Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przewodnik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przewodnik. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 4 lipca 2011

Czytanie tematyczne: Spacerownik po Londynie pod rękę z Virginią Woolf


Książki pani Woolf lubię i cenię od dawna, chociaż nie ukrywam, wszystkich nie przeczytałam (natomiast "Panią Dalloway" i inspirowane nią "Godziny" czytałam kilka razy, więc jest to jakaś rekompensata).

"Widoki Londynu" (tytuł jest odpowiedzią na zagadkę z poprzedniego zagadkowego wpisu: z okna (widoki) plus miasto (Londyn), a Londyn leży w Anglii, więc książka jest angielską częścią cyklu wakacyjnego - Kaś, proste, prawda :)? ) to zbiór sześciu esejów o Londynie. Same opisy... w dodatku opisy miejsca, w którym nigdy nie byłam (wstyd!). Tematyka w zasadzie nie różni się więc od tego, co prezentują przewodniki turystyczne, ale za to wykonanie... czapki z głów!

Virignia Woolf ma wybitny zmysł obserwacji - taki oto mało błyskotliwy wniosek wysnułam po lekturze. Wydaje mi się, że nie jest trudno pisać o architekturze i krajobrazie ukochanego miasta. Natomiast pisać o ludziach związanych z danym miejsce, i to pisać w tak subiektywny i niesztampowy sposób - to już mi się podobało bardzo!

Przykłady? Opisując angielskie kościoły, Woolf stwierdza, że zmarli prezentują w nich postawę wybitnie roszczeniową. Całe metry ścian pokryte są spisanymi ich zasługami i cnotami - to prawdziwa rozpusta w porównaniu ze skromnymi nagrobkami, które nie rzucają się w oczy.
Zwiedzając domy dwóch sławnych pisarzy, Woolf dowodzi, jaki wpływ na życie jednego z nich miał brak dostępu do bieżącej wody.
I wreszcie: nie zna Londynu ten, kto nie zna pewnej szacownej damy, latem zasiadającej przy oknie, zimą zaś przy kominku, w której salonie zdają się zbiegać wszystkie londyńskie plotki i ploteczki. Nikt nie może wziąć ślubu, aby ona nie wiedziała, żaden skandal nie obejdzie się bez jej patronatu.

Co jeszcze? Nie zdradzę, ale gorąco zachęcam do odbycia spaceru wraz z autorką: jest ona świetną przewodniczką i opowiada niezwykle sugestywnie o mieście, o którym, zdawać by się mogło, napisano już wszystko. Dla mnie rewelacja, chociaż książka jest zdecydowanie zbyt krótko... Polecam!

Egzemplarz Widoków Londynu otrzymałam od księgarni Prus24.

V. Woolf, Widoki Londynu, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2009.

niedziela, 26 września 2010

Weekendowy spacer po Madrycie (Mój Madryt - Conrado Moreno)


Conrado Moreno znany jest głównie z programu "Europa da się lubić" (no, sprawdziłam: w "Tańcu z gwiazdami" też brał udział, zresztą: kto nie brał?), teraz jednak bardziej będzie mi się kojarzył ze świetnie napisanym przewodnikiem po Madrycie.

Generalnie po przewodniki sięgam wtedy, gdy wybieram się w jakieś miejsce, ale ten przeczytałam sobie ot tak, by jesienną wprawić się w wakacyjny klimat (tym bardziej, że wakacji jako takich w tym roku nie miałam). I co? I to, że teraz chcę do Madrytu jechać!

Conrado Moreno, który od wielu lat żyje w Polsce, oprowadza czytelnika po ulicach i uliczkach Madrytu, pisze o historii miasta i jego miejsca, pisze o ludziach, którzy Madryt ukształtowali i kształtują, pisze o zabytkach, muzeach, ale też o straganach z książkami, dzielnicy literatów i polskim poecie Józefie Łobodowskim, o którym pierwszy raz dzięki tej książce usłyszałam.
Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym uważnie nie przyjrzała się części poświęconej madryckim restauracją, barom i kawiarniom (kiepski pomysł dla osoby, która od tygodnia jest na straszne diecie South Beach - zero słodyczy!) i znalazłam przepisy m.in. na tortilla espanola, patatas bravas (robiłam kiedyś ziemniaczki w podobny sposób, ale nie wiedziałam, że mają taką ładną, hiszpańską nazwę), ensaladilla rusa czy bonito con tomate - wszystko przepisy są bardzo proste i do zrobienia w polskiej kuchni, a już same nazwy brzmią po prostu "mniam".

Ogromnym atutem książki są fotografie, właściwie wszystko, o czym autor pisze można sobie obejrzeć na zdjęciu, a nie tylko wyobrazić oraz ostatni, piąty rozdział, gdzie Conrado Moreno opisuje okolice Madrytu, zaopatrzone w mapy, co by się nie zgubić. Warto więc mieć ze sobą tą książkę w podróży do tego miasta - i po prostu dać się jej prowadzić.

Bardzo chętnie wybrałam się na książkowy spacer po Madrycie i za spore osiągnięcie autora uważam to, że w którymś momencie przestałam książkę czytać jak przewodnik, a stała się dla mnie po prostu opowieścią po fascynującym miejscu, gdzie tworzy się wybuchowa mieszanka historii, smaków, kultury, ciekawych osobowości, zabaw, świąt, zakątków i wielkich placów, fontann i gór, pałaców i pomników... i mogłabym tak jeszcze długo :)

A za tydzień zapraszam na spacer po Paryżu :)

C. Moreno, Mój Madryt, wyd. Pascal, Bielsko - Biała 2010, s. 256.

poniedziałek, 19 lipca 2010

Kraj "porannej świeżości" (Zaproszenie na kimchi - Lena Świadek)


Na wydawnictwo Kwiaty Orientu, promujące kulturę koreańską w Polsce, trafiłam przypadkiem: w lipcowym numerze "Zwierciadła" znajduje się recenzja książki "Ptak", która została wydana właśnie w Kwiatach. Weszłam na stronę, poszperałam i oprócz "Ptaka" zainteresowało mnie jeszcze kilka książek, w tym "Zaproszenie na kimchi", o którym dziś napiszę.

Czym jest tytułowe kimchi? Mówiąc najprościej: kapustą po koreańsku, którą zajadała się autorka. Jak Lena Świadek się w Korei Południowej znalazła? Uczyła tam angielskiego i przez trzy lata mieszkała w tym egzotycznym dla Polaków kraju. Miała więc dość czasu, by poznać historię, kulturę, a także mentalność Koreańczyków.

"Zaproszenie na kimchi" to zbiór anegdotek i obserwacji autorki. Nie jest to szczegółowy pamiętnik, ani obszerny zapis życia w Korei, nie. Lena Świadek pisze o tym, co wydaje jej się najważniejsze i najbardziej dla Korei charakterystyczne. Utrwala to, co ją zdziwiło i co zapewne zdziwi czytelnika. To zdziwienie na pewno było dwustronne: autorka ma 180 cm i jasne włosy, co wśród Koreańczyków budziło niemało sensację.

Co może Polaka zdziwić w Korei? Np. to, że po tym, jak w jednym z koszy na śmieci podłożono bombę, kosze praktycznie z Seulu zniknęły. Albo fakt, że większość osób z upodobaniem chodzi do łaźni miejskiej, gdzie masażystka w trakcie masażu zdziera skórę z pleców, okłada łokciami, a na koniec można przespać się na podłodze z drewnianym klockiem pod głową - Lena Świadek ledwie to doświadczenie przeżyła. Była też szczerze zdziwiona, że staruszkowie mieli kondycję lepszą od niej...

Bardzo mi się podobał rozdział poświęcony koreańskim kobietom, które w kwestii emancypacji mają jeszcze wiele do zrobienia: nadal ich życiowym celem jest wyjść za mąż i urodzić mężowi dziecko. Za syna dostaje się tu samochód, za dziewczynkę bukiet kwiatów. Inny przykład:

- Muszę wyjść za mąż - powiedziała koreańska malarka z powagą. - Potrzebuję modela, który będzie pozował mi nago.

Te i inne tego typu scenki mówią o Korei więcej, niż opasłe analizy socjologiczne.

Co jeszcze? Krótki zarys najnowszej historii Korei, swoistej filozofii Koreańczyków, przegląd świąt i przede wszystkim historie o ludziach, ludziach i jeszcze raz ludziach... znanych i nieznanych.

Dałam się zaprosić na kimchi i wcale nie żałuję, co więcej: wszystkich zachęcam do odbycia tej krótkiej przygody z Koreą Południową - książka niech będzie przewodnikiem!

Jedyne zastrzeżenia mogę mieć do błędów językowych, jakie wyłowiło moje czytelnicze oko. Nie są one może jakoś specjalnie rażące, ale jednak są...

A poza tym po lekturze tej książki muszę bliżej przyjrzeć się koreańskim bajkom, które wyjaśniają np. skąd na Księżycu wzięły się dwa króliczki przygotowujące ciastka w moździerzu :)

L. Świadek, Zaproszenie na kimchi, wyd. Kwiaty Orientu, Skarżysko - Kamienna 2008, s. 96.

niedziela, 18 lipca 2010

Blondynka na Bliskim Wschodzie (Anna Jackowska - Kobieta na motocyklu)


Jak większość książek w ostatnim czasie i tę czytałam wyciągnięta na leżaku, z czymś zimnym w ręce, w ciemnych okularach na nosie i chustce zamotanej na głowie, co by się nie przegrzać. I w tych komfortowych warunkach orzechowo - leżakowych, czytałam sobie o kobiecie, która wyruszyła w samotną podróż na motocyklu do Syrii i Jordanii. Kraje te przemierzała w kasku i skafandrze motocyklowym, a temperatura dochodziła do 40 stopni w cieniu. Hmmm...

Kobietą, o której piszę jest Anna Jackowska, filigranowa blondynka, z wykształcenia psycholog, która porzuciła wygodną posadę w korporacji by na nowo odkryć, co to znaczy życie poza biurkiem. Dla mnie już chociażby ze względu na to zasługuje na szacunek, bo nie oszukujmy się: niewiele osób dziś stać na to, by porzucić stabilizację, nawet jeśli drogo się za nią płaci, i skoczyć na główkę w nieznane.

A to "nieznane" wydaję się naprawdę ryzykowne: samotna biała kobieta w Syrii i Jordanii... przed wyjazdem autorka słyszała ostrzeżenia, że nic dobrego z tej wyprawy nie będzie: pobiją ją, okradną, wróci bez motocyklu albo w ogóle nie wróci. Tymczasem nic takiego nie miało miejsca. Przeciwnie: ludzie są życzliwi, pomocni, zainteresowani jej wyprawą. Anna Jackowska pisze tak:
Nikogo o drogę pytać nie muszę, bowiem wszyscy sami mnie o to pytają. Wystarczy, że zwolnię, aby się porozglądać, a już z jadących obok mnie samochodów wychylają się pytające głowy - Czy potrzebujesz pomocy? Czy wszystko OK? - Zastanawiam się, czy z taką samą ciepłą reakcją spotkałby się Arab jadący na rowerze po którymś z uroczych polskich miast.

No właśnie... "Kobieta na motocyklu" to książka po podróżowaniu, odkrywaniu nowej, jakby nie było, egzotycznej kultury, poznawaniu nowych ludzi i miejsc. To także książka o łamaniu stereotypów dotyczących krajów Bliskiego Wschodu i pokonywaniu własnych ograniczeń: mimo przyjaznych reakcji, autorka sama musi zatroszczyć się o własne bezpieczeństwo, o to, co będzie jeść i gdzie będzie spać. I chociaż chwilami nie jest łatwo, okazuje się, że można - i bardzo mi się to przesłanie podoba.

Pierwszy raz usłyszałam o Annie Jackowskiej w audycji Marzeny Chełminiak i wypowiedzi autorki skusiły mnie do sięgnięcia po tą książkę: lubię bowiem, kiedy ktoś o swoich pasjach opowiada z pasją i ta pozycja też o tym mówi: o radości odkrywania, poznawania, smakowania tego, co nowe.

Na koniec zacytuję jeszcze jeden fragment, który dla mnie stanowi świetne domkniecie tej opowieści. Autorka, która przemierzyła tysiące kilometrów, zorientowała się, że jest "w domu" nie po tablicach informacyjnych, lecz po zachowaniach ludzi.

- Czy może mi Pan pomóc z tymi gratami? - No dobrze, skoro muszę...

Dodam, że przez całą podróż nikogo o pomoc prosić nie musiała. Cóż...

A. Jackowska, Kobieta na motocyklu, wyd. Pascal, Bielsko - Biała 2010, s. 288.

(Były polskie drogi i bezdroża, była Syria i Jordania, jutro będzie Korea - całkiem ładny cykl podróżniczy mi się przez przypadek utworzył. Czyżbym latem podświadomie wybierała takie książki? :) )

sobota, 17 lipca 2010

Turysto, zejdź z głównej drogi! (Wardęga. Opowieście z pobocza drogi - Lechosław Herz)



Rzadko czytam książki inaczej, niż tradycyjnie, czyli od deski do deski i od początku do końca. Tym razem jednak poniosła mnie ułańska fantazja i zaczęłam od mniej więcej środka, potem na kilkanaście stron przeniosłam się na początek, potem znów na środek, a potem czytałam od końca... Efekt eksperymentu był taki, że lektura "Wardegi" trwała bite dwa tygodnie, o ile nie więcej, ale czuję się rozgrzeszona. Odniosłam bowiem wrażenie, że autor tego baaaardzo nietypowego przewodnika po nizinie mazowieckiej zachęca do powolnych spacerów, smakowania krajobrazów, do turystyki w stylu slow... i tak też sobie czytałam: niespiesznie, ze smakiem i google pod ręką, by zlokolizować te wszystkie zakamarki Polski, o których Lechosław Herz pisze.

A pisze bardzo w moim stylu, gdyż nie lubię zwiedzać miejsc obleganych przez turystów, modnych. Zamiast sopockiego molo, wybieram jakąś cichą plażę, zamiast zaśmieconych szlaków górskich - leżak na własnym trawniku.

Autor w swojej książce, która jest raczej zbiorem esejów, wrażeń z odwiedzanych miejsc i przedstawieniem tego, co w nich osobliwe i godne uwagi, pokazuje malutkie miejscowości, zabytki usytuowane poza głównymi szlakami, pokazuje piękno polskiego krajobrazu. I proszę sobie wyobrazić, że ja, która często omijam w książkach opisy (mea culpa!), teraz czytałam je z prawdziwą przyjemnością. Oto malutka próbka stylu autora, fragment nawiązuje do obrazów Chełmońskiego:

Prosty przekaz jego obrazów kontrastuje z hałaśliwym, afektownym teatrem współczesnego życia. Zmęczeni nerwową pospiesznością codzienności odczuwamy potrzebę zanurzenia się w takim właśnie rustykalnym, polskim pejzażu, wtulenia się weń całkowicie, w poszukiwaniu bezpieczeństwa. Aż chce się wziąć kosę w rękę i kosić albo zdjąć buty i boso pójść na ściernisko...

Jednak "Wardęga" to nie tylko opowieść o miejscach, lecz także o ludziach, którzy je tworzyli i którzy stali się ich nierozerwalną częścią. Nie wiem, czy trafnie, ale zauważam wielkie upodobanie autora do epoki romantyzmu, chociaż opowiada też o Sienkiewiczu. Reymoncie, Skłodowskiej - Curie i Żeromskim w czasach, kiedy byli korepetytorami. Pięknie pisze o Zygmuncie Krasińskim.

Dla mnie książka ta jest zachętą do podróżowania bez mapy, po bezdrożach i w miejsca, gdzie diabeł mówi dobranoc i gdzie niewielu dociera, świetnie wpisująca się w aurę, jaką teraz mamy za oknami.

Zamiast zakończenia, znów zacytuję:

Są takie drogi, wąskie i na uboczu, przy nich miejscowości, w których stoją kościoły, dwory i przydrożne krzyże zapewne prowincjonalnej wartości artystycznej. Omijają je turystyczne wycieczki, przeganiane od krakowskiego Wawelu po gdański Długo Targ. Gdy się odwiedza te wioski, miasteczka i przydroża, niespiesznie, mając czas na patrzenie i na refleksję, wtedy przychodzi chwila na smakowanie. To pejzaż dla koneserów, o wyjątkowo bogatym bukiecie. Smakuje jak najlepsze wino...

PS Ogromny plus za zdjęcie, które zawiera książka!

(a czytając, słuchałam tego: Cee Lo Green - What Part Of Forever

L. Herz, Wardęga. Opowieści z pobocza drogi, wyd. Iskry, Warszawa2010, s 321.