Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jodi picoult. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jodi picoult. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Kolejna Jodi Picolut za mną... (To, co zostało - Jodi Picoult)

Czerwiec zleciał... nie wiem kiedy i z dużym zdziwieniem odkryłam, że przez miesiąc na blogu nie działo się nic. Po szczerej rozmowie odbytej z samą sobą, odpowiedziałam sobie na jedno istotne pytanie. Mianowicie: czy mam nadal ochotę się w to bawić. Po twierdzącej odpowiedzi wracam z nową recenzją... i nowa energią.


wtorek, 28 lutego 2012

Konflikt jak za czasów króla Salomona (Tam gdzie ty - Jodi Picoult)

Książki Jodi Picoult uwielbiam, a pisarkę kocham za odwagę i sposób, w jaki przedstawia tematy, na których z pewnością wielu by poległo. Jeśli chodzi o tematykę, "Tam gdzie ty" nie rozczarowuje.

Autorka opisuje walkę Zoe i Maxa o dziecko. Oboje go pragną, lecz żadne z nich nie może go mieć. Decydują się na zabieg in vitro, jednak najdłuższa ciąża Zoe trwa 28 tygodni i kończy się urodzeniem martwego chłopca. I w tym momencie Max wypisuje się z małżeństwa, żąda rozwodu i od tej pory każde z nich podąża swoją drogą. Tyle, że drogi te są dość kontrowersyjne.

Zoe znajduje szczęście u boku kobiety, z którą bierze ślub. Max zaś pomieszkuje u brata, "odnajduje Chrystusa" i przewartościowuje całe swoje życie. Nie zmienia się jedno: pragnienie dziecka. Tyle, że Zoe chce, aby urodziła je jej partnerka, Vanessa, Max zaś chce pomóc bratu i jego żonie. Rozpoczyna się ostre starcie przed sądem o zamrożone zarodki. 

Czytając, odniosłam wrażenie, że zaczynając pisać, autorka miała jasno sprecyzowany cel: pokazać, że rodzina to nie związek dwóch osób różnej płci, lecz związek, w którym dwie osoby się kochają. W sporze "tradycyjne wartości chrześcijańskie" kontra "każdy ma prawo do szczęścia" wyraźnie widać, po której stronie stoi autorka. Pokazuje, że za wspomnianą już tradycją popartą autorytetem Boga często stoją bardzo niskie pobudki jej wyznawców, którzy forsując swoje racje, w ten sposób karmią własne ego. I chociaż ja w tym sporze zajęłabym takie stanowisko, jakie zajmuje Jodi Picoult, jestem świadoma, że oba "obozy" zostały ukazane nieco stronniczo. Zoe, którą potępia się za rozwiązły tryb życia, zostaje przedstawiona jako wzór cnót  wszelkich. Natomiast już pastor, który doradza Maxowi to zręczny manipulator, jego prawnik po trupach dojdzie do celu, chociaż nie wypuszcza Biblii z rąk. Reid zaś, do którego miałyby trafić jajeczka, chociaż zawsze wydawał się Maxowi bez skazy, wcale nie jest taki kryształowy.

Jednak to nie stronnicza perspektywa zadecydowała o tym, że tym razem nie dałam się Jodi Picoult uwieść. I szczerze mówiąc nie wiem, co miało decydujący wpływ na to, że powieść oceniam jako jedną ze słabszych w dorobku autorki. Być może oczekiwania zawyżyło "Drugie spojrzenie", które uważam za książkę genialną? A  może nieco wyczerpał się schemat powieści, w którym bohaterowie trafiają do sądu i znaczną część książki stanowią przesłuchania i mowy obrońców? Czytając, nie poczułam emocji, które zawsze towarzyszyły mi przy lekturze dzieł tej autorki. A poza tym przewidziałam zakończenie -całe! - a tego nie lubię. Oczywiście nie twierdzę, że jest to zła książka, po prostu nie zachwyciła mnie tak, jak się tego spodziewałam. No cóż: od ulubieńców wymaga się więcej :)

PS Zoe jest muzykoterapeutką. Do książka dołączona została płyta z piosenkami "w celu przybliżenia czytelnikowi postaci Zoe za pomocą nadania jej prawdziwego głosu". Każdy utwór powiązany jest z konkretnym rozdziałem, słuchałam ich sobie w trakcie lektury i pomysł uważam za bardzo trafiony.

J. Picoult, Tam gdzie ty, Prószyński i S-ka, 2012, s. 567.

czwartek, 30 grudnia 2010

Join me in death (Drugie spojrzenie - Jodi Picoult)

Książka "Drugie spojrzenie" solidnie namieszała mi w głowie. Na początku, przez jakieś sto stron, nie mogłam się wgryźć w akcję: za dużo bohaterów, za dużo wątków i w ogóle za dużo wszystkiego. Potem jednak... o Matko! Książka pochłonęła mnie całkowicie.

Nigdy nie ukrywałam, że lubię Jodi Picoult, chociaż wiele osób zarzuca jej schematyczność, tanie chwyty, granie na emocjach czytelników. Mnie jednak taki typ pisarstwa przekonuje i książki tej autorki czyta mi się świetnie - może dlatego, że nie czytam nigdy więcej niż jedną raz na kilka miesięcy.

"Drugie spojrzenie" było dla mnie zupełnym zaskoczeniem, gdyż spodziewałam się znowu tematyki społecznej, rozpraw na sali sądowej, kontrowersyjnych tematów itd. Tymczasem autorka napisała powieść o duchach(!), lecz przede wszystkim o miłości. I jeszcze: opowiedziała w "Drugim spojrzeniu" przepiękną historię, której streszczenia się nie podejmę. Dlaczego? Ano za dużo w niej wątków, za dużo bohaterów i ciężko przedstawić wydarzenia tak, by nie zdradzić tego, co powinno być dla czytelnika zaskoczeniem.

Koniecznie jednak muszę napisać, że ogromnie lubię książki mówiące o uczuciach. Tutaj autorka stawia pytanie, gdzie znajdują się granice miłości. Ogromne wrażenie zrobiła na mnie rozmowa głównych bohaterów, w których jeden pytał, co ten drugi jest w stanie zrobić dla ukochanej osoby. Przeprowadzić się do innego miasta? Przeprowadzić się do innego kraju? Przeprowadzić się na inny kontynent? A co, jeśli ta osoba znajduje się w miejscu, w które nie można dojechać, dolecieć, ani dojść? Jeśli jedyną drogą, aby się do niej dostać jest... śmierć? Nic dziwnego, że w trakcie lektury non stop słuchałam tej piosenki:



Dlaczego napisałam, że książka namieszała mi w głowie? Jest w niej bowiem i wątek kryminalny: szukający śmierci Ross próbuje rozwiązać tajemnicę samobójstwa Lii, które popełniła siedemdziesiąt lat wcześniej. W połowie lektury wydawało mi się, że mam rozwiązanie. A potem co chwila okazywało się, że jest inaczej niż myślałam i moje misterne koncepcje zupełnie nie pokrywały się z zamysłem autorki. Poza tym warto wspomnieć tu o samej Lii: moim zdaniem to najlepsza kobieca postać, jaką do tej pory spotkałam na kartach książek Picoult. Poza tym wielkie brawa należą się tłumaczowi: co chwila natrafiałam na fragmenty, które miałam ochotę czytać ponownie.

O "Drugim spojrzeniu" w wypiekami na twarzy opowiadałam mojej przyjaciółce Ani, która natychmiast została obdarowana egzemplarzem i poleceniem: CZYTAJ! Aniu, potwierdź proszę, że Ci się podoba :)

Polecam - naprawdę warto! Dodam tylko jeszcze, że jutro mam zamiar napisać podsumowanie roku 2010. O tej książce na pewno wspomnę :)

J. Picoult, Drugie spojrzenie, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2010, s. 504.

środa, 2 czerwca 2010

Złe urodzenie (Krucha jak lód - Jodi Picoult)

Czy lubię książki Jodi Picoult? Bardzo.

Jodi Picoult uważam za specjalistkę od trudnych, kontrowersyjnych tematów i imponuje mi to, że po pierwsze: nie boi się ich poruszać, a po drugie: całkiem dobrze sobie z nimi radzi. Lubię jej książki też za to, iż mają tę właściwość, że angażują, nie pozostawiają obojętnym i dają do myślenia. Podoba mi się to, że autorka oddaje głos wszystkim bohaterom, każdy ma szansę się wypowiedzieć i przedstawić swoje racje. Podoba mi się też konsekwencja tej autorki, dla mnie to pisarka, której książek nie da się pomylić z żadnymi innymi, a przy ilości wydawanych pozycji to prawdziwy sukces.

O czym jest "Krucha jak lód"?

Willow rodzi się z osteogenesis imperfecta - jej kości łamią się przy najlżejszym upadku, więcej: pękają nawet przy kichnięciu. Dziewczynka ma kochających rodziców i starszą siostrę Amelię. I któregoś dnia tym rodzicom zostaje podsunięta szatańska myśl: czy gdyby wiedzieli, że ich dziecko jest chore, to czy pozwoliliby mu przyjść na świat czy też zdecydowaliby się na aborcję? Nie ukrywajmy: w dużej mierze chodzi o pieniądze. Rodziców Willow nie stać na drogi sprzęt dla córki, nie stać ich na jej rehabilitację, a kiedy dorośnie, nie będą w stanie zapewnić jej godnego życia. Podają więc do sądu lekarza, który opiekował się ciążą. Zarzucają mu, iż odpowiednio wcześnie nie zauważył wad płodu. Sprawę komplikuję fakt, iż lekarzem tym jestem najlepsza przyjaciółka matki dziewczynki, a ojciec przez rozpoczęciem procesu dochodzi do wniosku, iż nie jest w stanie powiedzieć przed sądem, że nie chciał, aby jego ukochana córeczka się urodziła.

Tak w zarysie wygląda główny problem tej powieści, jednak w wątkach pobocznych też wiele się dzieje: młoda pani adwokat szuka swojej biologicznej matki, a starsza siostra Willow okalecza się i choruje na bulimię, co przez długi czas udaje jej się ukryć.

Moja ocena?

Jodi Picoult jest autorką, po której wiadomo, czego się spodziewać i w tej powieści dostałam dokładnie to, czego chciałam. Był proces sądowy, były opisy medyczne, były poplątane relacje międzyludzkie - czyli wszystko to, co u tej autorki lubię i za co ją cenię. Co mi się rzuciło w oczy, to konsekwencja, z jaką prowadzona jest akcja: autorka perfekcyjnie panuje nad opowieścią i jej wątkami, szczegóły, o których wielokrotnie wspomina, na końcu okazują się mieć fundamentalne znaczenie. A takiego zakończenia, jakie zostało zaprezentowane nie spodziewałam się w ogóle... Pokazuje też coś, co być może jest oczywiste, ale tutaj szczególnie widoczne. Świat nie jest czarno - biały, lecz składa się na niego tysiąc ocieni szarości, a wygrana często tak naprawdę może okazać się największą życiową porażką.

Dodać jeszcze muszę, iż uwielbiam okładki książek Picoult, a "Krucha jak lód" ma ją wyjątkowo ładną.

Polecam - bo mnie się bardzo podobało :)

J. Picoult, Krucha jak lód, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2010, s. 613.

***

PS

Matka Willow jest cukiernikiem, w książce zamieszczonych jest kilka przepisów i scen, kiedy piecze. Pada tam zdanie, które zainspirowało mnie do działania. Brzmiało mniej więcej tak, cytuję z pamięci: Pieczenie jest dla mnie jak wykonywanie kolejnych ćwiczeń zen. Oto efekt moich ćwiczeń: