Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki noblistów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki noblistów. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 11 października 2012

Szczenięce lata noblisty (Jose Saramago - Mały pamiętnik)

Tytuł: Małe pamiętnik
Autor: Jose Saramago
Wydawnictwo: Świat Książki (dziękuję!)
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 143

Jose Saramago jest kolejny noblistą, którego, brzydko mówiąc, mogę sobie odhaczyć. 

Portugalski pisarz dostał Nobla w 1998 roku i, wstyd się przyznać, ale mniej więcej od tego czasu próbuję przeczytać którąś z jego powieści. Z marnym skutkiem, zraziło mnie bowiem Miasto ślepców, książka, która może i zbiera dobre recenzję, ale przez którą ja nie jestem w stanie przejść. 

Mały pamiętnik uważam za książkę idealną na początek. Nie jestem  znawczynią twórczości Saramago, ale po mojej krótkiej przygodzie z Miastem ślepców mogę stwierdzić, że nie jest to pisarz najłatwiejszy w odbiorze. Pisze on bowiem stylem, na którym trzeba się skupić, wydaje mi się, że jego książek nie można czytać nieuważnie, z doskoku. 

Mały pamiętnik, jak sama nazwa wskazuje, nie jest książką grubą. Autor, z perspektywy osiemdziesięciolatka, wspomina czasy, kiedy był chłopcem - a do mnie takie książki przemawiają zawsze, mają w sobie coś wzruszającego, coś, co do mnie trafia. 

Jakim chłopcem był Jose Saramago? Zwyczajnym - chciałoby się powiedzieć. Część dzieciństwa spędził u dziadków na wsi, chadzał na świński targ i wspinał się po drzewach. Wywodził się z bardzo biednej rodziny, a o skali tego ubóstwa może świadczyć fakt, że jego matka wiosną sprzedawała kołdry, jesienią zaś kombinowała, skąd wziąć pieniądze na nowe.

W domu przyszłego noblisty nie było książek, nikt nie czytał mu bajek do poduszki, jego matka była analfabetką. Mimo to, Saramago był chłopcem na tyle zdolnym, że w ciągu jednego roku szkolnego zaliczał dwie klasy i zaskakiwał nauczycieli świetnymi wynikami z ortografii. Zapał do nauki jednak szybko mu przeszedł i potem próbował zdobyć zawód ślusarza.

Książka Saramago urzekła mnie swoją szczerością: autor nie twierdzi, że wszystkie wydarzenia pamięta dokładnie, zakłada, że może się mylić, że pamięć płata mu figle. Nie przedstawia siebie i swojego otoczenia lepszymi niż byli - chociaż mógłby, bo nikt nie zweryfikuje jego wersji, bo świata, który opisuje już nie ma. 

Po tej książce mam ogromną ochotę sięgnięcia po powieści tego autora - i może w końcu mi się to uda :)?

piątek, 3 lutego 2012

Pisanie powieści jest jak odwrócony striptiz (M.V. Llosa - Listy do młodego pisarza)

Pięć lat studiowania filologii polskiej nie zabiło we mnie miłości do literatury, natomiast nabawiłam się wstrętu do teorii literatury. Nawet staro - cerkiewno - słowiański nie był tak straszny, jak Derrida, strukturalizm i pytanie, co to jest tekst. Dlatego też myślę, że jeszcze dwa, trzy lata temu nie wzięłabym nowej książki Mario Vargasa Llosy do ręki. Tytuły rozdziałów "Listów do młodego pisarza" brzmią bowiem tak: "Czas", "Narrator. Przestrzeń",  "Poziom realności". Prawdą jest jednak, że czas leczy rany i tę krótką książeczkę przeczytałam nie tylko bez wstrętu, ale i z przyjemnością.

Jest to książka bardzo osobista i, w pewnym sensie coś na kształt autobiografii - pisze autor we "Wstępie". Nie znajdziemy tu jednak faktów z życia pisarza, chociaż... biorąc pod uwagę, że literatura stanowi nieodzowną jego część, to może faktycznie, można "Listy do młodego pisarza" potraktować jako swoistą autobiografię? 

Jak sam tytuł wskazuje, książka ma formę listów. Llosa występuje w nich z pozycji autorytetu, który od podszewki zna literacką materię. Pisze w nich do młodszego kolegi, który dopiero aspiruje do miana literata. Autor "rozbiera" powieść na czynniki pierwsze, pokazuje, z czego składają się opowieści. Podaje mnóstwo przykładów na poparcie swoich tez, tym samym pokazując, których pisarzy ceni, jakie książki uważa za dobre, a które za niekoniecznie udane. 

Nie ukrywam, że "Listy do młodego pisarza" nie są łatwą lekturę, ale na pewno dającą wiele satysfakcji. Autor operuje bowiem pojęciami abstrakcyjnymi i trzeba naprawdę dużego skupienia, aby nie zgubić się w jego wywodzie. Co mnie bardzo ucieszyło, Llosa wielokrotnie podkreśla, że literatury nie da wtłoczyć się w sztywne ramy pojęć. Że jakiegokolwiek ogólnego wniosku na jej temat nie wysuniemy, natychmiast znajdzie się dziesięć przykładów "za" i dwadzieścia "przeciw". Jest to bowiem materia tak bogata, różnorodna i ogromna, że nie podlega żadnym uogólnieniom, a pojęcia, które stosują teoretycy literatury są mocno umowne. Zresztą: po co tak naprawdę rozkładać na czynniki pierwsze coś, co każdy czytelnik chwyta w lot?

Z drugiej jednak strony Llosa pokazuje, jak świetnym materiałem do studiów są książki właśnie. Tak naprawdę każdy dobry pisarz to osobna historia, osobne techniki pisania. Autor w kilku momentach próbuje pokazać, co sprawia, że dany utwór uznajemy za arcydzieło, co go wyróżnia - i moim zdaniem jest to świetna lekcja i lektura obowiązkowa dla młodych pisarzy właśnie.

Czuć w "Listach młodego pisarza" pasję, czuć miłość literacką, czuć podziw dla mistrzów... i czuć, że napisał je człowiek, który za literackiego mistrza może uchodzić i który nawet opowieść o narracji potrafi uczynić pasjonującą lekturą. 

M.V. Llosa, Listy do młodego pisarza, ZNAK, 2011, s. 125.

czwartek, 11 sierpnia 2011

Na początku była Kobieta! (Szczelina - Doris Lessing)


Na początku było słowo. Potem Bóg stworzył świat, mężczyznę, a z jego żebra kobietę.

Mniej więcej tak, w dużym skrócie, rysuje się historia ludzkości. Otóż nie! Na początku była Kobieta, która rodziła córki, a świat zamieszkiwały same istoty płci żeńskiej. Żyły one w idealnej harmonii na skałach, nad brzegiem morza. Ich żywiołem była woda, a dnie płynęły im w powolnym rytmie. Kobiety czciły Szczelinę - świętą skałę, raz na jakiś czas poświęcały którąś ze swoich sióstr i składały ją w ofierze. Aby począć, potrzebowały wody i wiatru.

Aż któregoś dnia... stało się! Zamiast małej Szczeliny (tak mówiły o sobie pierwsze kobiety), na świat przyszedł Potwór, z którym dorosłe kobiety nie wiedziały co zrobić, więc z nim i z następnymi rozprawiono się dość brutalnie: zabijając lub okaleczając. Potworów rodziło się coraz więcej, aż w którymś momencie zainterweniowały orły, przenosząc dzieci do lasu. Tak powstały dwa obozy, które przez długi czas niewiele o sobie wiedziały: obóz Szczelin, na skałach, i obóz Potworów, w lesie. A potem kobiety zaczęły przychodzić do mężczyzn, zatraciły zdolność "samopoczęcia". I tak, aby rasa ludzka nie zginęła, Szczeliny i Potwory, których zaczęto określać mianem Tryskaczy, musieli nauczyć się żyć ze sobą.

... i chciałoby się powiedzieć, że do dziś Szczeliny - Kobiety i Tryskacze - Mężczyźni, żyją sobie długo i szczęśliwie, ale jak wiadomo, z tym bywa również :) Doris Lessing w każdym razie napisała powieść, która ma w sobie coś z mitu, z dawnych legend, z ustnie przekazywanych opowieści. Jednocześnie pisarka w pełni wykorzystuje możliwości, jakie daje literatura: stwarza ludzi zupełnie od nowa, prezentuje swoją wizję i, jak napisano na okładce, jest to "zabawna seria rozważań na temat co by było gdyby". A podobała mi się książka tym bardziej, że cała opowieść snuta jest przez rzymskiego kronikarza, historyka, który ma dostęp do najdawniejszych źródeł i w trakcie pisania nie może się powstrzymać od komentarzy, w których porównuje ludzi pierwotnych do sobie współczesnych. Fantastyczna mieszanka!

Nie polecam... bo czy Doris Lessing trzeba polecać :)?

D. Lessing, Szczelina, Świat Książki, Warszawa 2008, s. 270.

poniedziałek, 27 września 2010

Miłość równa się obsesja (Muzeum niewinności - Orhan Pamuk)


"Muzeum niewinności" to książka budząca respekt: rozmiarem, (751 stron to nie byle co), tym, że napisał ją Noblista oraz tematem - przede wszystkim tematem.

Jedno z moich literackich przekonań jest takie, że łatwiej napisać wielopokoleniową sagę, niż np. taką "Panią Dalloway" albo "Godziny". Uważam bowiem, że łatwiej opisać zdarzenia niż to, co dzieje się w głowie - oczywiście można się ze mną nie zgodzić.

Wydarzeń w "Muzeum niewinności" w moim odczuciu tak naprawdę jest niewiele. Owszem: opis zaręczyn głównego bohatera zajmuje kilkanaście stron, opowiada on o swojej rodzinie i znajomych - ale i tak to niewiele w porównaniu z tym, ile miejsca zajmuje temat główny. A jest nim miłość oczywiście: obsesyjna, szalona i taka, która nie mija.

Właściwie nie wiadomo jak i dlaczego Kemal zakochał się w swojej sporo młodszej dalekiej kuzynce, Fusun. Miał przecież piękną, wykształconą i kochającą narzeczoną - patrząc subiektywnie Fusun wydaje się całkiem przeciętna. Mimo to staje się obsesją Kemala, który nawet po jej ślubie nie przestaje utrzymywać z nią kontaktów. I zakłada własne muzeum, w którym gromadzi rzeczy związane z ukochaną: niedopałki papierosów, pojedynczy kolczyk, sztućce... Poza tym obsesyjnie skupia się na ukochanej: analizuje jej każde słowo, spojrzenie, gest - chociaż w nich naprawdę nie ma nic nadzwyczajnego. A może po prostu, aby tę nadzwyczajność dostrzec, trzeba być zakochanym?

"Muzeum niewinności" to moje pierwsze spotkanie z tureckim Noblistą - nadal więc do końca nie wiem, za co tę nagrodę otrzymał, gdyż "Muzeum" powstało po 2006 roku. Podoba mi się jednak to, co autora mówi o książce:
"Jest to książka o miłości w kraju islamskim, gdzie miłość jest czymś innym niż na Zachodzie. Na piątej stronie kochankowie uprawiają seks, ale przez kolejne pięćset drogo za to płacą...".

I dokładnie tak jest (no, prawie: seks uprawiali na stronie siódmej): zapłatą, jaką Kemal musi złożyć za swoje uczucie jest utrata narzeczonej, ostracyzm środowiska, groźba wydziedziczenia. Chociaż z drugiej strony nie wiem, czy była to dla niego aż taka kara: miłość do Fusun mu to przesłaniała, spychała te przykrości na drugi plan.

Co mnie w tej książce zainteresowało to także sposób, w jaki autor pisze o mieszkańcach Turcji w latach siedemdziesiątych XX wieku. Z jednej strony środowisko, w którym obraca się Kemal, dąży do Europy, zdaje się nie przejmować tradycją. Jednak dziewczyna, która straci dziewictwo przed ślubem nadal uważana jest za zhańbioną, głową rodziny nadal jest mężczyzna, ale i ten musi się liczyć z opinią starszych, rodziny i znajomych. Niby więc idzie nowe, ale "stare" też ma się dobrze.

Na pewno nie jest to moja ostatnia książka Pamuka, tym bardziej, że ciekawi mnie, czy ten autor zawsze pisze tak "do wewnątrz", czy może dzieje się tak tylko tutaj. Ponadto proponuję sobie zarezerwować sobie na tę pozycję troszkę więcej czasu, gdyż ja osobiście nie potrafiłam jej czytać szybko, a i akcja do przodu posuwała się leniwie i niespiesznie. Bez wątpienia jest to świetna powieść na jesienne wieczory.

Książkę mogłam przeczytać dzięki uprzejmości księgarni Gandalf, za co serdecznie dziękuję.

O. Pamuk, Muzeum niewinności, Wydawnictwo Literackie, Warszawa 2010, s. 751.

sobota, 4 września 2010

Wrażenia po lekturze? Hmmm... (Herta Muller - Człowiek jest tylko bażantem na tym świecie)


Do lektury książek Herty Muller przymierzam się mniej więcej od roku. Wtedy to kupiłam sobie "Głód i jedwab", którego do tej pory nie przeczytałam. Odpadłam po kilku stronach. "Człowiek jest tylko bażantem na tym świecie" wypatrzyłam w bibliotece, wzięłam do domu, pełna dobrych chęci zasiadłam do lektury i... hmmm. Nie mogę powiedzieć, że ta książka mi się nie podobała, ale nie mogę też powiedzieć, że zrobiła na mnie wrażenie - bo nie zrobiła żadnego. I podejrzewam, że gdyby miała więcej stron spotkałby ją taki sam los jak "Głód i jedwab".

Jeśli miałabym określić ją jednym słowem, to byłoby to słowo: "surowa". Surowy jest język tej powieści: proste, chwilami lapidarne zdania (same oznajmujące!). Surowi są ludzie, między którymi nie ma ciepłych uczuć, surowe są warunki życia, które czynią ich okrutnymi. To właśnie ich dotyczy tytuł: bażant jest bowiem ptakiem, który prezentuje się imponująco, ale nie potrafi latać na dłuższe dystanse, ledwo odrywa się od ziemi.

Przyznam, że za mało znam historię, żebym sama zorientowała się, w jakim środowisku rzecz się dzieje, musiałam sobie trochę doczytać. Muller pisze o niemieckiej wiosce w Rumunii. Część mieszkańców już wyemigrowała, część szykuje się do wyjazdu, co nie jest proste. Władzę bowiem trzyma milicjant i ksiądz i to oni decydują, kto wyjedzie, a kto nie: przyznając bądź nie przyznając paszport. A starania o wyjazd są naprawdę upokarzające, szczególnie, jeśli jest się młodą dziewczyną... wszak "worek mąki nie wystarczy".

I tyle, jeśli chodzi o treść, do której zupełnie nie potrafię się ustosunkować. Herta Muller bez wątpienia przedstawia dramat tych ludzi - ale są oni tak niesympatyczni i ordynarni, że zupełnie nie potrafię im współczuć. Zresztą może właśnie o to chodzi, żeby takie wrażenie wywołać?

Na pewno jeszcze kiedyś sięgnę po książki tej autorki, "kiedyś". Bo póki co przyznaję, że przekonuje mnie do nich tylko fakt, że Muller została nagrodzona Noblem.

H. Muller, Człowiek jest tylko bażantem na tym świecie, wyd. Czarne, Wołowiec 2009, s. 112.

sobota, 29 maja 2010

Skarletka pyta, Joanna Rakowicz odpowiada (Druga szansa - Joanna Rakowicz)


Moja przygoda z książką Joanny Rakowicz "Druga szansa" rozpoczęła się od tego wpisu na blogu Virginii, w którym, na samym dole, Virginia informuje, iż jej blogowa koleżanka wydała książkę. Wpakowałam się więc na blog Klepsydry i zaczęłam podczytywać. A jak już podczytałam, to zapragnęłam mieć własny egzemplarz. W połowie lektury natomiast wpadłam na pomysł, iż fajnie by było zadać autorce kilka pytań. A że autorka okazała się bardzo miła i udzieliła mi na nie odpowiedzi, to mogę się teraz nimi podzielić :)

Pierwsze pytanie, jakie chciałam zadać, dotyczyło samego powstania powieści. Wszak to niecodzienne: ktoś zaczyna pisać bloga i powstaje z tego książka. Co na to rodzina, znajomi?
Pani Joanna odpisała tak:

Dlaczego zaczęłam pisać? Z tego samego powodu, dla którego zaczęłam oddychać. Jest to konieczne, bym mogła żyć.
Rozpoczynając przygodę z blogiem nie miałam w planach wersji książkowej.
Rodzina i znajomi nawet nie zauważyli, że spędzam więcej czasu przy komputerze, bo zawsze tyle czasu siedzę przed monitorem.
Mój zawód nie jest w żaden sposób związany z pisarstwem. Podobnie jak Julia mam zawód jest związany z komputerami.

I tu możemy przejść do kolejnego punktu, który mnie zainteresował: główna bohaterka. Julia to, przepraszam za wyrażenie, kobieta z jajami. Twarda, odważna, świetnie sobie radzi, nie chlipie po kątach, nie marzy, by schudnąć. W obronie swoich dzieci zrobi wszystko: gdy trzeba, nie zawaha się pobić ręcznikiem zawiązanym w supeł. A że spotyka na swojej drodze ideał pod postacią lekarza Artura? Tym lepiej. Zapytałam autorkę o głównych bohaterów:

Pierwowzór Julii to ja. Nie jestem taka fajna jak ona, ale jest wiele zbieżności. Wierzę, że tacy faceci jak Artur istnieją, powiem więcej, nawet znam jednego.

Zapytałam także, jak powstawała "Druga szansa": czyste natchnienie, czy też pisanie z planem w ręku. Wypytałam o preferowane lektury i dalsze plany pisarskie.

Nie było planu mojej powieści. Powstawała bardzo spontanicznie.
Sięgam w zasadzie po wszystko co można przeczytać. Są jednak książki, do których wracam regularnie. Między innymi jest to "Mały Książę" Exuperego, "Alchemik" Coelho, "Chłopi" Reymonta.
Ciężko jest mi powiedzieć kiedy dokładnie ukaże się moja następna powieść, ale mam nadzieję, że jeszcze w tym roku. Kontynuacja "Drugiej szansy" znajduje się jeszcze pod adresem www.cassiopeae.wordpress.com .

Za to, aby kolejna książka ukazała się już wkrótce trzymam kciuki, gdyż chętnie sobie jeszcze o dzieciatej księżniczce Julii poczytam :)

J. Rakowicz, Druga szansa, Oficyna Wydawnicza Branta, wyd. TANGRAM, Bydgoszcz 2010, s. 311.

piątek, 12 marca 2010

"O kotach" Doris Lessing, czyli pierwszy weekend tematyczny


O weekendach tematycznych myślałam już od dłuższego czasu, jednak moje plany nabrały bardziej "konkretnych" kształtów tydzień temu. Wtedy to Prowincjonalna Nauczycielka zaproponowała u siebie "weekendy z". Ja postanowiłam, że chcę, aby na moim blogu co któryś weekend był weekendem tematycznym. Przez trzy dni będę prezentować książki, które mają jakiś wspólny mianownik: bohatera, miejsce, podobną fabułę. Dziś pierwsza z nich :)

W tym tygodniu zapraszam na weekend z kotami, które to od ponad roku kocham miłością wierną i gorącą, a wszystko dzięki pewnej czarnej kotce, która na tym blogu miała już swoje pięć minut w poprzednich postach. Pierwszą książką, o jakiej chcę napisać jest pozycja "O kotach" Doris Lessing, do której przeczytania przekonała mnie recenzja Agatoris, która napisała, iż chciałaby napisać o tej książce w samych superlatywach, ale nie może. Ja mogę.

Doris Lessing wychowała się w otoczeniu kotów, potem, już jako dorosła kobieta, zawsze jakiegoś Mruczka obok siebie miała. "O kotach" to książka... o kotach w życiu pisarki (a to niespodzianka!). To one są głównymi bohaterami i to ich zachowaniom, naturze, przyzwyczajeniom i wzajemnym relacjom poświęca najwięcej uwagi. Doris Lessing wierzy, że koty, tak jak ludzie, dzielą się na mądre i głupie, chociaż o tych drugich raczej nie wspomina. Opisuje kotki - matki, kotki po sterylizacji (zabieg tez uważa za ogromną krzywdę, jaką człowiek wyrządza zwierzęciu), których natura zmienia się z dnia na dzień, koty, z których aż bije dostojeństwo oraz koty - włóczęgi, które marzą i ciepłym domku. I właśnie opowieść takim kocim rozbitki najbardziej zapadła mi w pamięć. Lessing przedstawia historię chorego, rudego Rufusa, który stopniowo, krok po kroku zdobywa sobie nie tylko dom, ale i serca domowników. A wszystko z prawdziwym kocim wyrachowaniem, można powiedzieć: z planem w łapie. I niech mi ktoś powie, że koty nie są inteligentne!

Jednak kociaki kanapowce "jak z reklamy" to tylko jedna strona medalu. Opisując swoje dorastanie na afrykańskiej farmie autorka przywołuje takie zdarzenia, jak np. zakopywanie kociaków tuż po narodzinach, co z jednej strony wydaje się okrutne, z drugiej zaś ma swoje uzasadnienie: kotów jest zbyt dużo, a matka nie jest w stanie ich wykarmić. Potem takie koty dziczeją i stają się zagrożeniem dla np. kur. I musi się znaleźć osoba, która zabierze kociaki matce i wykopie dołek. Matka Doris Lessing, której przypadł w udziale ten niemiły obowiązek, zbuntowała się tylko raz.

Oczywiście książkę Lessing polecam. Nie tylko miłośnikom kotów - myślę, że dla tych, którzy za nimi nie przepadają, ciekawym doświadczeniem będzie przeczytać powieść, gdzie bohaterami nie są ludzie, a koty, co w literaturze dla dorosłych nie jest często spotykane (bo w książkach dla dzieci to zjawisko nagminne). Poza tym Doris Lessing nie snuje jakiś filozoficznych refleksji o przenikaniu się natury kociej i ludzkiej (chociaż ten wątek też się pojawia). "O kotach" to prawdziwa powieść z rozwiniętą fabułą, wyrazistymi bohaterami i zdarzeniami, z których inspirację może czerpać zarówno twórca romansów, jak i horrorów. Dla mnie: rewelacja!

A kolejna odsłona kocich książek już jutro :)

D. Lessing, O kotach, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2008, s. 192.

Ocena: 5+/6