Dziś króciutko napiszę Wam o serialu, który:
a) nic mi nie urwał;
b) arcydziełem nie jest, to raczej taki przyjemny średniaczek;
c) chwilami jest nieco żenujący i co chwila lecą w nim przekleństwa...
... a mimo to oglądało mi się go zaskakująco dobrze.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filmowo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filmowo. Pokaż wszystkie posty
środa, 27 czerwca 2018
niedziela, 6 maja 2012
Filmowa środa w niedzielę, a co! (XVIII)
Uff... zaniedbałam pisanie o filmach, co nie oznacza, że zaniedbałam same filmy. W ostatnim czasie udało mi się obejrzeć kilka naprawdę niezłych, o których poniżej. I obiecuję, samej sobie przede wszystkim, że jednak od tego tygodnia filmowe środy będą w środy :)
Nietykalni, reż. Olivier Nakache, Eric Toledano, wystepują: Omar Sy, Francois Cluzet, czas trwania: 1 godz. 52 min., 2012.
Moja ocena: 9/10
Królewna Śnieżka, reż. Tarsem Singh, występują: Julia Roberts, Lily Collins, Armie Hammer, czas trwania: 1 godz. 46 min., 2012.
Jeden dzień, reż. Lone Scherfig, występują: Anne Hathaway, Jim Sturgess, czas trwania: 1 godz. 48 min., 2011.
Ki, reż. Leszek Dawid, występują: Roma Gąsirowska, Adam Woronowicz, Agata Kulesza, Krzysztof Globisz, czas trwania: 1 godz. 33 min., 2011.
Jak ona to robi?, reż. Douglas McGrath, występują: Sarah Jessica Parker, Pierce Brosnan, Greg Kinnear, czas trwania: 1 godz. 35 min. 2011.
Nietykalni, reż. Olivier Nakache, Eric Toledano, wystepują: Omar Sy, Francois Cluzet, czas trwania: 1 godz. 52 min., 2012.
Moja ocena: 9/10
O tym filmie z zachwytem wypowiadali się wszyscy: krytycy i widzowie, właściwie nie spotkałam się ze złą opinią na jego temat i sama również jestem nim zachwycona. Na ogól nie lubię długich filmów, natomiast w przypadku Nietykalnych bez szemrania siedziałam na tyłku prawie dwie godziny i wpatrywałam się w ekran jak zaczarowana, w regularnych odstępach wybuchając śmiechem. I kolejny raz okazuje się, że dobry film broni się sam, nie potrzebuje fajerwerków w postaci efektów specjalnych, niespodziewanych zwrotów akcji, aktorów otrzymujących wielomilionowe gaże za rolę.
Nietykalni bronią się przede wszystkim humorem, dystansem, niepopadaniem w schematy, świetną (świetną!) grą głównych bohaterów, przewrotnością, tym, że łączą rzeczy poważne z błazenadą, świetną (świetną!) muzyką - i mogłabym tak długo wymieniać.
Główni bohaterowie to Philippe i Driss. Ten pierwszy jest człowiekiem bogatym i kulturalnym, o wysublimowanym guście. Na skutek wypadku staje się sparaliżowany od szyi w dół. Driss to jego przeciwieństwo: nieokrzesany, czarny chłopak z blokowiska, z przeszłością kryminalną. W oczach Philippe znajduje jednak uznanie to, że Driss nie lituje się nad nim, nie udaje, że nie zauważa jego kalectwa, którego przecież nie da się nie zauważyć. Razem tworzą przedziwny, ale świetny duet. Wkrótce też zaczynają sie przyjaźnić i przyznaję, że dawno w żadnym filmie aż tak nie wzruszyła mnie męska przyjaźń.
Po seansie wcale nie dziwi mnie, że film we Francji bije wszelkie rekordy popularności, bo naprawdę jest rewelacyjny. A przy tym to opowieść uniwersalna, którą można oglądać z chłopakiem, mamą, młodszą siostrą. W jednym z komentarzy przeczytałam, że film ma szansę wejść do klasyki kina - wcale nie wątpię, że właśnie tak będzie.
Królewna Śnieżka, reż. Tarsem Singh, występują: Julia Roberts, Lily Collins, Armie Hammer, czas trwania: 1 godz. 46 min., 2012.
Moja ocena: 8/10
Jako fanka wszelkich bajek, baśni i kina familijnego, nie mogłam nie obejrzeć nowej, filmowej wersji Królewny Śnieżki, tym bardziej, że w rolę Złej Królowej wcieliła się Julia Roberts. I była to dla mnie ogromna przyjemność oglądać ją w roli innej, niż taka, w której kopiuje to, co zrobiła już wiele lat temu w Pretty Women.
Zaprezentowana tu wersja, mimo iż opiera się na fabule "klasycznej", to jednak mocno się od niej różni - i dobrze, bo przez to staje się ciekawsza. Uspokajam: królowa nadal jest zła i chce zachować status najpiękniejszej, Śnieżka nadal ma skóre białą jak śnieg, a krasnoludki mieszkają w swojej chatce w lesie. Zatrute jabłko jednak pojawia się nie w połowie, a pod koniec filmu i to nie Książę Śnieżkę, lecz Śnieżka całuje Księcia.
Na tym jednak nie koniec emancypacji! Dziewczyna uczy się walczyć (i całkiem nieźle sobie radzi!), staje na czele Krasoludków, by wyzwolić królestwo ze szponów macochy i chwilami lekko się ze swojego Księcia podśmiewa. Podkreślam jeszcze raz: zmiany te nie robią krzywdy fabule, film ogląda się świetnie i myślę, że powinien on spodobać się i rodzicom, i ich dzieciom. Ponadto jest to prawdziwa perełka, jeśli chodzi o kostiumy i scenografię - cudo! No i ostatnia scena, kiedy goście weselni tańczą tak, jak tańczy się na filmach z Bollywood - super!
Jeden dzień, reż. Lone Scherfig, występują: Anne Hathaway, Jim Sturgess, czas trwania: 1 godz. 48 min., 2011.
Moja ocena: 8/10
Oglądając film Jeden dzień stwierdziałam, że... się starzeję. Bo niby wszystko było okej. Film obejrzałam ze wzruszeniem, ale chusteczki nie były potrzebne. Niby powzdychałam nad prawdziwą miłością, która przydarza się tylko raz, ale z pewną ironią zauważyłam, że film specjalnie oryginalny nie jest. No bo tak: ona - zwyczajna dziewczyna, której układa się raz lepiej, raz gorzej. Za to on: piękny, bogaty i uwielbiany przez kobiety. Obiecują sobie, że każdego roku, 15 lipca, będą się spotykać lub przynajmniej dzwonić, jeśli spotkanie okaże się niemożliwe. No i oczywiście mijają lata, para zdobywa kolejne doświadczenia, ale to wszystko po to, żeby stwierdzieć, że są dla siebie stworzeni, że tyle lat stracili, że teraz to już tylko forever love... I zakończenie, którego nie zdradzę, ale którego przecież można się domyślić.
Film oceniam jednak wysoko, gdyż mimo grzechu schematyzmu, jest to naprawdę ładna historia, która, mimo wszystko, w jakiś sposób zapada w pamięć i pozytywnie się wyróżnia na tle wszelkich melodramtów i komedii romantycznych, których w swoim życiu obejrzałam mnóstwo.
Za to książkę nie sięgnę na pewno - filmowa wersja w zupełności mi wystarczy.
Ki, reż. Leszek Dawid, występują: Roma Gąsirowska, Adam Woronowicz, Agata Kulesza, Krzysztof Globisz, czas trwania: 1 godz. 33 min., 2011.
Moja ocena: 7/10
Bardzo rzadko oglądam polskie filmy, natomiast jeszcze rzadziej zdarza się, żeby polski film bez żadnych zastrzeżeń mi się podobał. Dlatego mimo iż Ki oglądałam już jakiś czas temu, wspominam o nim, ponieważ bardzo pozytywnie wyróżnia się na tle polskich głupawych komedii.
Ki opowiada o Ki, czyli Kindze, młodej dziewczynie, której życie nieźle daje w kość. Miało być bowiem fajnie, a nie jest. Ki wychowuje synka i nieustannie kombinuje, komu by tu zlecić opiekę nad dzieckiem.Ki ma zapędy artystyczne, jednak co chwila dosięga ją twarda rzeczywistość, krzycząca wręcz, że ze sztuki się rachunków nie zapłaci. Ale Ki próbuje, kombinuje, wykorzystuje swoją "fajność".
Akcji w tym filmie niewiele, za to świetnie zostaje ukazana sytuacja współczesnej młodej kobiety, która wcale nie jest taka różowa, jak pokazują kolorowe magazyny. No i Roma Gąsiorowska, dla której w ogóle obejrzałam ten film i która gra w nim naprawdę dobrze - na pewno będę polować na kolejne obrazy z jej udziałem.
Jak ona to robi?, reż. Douglas McGrath, występują: Sarah Jessica Parker, Pierce Brosnan, Greg Kinnear, czas trwania: 1 godz. 35 min. 2011.
Moja ocena: 6/10
Film z gatunku: łatwy, lekki i przyjemny. Pytanie postawione w tytule dotyczy Kate, która próbuje łączyć rolę matki dwójki dzieci z pracą, a ta staje się coraz bardziej wymagająca i wymaga od niej nieustannego podróżowania. Z jednej strony kobieta wie, że właśnie spełnia swoje zawodowe ambicje i jeśli zrezygnuje, drugiej takiej szansy może nie dostać. Jednocześnie zaś towarzyszy jej charakterystyczne chyba dla wszystkich pracujących matek myślenie, że powinna być przy dzieciach, że to w domu jest jej miejsce.
Co wybierze? Nie zdradzę, ale to chyba oczywiste, jeśli napiszę, że zakończenie jest bardzo sztampowe i niczym nie zaskakuje. Co nie zmienia faktu, że film okazał się niezłą rozrywka na sobotni wieczór, kiedy to nie miałam żadnego lepszego zajęcia.
Miłego oglądania!
Etykiety:
filmowo
środa, 18 kwietnia 2012
Filmowa środa (XVII)
Rzadko ostatnio piszę o filmach, gdyż - nigdy nie sądziłam, że to powiem - przerzuciłam się na seriale. I tak, trzeci lub czwarty raz oglądam pierwszy sezon "Gotowych na wszystko", tym razem jednak w towarzystwie mężczyzny, który stwierdził, że serial jest super - Ameryki nie odkrył, bo wiedziałam o tym od dawna :)
Dalej: serial "Kości". Po tym, jak przeczytałam książkę... poooszło. Potrzebowałam trzech odcinków by stwierdzić, że dzień bez Tempe Brennan jest dniem straconym i maksymalnie wciągnąć się w zmagania pani antropolog.
Podoba mi się też "Dexter", lecz po obejrzeniu kilku odcinków nie jestem go jeszcze w stanie do końca docenić/ocenić.
Muszę też podzielić się jedną, nieco wstydliwą nowiną. Otóż pod wpływem pewnej dziesięciolatki, wciągnęłam się w... "Julię" emitowaną na TVN, co jest dla mnie wielkim zaskoczeniem. Ale z drugiej strony... jak tu nie oglądać tej bajki, skoro wszystko jest w niej takie ładne, estetyczne i poprawne? No jak? Teraz śmieję się, że przede mną jeszcze "M jak miłość", "Klan" i "Na dobre i na złe" - pożyjemy, zobaczymy :)
A jeśli już o serialach mowa, chciałam Wam polecić nowe pismo o filmach, które nie do końca wiem, jak się nazywa, ale obstawiam, że "Filmowy Magazyn do Czytania". Numer pierwszy przyciągnął mnie okładką oraz nazwiskami piszących autorów: Karpowicz, Dukaj, Szczygieł, Hugo-Bader, Sobolewski - super! Nie rozczarowuje także treść: bardzo dużo miejsca poświęcone zostało serialom właśnie, których w większości nie oglądałam, lecz teksty te przeczytałam z zainteresowaniem i przyjemnością. Przede wszystkim, omawiane seriale stanowią tylko punkt wyjścia do opowieści o społeczeństwie, polityce, współczesnej kulturze. Trzymają poziom - i to się ceni!
Samych recenzji w "Filmowym" jest niewiele. Owszem, nowości zostały wymienione, lecz teksty mają najczęściej formę wywiadu z twórcami czy aktorami, co mi odpowiada i dlatego pismo szczere polecam wszystkim kinomaniakom.
Dla porównania, zaopatrzyłam się również w "Film" - miesięcznik, do którego mam stosunek dość ambiwalentny, lecz który kiedyś regularnie czytałam. Bo o ile lubię czytać teksty stricte o filmach, tak mój gust filmowy zupełnie nie pokrywa się z gustem redaktorów. Nie wiem, czy jakimś rozwiązaniem nie byłoby po prostu oglądanie tych filmów, które zostały najniżej ocenione. W każdym razie jest to dla mnie pismo bardzo nierówne, w którym oprócz artykułów - perełek, znajdują się rzeczy zupełnie niestrawne. W kwietniowym numerze szczególnie spodobał mi się tekst o adaptacjach "Wichrowych Wzgórz". Tę ostatnią, w reżyserii Andrei Arnold dość mocno zjechano, ale, przekornie, bardzo chcę ją zobaczyć :)
A o samych filmach napiszę innym razem, jak już minie mi serialowa mania :)
Etykiety:
filmowo
czwartek, 15 marca 2012
Filmowa środa w czwartek! (XVI)
Nie wiem, jak to możliwe, ale tydzień temu znów (!!!) zapomniałam o filmowej środzie...mało tego! Wczoraj zapomniałam również! Dlatego też dziś raz, dwa postaram się nadrobić zaległości :)
Filmem, na który odgrażałam się, że pójdę (i poszłam!) jest "Mój tydzień z Marylin". Świetny! I teraz już wcale nie dziwi mnie nominacja do Oscara dla Michelle Williams, gdyż to ona "robi" obraz. Fabuła jest prościutka: młody chłopak dostaje szansę pracy na planie filmu z wielką gwiazdą. I chociaż przez te kilka dni nic wielkiego tak naprawdę się nie dzieje, to dla niego będą to chwile niezapomniane. Podobnie jak dla mnie. Uważam, że już sama decyzja, by wcielić się w boską MM jest ryzykowna, a tymczasem Williams nie gra Monroe, Williams w tym filmie JEST Monroe i wcale nie chodzi tu o fizyczne podobieństwo! Rewelacja, naprawdę!
Pozostając przy filmach Oscarowych, nie do końca jestem w stanie zrozumieć zachwyt nad "Spadkobiercami", być może dlatego, że nigdy nie podobał mi się George Clooney :) Kiedy czytałam, o czym są "Spadkobiercy", film wydawał mi się ciekawy. Oto mężczyzna w sile wieku nagle zostaje sam z dwiema córkami, jego żona bowiem zapada w śpiączkę. Mało tego. Dowiaduje się, że najbliższa mu kobieta nie tylko go zdradzała, lecz także planowała odejść. Realizacja jednak dość mocno mnie rozczarowała. Nie wiem dlaczego, ale film wydał mi się całkiem pogodny, czułam się, jakbym oglądała lekką komedię, a nie dramat, którym, w moim odczuciu, "Spadkobiercy" zupełnie nie są. Ot, przyjemny film na niedziele popołudnie, który ogląda się pogryzając popcorn. Skąd te wszystkie nominacje, skąd te zachwyty - nie wiem.
Podobała mi się natomiast "Jane Eyre" - ale tutaj nie mogło być inaczej. Po pierwsze: uwielbiam powieść, po drugie: uwielbiam filmy kostiumowe, po trzecie: Michale Fassbender, którego fanką jestem od czasu obejrzenia "Niebezpiecznej metody". Pana Rochestera natomiast kocham od dawna :)
-Dla mnie kwintesencją tego filmu jest jedno zdanie, które wypowiada Jane, kiedy przyjmuje rolę guwernantki: "Nigdy nie byłam w mieście i nigdy nie rozmawiałam z mężczyzną". Niewyobrażalne, prawda?Film zachwyca pięknymi dialogami i pejzażami, dialogi są wyważone i pełne podtekstów, miłość rozkwita powoli... Romantyczka we mnie poczuła się tym filmem w pełni ukontentowana :)
Etykiety:
filmowo
środa, 29 lutego 2012
(Udana!) Filmowa środa (XV)
Oscary, Oscary i po Oscarach. Dochodzę do jakże odkrywczego wniosku, że chyba powoli się starzeję, bo ceremonia rozdania przestaje robić na mnie wrażenie. Nie tylko nie zarwałam nocy, aby dowiedzieć się, kto otrzymał statuetkę (i tak wiedziałam, że najwięcej dostanie "Artysta"), ale też oscarowe kreacje obejrzałam sobie porządnie dopiero dziś rano. I uważam, że najlepiej wcale nie była ubrana Gwyneth Paltrow, ale Natalie Portman - to taki mój głos w dyskusji o najlepszych strojach :)
Polskie filmy oglądam rzadko. Nie wynika to z jakiejś specjalnej niechęci do rodzimych produkcji, po prostu jeśli mam do wyboru
wydać pieniądze na film zagraniczny czy polski, to automatycznie stwierdzam, że wolę ten pierwszy. Dla "Sponsoringu" jednak zrobiłam wyjątek (przegrał w "Moim tygodniem z Marylin" i chyba trochę żałuję).
Po pierwsze: Małgorzata Szumowska. Po drugie: Juliette Binoche. Po trzecie: przez jakiś czas w każdej gazecie trafiałam na informacje o tym filmie. Że kontrowersyjny, że mocny, że ważny. A zaraz potem wybuchła dyskusja, czym różni się prostytucja od sponsoringu. Otóż ja na podstawie tego filmu stwierdzam, że niczym. Układ jest ten sam: seks za pieniądze i jakiekolwiek inne określenia to dla mnie jedynie eufemizmy. Chwilę po wyjściu z kina miała problem, czy film mi się podobał, czy też nie.
W sumie zbytnio mnie nie zaskoczył. Skądinąd zdawałam sobie sprawę, że klienci call girls to nie tylko kierowcy tirów, lecz ojcowie rodzin, sfrustrowani biznesmeni czy po prostu zwyczajni, samotni faceci, którzy bardziej niż seksu potrzebują przytulenia i rozmowy. Nie zaskoczyła mnie jak zwykle świetna Juliette Binoche, której żadna dotychczasowa rola nie była rozczarowaniem. Zaskoczyła mnie natomiast śmiałość niektórych scen i odwaga młodziutkich aktorek, Anais Demoustier i Joanny Kulig, by w nich zagrać. Czy za tymi "momentami" kryje się jakieś głębsze przesłanie? W pierwszej chwili miałam napisać, że tak. Ale z drugiej strony... Dzięki poznanym dziewczynom postać grana przez Juliette Binoche ma szansę spojrzeć na swoje małżeństwo z innej perspektywy, stopniowo zachodzi w niej zmiana, dokonuje się "pęknięcie", które trudno przewidzieć, jakie będzie miało konsekwencje. Również sama opowieść call girls wraz z rozwojem fabuły staje się coraz mniej... hmm, różowa. To, co robią, nie jest zwykłą pracą. Okazuje się, że nie można ot tak sprzedawać swojego ciała, że zawsze będzie miało to jakieś głębsze konsekwencje. Tylko czy powyższe można uznać za "głębokie"? Nie wiem. Najlepiej sprawdźcie sami.
A jeśli już przy polskich filmach jesteśmy, muszę, po prostu muszę, wspomnieć o "Listach do M.". Wiem, że większość z Was ma już ten film za sobą, zebrał on świetne recenzje, ale chcę dorzucić swoje pięć gorszy. Otóż tak, film jest naprawdę dobry, zabawny i ogląda się go z zainteresowaniem. Maciej Stuhr w roli dziennikarza - super. Roma Gąsiorowska - śliczna! Tomasz Karolak w roli Mikołaja - kocham Pana, Panie Tomku! Ale nie to chciałam napisać. Chciałam zaapelować. Ludzie! Nie oglądajcie tego filmu w lutym! Oglądajcie w grudniu! Bo będziecie mieli ochotę piec pierniki i ubierać choinkę - a w lutym to jednak trochę nie wypada!
Miłego oglądania!
Etykiety:
filmowo
środa, 22 lutego 2012
Zainspirujcie mnie dobrymi filmami, czyli filmowa środa! (XIV)
Po udanym filmowo styczniu, w lutym jakoś nie mogę trafić na "swoje" obrazy - i prawdopodobnie dlatego, że ostatnio żadne film nie zrobił na mnie wrażenia, zapomniałam o filmowej środzie tydzień temu.
Dlatego też prośba do Was: podzielcie się tytułami ulubionych filmów. Który oglądaliście sto razy i nie macie dosyć? Który zrobił na Was największe wrażenie?
To, jakie filmy oglądam i jak je oceniam, można sobie podejrzeć na moim profilu na stronie Filmweb.
Tymczasem jeśli miałabym wybrać kilka ulubionych tytułów, to na pewno byłby to "Labirynt Fauna", "Godziny", "Przeminęło z wiatrem", "Fortepian", czy "Pora umierać".
***
Korzystając z "przebogatej" oferty bełchatowskiego kina, wybrałam się na "Metropię". Jest to animacja, opowiadająca o tym, jak będzie wyglądać Europa w 2024 i jest to obraz podobny do tego, jaki rysuje Orwell w "1984", Kafka w "Procesie" czy Ally Condie w "Dobranych" - czyli nic nowego. Z drugiej jednak strony urzekł mnie klimat film. Dominującymi kolorami są szarość, biel i czerń, na niebie nie ma słońca, miasta straszą pustymi ulicami i zrujnowanymi budynkami, a ludzie mają puste oczy i smutne twarze, w tle zaś leci sugestywna muzyka. I tutaj naprawdę wielkie brawa dla twórców: gdybym miała gorszy dzień, wyszłabym z kina z depresją.
A jeśli o depresji mowa, kolejny film mówi właśnie o niej. Czego by nie powiedzieć o tym, jaki jest Mel Gibson prywatnie, aktorem jest świetnym, co w filmie "Podwójne życie" udowadnia. Gra w nim postać Waltera Blacka, który od jakiegoś czasu pogrąża się w czarnych myślach, dopada go niemoc i poczucie bezsensu, co bardzo rzutuje na jego relacje z rodziną. Walter na własną ręką rozpoczyna zadziwiającą terapię: zakłada na rękę pacynkę bobra i za jej pomocą komunikuje się ze światem. Sukces odnosi nie tylko firma Waltera produkująca zabawki, ale też on sam skupia na sobie uwagę mediów. Nie poprawia to jednak jego stosunków z żoną, która ma dość gadającego futrzaka.
Film bez wątpienia jest wart obejrzenia, jednak troszkę muszę się "czepić" zakończenia: taki rodzinny happy end jakoś nie bardzo do mnie przemawia.
Z pewnością jednak przemówił do mnie film "Niebezpieczna metoda". Baaaardzo dawno nie oglądałam na ekranie Keiry Knightly, więc z przyjemnością przypomniałam sobie, za co lubię tę aktorkę. W "Niebezpiecznej metodzie" wciela się w Sabinę Spielrein, która najpierw trafia do Junga jako jego pacjentka, potem zostaje jego kochanką, a na koniec równorzędnym partnerem do rozmów i autorytetem z psychiatrii dziecięcej. Film pokazuje również słynny konflikt Junga i Freuda, o którym do tej pory wiedziałam tylko tyle, że był - i jest to dowód na to, że jednak filmy kształcą, bo zagadnienie zainteresowało mnie na tyle, że trochę sobie o nim doczytałam. Świetna obsada, powolna akcja, cięte riposty fruwające między dwoma lekarzami - to zdecydowanie czyni film wartym obejrzenia!
PS Czy ktoś oglądał film "Big Love"?
Etykiety:
filmowo
środa, 8 lutego 2012
(Bajkowa) Filmowa środa (XIII)
Niech to świadczy o czym chce, ale uwielbiam oglądać bajki ("Muminki"!!!), animacje ("Uciekające kurczaki"!!!) i kino familijne (tu faworyta nie mam). Dlatego też fakt, iż jedyne bełchatowskie kino zaczęło w końcu grać "Muppety" natchnął mnie do tego, by napisać dziś o produkcjach dla nieco młodszego widza, które to namiętnie oglądam.
Wspomniane "Muppety" obejrzałam z prawdziwym zachwytem i sentymentem. Wszak Kermit, Piggi i Fazi to bohaterowie mojego dzieciństwa. Najnowsza wersja jest bardzo "disnejowska": główni, "ludzcy" bohaterowie" mają ubrania w pastelowych kolorach, często śpiewają nieco ckliwe piosenki i wykonują radosne układy choreograficzne. Muppety zaś walczą o odzyskanie teatru, w którym kiedyś, dawno temu, dawały swoje słynne show. Kermit zbiera więc starą ekipę, z którą przygotowuje się do decydującego występu.
Przyznaję, że mocno zawyżyłam średnią wieku na seansie, ale też chyba jakoś bardziej emocjonalnie niż dzieci podeszłam do tego filmu, gdyż nie tylko popłakałam się śmiechu, ale i ze wzruszenia (ach, ten melancholijny głos Kermita...). Myślę, że "Muppety" to film, który ma szansę spodobać się bez względu na wiek: młodsze dzieci dostaną ciekawą, kolorową historię, w której dobro zwycięży, dorośli zaś będą mogli docenić świetne dialogi i powspominać stare, dobre czasy :)
Kolejnym obrazem, który bardzo mi się podobał, a co do którego zdania są mocno podzielone, są "Smerfy". Pamiętam, że kiedy byłam mała, zasiadałam w piątek przed telewizorem i przez dwadzieścia minut nie można się było do mnie odezwać, pod groźbą strasznego ryku, który urządzałam, gdy ktoś śmiał mi przeszkodzić :) Oczywiście moją ulubioną bohaterką była wtedy Smerfetka, później zaś przerzuciłam się na Ważniaka, z którą to postacią trochę się identyfikuję :) Głównym bohaterem współczesnych "Smerfów" jest Ciamajda i to jego gapiostwo sprawia, że małe, niebieskie stworki przedostają się do Nowego Jorku i trafiają tam na pewną sympatyczną parę, która próbuje pomóc im wrócić do smerfowej osady. Śladem Smerfów podąża mój nowy idol Gargamel i jego wierny kot Klakier - i moim zdanie tej duet zasługuje na Oscara, albo i na dwa!
Świetne teksty, przezabawne sytuacje, ciekawa historia - wszystko to sprawia, że z czystym sumieniem mogę ten film polecić. Jednocześnie zaś rozumiem sceptyków przywiązanych do "Smerfów" sprzed kilku lat, te współczesne jednak znacznie różnią się od oryginału.
I na koniec krótko o bajeczce "Mniam!", której nie polecam, odradzam i którą natychmiast chciałabym wyrzucić z pamięci. Nie potrafię sobie przypomnieć animacji, która byłaby gorsza. Nieskładna, rozwlekła fabuła, bohaterowie z depresją, beznadziejne dialogi, zero przekazu, zero humoru, zero pomysłu na ten film... Chociaż nie, pomysł był: reklama programu Magdy Gessler "Kuchenne rewolucje", do którego co chwila robi się aluzje... I chociaż lubię Magdę Gessler, myślę, że dubbingowanie nie jest jej życiowym powołaniem. A od filmu naprawdę radzę się trzymać z daleka!
Etykiety:
filmowo,
podróż sentymentalna
środa, 1 lutego 2012
Filmowa środa (XII)
Jako iż dziś środa... tak, będzie o filmach!
W tym tygodniu chcę napisać o obrazach, które może nie są przesadnie ambitne, ale, po pierwsze, dwa z nich oglądałam z oczami szeroko otwartymi ze zdumienia, trzeci zaś sprawił, że nie mogłam przestać się uśmiechać.
"Dom snów" to film, który wyraźnie przełamuje się na pół. Pierwsza połowa jest dość zwyczajna: opowiada o życiu rodziny, która wprowadza się do nowego domu, próbuje się w nim zaaklimatyzować, czego bynajmniej nie ułatwia fakt, że popełniono w nim straszliwą zbrodnię: otóż ojciec zastrzelił swoją żonę i dwie córki. Następuje jednak taki moment, że wszystko przestaje być oczywiste, bohaterowie nagle wchodzą w zupełnie nowe role, to, co uznaliśmy za pewnik, pewnym być przystaje - i więcej zdradzić nie mogę, by nie psuć niespodzianki, jaką przygotowali twórcy "Domu snów".
Od razu zaznaczam: nie jest to kolejny film o nawiedzonej posiadłości, w której straszy, a w piwnicy mieszkają potwory. Ten raczej opowiada o ciemnych zakątkach duszy ludzkiej, o tym, jak radzimy sobie z bólem i stratą Ogromny plus dla Daniela Craiga, którego wcześniej kojarzyłam tylko z roli Bonda, a tutaj prezentuje całą skalę emocji i daje świetny popis gry aktorskiej. Na koniec zaś, no cóż, przyznam się, zwyczajnie się rozpłakałam.
Nie ukrywam, że wzruszył mnie także film "Kod nieśmiertelności", chociaż generalnie filmów, które opisane są jako "thriller/sci-fi" prawie nie oglądam. Do tego namówili mnie znajomi (zresztą nie musieli długo namawiać) i nie żałuję. Film opowiada historię kapitana Coltera Stevensa, który budzi się w rozpędzonym pociągu. Sam jest mocno zdezorientowany, gdyż nie wie, co robi w pociągu, nie wie, kim jest towarzysząca mu kobieta, ba!, on nie wie, kim jest! Po ośmiu minutach zaś pociąg eksploduje, a Colter budzi się ponownie, tym razem w jakimś dziwnym pomieszczeniu. Okazuje się, że bierze udział, wbrew swojej woli, w rządowym programie "Kod nieśmiertelności", a jego zadaniem jest ocalenie Chicago przed groźnym terrorystą.
W filmie sekwencja z przebudzeniem w pociągu powtarzana jest kilkanaście razy, Colter zaś z jednej strony działa coraz bardziej świadomie, z drugiej... no właśnie. Przecież wciela się on w jedną z ofiar, która zginęła w eksplodującym pociągu! Co jest więc w ty filmie realne, a co nie? Co to jest rzeczywistość? I czy bohater ma szanse wyjść z tej katastrofy "żywy"? Polecam! Film niesamowicie trzyma w napięciu, wymaga, aby cały czas skupiać się na tym, co widzimy na ekranie, zmusza do główkowania, o co tak naprawdę chodzi.
I na koniec, a jakże, Wielki Allen, którego uparcie oglądam. "Co nas kręci, co nas podnieca" to sympatyczna komedia, w dobrze znanym, "allenowskim" stylu. Głównym bohaterem jest starszawy, zdziwaczały i pesymistycznie nastawiony do wszystkiego i wszystkich Boris. Co się dzieje, gdy poznaje on młodziutką dziewczynę o wdzięcznym imieniu Melody? Trudno powiedzieć, czy się w niej zakochał, ale biorą ślub. Co się dzieje, gdy nowożeńców niespodziewanie odwiedza matka dziewczyny? Zakochują się w niej dwaj kumple Borisa. Co się dzieje, gdy matce Melody Boris się nie podoba? Znajduje jej narzeczonego, który kocha ją na pewno. Co robi Melody? Rozstaje się z Borisem. Co robi Boris? Kiedy film udzielił odpowiedzi na to pytanie, ja popłakałam się ze śmiechu :)
Polecam, chociaż zaznaczam, że w moim odczuciu nie jest to Allen w szczytowej formie.
Etykiety:
filmowo
środa, 25 stycznia 2012
Filmowa środa XI - REAKTYWACJA!
Pamiętacie TEN wpis? Pewnie nie, bo i kiedy to było... W każdym razie wracam do tradycji pisania o filmach - w środy. Ostatnia nie tylko mam wzmożony apetyt, by filmy oglądać, ale też czuję nieodpartą ochotę, by dzielić się swoimi wrażeniami, stąd ogłaszam REAKTYWACJĘ... i mam nadzieję, że wytrwam przy tym nieco dłużej niż ostatnio :)
Pierwszym filmem, o którym chcę napisać, jest głośny obraz "Musimy porozmawiać o Kevinie" - można go obejrzeć na YouTubie, co też uczyniłam. Zanim jednak film obejrzałam, naczytałam się, że jest to kino artystyczne na najwyższym poziomie, że stawia on, film, pytania o to, skąd się bierze zło i czy można temu zapobiec, że porusza ważny temat, o którym raczej się milczy, a mianowicie brak miłości matki do dziecka. itd.Największą zachętą jednak było to, że gra w nim moja ukochana Tilda Swinton, którą wielbię od czasów tej roli.
"Musimy porozmawiać o Kevinie" musiałam ułożyć sobie w głowie, gdyż z jednej strony film bez wątpienia zasługuje na uwagę, z drugiej zaś... no specjalnie mnie jednak nie zachwycił. Tilda, owszem, świetna. Aktor grający Kevina - rewelacja. Temat - super, nieco gorzej z realizacją, gdyż dla mnie film nie odpowiada na żadne pytania, jest raczej swoistą "kroniką wypadków". Mało tego: po obejrzeniu pierwszych trzydziestu minut, nadal nie wiedziałam o co chodzi! Film jest "podziabany" na epizody, które rozgrywają się na trzech (na pewno trzech?) płaszczyznach czasowych. Ma momenty naprawdę ciekawe, ale też takie, kiedy musiałam wstać i iść zrobić sobie kawę. Bez wątpienia świetnie została ukazana relacja matka - syn, ale już zakończenie i ich ostatnia rozmowa - nie bardzo. Gdybym skrupulatnie podliczyła plusy i minusy, to chyba jednak minusów byłoby więcej. Na pewno jednak jest to film, który warto obejrzeć - ot, żeby samemu wyrobić sobie zdanie.
Kolejnym filmem, który obejrzałam i który oglądało mi się bardzo miło, jest "Poznasz przystojnego bruneta" Wielkiego Allena. Moje zaległości w oglądaniu filmów tego reżysera sięgają... ło ho ho, 2005 roku, bo zdaje się, że zatrzymałam się na filmie "Melinda i Melinda" (którego zupełnie nie pamiętam). "Poznasz przystojnego bruneta", jak to zwykle u Allena bywa, opowiada zawiłą historię miłosną, z zaskakującym zakończeniem. Moją absolutną faworytką tym razem nie jest Naomi Watts czy Antonio Banderas, ale mało znana mi wcześniej Gemma Jones, która życiowych porad szuka u wróżki - oszustki - kupa śmiechu! Film też radzę też obejrzeć panom w średnim wieku, którym zachciewa się życiowej odmiany. Otóż, drodzy panowie, piersiasta blondyna wcale nie jest najlepszym, co może was spotkać! "Poznasz przystojnego bruneta" nie jest życiowym dziełem Allena, ale też bardzo przyjemnie się na ten film patrzy.
Pozostając przy tradycji pisania o maksymalnie trzech filmach za jednym razem, na koniec chciałam polecić film, za który zabierałam się ponad pięć lat - i udało się! "Królowa", z oscarową rolą Helen Mirren, to popis gry aktorskiej, gdzie emocje wyraża się uniesieniem brwi lub nieznacznym grymasem ust. Helen Mirren jest świetna i naprawdę patrzy się na nią z zachwytem. Sama fabuła filmu jest bardzo prosta, pokazuje ona reakcję, a raczej jej brak, dworu królewskiego na wieść o śmierci księżnej Diany. Elżbieta II zdaje się być tym zupełnie nieporuszona, zachowuje się tak, jak myśli, że społeczeństwo od niej wymaga. Społeczeństwo jednak wyraźnie oczekuje od spętanej konwenansami królowej czegoś innego, czego ona sama nie jest w stanie zrozumieć. Jednocześnie Elżbieta, mimo swojej siły, wydała mi się małą, zagubioną dziewczynką, która bez królewskiej etykiety zupełnie sobie nie radzi... Polecam, polecam, polecam!
Miłej środy... i miłego oglądania!
Etykiety:
filmowo
poniedziałek, 16 stycznia 2012
Ocaleni (W ciemności - Krystyna Chiger, Daniel Paisner)
Mimo iż film Agnieszki Holland "W ciemności" zbiera świetne recenzje, zarówno krytyków, jak i widzów, do kina się nie wybieram. Kilka lat temu widziałam "Pianistę" i wystarczy mi na resztę życia. Natomiast książkę Krystyny Chiger napisanej wspólnie z Danielem Paisnerem przeczytałam w kilka godzin i gorąco polecam tym, którzy, jak ja, nie są w stanie patrzeć na Holocaust na ekranie.
Krystyna Chiger to "dziewczynka z zielonym sweterku", dziewczynka, która przez 14 miesięcy wraz z rodzicami i bratem Pawłem ukrywała się we lwowskich kanałach. Miała wówczas osiem lat, trudno powiedzieć, ile rozumiała z tego, co się działo, po latach jednak napisała wspomnienia z tamtego okresu, uzupełnione o wspomnienia jej ojca. I dla mnie właśnie ojciec Krystyny wyrósł na głównego bohatera tej książki.
Nie potrafię wyobrazić sobie sytuacji, w której znalazł się Ignacy Chiger. Był człowiekiem wykształconym, dobrze orientował się w sytuacji politycznej, a przy tym nade wszystko kochał swoją rodzinę. Przed wojną Ignacy pracował w swoim sklepie, jego najbliżsi mieszkali w pięknym mieszkaniu, niczego im nie brakowało. I nagle okazuje się, że muszą wszystko zostawić, a on, mąż i ojciec, nie jest w stanie zagwarantować tym, których kochał, że przeżyją kolejnych kilka godzin.
Krysia przedstawia ojca jako człowieka pomysłowego, budującego ciągle nowe skrytki dla swoich dzieci, by w getcie zapewnić im chociaż iluzję bezpieczeństwa. Później, w kanałach, uczy on swoją córeczkę czytać i pisać, nie okazuje przygnębienia, ba!, pisze teksty satyryczne!
Drugim bohaterem "W ciemności" jest Leopold Socha - lwowski kanalarz, dla którego ocalenie garstki Żydów staje się życiowym celem, pokutom i odkupieniem. Fakt, w zamian za ochronę brał pieniądze, ale jego pomoc wyszła daleko poza to, na co początkowo się umawiał. Jednocześnie autorka próbuje pokazać, z czym tak naprawdę ta pomoc się wiązała: za ukrywanie Żydów mógł zginąć nie tylko on, ale i cała jego rodzina. A przecież Leopold Socha miał córkę w wieku zbliżonym do wieku Krysi...
Wiele miejsca w swojej opowieści autorka poświęca codziennemu życiu. Opisuje, jak jej rodzice próbowali zabezpieczyć jedzenie przed szczurami, jak jedna z ukrywających się w kanałach kobiet urodziła dziecko, relacjonuje, jak trudno było słuchać głosów dzieci bawiących się na zewnątrz. Z drugiej strony jednak ma świadomość, że żyjąc w tych nieludzkich warunkach mogła mówić o szczęściu, gdyż niewielu dane było przeżyć likwidację lwowskiego getta.
"W ciemności" pełne jest dramatycznych scen i faktów, jak chociażby ten, że w opisywanym okresie we Lwowie żyło ok. 200 tys. Żydów, wojnę zaś przetrwały tylko trzy (!) pełne rodziny - mówiąc "pełne", mam na myśli tylko rodziców i dzieci... Książkę czyta się jednak o tyle spokojnie, gdyż ma się tę świadomość, że Krysia i jej rodzina przeżyli, że byli tym, którym się udało.
Ogromnym plusem jest też to, że wiele sytuacji zostaje przedstawionych oczami dziecka, tak, jak autorka rzeczywiście je wtedy postrzegała. Jednak te obserwacje uzupełnione zostają o komentarz wyjęty z dzienników jej ojca oraz o fakty, o których dowiedziała się później. W ten sposób czytelnik otrzymuje pełny obraz sytuacji, jednak w tym wypadku "pełny" znaczy tyle co uzupełniony o nowe, budzące grozę szczegóły.
Nie wiem, jak podsumować "W ciemności", chociaż książka zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Nie mogę napisać, że ją polecam lub nie - myślę, że wyboru należy dokonać według własnej wrażliwości. Dodam tylko tyle, że jest to jedna z tych opowieści, do których świetnie pasuje zdanie Marka Twaina: Prawda jest dziwniejsza od fikcji. Fikcja musi być prawdopodobna. Prawda - nie.
K. Chiger, D. Paisner, W ciemności. Dziewczynka w zielonym sweterku, PWN, 2011, s. 319.
piątek, 24 czerwca 2011
Życie to cyrk! (Woda dla słoni - Sara Gruen)

Nadrabiania zaległości recenzyjnych ciąg dalszy... Tak się złożyło ostatnio, że chociaż książek czytam naprawdę dużo i naprawdę dobrych, nie mam czasu/weny na ich recenzowanie. A że wszystkie przeczytane pozycje leżą razem, to i stos staje się coraz wyższy i coraz bardziej straszy...
"Wodę dla słoni" przeczytałam około miesiąca temu, kiedy głośno było o filmie z Robertem Pattinsonem, Reese Withherspoon i Christopherem Waltzem w rolach głównych. Filmu nie widziałam, chociaż recenzje, zarówno od krytyków, jak i widzów, zebrał dobre, ale książkę mogę polecić z czystym sumieniem.
Cała akcja "Wody dla słoni" zaczyna się w chwili, kiedy Jakub Jankowski, młody student weterynarii, traci rodziców. W przypływie rozpaczy wychodzi z domu, idzie wzdłuż torów i wskakuje do jednego w wagonów kolejowych mijającego go pociągu. A w wagonach istny cyrk - dosłownie. Jakub przyłącza się do wędrownej trupy cyrkowej i odtąd podróżuje jako opiekun zwierząt.
Książka Sary Gruen jest jedną z niewielu książek, w której wątek miłosny zszedł dla mnie na drugi plan. O wiele ciekawsze, niż opis rodzącego się uczucia między Jakubem a Marleną, żoną dyrektora cyrku, wydało mi się samo przedstawienie codziennego życia wędrownych artystów: twardych zasad panujących między nimi, życia tuż obok dzikich zwierząt, przygotowań do występów... Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek wcześniej czytała książkę o podobnej tematyce, więc frajda była tym większa.
"Woda dla słoni" rozgrywa się w dwóch planach czasowych: historię swojej młodości opowiada Jakub, będący już starszym człowiekiem. I tutaj pojawia się kolejny ciekawy wątek mówiący o tym, jak traktowani są starsi ludzie przez swoją własną rodzinę oraz personel domu starców. Nie, nie ma tu jakiś drastycznych scen, lecz chodzi raczej o dość powszechne zjawisko odsuwania ludzi, którzy już swoje przeżyli, na boczny tor. Pouczające.
Sara Gruen napisała jedną z ciekawszych powieści, jakie miałam ostatnio okazję czytać: nieoklepana tematyka, bohaterowie z krwi i kości... no i słonica, w której po prostu się zakochałam i dla której chętnie przynosiłabym wodę. Chociaż podobno noszenie wody dla słoni to tylko jeden z cyrkowych mitów... :)
S. Gruen, Woda dla słoni, Rebis, Poznań 2011, s. 404.
Etykiety:
filmowo,
love story,
ona pisze - ameryka
środa, 27 października 2010
(groch z kapustą) Filmowa środa X
Dlaczego groch z kapustą? Bo w tym tygodniu złożyło się tak, że obejrzałam jeden film godny polecenia, jedną bajkę, która mi się podobała i zaczęłam kilka filmów, których nie dokończyłam.
Tym niedokończonym są przede wszystkim "Dzikie pszczoły". Chciałam zrobić tydzień z kinem czeskim... ale po godzinie odpadłam. Niby fajnie, niby przaśnie, niby ciekawy bohater zbiorowy, ale nie, może innym razem. Miałam jeszcze w planach "Jazdę" i "Wychowaniem panien w Czechach" - oba filmy już wcześniej widziałam na TVP Kultura i podobały mi się, ale "Dzikie pszczoły" skutecznie zniechęciły mnie, by po nie sięgnąć jeszcze raz.
Nie dokończyłam też "Mojej wielkiej greckiej wycieczki", chociaż bardzo lubię aktorkę, która gra główną rolę.Od tej pory chyba jednak nazwisko Nia Vardalos nie będzie wabikiem, aby film obejrzeć. Głupie żarty = banalna komedyjka = nudzi mi się! Więc nie dokończyłam.
Polecam natomiast bajkę "Kubuś Puchatek - Prima Aprilis", którą obejrzałam z kubkiem mleka z miodem w ręku. Im starsza jestem, tym bardziej lubię tekstu z przygód Misia o Bardzo Małym Rozumku i jego przyjaciół. I coraz bardziej zaczyna mi się podobać nie rozbrykany Tygrysek, a bojaźliwy Prosiaczek, który, choć mały, to dzielny!
A już tak zupełnie poważnie pisząc, to udało mi się w tym tygodniu obejrzeć kolejny film Hitchcocka, tym razem były to "Ptaki". Nie bałam się, fakt, ale patrzyłam w ekran jak zaczarowana. Świetny klimat: przez pierwsze czterdzieści minut nic nie zapowiada przyszłych wydarzeń, a potem: bummmm!, zaczyna się inwazja. Poza tym świetna aktorka: Tippi Hedren - nie tylko piękna, delikatna kobieta, ale też stworzyła zapadające w pamięć kreację uroczej panny Daniels. Żałuję, że nie obejrzałam tego filmu wcześniej, gdyż chciałabym mieć traumatyczne wspomnienia z nim związane - a tak, mam tylko bardzo miłe. Co nie zmienia faktu, że mewy,kruki i wrony bezpowrotnie utraciły dla mnie swą niewinność i od dziś będę patrzeć nie nie podejrzliwie :)
Ciekawa, czy "Psychoza" będzie tak samo mało straszna?
Tym niedokończonym są przede wszystkim "Dzikie pszczoły". Chciałam zrobić tydzień z kinem czeskim... ale po godzinie odpadłam. Niby fajnie, niby przaśnie, niby ciekawy bohater zbiorowy, ale nie, może innym razem. Miałam jeszcze w planach "Jazdę" i "Wychowaniem panien w Czechach" - oba filmy już wcześniej widziałam na TVP Kultura i podobały mi się, ale "Dzikie pszczoły" skutecznie zniechęciły mnie, by po nie sięgnąć jeszcze raz.
Nie dokończyłam też "Mojej wielkiej greckiej wycieczki", chociaż bardzo lubię aktorkę, która gra główną rolę.Od tej pory chyba jednak nazwisko Nia Vardalos nie będzie wabikiem, aby film obejrzeć. Głupie żarty = banalna komedyjka = nudzi mi się! Więc nie dokończyłam.
Polecam natomiast bajkę "Kubuś Puchatek - Prima Aprilis", którą obejrzałam z kubkiem mleka z miodem w ręku. Im starsza jestem, tym bardziej lubię tekstu z przygód Misia o Bardzo Małym Rozumku i jego przyjaciół. I coraz bardziej zaczyna mi się podobać nie rozbrykany Tygrysek, a bojaźliwy Prosiaczek, który, choć mały, to dzielny!
A już tak zupełnie poważnie pisząc, to udało mi się w tym tygodniu obejrzeć kolejny film Hitchcocka, tym razem były to "Ptaki". Nie bałam się, fakt, ale patrzyłam w ekran jak zaczarowana. Świetny klimat: przez pierwsze czterdzieści minut nic nie zapowiada przyszłych wydarzeń, a potem: bummmm!, zaczyna się inwazja. Poza tym świetna aktorka: Tippi Hedren - nie tylko piękna, delikatna kobieta, ale też stworzyła zapadające w pamięć kreację uroczej panny Daniels. Żałuję, że nie obejrzałam tego filmu wcześniej, gdyż chciałabym mieć traumatyczne wspomnienia z nim związane - a tak, mam tylko bardzo miłe. Co nie zmienia faktu, że mewy,kruki i wrony bezpowrotnie utraciły dla mnie swą niewinność i od dziś będę patrzeć nie nie podejrzliwie :)
Ciekawa, czy "Psychoza" będzie tak samo mało straszna?
Etykiety:
filmowo
środa, 20 października 2010
(niemiecka) Filmowa środa - IX
Kino niemieckie znam baaardzo słabo, co bynajmniej nie wynika z jakiejś mojej awersji do niemieckiej kinematografii, tylko jak to się mówi: nie po drodze mi z nim. Dlatego kiedy obejrzałam sobie kolejny raz "Nosferatu Wampir" Herzoga pomyślałam, że w tym tygodniu warto coś więcej o filmach z Niemiec napisać.

Zacznę od Herzoga. Film ten był dawno temu dodany do "Zwierciadła", przeleżał u mnie na półce kawał czasu, do momentu, gdy jeszcze na studiach miałam okazję zobaczyć film Murnaua z 1922. Ogromnie spodobał mi się wampir w wydaniu retro, co stało się oczywistą zachętą do sięgnięcia po Herzoga.
I przyznaję, że film ten mnie ogromnie... wzruszył. Grany przez Klausa Kinsky'ego hrabia wydaje się z jednej strony groteskowy ze swoimi sztucznymi szponami i doklejonymi kłami, ale z drugiej strony nie sposób oderwać od niego wzrok. Poza tym nie jest on monstrum upijającym się krwią (no dobra: trochę jest), ale istotą cierpiąca, która sieje zło i spustoszenie, czym sama się brzydzi. No i przepiękna Lucy Harker, którą gra Isabelle Adjani... I niesamowity, oniryczny klimat tego filmu... Naprawdę polecam, bo to nie tylko "klasyk", ale film, po którego obejrzeniu długo nie chce wyjść z pamięci.

Podobnie nie chciał mi wyjść z pamięci film ""Sophie School", opowiadający o niemieckiej bohaterce z czasu II wojny światowej. Sophie i jej brat należą do organizacji Biała Róża, która sprzeciwia się zbrodniczej polityce Hitlera. Dziewczyna zostaje złapana za nielegalne kolportowanie ulotek o wywrotowej treści. Zaczynają się przesłuchanie, które tak naprawdę niczemu nie służą, gdyż los Sophie jest z góry przesądzony, z czego ona sama zdaje sobie sprawą. Trzy czwarte filmu zajmują właśnie te przesłuchania, które przeradzają się w wojnę psychologiczną, z przeciwnikami, którzy dorównują sobie inteligencją.
Świetna rola Julii Jentsch, rewelacyjne dialogi, minimalizm formy, maksimum treści. Film grający na emocjach, chociaż już na początku wiadomo, jak ta historia się skończy - nie przeszkadzało mi to jednak zupełnie w uronieniu babskiej łezki na koniec.

"Good bye Lenin" dla niektórych może być filmem nieco nostalgicznym, dla mnie nie jest, gdyż nie pamiętam czasów, o których opowiada, dlatego skupiłam się głównie na jego części humorystycznej. A polega ona na tym, że po obaleniu muru berlińskiego, matka Alexa, głównego bohatera, budzi się ze śpiączki, pozostaje jednak unieruchomiona. Alex boi się powiedzieć matce, że świata, w którym żyła i w którym działała, już nie ma. Dlatego stwarza jej iluzję, że wszystko pozostało po staremu, że nadal żyje w NRD. W tej iluzji biorą udział jego znajomi i mieszkańcy kamienicy, w której mieszka... i jest to naprawdę zabawne, np. nagrywanie fikcyjnych wiadomości czy polowanie na przedmioty z wcześniejszej epoki.
No i brawa dla autora scenariusza: naprawdę trzeba mieć wyobraźnię, żeby coś takiego wymyślić!

Zacznę od Herzoga. Film ten był dawno temu dodany do "Zwierciadła", przeleżał u mnie na półce kawał czasu, do momentu, gdy jeszcze na studiach miałam okazję zobaczyć film Murnaua z 1922. Ogromnie spodobał mi się wampir w wydaniu retro, co stało się oczywistą zachętą do sięgnięcia po Herzoga.
I przyznaję, że film ten mnie ogromnie... wzruszył. Grany przez Klausa Kinsky'ego hrabia wydaje się z jednej strony groteskowy ze swoimi sztucznymi szponami i doklejonymi kłami, ale z drugiej strony nie sposób oderwać od niego wzrok. Poza tym nie jest on monstrum upijającym się krwią (no dobra: trochę jest), ale istotą cierpiąca, która sieje zło i spustoszenie, czym sama się brzydzi. No i przepiękna Lucy Harker, którą gra Isabelle Adjani... I niesamowity, oniryczny klimat tego filmu... Naprawdę polecam, bo to nie tylko "klasyk", ale film, po którego obejrzeniu długo nie chce wyjść z pamięci.

Podobnie nie chciał mi wyjść z pamięci film ""Sophie School", opowiadający o niemieckiej bohaterce z czasu II wojny światowej. Sophie i jej brat należą do organizacji Biała Róża, która sprzeciwia się zbrodniczej polityce Hitlera. Dziewczyna zostaje złapana za nielegalne kolportowanie ulotek o wywrotowej treści. Zaczynają się przesłuchanie, które tak naprawdę niczemu nie służą, gdyż los Sophie jest z góry przesądzony, z czego ona sama zdaje sobie sprawą. Trzy czwarte filmu zajmują właśnie te przesłuchania, które przeradzają się w wojnę psychologiczną, z przeciwnikami, którzy dorównują sobie inteligencją.
Świetna rola Julii Jentsch, rewelacyjne dialogi, minimalizm formy, maksimum treści. Film grający na emocjach, chociaż już na początku wiadomo, jak ta historia się skończy - nie przeszkadzało mi to jednak zupełnie w uronieniu babskiej łezki na koniec.

"Good bye Lenin" dla niektórych może być filmem nieco nostalgicznym, dla mnie nie jest, gdyż nie pamiętam czasów, o których opowiada, dlatego skupiłam się głównie na jego części humorystycznej. A polega ona na tym, że po obaleniu muru berlińskiego, matka Alexa, głównego bohatera, budzi się ze śpiączki, pozostaje jednak unieruchomiona. Alex boi się powiedzieć matce, że świata, w którym żyła i w którym działała, już nie ma. Dlatego stwarza jej iluzję, że wszystko pozostało po staremu, że nadal żyje w NRD. W tej iluzji biorą udział jego znajomi i mieszkańcy kamienicy, w której mieszka... i jest to naprawdę zabawne, np. nagrywanie fikcyjnych wiadomości czy polowanie na przedmioty z wcześniejszej epoki.
No i brawa dla autora scenariusza: naprawdę trzeba mieć wyobraźnię, żeby coś takiego wymyślić!
Etykiety:
filmowo
środa, 13 października 2010
(mniej straszna niż być miała) Filmowa środa - VIII
Horrorów nie lubię, co już wiele razy zaznaczałam. Z tego to właśnie powodu w tym tygodniu obejrzałam dwa filmy, które miały mnie przestraszyć (a nie przestraszyły), a dodatkowo napiszę o jednym, po którym aż się dziwię, że jeszcze żyję, gdyż prawie umarłam ze strachu :)

"Martwa cisza". Brrr. Film oglądany ponad rok temu, a do tej pory mam przed oczami większość scen i czasem śni mi się upiorny uśmiech kukiełki. Śmiało stwierdzam, że chociaż specjalistą nie jestem, to jest to film, na którym bałam się dotychczas najbardziej. A wszystko przez niesamowity klimat małego miasteczka, w którym krążą różne straszne legendy, a niegrzeczne dzieci straszy się Mary Shaw (sama przez kilka tygodni bałam się przez nią zasnąć przy zgaszonym świetle). Do tego miasteczka przybywa młody mężczyzna, którego żona została brutalnie zamordowana, a wcześniej dostał on lalkę brzuchomówcy. Zaczyna więc nie tylko wyjaśniać śmierć żony, ale też interesuje się tajemniczą Mary Shaw... a przy okazji okazuje się, że w starych legendach zawsze jest coś z prawdy.
Nie ma w tym filmie krwi i "rzeźni", jest natomiast świetna fabuła, gotyckie budowle i klimat, czy ja wiem?, okrutnych baśni?
Na pewno nie obejrzę drugi raz, ale gorąco polecam go tym, którzy jeszcze nie widzieli - jako alternatywę dla tych wszystkich "Pił" itp.



"Martwa cisza". Brrr. Film oglądany ponad rok temu, a do tej pory mam przed oczami większość scen i czasem śni mi się upiorny uśmiech kukiełki. Śmiało stwierdzam, że chociaż specjalistą nie jestem, to jest to film, na którym bałam się dotychczas najbardziej. A wszystko przez niesamowity klimat małego miasteczka, w którym krążą różne straszne legendy, a niegrzeczne dzieci straszy się Mary Shaw (sama przez kilka tygodni bałam się przez nią zasnąć przy zgaszonym świetle). Do tego miasteczka przybywa młody mężczyzna, którego żona została brutalnie zamordowana, a wcześniej dostał on lalkę brzuchomówcy. Zaczyna więc nie tylko wyjaśniać śmierć żony, ale też interesuje się tajemniczą Mary Shaw... a przy okazji okazuje się, że w starych legendach zawsze jest coś z prawdy.
Nie ma w tym filmie krwi i "rzeźni", jest natomiast świetna fabuła, gotyckie budowle i klimat, czy ja wiem?, okrutnych baśni?
Na pewno nie obejrzę drugi raz, ale gorąco polecam go tym, którzy jeszcze nie widzieli - jako alternatywę dla tych wszystkich "Pił" itp.

Kolejnym filmem, który bardzo dobrze się zapowiadał, a który podobał mi się średnio, są "Posłańcy". Obejrzałam go, gdyż chciałam zobaczyć Kristen Stewart w roli innej niż ukochanej wampira. "Posłańcy" to taki horror w wersji light: może i jest nawiedzony dom, może i jest dziecko, które widzi więcej, może i są jakieś pokraczne stwory chodzące po ścianach, może i jest farmer biegający z widłami - ale w sumie to ani się specjalnie nie bałam, ani też nie byłoby mi jest zaskakujące - ale fajerwerków nie ma, dlatego też nie widzę powodu, aby specjalnie się o tym filmie rozpisywać. Zresztą: skoro nawet ja się nie bałam, to musi być słaby.

Natomiast ogromnie podobała mi się "Rebeka" Alfreda Hitchocka (wstyd się przyznać, ale to pierwszy film "Mistrza", który obejrzałam od początku do końca). Film znalazł przez przypadek na YouTube mój wierny towarzysz filmowy, jednak oglądać ze mną nie chciał - więc obejrzałam sama.
Film pochodzi z 1940 roku, jest czarno - biały, gra w nim m.in. Joan Fontaine, która wcieliła się w rolę młodziutkiej, naiwnej i zakochanej dziewczynie oraz Laurence Olivier, który wypada przy niej bardzo blado. Jednak moją absolutną faworytką jest Judith Anderson - już chociażby dla jej roli "złej służącej" warto obejrzeć "Rebekę".
Tytułowa Rebeka jest pierwszą żoną pana De Wintera, z której legendą musi się zmierzyć druga pani de Winter (czyli właśnie Joan Fontaine). To ona, Rebeka, jest główną bohaterką tego filmu, chociaż ani razu nie pojawia się na ekranie. Jednak ani Maxim (Olivier), ani służba jego ogromnej posiadłości nie jest w stanie zapomnieć o demonicznej pani de Winter, która utonęła...
Dla mnie jest to kolejny film z klimatem, w którym podobało mi się dosłownie wszystko: i gra aktorów, i ich kostiumy, i tamtejsze auta, i atmosfera hotelu w Monte Carlo, i dom, w którym rządzi duch zmarłej kobiety - czarno - biała perełka jednym słowem. Polecam, polecam, polecam - chociażby po to by się przekonać, jak zaczynał reżyser "Psychozy".
Film pochodzi z 1940 roku, jest czarno - biały, gra w nim m.in. Joan Fontaine, która wcieliła się w rolę młodziutkiej, naiwnej i zakochanej dziewczynie oraz Laurence Olivier, który wypada przy niej bardzo blado. Jednak moją absolutną faworytką jest Judith Anderson - już chociażby dla jej roli "złej służącej" warto obejrzeć "Rebekę".
Tytułowa Rebeka jest pierwszą żoną pana De Wintera, z której legendą musi się zmierzyć druga pani de Winter (czyli właśnie Joan Fontaine). To ona, Rebeka, jest główną bohaterką tego filmu, chociaż ani razu nie pojawia się na ekranie. Jednak ani Maxim (Olivier), ani służba jego ogromnej posiadłości nie jest w stanie zapomnieć o demonicznej pani de Winter, która utonęła...
Dla mnie jest to kolejny film z klimatem, w którym podobało mi się dosłownie wszystko: i gra aktorów, i ich kostiumy, i tamtejsze auta, i atmosfera hotelu w Monte Carlo, i dom, w którym rządzi duch zmarłej kobiety - czarno - biała perełka jednym słowem. Polecam, polecam, polecam - chociażby po to by się przekonać, jak zaczynał reżyser "Psychozy".
Etykiety:
filmowo
środa, 6 października 2010
(francuska) Filmowa środa - VII
Filmowa środa po francusku? Czemu nie :)
W tym tygodniu swój subiektywny przegląd filmów zaczynam od "Dwóch dni w Paryżu". Dla mnie film jest świetny, chociaż plakat go reklamujący już nieco mniej, bo sugeruje, że jest to produkcja w stylu "Testosteronu" czy "Lejdis".
A nie jest. Film ma banalną fabułę. Francuzka (Julie Delpy - kooocham!) i Amerykanin udają się do Francji, w zamierzeniu na romantyczną podróż. On jest przewrażliwionym neurotykiem, a i ona wygląda na jakąś taką trochę... dziwną. Jej paryscy rodzice wcale nie ułatwiają sprawy. I tak, zamiast naprawiać związek, parze udaje się go prawie rozwalić. A wszystko przez to, że Jack nie rozumie wyzwolonej Marion i spotkanie z jej eks - kochankami to dla niego prawdziwe wyzwanie. Marion natomiast zaczyna dostrzegać, że jej chłopak jest sztywny i ma wysokie mniemanie o sobie - i ogólnie robi się ciekawie.
Film oparty jest głównie na dialogach i nieporozumieniach oraz pokazuje, jak mężczyzna i kobieta inaczej patrzą na to samo. I jak trudna jest droga do porozumienia. A także stawia pytanie, na jak daleką tolerancję można sobie w związku pozwolić. Szczerze polecam wszystkim znudzonym miłosną papką, z jaką najczęściej ma się do czynienia w przypadku filmów o miłości.
Polecam także "Kobieta na Marsie, mężczyzna na Wenus", chociaż w moim odczuciu nie jest on aż tak dobry jak "Dwa dni w Paryżu". Być może wynika to z tego, że to po prostu inny gatunek: bardziej komedia niż dramat czy film obyczajowy. Gra w nim kolejna z moich ulubionych aktorek: Sophie Marceau.
Scenariusz filmu opiera się na sprawdzonym pomyśle: małżeństwo zamienia się rolami. Ona idzie rządzić w firmie męża, on ma dopilnować remontu, zająć się dziećmi, gotować obiady. Niby ograne, ale fajne. Sophie faktycznie gra tak, jakby buzował w niej testosteron, a jej mąż, Hugo, nadzwyczaj łatwo wchodzi w rolę kury domowej.
Fakt, fajerwerków nie ma. Ale jest lekko, zabawnie i miło. A czasem zupełnie mi to wystarczy, by mieć satysfakcję z obejrzanego filmu.

Jeśli mogłabym sobie wybrać, jakiej płci dziecko chciałabym urodzić, to nie miałabym dylematu: chcę dziewczynkę! Nooo, chyba, że ktoś by mi zagwarantował, że mój hipotetyczny synek będzie takim słodziakiem jak Maxime Godart wcielający się w rolę Mikołajka. Jestem zauroczona tym chłopcem, jego minkami, zachowaniem i krótkimi spodenkami. Uwielbiam Mikołajka z dawien dawna i przeniesienie jego przygód na ekran to dla mnie gratka - i dlatego oglądnęłam sobie ten film już drugi raz.
Bardzo podobała mi się też aktorka, która gra matkę Mikołajka i którą widziałam tylko w tym filmie: świetna rola nieco chaotycznej kobiety. Polecam, acz ostrzegam: film jest tak słodki, że kogoś, kto nie przywykł do konsumowania dużej ilości słodkości może poczuć lekkie mdłości - rym niezamierzony.
A poza tym wkurzam się, bo zupełnie ostatnio nie oglądam polskich filmów - i nawet nie mam pomysłów, co mogłabym ewentualnie zobaczyć. Jakieś sugestie?

W tym tygodniu swój subiektywny przegląd filmów zaczynam od "Dwóch dni w Paryżu". Dla mnie film jest świetny, chociaż plakat go reklamujący już nieco mniej, bo sugeruje, że jest to produkcja w stylu "Testosteronu" czy "Lejdis".
A nie jest. Film ma banalną fabułę. Francuzka (Julie Delpy - kooocham!) i Amerykanin udają się do Francji, w zamierzeniu na romantyczną podróż. On jest przewrażliwionym neurotykiem, a i ona wygląda na jakąś taką trochę... dziwną. Jej paryscy rodzice wcale nie ułatwiają sprawy. I tak, zamiast naprawiać związek, parze udaje się go prawie rozwalić. A wszystko przez to, że Jack nie rozumie wyzwolonej Marion i spotkanie z jej eks - kochankami to dla niego prawdziwe wyzwanie. Marion natomiast zaczyna dostrzegać, że jej chłopak jest sztywny i ma wysokie mniemanie o sobie - i ogólnie robi się ciekawie.
Film oparty jest głównie na dialogach i nieporozumieniach oraz pokazuje, jak mężczyzna i kobieta inaczej patrzą na to samo. I jak trudna jest droga do porozumienia. A także stawia pytanie, na jak daleką tolerancję można sobie w związku pozwolić. Szczerze polecam wszystkim znudzonym miłosną papką, z jaką najczęściej ma się do czynienia w przypadku filmów o miłości.
Polecam także "Kobieta na Marsie, mężczyzna na Wenus", chociaż w moim odczuciu nie jest on aż tak dobry jak "Dwa dni w Paryżu". Być może wynika to z tego, że to po prostu inny gatunek: bardziej komedia niż dramat czy film obyczajowy. Gra w nim kolejna z moich ulubionych aktorek: Sophie Marceau.Scenariusz filmu opiera się na sprawdzonym pomyśle: małżeństwo zamienia się rolami. Ona idzie rządzić w firmie męża, on ma dopilnować remontu, zająć się dziećmi, gotować obiady. Niby ograne, ale fajne. Sophie faktycznie gra tak, jakby buzował w niej testosteron, a jej mąż, Hugo, nadzwyczaj łatwo wchodzi w rolę kury domowej.
Fakt, fajerwerków nie ma. Ale jest lekko, zabawnie i miło. A czasem zupełnie mi to wystarczy, by mieć satysfakcję z obejrzanego filmu.

Jeśli mogłabym sobie wybrać, jakiej płci dziecko chciałabym urodzić, to nie miałabym dylematu: chcę dziewczynkę! Nooo, chyba, że ktoś by mi zagwarantował, że mój hipotetyczny synek będzie takim słodziakiem jak Maxime Godart wcielający się w rolę Mikołajka. Jestem zauroczona tym chłopcem, jego minkami, zachowaniem i krótkimi spodenkami. Uwielbiam Mikołajka z dawien dawna i przeniesienie jego przygód na ekran to dla mnie gratka - i dlatego oglądnęłam sobie ten film już drugi raz.
Bardzo podobała mi się też aktorka, która gra matkę Mikołajka i którą widziałam tylko w tym filmie: świetna rola nieco chaotycznej kobiety. Polecam, acz ostrzegam: film jest tak słodki, że kogoś, kto nie przywykł do konsumowania dużej ilości słodkości może poczuć lekkie mdłości - rym niezamierzony.
A poza tym wkurzam się, bo zupełnie ostatnio nie oglądam polskich filmów - i nawet nie mam pomysłów, co mogłabym ewentualnie zobaczyć. Jakieś sugestie?
Etykiety:
filmowo
środa, 29 września 2010
Filmowa środa - VI
Skoro dziś środa... to nie może być inaczej: będzie o filmach. Dwóch bardzo znanych i jednym może nieco mniej.

"Slumdog. Milioner z ulicy" to film, który dostał aż osiem Oskarów, a mnie jakoś do gustu nie przypadł: ani za pierwszym, ani za drugim podejściem. Historia o "herbaciarzu", który wygrał indyjską edycją programu "Milionerzy" wydaje mi się nie tyle nieprawdopodobna, co kiczowata i naiwna. Film, owszem, ogląda się dobrze (dynamiczny montaż, fajna muzyka w tle), ale uważam, że jest dużo filmów o niebo lepszych i tutaj tak naprawdę nie ma się czym zachwycać. Poza tym do filmu ostatecznie zniechęciła mnie... Beata Pawlikowska. Miałam taki okres, że w każdą niedzielę słuchałam jej programu "Świat według blondynki" i ona za każdym razem wspominała o tym filmie - do znudzenia. Na szczęście równie często puszczała piosenkę ze ścieżki dźwiękowej, którą uwielbiam:

Drugim filmem, również oscarowym, jest "Milion Dollar Baby" (polski tytuł, "Ze wszelką cenę", jakoś mi się nie podoba). Clinta Eastwooda na dobre polubiłam po "Gran Torino", w którym, moim zdaniem, zagrał świetnie i mam jeszcze w planach "Bez przebaczenia", w którym ten aktor występuje i który także dostał Oscara.
"Milion Dollar Baby" to także bardzo prosta historia, która na długo zapadła mi w pamięć. Opowiada o trenerze boksu, który wytrenował wielu zawodników, jednak nigdy nie pracował z kobietą, do czasu aż spotkał 30-letnia Maggie, która jest zdeterminowana, by zaistnieć w kobiecym boksie. Początkowo trener odmawia współpracy z dziewczyną, dopóki nie zauważa... - zresztą, czy ja naprawdę muszę opowiadać o fabule tego filmu :)? Chyba niewiele jest osób, które go nie widziały.
Podoba mi się ten film: za przyjaźń, jaka rodzi się między dwoma głównymi bohaterami i to, jak trener Frankie się pod jej wpływem zmienia, za determinację Maggie, za ostatnią scenę wreszcie...
Polecam!
I ostatni film, bardzo w moim guście: "Recepta na szczęście" z Sarah Jessicą Parker (nie trzeba przedstawiać) i Ellen Page (główna bohaterka z "Juno"). Film jest słodko-gorzką historią profesora angielskiego, który nie radzi sobie po śmierci żony. Współpracownicy i studenci nie lubią go, nie dogaduje się z rodziną (oryginalną, trzeba rzec!), na dodatek wprowadza się do niego przyrodni brat, którego nie ma ochoty widzieć. Wszystko zmienia się, gdy poznaje doktor Janet, swoją byłą studentkę, która kiedyś przez niego rzuciła studia. I od tego czasu powoli, krok po kroku, wiele rzeczy w życiu profesora zaczyna się zmieniać.
Bardzo ładny film - po prostu. Kameralny, z błyskotliwymi dialogami i bez łatwego optymizmu. Świetny do obejrzenia pod kocykiem, z kubkiem herbaty w ręku.

"Slumdog. Milioner z ulicy" to film, który dostał aż osiem Oskarów, a mnie jakoś do gustu nie przypadł: ani za pierwszym, ani za drugim podejściem. Historia o "herbaciarzu", który wygrał indyjską edycją programu "Milionerzy" wydaje mi się nie tyle nieprawdopodobna, co kiczowata i naiwna. Film, owszem, ogląda się dobrze (dynamiczny montaż, fajna muzyka w tle), ale uważam, że jest dużo filmów o niebo lepszych i tutaj tak naprawdę nie ma się czym zachwycać. Poza tym do filmu ostatecznie zniechęciła mnie... Beata Pawlikowska. Miałam taki okres, że w każdą niedzielę słuchałam jej programu "Świat według blondynki" i ona za każdym razem wspominała o tym filmie - do znudzenia. Na szczęście równie często puszczała piosenkę ze ścieżki dźwiękowej, którą uwielbiam:

Drugim filmem, również oscarowym, jest "Milion Dollar Baby" (polski tytuł, "Ze wszelką cenę", jakoś mi się nie podoba). Clinta Eastwooda na dobre polubiłam po "Gran Torino", w którym, moim zdaniem, zagrał świetnie i mam jeszcze w planach "Bez przebaczenia", w którym ten aktor występuje i który także dostał Oscara.
"Milion Dollar Baby" to także bardzo prosta historia, która na długo zapadła mi w pamięć. Opowiada o trenerze boksu, który wytrenował wielu zawodników, jednak nigdy nie pracował z kobietą, do czasu aż spotkał 30-letnia Maggie, która jest zdeterminowana, by zaistnieć w kobiecym boksie. Początkowo trener odmawia współpracy z dziewczyną, dopóki nie zauważa... - zresztą, czy ja naprawdę muszę opowiadać o fabule tego filmu :)? Chyba niewiele jest osób, które go nie widziały.
Podoba mi się ten film: za przyjaźń, jaka rodzi się między dwoma głównymi bohaterami i to, jak trener Frankie się pod jej wpływem zmienia, za determinację Maggie, za ostatnią scenę wreszcie...
Polecam!

I ostatni film, bardzo w moim guście: "Recepta na szczęście" z Sarah Jessicą Parker (nie trzeba przedstawiać) i Ellen Page (główna bohaterka z "Juno"). Film jest słodko-gorzką historią profesora angielskiego, który nie radzi sobie po śmierci żony. Współpracownicy i studenci nie lubią go, nie dogaduje się z rodziną (oryginalną, trzeba rzec!), na dodatek wprowadza się do niego przyrodni brat, którego nie ma ochoty widzieć. Wszystko zmienia się, gdy poznaje doktor Janet, swoją byłą studentkę, która kiedyś przez niego rzuciła studia. I od tego czasu powoli, krok po kroku, wiele rzeczy w życiu profesora zaczyna się zmieniać.
Bardzo ładny film - po prostu. Kameralny, z błyskotliwymi dialogami i bez łatwego optymizmu. Świetny do obejrzenia pod kocykiem, z kubkiem herbaty w ręku.
środa, 22 września 2010
Filmowa środa - V
Po fatalnej ubiegłotygodniowej środzie, w tym tygodniu mam o czym napisać i mam co polecać.

Zacznę od początku, czyli od "Wyspy tajemnic". Wiele osób zachwyca się tym filmem, porównując go np. do "Szóstego zmysłu" i ja to porównanie uważam za trafne, chociaż problematyka obu filmów jest całkiem różna. Co je łączy to fakt, że zakończenie, oględnie mówiąc, robi z widza idiotę. Okazuje się bowiem, że to, co od początku brał za filmową prawdę... jest nieprawdą i wszystkie sceny należy od nowa sobie zinterpretować. A najlepiej obejrzeć film jeszcze raz, żeby wszystko zrozumieć. Chociaż w przypadku "Wyspy tajemnic" jednoznacznej interpretacji zakończenia nie ma.
Kolejnym filmem jest "Amadeusz" - pierwsza pozycja z mojego oscarowego wyzwania. Zupełnie nie rozumiem, jak mogłam robić do niego tyle podejść.Film mnie zachwycił: muzyką, kostiumami, opowiedzianą historią: wszystkim!

Zacznę od początku, czyli od "Wyspy tajemnic". Wiele osób zachwyca się tym filmem, porównując go np. do "Szóstego zmysłu" i ja to porównanie uważam za trafne, chociaż problematyka obu filmów jest całkiem różna. Co je łączy to fakt, że zakończenie, oględnie mówiąc, robi z widza idiotę. Okazuje się bowiem, że to, co od początku brał za filmową prawdę... jest nieprawdą i wszystkie sceny należy od nowa sobie zinterpretować. A najlepiej obejrzeć film jeszcze raz, żeby wszystko zrozumieć. Chociaż w przypadku "Wyspy tajemnic" jednoznacznej interpretacji zakończenia nie ma.
O czym jest film? O niczym szczególnym, szczerze mówiąc. Postać grana przez Leonarda DiCaprio przybywa na wyspę, gdzie znajduje się zakład psychiatryczny dla szczególnie niebezpiecznych więźniów. Ma tam poprowadzić śledztwo wyjaśniące zaginięcie jednej z kobiet. Jak to zwykle w takich filmach bywa, zaczyna odkrywać rzeczy, których początkowo zupełnie nie przewidział. W dodatku dręczą go koszmarne sny, w których widzi swoją zmarłą żonę.
Dlaczego więc film polecam? Przede wszystkim: zakończenie. Poza tym bardzo podobał mi się "więzienno-psychiatryczny" klimat i oczywiście boski Leo. Dla mnie niesamowita jest droga, którą przeszedł: od słodkiego Romeo i Jacka w "Titanicu", do roli takich jak ta. WARTO!
Kolejnym filmem jest "Amadeusz" - pierwsza pozycja z mojego oscarowego wyzwania. Zupełnie nie rozumiem, jak mogłam robić do niego tyle podejść.Film mnie zachwycił: muzyką, kostiumami, opowiedzianą historią: wszystkim!Nie widzę sensu, aby streszczać fabułę, wystarczy że powiem, iż jest to opowieść o Mozarcie - jednak jego biografia została bardzo luźno potraktowana. Mozart zaś w niczym nie przypomina "napuszonego" kompozytora: chichra się, drapie po łydce, jest uroczo niefrasobliwy i dziecinny. Bardzo podoba mi się sposób, w jaki poprowaodzona została ta historia: u schyłku życia kompozytor wiedeński, który zazdrościł Mozartowi talentu i który przyczynił się do jego śmierci, spowiada się ze swojego życia, przy czym jest dla siebie bezlitosny.
Dla mnie "Amadeusz" to opowieść uniwersalna: o dramacie jednostki, która chce być kimś, o chorych ambicjach, o wadzeniu się z Bogiem, wreszcie, o losie artysty obdarzonym ogromnym, wykraczjącym poza swoją epokę talencie. Gdybym miała określić "Amadeusza" jednym słowem, to zdecydowanie byłoby to słowo na A. Jak Arcydzieło!

Na koniec, by nieco spuścić z tonu, polecam film "Poziom 2" - trzymający w napięciu thriller. Dawno się tak nie bałam, chociaż film nie jest horrorem (mógł się o tym przekonać mój wierny towarzysz filmowy, zza którego pleców zerkałam na ekran). "Poziom 2" to znów nieco banalna historyjka o tym, co się dzieje, gdy człowiek zasiedzi się po godzinach w pracy. Może wtedy spotkać na parkingu chorego psychicznie ochroniarza, który nie tylko będzie go ścigał po wszystkich poziomach, lecz także poszczuje go groźnym psem, podtopi w windzie, zaprosi na kolację wigilijną, a przy okazji zabije kilka osób.
Pamiętacie chłopaka córki głównego bohatera z "Americna Beauty"? Tak, to ten, który filmował foliówkę na wietrze. Tutaj można go zobaczyć właśnie w roli ochroniarza i zagrał ją naprawdę świetnie. I chociażby po to, żeby zobaczyć co stało się z gwiazdą "Amercina Beauty" warto zwrócić na ten film uwagę.
Etykiety:
filmowo
środa, 15 września 2010
(nieudana) Filmowa środa - IV
Miniony tydzień zaliczam do filmowo nieudanych. Zaczęłam od "Kołysanki" Juliusza Machulskiego, ale kompletnie mi ten film nie przypadł do gustu: nieśmieszny i niepoważny, a w dodatku siłą rzeczy akcja rozgrywa się w mroku, więc chwilami musiałam domyślać się tego, co dzieje się na ekranie.
Dalej: dwa razy udało mi się zasnąć na "Amadeuszu" i dochodzę do wniosku, że ten film chyba nie jest mi pisany. Mało tego: zgubiłam gdzieś płytę z filmem "Tańczący z wilkami" - i to wtedy, kiedy półtorej godziny oglądania miałam już za sobą. A żeby nie było tak całkowicie beznadziejnie, to dodaję, że bardzo podoba mi się "Wyspa tajemnic", którą właśnie oglądam i o której napiszę za tydzień.
A że dziś powstała notka o filmach, których nie obejrzałam, to napiszę o jeszcze kilku, które planuję obejrzeć w najbliższym czasie.
Po pierwsze: "Szaleństwa króla Jerzego" oparte są na prozie Alana Bennetta, który zachwycił mnie swoją "Czytelniczką znakomitą" i teraz będę polować na wszystko, co z nim związane.
Po drugie: "Juno", o którym to filmie przeczytałam w "Magmie" Agnieszki Graff. Oglądałam ten film już wcześniej, ale dopadła mnie absolutna amnezja i oprócz telefonu w kształcie hamburgera nic z niego nie zapamiętałam.
Po trzecie: "Spacer w chmurach". Przeczytałam o tym filmie w "Białych zeszytach" Soni Raduńskiej i tak się czaję na niego od dłuższego czasu.
Od dłuższego czasu mam też ochotę na film "Kotka na blaszanym, gorącym dachu"(na podstawie utworu Tennessee Williamsa) i "Czuła jest noc" (na podstawie powieści Fitzgeralda).
No i oczywiście filmy w wyzwania Oscarowego... mam tylko nadzieję, że nie pójdzie mi tak marnie, jak w tym tygodniu.
A na koniec chciałabym podzielić się piosenką, którą kilka dni temu usłyszałam w radiowej Trójce i która od tamtego czasu za mną "chodzi". Chętnie usłyszałabym ją w jakimś filmie:
Dalej: dwa razy udało mi się zasnąć na "Amadeuszu" i dochodzę do wniosku, że ten film chyba nie jest mi pisany. Mało tego: zgubiłam gdzieś płytę z filmem "Tańczący z wilkami" - i to wtedy, kiedy półtorej godziny oglądania miałam już za sobą. A żeby nie było tak całkowicie beznadziejnie, to dodaję, że bardzo podoba mi się "Wyspa tajemnic", którą właśnie oglądam i o której napiszę za tydzień.
A że dziś powstała notka o filmach, których nie obejrzałam, to napiszę o jeszcze kilku, które planuję obejrzeć w najbliższym czasie.
Po pierwsze: "Szaleństwa króla Jerzego" oparte są na prozie Alana Bennetta, który zachwycił mnie swoją "Czytelniczką znakomitą" i teraz będę polować na wszystko, co z nim związane.
Po drugie: "Juno", o którym to filmie przeczytałam w "Magmie" Agnieszki Graff. Oglądałam ten film już wcześniej, ale dopadła mnie absolutna amnezja i oprócz telefonu w kształcie hamburgera nic z niego nie zapamiętałam.
Po trzecie: "Spacer w chmurach". Przeczytałam o tym filmie w "Białych zeszytach" Soni Raduńskiej i tak się czaję na niego od dłuższego czasu.
Od dłuższego czasu mam też ochotę na film "Kotka na blaszanym, gorącym dachu"(na podstawie utworu Tennessee Williamsa) i "Czuła jest noc" (na podstawie powieści Fitzgeralda).
No i oczywiście filmy w wyzwania Oscarowego... mam tylko nadzieję, że nie pójdzie mi tak marnie, jak w tym tygodniu.
A na koniec chciałabym podzielić się piosenką, którą kilka dni temu usłyszałam w radiowej Trójce i która od tamtego czasu za mną "chodzi". Chętnie usłyszałabym ją w jakimś filmie:
środa, 8 września 2010
Filmowa środa - III
Tydzień rozpoczęłam ambitnie dwoma filmami, które otrzymały Oscara: "Amadeuszem" i filmem "Tańczący z wilkami". Na obu poległam: w pierwszym straciłam wątek, drugi okazał się za długi (prawie cztery godziny...). Dlatego miało być ambitnie, a wyszło, cóż, jak zwykle.
Film "Kobiety pragną bardziej" skusił mnie obsadą: Jennifer Aniston, Scarlett Johanson, Drew Barrymore, Ben Affleck, Jennifer Connelly... Rzadko tyle gwiazd udaje się zgromadzić w jednym filmie i rzadko zdarza się, żebym oglądała tego typu obrazy więcej niż raz. Ten obejrzałam dwa. Opowiada on historie osób, które szukają swojego miejsca w życiu i miłości, próbują pokonać samotność, nudę, rutynę... z różnym powodzeniem i różnym skutkiem. Film ten zawiera całą garść "mądrości" na temat związków damsko - męskich, pokazuje ich najróżniejsze konfiguracje i ogólnie ogląda się go świetnie: akcja szybko posuwa się do przodu, każdy z bohaterów prezentuje inny typ, nie ma miejsca na nudę. Ot, jedna z wielu tego typu produkcji. Dlaczego więc sięgnęłam po ten film jeszcze raz? Bo bardzo podobała mi się teoria "reguły i wyjątku" (niestety, ale jestem regułą - kto oglądał ten wie, o czym mówię) i opowieść, której główną bohaterką była Jennifer Connelly: świetnie poprowadzony wątek z papierosami, które stały się przyczyną wystawienia mężowi walizek za drzwi. Polecam!
Drugi film polecam z równie wielkim przekonaniem. To kolejne pozycja z mojej pracy magisterskiej i gdybym ja miała nadać mu tytuł, to nie byłoby to "Moje życie beze mnie", lecz "O śmierci bez przesady".Młoda kobieta dowiaduje się, że zostało jej kilka miesięcy życia. Ma męża, ma dwie małe córeczki, ma życie przed sobą. Nie histeryzuje, nie stawia egzystencjalnych pytań, lecz bierze notes... i spisuje, co jeszcze musi zrobić, zanim umrze. A musi iść do fryzjera, przespać się z kimś innym niż mąż, nagrać urodzinowe kasety dla swoich córek, znaleźć im matkę, która ją zastąpi...
Gdy piszę o tym, mam gęsią skórkę. Tak naprawdę jest to bardzo prosta historia, opowiedziana bez patosu i ozdobników, ale wrażenie robi ogromne.Może dlatego, że główna bohaterka jest prostą, niewykształconą dziewczyną, która swoją sytuację przeżywa "po prostu", tak, jak potrafi? Również ogromnie polecam!
(Isabel Coixet mogę polecić jeszcze "Życie ukryte w słowach, z tą samą aktorkę w roli głównej, co w "Moje życie beze mnie").
A na koniec napiszę o filmie, który polecam i nie polecam jednocześnie. Mam tu na myśli horror "Amityville", o którego fabule do końca nie mogę się wypowiedzieć, gdyż oglądałam go przez palce - po prostu się bałam. Z założenia horrorów nie oglądam, właśnie dlatego, że potem śnią mi się koszmary, na ten zerkałam, gdy oglądał go mój Piotr. Co udało mi się wyłapać: w domu leżącym w pewnym oddaleniu od miasteczka popełniono zbrodnię: zastrzelona została cała rodzina, a człowiek, który przyznał się do morderstwa twierdzi, że zmusiły go do tego "głosy". Rok po tych wydarzeniach do tego samego domu wprowadza się młode małżeństwo z dziećmi. I historia zaczyna się jakby powtarzać...
Polecam ten film, bo w moim odczuciu nawiązuje np. do "Lśnienia" i naprawdę się bałam - więc jeśli ktoś lubi się bać, to może mu się spodobać. Natomiast nie polecam, gdyż zawsze niezmiernie denerwują mnie historie, w których bohaterowie wprowadzają się do domów, w których straszy, chociaż wiedzą, co tam się wydarzyło. Poza tym wkurza mnie, jak wchodzą do ciemnych piwnic czy garaży, żeby sprawdzić, co tam skrzypi... normalny człowiek wiałby, gdzie pieprz rośnie. A poza tym w finałowej scenie ZAWSZE jest burza... i to też mnie drażni.

Film "Kobiety pragną bardziej" skusił mnie obsadą: Jennifer Aniston, Scarlett Johanson, Drew Barrymore, Ben Affleck, Jennifer Connelly... Rzadko tyle gwiazd udaje się zgromadzić w jednym filmie i rzadko zdarza się, żebym oglądała tego typu obrazy więcej niż raz. Ten obejrzałam dwa. Opowiada on historie osób, które szukają swojego miejsca w życiu i miłości, próbują pokonać samotność, nudę, rutynę... z różnym powodzeniem i różnym skutkiem. Film ten zawiera całą garść "mądrości" na temat związków damsko - męskich, pokazuje ich najróżniejsze konfiguracje i ogólnie ogląda się go świetnie: akcja szybko posuwa się do przodu, każdy z bohaterów prezentuje inny typ, nie ma miejsca na nudę. Ot, jedna z wielu tego typu produkcji. Dlaczego więc sięgnęłam po ten film jeszcze raz? Bo bardzo podobała mi się teoria "reguły i wyjątku" (niestety, ale jestem regułą - kto oglądał ten wie, o czym mówię) i opowieść, której główną bohaterką była Jennifer Connelly: świetnie poprowadzony wątek z papierosami, które stały się przyczyną wystawienia mężowi walizek za drzwi. Polecam!

Drugi film polecam z równie wielkim przekonaniem. To kolejne pozycja z mojej pracy magisterskiej i gdybym ja miała nadać mu tytuł, to nie byłoby to "Moje życie beze mnie", lecz "O śmierci bez przesady".Młoda kobieta dowiaduje się, że zostało jej kilka miesięcy życia. Ma męża, ma dwie małe córeczki, ma życie przed sobą. Nie histeryzuje, nie stawia egzystencjalnych pytań, lecz bierze notes... i spisuje, co jeszcze musi zrobić, zanim umrze. A musi iść do fryzjera, przespać się z kimś innym niż mąż, nagrać urodzinowe kasety dla swoich córek, znaleźć im matkę, która ją zastąpi...
Gdy piszę o tym, mam gęsią skórkę. Tak naprawdę jest to bardzo prosta historia, opowiedziana bez patosu i ozdobników, ale wrażenie robi ogromne.Może dlatego, że główna bohaterka jest prostą, niewykształconą dziewczyną, która swoją sytuację przeżywa "po prostu", tak, jak potrafi? Również ogromnie polecam!
(Isabel Coixet mogę polecić jeszcze "Życie ukryte w słowach, z tą samą aktorkę w roli głównej, co w "Moje życie beze mnie").

A na koniec napiszę o filmie, który polecam i nie polecam jednocześnie. Mam tu na myśli horror "Amityville", o którego fabule do końca nie mogę się wypowiedzieć, gdyż oglądałam go przez palce - po prostu się bałam. Z założenia horrorów nie oglądam, właśnie dlatego, że potem śnią mi się koszmary, na ten zerkałam, gdy oglądał go mój Piotr. Co udało mi się wyłapać: w domu leżącym w pewnym oddaleniu od miasteczka popełniono zbrodnię: zastrzelona została cała rodzina, a człowiek, który przyznał się do morderstwa twierdzi, że zmusiły go do tego "głosy". Rok po tych wydarzeniach do tego samego domu wprowadza się młode małżeństwo z dziećmi. I historia zaczyna się jakby powtarzać...
Polecam ten film, bo w moim odczuciu nawiązuje np. do "Lśnienia" i naprawdę się bałam - więc jeśli ktoś lubi się bać, to może mu się spodobać. Natomiast nie polecam, gdyż zawsze niezmiernie denerwują mnie historie, w których bohaterowie wprowadzają się do domów, w których straszy, chociaż wiedzą, co tam się wydarzyło. Poza tym wkurza mnie, jak wchodzą do ciemnych piwnic czy garaży, żeby sprawdzić, co tam skrzypi... normalny człowiek wiałby, gdzie pieprz rośnie. A poza tym w finałowej scenie ZAWSZE jest burza... i to też mnie drażni.
Etykiety:
filmowo
Subskrybuj:
Posty (Atom)








