zostanie się zrozumianym, albo ta druga osoba odejdzie.
Zupełnie szczerze przyznaję, że nie potrafię opisać nastroju panującego w tej książce. Nastrój ten jednak sprawił, że jak tylko będę w stanie pójść do biblioteki o własnych siłach, to właśnie po powieści Oza. To jest tak: niby nic się nie dzieje, niby opisywani ludzie są zwyczajni do bólu, ani dobrze, ani źli i spotykają ich rzeczy, które przydarzają się setkom osób codziennie - jednak opisane zostały tak, że ja momentami miałam gęsią skórkę na rękach... z przejęcia? Żalu?
Co więcej: kibuc, lata pięćdziesiąte, bohaterowie w większości starsi ode mnie, a ja specjalnie tych różnic nie czułam. Oz pisze bowiem o rzeczach uniwersalnych, które dzieją się "wszędzie", "każdemu" i "zawsze". I może właśnie na tym polega jego geniusz? Na umiejętności snucia prostych, uniwersalnych opowieści?
Dla mnie Wśród swoich to ogromne odkrycie i jedna z tych książek, o których się nie zapomina. Naprawdę warto sięgnąć.
środa, 20 marca 2013
Powoli osiągniesz wszystko! (Nawyk wytrwałości - Anna Kuraszyńska)
Tytuł: Nawyk wytrwałości. Jak go wykształcić metodą małych kroków
Autor: Anna Kuraszyńska
Wydawnictwo: Sensus
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 108
Lektura książki Anny Kuraszyńskiej zajęła mi nie więcej, niż półtorej godziny, ale bez wątpienia jest to jedna z tych pozycji, do których będę wracać.
Od dłuższego czasu inspiruje mnie działanie w duchu kaizen, które, mówiąc w dużym skrócie, postuluje o systematyczność i stawianie małych kroków na drodze do wielkiego celu. Chodzi po prostu o to, żeby cały czas iść do przodu i nie zatrzymywać się ani na moment. I chociaż słowo "kaizen" u Anny Kuraszyńskiej nie pada ani razu, to pozycja ta jest właśnie o tym.
Autorka przekonuje, że aby osiągnąć coś, co często wydaje się niemożliwe do osiągnięcia, wcale nie trzeba zaciskać zębów z wysiłku, odmawiać sobie wszystkiego czy też skupiać całej uwagi na tym jednym celu. Ba! Twierdzi, że takie nastawienie to prosta droga do porażki i rozczarowania!
Jak zatem powinniśmy wyznaczać sobie cele? Przede wszystkim: rozsądnie je zaplanować w czasie. Cudów nie ma. Nic nie stanie się z dnia na dzień, zdobycie szczytów wymaga czasu.
A zatem.
Weź ołówek i kartkę papieru.
Dokładnie opisz to, co chcesz osiągnąć.
Wyznacz pierwszy, malutki krok.
Taki, który na pewno uda ci się wykonać.
Jeśli to możliwe, wykonuj go systematycznie przez dany okres czasu.
Wyznacz kolejne zadanie, równie łatwe.
A potem jeszcze jedno. I następne, nieco trudniejsze.
Postępuj tak do chwili, aż osiągniesz to, co chcesz.
UWAGA! Cała zabawa polega na tym, żeby nie wyznaczać sobie nierealistycznych terminów. Niech proces zmiany trwa pół roku czy rok - ale doprowadzając go do końca, pękniesz z dumy!
Książka ta jest więc dla "wiecznie początkujących", którzy teraz dostają do ręki skuteczne narzędzie, by doprowadzić zamierzania do końca.
Autorka skupia się na czterech życiowych sytuacjach, kiedy strategia ta może być skuteczna: wyjście z nałogu, zdobycie idealnego ciała, znalezienie wymarzonej pracy oraz budowanie szczęśliwych związków.
Dodam, że Nawyk wytrwałości napisany jest bardzo prostym językiem, tekst opatrzono mnóstwem inspirujących cytatów i, co ogromnie mi się podoba, nie jest to pozycja teoretyczna. To książka, którą należy przeczytać, a potem przepracować na sobie niektóre rzeczy - tylko wtedy lektura będzie miała większy sens.
Polecam! Bo jest to rzecz niewielka... dzięki której dojść można do rzeczy ogromnych :)
Książkę można kupić w księgarni Gandlaf:
Autor: Anna Kuraszyńska
Wydawnictwo: Sensus
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 108
Lektura książki Anny Kuraszyńskiej zajęła mi nie więcej, niż półtorej godziny, ale bez wątpienia jest to jedna z tych pozycji, do których będę wracać.
Od dłuższego czasu inspiruje mnie działanie w duchu kaizen, które, mówiąc w dużym skrócie, postuluje o systematyczność i stawianie małych kroków na drodze do wielkiego celu. Chodzi po prostu o to, żeby cały czas iść do przodu i nie zatrzymywać się ani na moment. I chociaż słowo "kaizen" u Anny Kuraszyńskiej nie pada ani razu, to pozycja ta jest właśnie o tym.
Autorka przekonuje, że aby osiągnąć coś, co często wydaje się niemożliwe do osiągnięcia, wcale nie trzeba zaciskać zębów z wysiłku, odmawiać sobie wszystkiego czy też skupiać całej uwagi na tym jednym celu. Ba! Twierdzi, że takie nastawienie to prosta droga do porażki i rozczarowania!
Jak zatem powinniśmy wyznaczać sobie cele? Przede wszystkim: rozsądnie je zaplanować w czasie. Cudów nie ma. Nic nie stanie się z dnia na dzień, zdobycie szczytów wymaga czasu.
A zatem.
Weź ołówek i kartkę papieru.
Dokładnie opisz to, co chcesz osiągnąć.
Wyznacz pierwszy, malutki krok.
Taki, który na pewno uda ci się wykonać.
Jeśli to możliwe, wykonuj go systematycznie przez dany okres czasu.
Wyznacz kolejne zadanie, równie łatwe.
A potem jeszcze jedno. I następne, nieco trudniejsze.
Postępuj tak do chwili, aż osiągniesz to, co chcesz.
UWAGA! Cała zabawa polega na tym, żeby nie wyznaczać sobie nierealistycznych terminów. Niech proces zmiany trwa pół roku czy rok - ale doprowadzając go do końca, pękniesz z dumy!
Książka ta jest więc dla "wiecznie początkujących", którzy teraz dostają do ręki skuteczne narzędzie, by doprowadzić zamierzania do końca.
Autorka skupia się na czterech życiowych sytuacjach, kiedy strategia ta może być skuteczna: wyjście z nałogu, zdobycie idealnego ciała, znalezienie wymarzonej pracy oraz budowanie szczęśliwych związków.
Dodam, że Nawyk wytrwałości napisany jest bardzo prostym językiem, tekst opatrzono mnóstwem inspirujących cytatów i, co ogromnie mi się podoba, nie jest to pozycja teoretyczna. To książka, którą należy przeczytać, a potem przepracować na sobie niektóre rzeczy - tylko wtedy lektura będzie miała większy sens.
Polecam! Bo jest to rzecz niewielka... dzięki której dojść można do rzeczy ogromnych :)
Książkę można kupić w księgarni Gandlaf:
Etykiety:
do przemyślenia,
na jeden wieczór
poniedziałek, 4 marca 2013
Depresja komisarza (Z pustymi rękami - Valerio Varesi)
Autor: Valerio Varesi
Wydawnictwo: Rebis (dziękuję!)
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 262
Podobały mi się Pokoje do wynajęcia Valerio Varesi, Z Pustymi rękami zaś to godna kontynuacja - być może nawet lepsza od pierwszego tomu.
Akcja, podobnie jak wcześniej, rozgrywa się w Parmie. I o ile w Pokojach do wynajęcia była do Parma zasnuta mgłą, tak tutaj przedstawione zostało miasto o nagrzanych murach, lepkie od potu, dogorywające w upale. A piszę o tym już na początku, gdyż niewiele jest powieści, w których opisywana przestrzeń jest pełnoprawnym bohaterem utworu, a nie tylko tłem dla przedstawianych wydarzeń. Powieść tę wypadałoby czytać z mapą miasta na kolanach, co chwila bowiem pada nazwa ulicy, placu, budynku, przywołane zostają szczegóły z topografii miasta. Miasta, które komisarz Soneri w równym stopniu kocha, co i nienawidzi.
Z jaką sprawą tym razem przychodzi zmierzyć się komisarzowi, gdy na początku wiadomo niewiele?
- Właśnie zbyt wiele - poprawił go Soneri. - Nie wiem, od którego miejsca zacząć. Co to było? Zwykła kradzież, która się skończyła nieoczekiwanymi komplikacjami, męska prostytutka, konflikt między praczami brudnych pieniędzy, sprawa długów czy rozwścieczone rodzeństwo?
Komisarz, swoim zwyczajem, nie lubi siedzieć za biurkiem. W pracy częściej niż z dowodów znalezionych na miejscu zbrodni, korzysta z rozmów z osobami nawet luźno związanymi ze sprawą, którą prowadzi. Ta aktualna zaś jest wyjątkowo paskudna, okazuje się bowiem, że przestępcami nie są ludzie z półświatka, lecz osoby, które na co dzień noszą garnitury i zajmują wysokie stanowiska. A wobec nich Soneri jest bezsilny.
Tym razem więc zamknięciu sprawy nie towarzyszy ulga, że udało się wyjaśnić wszystkie zagadki i ukarać tych, którzy na to zasłużyli. Soneri jest głęboko rozczarowany, rzekłabym nawet, że przechodzi coś w rodzaju kryzysu wartości, jego praca bowiem nagle traci sens. Komisarz ma poczucie misji: fakt, tapla się we wszystkich niegodziwościach, jakie spotykają Parmę, bezpośrednio dotyka zła, jednak zawsze była nadzieja, że dzięki rzetelnie poprowadzonemu śledztwu, zwycięstwo przechyli się na stronę dobra. Tym razem jest inaczej... i to rozczarowanie komisarza naprawdę udziela się czytelnikowi.
Wiadomo, że książka ta musiała mi się spodobać. Oprócz świetnie poprowadzonej intrygi kryminalnej, jest tu cały szereg rzeczy, które przykuły moją uwagę: wspomniana już duszna Parma, motyw skradzionego akordeonu (kto mógł połasić się na akordeon starego człowieka?!), romans z Angelą. Najciekawsza jednak tym razem wydała mi się postać głównego bohatera, który nieco przypomina mi Don Kichota walczącego z wiatrakami. Jednak odpowiedzi na to, czy ta walka ma sens czy nie proponuję poszukać samodzielnie, bo do tego właśnie zdaje się zachęcać autor.
Etykiety:
do przemyślenia,
kryminał,
on pisze - europa
czwartek, 28 lutego 2013
Wypchnąłbyś? (Zgubieni - Charlotte Rogan)
Tytuł: Zgubieni
Autor: Charlotte Rogan
Wydawnictwo: Znak Literanova
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 300
Ze Zgubionymi było tak:
Kiedy przeczytałam króciutką recenzję Marty Mizuro opublikowaną w Zwierciadle, wiedziałam, że muszę tę książkę mieć. Już, teraz, natychmiast! Książkę zamówiłam obwąchałam, ustawiłam na półce... i tak sobie na niej stała przez prawie pół roku. Przedwczoraj sięgnęłam po nią od niechcenia... i kilka nieprzespanych godzin później byłam już po lekturze.
Charlotte Rogan postawiała swoich bohaterów w sytuacji ekstremalnej. Oto po zatonięciu ogromnego statku, części osób udaje się dostać do szalup ratunkowych. W szalupie nr 14 jest ich ewidentnie zbyt dużo, jest przeciążona, co zmniejsza szanse na ocalenie. I tu zaczynają się dylematy, a niewinnie brzmiące "odciążyć łódź", nabiera zupełnie nowego znaczenia.
Główną bohaterką jest dwudziestodwuletnia Grace Winter. Przebieg wydarzeń poznajemy ze spisanych przez nią wspomnień, które to tworzy na potrzeby procesu, jaki się przeciwko niej toczy. I właśnie dlatego chwilami trudno uwierzyć w jej prawdomówność. Bo chociaż dziennik nie został włączony do akt sprawy, to jednak wiadomo: jest to forma obrony. Stąd Grace często pisze: "nie wiem", "nie pamiętam dokładnie", "spałam wtedy".
Z drugiej strony książka właśnie przez to jest tak fascynująca. Nie wiem, co Grace przemilcza, nie wiem, które fakty próbuje ukryć... lecz wydaje mi się to jak najbardziej ludzkie. Nie każdy bowiem jest kapłanem, które decyduje się wyskoczyć za burtę, by ocalić swoje owieczki.
Charlotte Rogan wykorzystuje pozornie prostą historię o katastrofie statku, aby zbadać naszą, aż nazbyt ludzką, zdolność do samooszukiwania się - tak o książce pisze J.M. Coetzee.
Wiem, że to slogan, ale Zgubieni naprawdę skłaniają do refleksji. Nie dowiemy się, co tak naprawdę wydarzyło się na szalupie, ale też sama zaczęłam kombinować. A co, gdyby ja się tam znalazła? Patrzyłabym biernie na to, co robią inni, bardziej zdecydowani, poparłabym ich, zaprotestowała? A potem? Jakbym się broniła i czy broniłabym się w ogóle? Przekręcałabym fakty, czy może mówiła wyłącznie prawdę? Zresztą: co jest prawdą w tym przypadku? Nie wiem, ale po lekturze nie mogłam się od tych pytań uwolnić.
I właśnie za to daję tej książce ogromnego plusa. Nie można jej ot tak przeczytać, miło spędzić czas, napisać recenzję, zapomnieć. Fakt, nie jest to arcydzieło na miarę Zbrodni i kary, ale bez wątpienia stawia pytania, na które trudno odpowiedzieć. A że sama historia jest niesztampowa i wciąga od początku do końca - tym milej jest mi tę książkę zarekomendować :)
Etykiety:
do przemyślenia
czwartek, 10 stycznia 2013
Czym jest "normalność"? (W jednej osobie - John Irving)

Tytuł: W jednej osobie
Autor: John Irving
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka (dziękuję!)
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 515
Wiem, że wiele osób zachwyca się Irvingiem - ja do znawców jego twórczości (jeszcze!) nie należę, ale po dwóch przeczytanych książkach nabieram przeświadczenia, że warto!
Ostania noc w Twisted River, którą czytałam dwa lata temu, podobała mi się bardzo i od tej pory wypatrywałam kolejnej powieści Irvinga. I w końcu jest!
Nie powiem, lektura zajęła mi sporo czasu, nie tylko dlatego, że książka liczy sobie 515 stron. W tę powieść trzeba się po prostu wgryźć, przyzwyczaić do mnogości bohaterów, zapamiętać, kto jest kim, poukładać sobie w głowie wydarzenia chronologiczne, autor bowiem dość swobodnie miesza wydarzenia z życia głównego bohatera i narratora w jednej osobie, Billy'ego Abbotta.
Czytelnik ma okazję towarzyszyć mu przez siedemdziesiąt lat, chociaż najdokładniej opisana została młodość bohatera, kiedy to kształtowała się jego osobowość i miały miejsca wydarzenia, które naznaczyły go na resztę życia. Billy szybko odkrywa swoją inność, zauważa, że fascynują go zarówno mężczyźni, jak i kobiety. Na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, w małym miasteczku, jest to odkrycie o tyle kłopotliwe, że o ludziach pokroju Billy'ego nie mówi się głośno - co nie oznacza, że samo zjawisko nie istnieje.
Billy nie ma łatwego życia. Z jednej strony nie ma co liczyć na wsparcie matki, która skrępowana gorsetem drobnomieszczańskich konwenansów, nie dopuszcza do siebie prawdy o orientacji syna. Wiele zamieszania wprowadza ojczym i dziadek. Ten pierwszy reżyseruje spektakle kostiumowe, gdzie płeć odgrywanych postaci bywa ambiwalentna, zaś dziadek z upodobaniem gra kobiece role, wkładając przy tym kobiece ciuszki.
Z drugiej strony Billy jest rozdarty między pociągiem do panny Frost, dużo starszej od niego bibliotekarki, a Kittredgem, "samcem alfa". Dzięki pannie Frost młodzieniec poznaje wiele ważnych książek. To niepozorna bibliotekarka i lektury wskażą mu, że należy walczyć o siebie, chociażby nie podobało się to ludziom takim jak Kittredge. I nie ukrywam, iż jest to jeden z moich ulubionych wątków, bowiem, a co!, wierzę, że literatura może dostarczać nie tylko przyjemności, lecz także kształtować charaktery i postawy.
Billy Abbott szybko odkrywa także, że samo czytanie książek to za mało. On chce je tworzyć. Niespodziewanie sam dla siebie staje się inspiracją i obiektem godnym opisania. Dzięki temu czytelnik ma szansę obserwować kształtowanie się Abbotta jako autora właśnie, lecz także obserwować rozwój środowiska gejowsko - lesbijskiego, dopiero raczkującego.
Tak, jak to zostało zapowiedziane na okładce, Irving stawia pytania o to, czym jest normalność i czy warto za wszelką ceną do niej dążyć. Penetruje te zakątki ludzkiej duszy, w które nie każdy ma odwagę dotrzeć. I przede wszystkim kreśli cudowny portret człowieka dojrzewającego, poszukującego, stawiającego pytania.
Trzynasta powieść Irvinga zachwyca: świetnymi bohaterami, świetną fabułą, świetnym pomysłem. I mimo iż do najłatwiejszych nie należy, warto poświęcić jej czas i wysiłek: satysfakcja (ogromna!) z lektury gwarantowana!
Etykiety:
do przemyślenia,
grubasy,
on pisze - ameryka
Subskrybuj:
Posty (Atom)
















