Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szkice literackie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szkice literackie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 grudnia 2010

Jak to z nagrodami u Bernharda było (Moje nagrody - Thomas Bernhard)


Czy słyszeliście kiedyś o Thomasie Bernhardzie? Ja, jeszcze na studiach, miałam ogromną przyjemność uczęszczania na "ćwiczenia z Berharda", prowadzone przez prawdziwą pasjonatkę jego twórczości - Agatę Berełkowską. Na ćwiczenia owe trzeba było dużooo czytać, dlatego udało mi się wtedy sięgnąć po kilka powieści i dramatów tego autora, ale i tak najbardziej lubiłam te momenty, kiedy pani Agata opowiadała o tym, jakim był człowiekiem. A że był osobą dość mocno specyficzną (że tak oględnie powiem), tym lepiej się tych opowieści słuchało. I właśnie dlatego, mając w pamięci tamte zajęcia, zdecydowałam się na sięgnięcie po kolejną wydaną w Polsce książkę tego autora.

"Moje nagrody" to, jak sama nazwa wskazuje, książka o nagrodach, które pisarzowi przyznano i które on, z mniejszą lub większą przyjemnością, odbierał. Właściwie w każdej biografii Bernharda można przeczytać, że zawsze miał on wiele "ale" do Austrii. W drugą stronę też to działało: bardziej ceniono go za granicą. Dlatego też byłam bardzo ciekawa opinii autora na temat wszystkich tych Austriaków, którzy mu te nagrody przyznawali, a którymi on zdawał się po cichu gardzić.

Bernhard opisuje nie tylko same ceremonie, ale też np. motywy, dla których decydował się daną nagrodę przyjąć - najczęściej chodziło o czeki, które wręczano przy tej okazji. Przedstawia, co z tymi pieniądzmi robił, ale też dzieli się historiami, które jego zdaniem, łączą się z danym odznaczeniem.

Dla mnie jednak książka ta była ciekawa głównie dlatego, iż najczęściej jest tak, że widzimy, jak ktoś wchodzi na scenę, dziękuje, mówi kilka słów, kłania się i ze sceny schodzi. Natomiast tutaj mamy możliwość zobaczenia tego co było przed i co było po. Bernhard daje się także poznać jako człowiek z poczuciem humoru, który bezlitośnie obśmiewa innych (więcej: często uważa za głupców ludzi, z którymi się spotyka), ale i do siebie ma dystans. Poza tym nie sądziłam, że ten śmiertelnie poważny człowiek piszący trudne i specyficzne książki, może napisać coś, co czyta się lekko i bardzo przyjemnie o godzinie szóstej w zatłoczonym autobusie.

Mnie osobiście książka przypadła do gustu, gdyż zburzyła moje dotychczasowe wyobrażenia o autorze "Mrozu". A nie ukrywam, że lubię jak jakąś pozycja dodaje coś zupełnie nowego do tego, co już wiem.

Polecam - a jakże! :)

T. Berhard, Moje nagrody, Czytelnik, Warszawa 2010, s. 113.

***

PS Mam ogromną ochotę pokazać książki, które czekają na zapakowanie i wręczenie w czasie świąt... i okropnie denerwuje mnie to, że zrobić tego nie mogę, gdyż popsułabym niespodziankę kilku osobom :)

sobota, 17 lipca 2010

Turysto, zejdź z głównej drogi! (Wardęga. Opowieście z pobocza drogi - Lechosław Herz)



Rzadko czytam książki inaczej, niż tradycyjnie, czyli od deski do deski i od początku do końca. Tym razem jednak poniosła mnie ułańska fantazja i zaczęłam od mniej więcej środka, potem na kilkanaście stron przeniosłam się na początek, potem znów na środek, a potem czytałam od końca... Efekt eksperymentu był taki, że lektura "Wardegi" trwała bite dwa tygodnie, o ile nie więcej, ale czuję się rozgrzeszona. Odniosłam bowiem wrażenie, że autor tego baaaardzo nietypowego przewodnika po nizinie mazowieckiej zachęca do powolnych spacerów, smakowania krajobrazów, do turystyki w stylu slow... i tak też sobie czytałam: niespiesznie, ze smakiem i google pod ręką, by zlokolizować te wszystkie zakamarki Polski, o których Lechosław Herz pisze.

A pisze bardzo w moim stylu, gdyż nie lubię zwiedzać miejsc obleganych przez turystów, modnych. Zamiast sopockiego molo, wybieram jakąś cichą plażę, zamiast zaśmieconych szlaków górskich - leżak na własnym trawniku.

Autor w swojej książce, która jest raczej zbiorem esejów, wrażeń z odwiedzanych miejsc i przedstawieniem tego, co w nich osobliwe i godne uwagi, pokazuje malutkie miejscowości, zabytki usytuowane poza głównymi szlakami, pokazuje piękno polskiego krajobrazu. I proszę sobie wyobrazić, że ja, która często omijam w książkach opisy (mea culpa!), teraz czytałam je z prawdziwą przyjemnością. Oto malutka próbka stylu autora, fragment nawiązuje do obrazów Chełmońskiego:

Prosty przekaz jego obrazów kontrastuje z hałaśliwym, afektownym teatrem współczesnego życia. Zmęczeni nerwową pospiesznością codzienności odczuwamy potrzebę zanurzenia się w takim właśnie rustykalnym, polskim pejzażu, wtulenia się weń całkowicie, w poszukiwaniu bezpieczeństwa. Aż chce się wziąć kosę w rękę i kosić albo zdjąć buty i boso pójść na ściernisko...

Jednak "Wardęga" to nie tylko opowieść o miejscach, lecz także o ludziach, którzy je tworzyli i którzy stali się ich nierozerwalną częścią. Nie wiem, czy trafnie, ale zauważam wielkie upodobanie autora do epoki romantyzmu, chociaż opowiada też o Sienkiewiczu. Reymoncie, Skłodowskiej - Curie i Żeromskim w czasach, kiedy byli korepetytorami. Pięknie pisze o Zygmuncie Krasińskim.

Dla mnie książka ta jest zachętą do podróżowania bez mapy, po bezdrożach i w miejsca, gdzie diabeł mówi dobranoc i gdzie niewielu dociera, świetnie wpisująca się w aurę, jaką teraz mamy za oknami.

Zamiast zakończenia, znów zacytuję:

Są takie drogi, wąskie i na uboczu, przy nich miejscowości, w których stoją kościoły, dwory i przydrożne krzyże zapewne prowincjonalnej wartości artystycznej. Omijają je turystyczne wycieczki, przeganiane od krakowskiego Wawelu po gdański Długo Targ. Gdy się odwiedza te wioski, miasteczka i przydroża, niespiesznie, mając czas na patrzenie i na refleksję, wtedy przychodzi chwila na smakowanie. To pejzaż dla koneserów, o wyjątkowo bogatym bukiecie. Smakuje jak najlepsze wino...

PS Ogromny plus za zdjęcie, które zawiera książka!

(a czytając, słuchałam tego: Cee Lo Green - What Part Of Forever

L. Herz, Wardęga. Opowieści z pobocza drogi, wyd. Iskry, Warszawa2010, s 321.

środa, 16 czerwca 2010

Galeria oryginałów (Janina Laxness - Kły Norwegii)


Zanim przystąpiłam do napisania recenzji tej książki, sporo czasu spędziłam oglądając obrazy autorki. Jeden z nich znalazł się też na okładce też niewielkiej, ale bardzo interesującej książeczki.

Janina Laxness jest Polką, jednak od wielu lat mieszka w Norwegii, kraju, który nam, Polakom mieszkającym w Polsce, wydaje się nową Arkadią. Bo jakie jest powszechne wyobrażenie tego kraju? Piękna, surowa przyroda, wszyscy mają pracę, opiekę socjalną i w ogóle w Norwegii żyje się świetnie. Autorka pokazuje, że z tych przekonań, tylko to pierwsze jest prawdą. Przytoczone przez nią opowieści dowodzą, że często barierą, której nie da się pokonać, jest już długa, przyprawiającą "niewprawionych" o depresję zima. Kolejna bariera to język.

Jednak "Kły Norwegii" Boże broń nie są dokumentalnym zapisem życia Polaków w Norwegii! To książka - w moim odczuciu - przede wszystkim o ludziach, którzy mają odwagę szukać swojego miejsca na ziemi, nawet jeśli okazuje się, że przez kilka lat w swoim wyśnionym raju będą harować na budowie. Bardzo mi się podobało, w jaki sposób Janina Laxness kreśli ich portrety: zdarza się, że opisuje historie cwaniaków, nieudaczników, kloszardów - krótko mówiąc: przedstawia całą galerię oryginałów, w dobrym lub złym znaczeniu tego słowa, ale częściej zamiast ironii można wyczuć w tych opisach czułość.

"Kły Norwegii" to także opowieść o samej Norwegii, kraju, w którym np. kocha się sztukę. Autorka twierdzi, że zdarzyło się jej być w Polsce na wernisażach, gdzie obrazy oglądali autor i jego koledzy. W Norwegii natomiast sztuką "się żyje": jak grzyby po deszczu wyrastają nowe galerie, a każdy ma ambicje zostać artystą, choćby miał z własnej kieszeni zapłacić dziennikarzowi za napisanie recenzji wystawy.

W książce też zawarte są refleksje o malarstwie i malowaniu. Autorka wiele razy podkreśla, że tym, co najbardziej ceni sobie w swojej pracy to wyobraźnia, której może pozwolić dojść do głosu. I kiedy po przeczytaniu tej książki oglądałam jej dzieła, dochodzę do wniosku, że czego jak czego, ale tej jej na pewno nie brakuje.

J. Laxness, Kły Norwegii, wyd. Papierowy Motyl, Warszawa 2010, s. 88.