Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dla dzieci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dla dzieci. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 maja 2018

Książka dla spragnionych magii (Recenzja książki Dziewczynka, która wypiła księżyc Kelly Barnhill)

Książka, która ostatnio pojawia się wszędzie: na Instagramie, Facebooku, na blogach.
I wszędzie piszą o niej dobrze lub bardzo dobrze. Podejrzane, co?
Otóż... wcale nie!

Dziewczynka, która wypiła księżyc to przepięknie opowiedziana historia, mająca w sobie urok starej baśni, która przypadła do gustu mi, dorosłej kobiecie, i która zachwyciła dziesięcioletnią dziewczynkę, kochającą książki. 



środa, 27 czerwca 2012

Co mogą oznaczać żółte kółka? (Żółte kółka. Mam na imię Inna - Eliza Piotrowska)

Tytuł: Żółte kółka. Mam na imię Inna
Autor: Eliza Piotrowska
Wydawnictwo: Czarna Owieczka
Ilustracje: Eliza Piotrowska
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 48
Wiek: 7+

Ostatnimi czasy bardzo wciągnęłam się w książki dla dzieci - zaczęło się od przypadkowej wizyty w bibliotece dla dzieci, ale na tym jednym razie raczej się nie skończy. Półki z literaturą dziecięcą kryją w sobie prawdziwe skarby - na co trzymam w dłoniach kolejny dowód.

Książka Elizy Piotrowskiej opowiada o Ninie, dziewczynce z zespołem Downa. Nina rozpoczyna naukę w szkole i dzieci z jej klasy od razu zauważają, że Nina... jest Inna. Przezwisko nadały jej bez złych intencji: w tej klasie każdy jakieś nosił. Po tym rytuale zaś mogli przyjąć ją do klasowej bandy. 

Inna w klasie czuje się dobrze, a klasa czuje się dobrze z nią. Oczywiście są sytuacje, kiedy dochodzi do niewielkich zgrzytów: a to Inna nie chce biegać, tylko woli spacerować i domaga się towarzystwa, to znowu przeszkadza w lekcji. Jednak kiedy chłopak ze starszej klasy krzyczy, że "II d to downy", wtedy dzieci pokazują prawdziwą solidarność i stają murem za koleżanką. 

O Innej opowiada Bajka, dziewczynka z tej samej klasy. Bajka i jej przyjaciele po rozmowie z panią psycholog dowiadują się, czym jest zespół Downa, jak powstaje i jakie są jego oznaki. Jest to wiedza dla nich nowa, wcześniej bowiem nie zetknęli się z taką przypadłością - i myślę, że podobnie może być w przypadku wielu dzieci, którzy zaczną czytać "Żółte kółka". 

Eliza Piotrowska opisuje codzienne sytuacje, takie, które znane są każdemu dziecku. Nie próbuje na siłę przekonać, że Nina w niczym nie różni się od rówieśników; różni się i różnice te są widoczne gołym okiem. Absolutnie nie jest jednak gorsza, jest po prostu... Inna, ale tę "inność" można potraktować jako coś, co uwrażliwia, otwiera na drugiego człowieka. Zresztą: bardzo podobała mi się ostatnia scena tej książki, urodziny Innej, na których okazało się, że ma ona jeszcze trójkę przyjaciół, także z zespołem Downa. Wtedy to można było się przekonać, że Inna nie jest z innej planety, że takich dzieci jest więcej i mają one, podobnie jak dzieci zdrowe, swój świat i swoje kody, w których żółte kółka nie są po prostu żółtymi kółkami.

Książka Elizy Piotrowskiej jest jedną z tych, po których lekturze po prostu trzeba porozmawiać z dzieckiem, wyjaśniać to, co jest niejasne. Jak to zrobić? Jako inspiracja mogą służyć scenariusze, znajdujące się na końcu książki i które podpowiadają, jak rozmawiać o uczuciach, przyjaźni, tolerancji, solidarności. 

Mądra rzecz - miejcie proszę, na uwadze! :)

piątek, 22 czerwca 2012

Mistrzowska książka dla dzieci (Dwa serca Anioła - Wojciech Widłak)

Tytuł: Dwa serca Anioła
Autor: Wojciech Widłak
Ilustracje: Paweł Pawlak
Wydawnictwo: Media Rodzina
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 112
Wiek: 7+

Częściej niż książki dla dzieci, czytam o książkach dla dzieci - głównie na moim ulubionym blogu, który poświęcony jest własnie literaturze dla najmłodszych. Teoretycznie więc jestem na bieżąco. Czasem jednak w bibliotece dla dzieci bywam, bo a to skuszą mnie kolorowe okładki, to znowu jakąś miłą książeczkę poleci mi pani bibliotekarka. 

Ostatnią wizytę mogę zaliczyć do baaardzo udanych. Zgarnęłam z półki cztery książki - i każda okazała się rewelacyjna. Miałam w planach napisać o nich w jednym poście, jednak Dwóm sercom anioła chciałabym poświęcić osobny wpis. Książkę bowiem przeczytałam dwa razy i planuję kupić sobie swój egzemplarz - jestem nią bowiem absolutnie oczarowana.

Dwa serca Anioła opowiadają o chłopcu, który choruje na serce. Romek nie może bawić się z kolegami, nie może grać w piłkę, a jeśli już wychodzi, to tylko po to, by posiedzieć na ławce. Dzięki temu poznaje jednak pana Felicjana - starszego człowieka na wózku, profesora, miłośnika książek i podróży. Między nimi rodzi się przyjaźń. Pana Felicjana i Romka sporo bowiem łączy: nie tylko mieszkają blisko siebie, ale też oboje są chorzy i unieruchomieni. Mimo różnicy wieku, nie brakuje im tematów do rozmów. W którymś momencie zaś oboje zaczynają przygotowania do wielkiej podróży: pan Felicjan do tej ostatniej, najważniejszej, mama Romka zaś zbiera pieniądze na wyjazd syna do Stanów, na operację. 

Książka Wojciecha Widłaka jest jedną z najbardziej wzruszających, jakie ostatnio czytałam. Nie jest przy tym czułostkowa czy sentymentalna, o nie. Jest przygnębiająca i smutna, co dodatkowo potęgują niesamowite rysunki Pawła Pawlaka, utrzymane w czerwono - granatowej tonacji. Proszę spojrzeć:


Narratorem w powieści jest chory Romek. Snuje on opowieść nie tylko o chorym sercu i Panu Felicjanie, lecz przede wszystkim o Aniołach. Takich codziennych, którzy zawsze są blisko i dzięki którym żyje się choć trochę lepiej. I to dzięki tym Aniołom cała historia ma szczęśliwe zakończenie, przy którym ja, za przeproszeniem, stara baba, poryczałam się bóbr.

Gorąco polecam, nie tylko młodemu czytelnikowi. A Wojciech Widłak kolejny raz udowadnia, że jest mistrzem w tworzeniu klimatu. Opowieści o Panu Kuleczce swojego czasu aplikowałam sobie jako lek  na wszelkie smutki, otulałam się atmosferą tych książeczek jak ciepłym kocem. Tymczasem w Dwóch sercach Anioła mamy coś przeciwnego... choć może jednak nie do końca. W każdym razie klimatu tej książki też nie da się od razu zapomnieć - brawo!

poniedziałek, 25 lipca 2011

Weź się Leniu do roboty! (Gucio zaczarowany - Zofia Urbanowska)


Nie pamiętam, na którym roku studiów to było, ale miałam takie kilka miesięcy, że co chwila trafiałam na ten tytuł: "Gucio zaczarowany". Dlatego tym bardziej cieszę się, że wreszcie mogłam przeczytać książkę, którą do tej pory znałam tylko ze słyszenia.

"Gucio zaczarowany" wydany został w 1884, toteż jest to książka mocno dydaktyczna i mówi o tym, jak ważna i pożyteczna jest praca.
Dlatego też Leniuchy: miejcie się na baczności! Wszystkie, nawet najmniejsze stworzenia pracują i dla Leni na świecie nie ma miejsca!

Do takiego właśnie wniosku dochodzi Gucio: chłopczyk, który przez długi czas czuje wstręt do jakiejkolwiek pracy i nauki, czym spędza sen z powiek swojej mateczce. W dniu jego urodzin dzieje się rzecz niezwykła: Gucia zostaje zamieniony w muchę i z tej perspektywy ogląda świat. I robi mu się wstyd, że on, która miał dwie zdrowe ręce, dwie zdrowe nogi i bystry umysł, tak bardzo marnował czas.

Książka opowiada nie tylko losy chłopca przemienionego w muchę, lecz także pokazuje mechanizm funkcjonowania świata roślin i zwierząt. Oprócz silnego dydaktyzmu, jest więc to opowieść jak najbardziej edukacyjna.

"Gucio zaczarowany" oczarował mnie bardzo. Przede wszystkim nie da się ukryć, że powstał on ponad sto lat temu: widać to i w języku, i w samym przesłaniu. Ponadto chylę czoła przed autorem rysunków, panem Bohdanem Butenko. Mam ochotę dopuścić się czynu niewybaczalnego, mianowicie: wyrwać z książki obrazki i powiesić sobie na ścianie.

Nie wiem, czy "Gucio zaczarowany" ma szansę zainteresować młodszego czytelnika, wychowanego na bajkach z Cartoon Network, ale już dla dorosłych jest to bez wątpienia pozycja ciekawa. Tym bardziej, że jak doczytałam, była to książka, którą w dzieciństwie czytał Czesław Miłosz, Jarosław Iwaszkiewicz, Aleksander Wat...

Gorąco polecam do poczytania sobie przed snem, jak ja to uczyniłam: z kubkiem kakao smakuje wybornie :)

Z. Urbanowska, Gucio Zaczarowany, OFFICYNA, Łódź, 2011, s. 148.

sobota, 8 stycznia 2011

Cieszcie się życiem jak Wesoły Ryjek! :)


O tej książce miałam napisać już dawno temu, ale tak wyszło, że piszę dopiero teraz. "Wesoły Ryjek" jest moim łupem jeszcze z krakowskich Targów, toteż mam egzemplarz z autografem :)

Lubicie przygody Pana Kuleczki, Katastrofy i Pypcia? Jeśli tak, to na pewno obdarzycie sympatią Wesołego Ryjka. Co prawda jest to książka dla nieco młodszego odbiorcy niż seria o Panu Kuleczce, ale jest w niej to samo ciepło i ten sam klimat, tak charakterystyczny dla Wojciecha Widłaka.

Wesoły Ryjek to prosiaczek, który dziwi się światu i dzięki temu przeżywa ciągle nowe przygody. Ma kochających rodziców, którzy objaśniają mu świat. Ma ulubionego przyjaciela: Żołwia przytulankę. Wojciech Widłak kreuje świat bez przemocy, bohaterowie są sympatyczni, mają dla siebie czas, a otaczająca rzeczywistość, chociaż czasem nieznana, jest miejscem bezpiecznym i przyjaznym.

Wesołego Ryjka nie sposób nie lubić. Zaraża optymizmem i my, dorośli, możemy tylko pozazdrościć mu umiejętności dostrzegania niezwykłego, w rzeczach zwykłych.

Rzadko czytam książki dla dzieci, ale dla Wojciecha Widłaka robię wyjątek. Przeczytałam "Wesołego Ryjka" dwa razy i wiem, że teraz rozsądnie byłoby oddać książkę jakiemuś dziecku - ale nie mogę, gdyż bardzo lubię takie ciepłe opowieści. Może jeszcze do tego dojrzeję :)

A skąd tytuł?
Wojciech Widłak dokładnie tak napisał mi na stronie tytułowej: "Dla Ani - żeby cieszyła się życiem jak Wesoły Ryjek". Czego i Wam życzę :)

W. Widłak, Wesoły Ryjek, wyd. Media Rodzina, Poznań 2010, s.46.

wtorek, 7 września 2010

Muminki się cieszą radoscią i życiem...Muuuumiiiiinkiiii :) (Mądrosci Muminka - Tove Jansson, Sami Malila)


Zacznę od krótkiej anegdoty. W ubiegłym roku przez kilka miesięcy miałam przyjemność pracować jako niania dwójki dzieciaków: Misi i Kamila. Byłam nianią zapobiegliwą i idącą trochę na łatwiznę. Wiedząc, jak kapryśna potrafi być w Polsce pogoda, zawsze miałam w torbie kilka odcinków "Muminków". Oglądaliśmy je, gdy nie dało się wyjść na dwór, a malowanie, układanie puzzli i fikanie koziołków już nam się znudziło. I często było tak, że Duża Ania, gdy Mała Misia nie chciała już oglądać, prosiła: "Misiu, nie bądź taka, pooglądajmy jeszcze dziesięć minut".

"Muminki" to kultowa bajka mojego dzieciństwa, podobną estymą darzyłam chyba tylko Misia Uszatka, gdy miałam trzy lata. Nigdy nie należałam do frakcji "Smerfów" czy "Gumisów" - "Muminki" to było to!

Dlatego też moje wewnętrzne dziecko zawyło z radości gdy dowiedziałam się, iż Wydawnictwo Literackie przygotowało sześć książeczek z "mądrościami" postaci z Doliny Muminków. Na pierwszy ogień poszły "Mądrości Muminka", którego uwielbiam - głównie za jego miłość do naleśników, za to, że zdarza mu się krnąbrnie spuszczać wzrok i mruczeć przyjaźnie. Podobną estymą darzę jeszcze Ryjka i Małą Mi - ale na ich "mądrości" trzeba jeszcze poczekać do końca roku.

"Mądrości Muminka" to urocza książeczka. Zawiera co lepsze wypowiedzi i zachowania małego grubaska. Oto próbka:

Muminek zmrużył oczy i pomyślał: "Jaki każdy jest inny".

Małe Paszczaki są ogromnie bojaźliwe z natury - wyjaśnił Muminek szeptem. - Jestem pewny, żeona robi na drutach. Wtedy czuje się bezpieczniejsza.

I moje ulubione:

Muminek wciąż jeszcze czekał, choć już nie tak bardzo: zmęczył się i był trochę rozżalony.

"Mądrości Muminka" to wielka gratka dla wszystkich, którzy tak jak ja w dzieciństwie bali się Buki. Okazuje się że po latach książeczki Tove Jansson nadal mnie wzruszają i czytam je z ogromną przyjemnością - tym bardziej, że okraszone są rysunkami autorki. Ponadto bardzo spodobała mi się jej wypowiedź o stworzonych przez siebie postaciach. Na pytanie, którą z muminkowych postaci chciałaby być, Tove odpowiadała:

Małą Mi, która gryzie kogoś w nogę i śmieje się z tego; Hatifnatem, bo nie musi odpowiadać na pytania; Mamą Muminka, bo na nią zawsze można liczyć, a najchętniej Włóczykijem, bo jest wolny i lubi szukać nowych dróg.

A ja bym chyba jednak chciała być Muminkiem :)))

Święty Mikołaju! Jeśli mnie teraz czytasz, podaruj mi na Gwiazdkę dalsze Mumimądrości! I może jeszcze takie kubeczki!

T. Jansson, Sami Malila, Mądrosci Muminka, Wydawnictwo Literackie, Warszawa 2010, s. 68.

piątek, 5 marca 2010

Mikołajek + Dziękuję za książkowe prezenety!


Czy muszę komuś przedstawiać tego pana? Proszę Państwa: oto
Mikołajek - najbardziej niesforny chłopiec świata:) Przygodami Mikołajka zaczytywałam się, gdy chodziłam do podstawówki. Czytałam w klasie, na przerwie, na ławce i pod ławką, jeśli trzeba było. No bo co w końcu, kurczę blade? :) Poczytać sobie nie można? Kiedy teraz, po kilkunastu latach (uuu, jak to brzmi!) wróciłam do lektury, podobało mi się tak samo, a może i jeszcze bardziej. Wcześniej być może nie zauważałam sytuacji, przy których teraz pękam ze śmiechu i nie dostrzegłam, jak zabawnie w tej książce ukazani są dorośli. A Mikołaja zaczęłam podziwiać za umiejętność rozpłakania się na zawołanie, celne spostrzeżenia i powalającą wręcz logikę jaką wykazuje w myśleniu. Szkoda tylko, że przeważnie kończy się to fangą w nos.

Kolmanka napisała, iż czyta sobie przygody Mikołajka przed zaśnięciem. Też miałam taki pomysł, niestety, nie wyszło. Owszem, wczoraj wieczorem zaczęłam, dzisiaj skończyłam, co chwila rycząc ze śmiechu. Nie zestarzał się Mikołajek nic a nic. I moim dzieciom też go będę czytała - na 200%.

A sama chciałam bardzo podziękować autorce bloga Zacisze Wyśnione i Agnes.
Tej pierwszej dziękuję za książki o kotach, za które też, bonusowo, dziękuję i moja Galina :)
Agnes natomiast dziękuję za "Księgę rzeczy utraconych" i śliczną zakładkę magnesową z kotami - lepiej trafić nie mogła:)

czwartek, 11 lutego 2010

Witajcie w naszej bajce (Akademia pana Kleksa - Jan Brzechwa)

Nie, to nie ja zdziecinniałam, tylko pewna czwartoklasistka czytała tę książkę w szkole, a ja pomagałam jej napisać charakterystykę dziwacznego Ambrożego. I żeby jajko nie okazało się mądrzejsze od kury, ja także odświeżyłam sobie tę uroczę książeczkę. Książeczkę, którą uwielbiałam, gdy miałam siedem, osiem lat. Pamiętam, jak bardzo się cieszyłam, gdy na pierwszej stronie przeczytałam, że do swojej akademii Kleks przyjmuje tylko dzieci, których imię zaczyna się na literką "A"! Moje się zaczynało, a mojej przyjaciółki nie - o jaka ja byłam szczęśliwa, że mnie przyjmą, a ją, Dorotkę, nie. A potem doczytałam, że przyjmują tylko chłopców i mina mi zrzedła...
A jeszcze później zakochałam się w tej piosence:




Kolejną moją ukochaną książką z dzieciństwa była "Ronja, córka zbójnika". Znalazłam ją wetkniętą w jakiś zakurzony koniec półki i już nie mogę się doczekać, kiedy znów ją sobie przeczytam :)