Historia to niesłychana/
Pani okłamywała pana...
... a pan nie pozostawał jej dłużny.
Powieść, w której nic nie jest takie, jak się wydaje, powieść, w której wszyscy mają sekrety, powieść, która udowadnia, że idealne rodziny nie istnieją - właśnie taka jest książka Agnieszki Pietrzyk Nikt się nie dowie.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ona pisze - polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ona pisze - polska. Pokaż wszystkie posty
środa, 20 maja 2020
wtorek, 21 kwietnia 2020
Największy gniew rodzi się w ciszy (Wrzask - Izabela Janiszewska - recenzja książki)
Pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy po lekturze Wrzasku Izabeli Janiszewskiej brzmiała mniej więcej tak: Proszę, proszę, proszę, niech druga część ukaże się szybko! Autorka opowiedziała bowiem pokręconą, wielowątkową historię i ja bardzo chciałabym mieć te wszystkie wątki w głowie w chwili, gdy zacznę czytać kontynuację - bo co do tego, że po nią sięgnę, nie mam najmniejszych wątpliwości!
czwartek, 26 marca 2020
Miodowy plasterek na trudne czasy (Recenzja książki Poranki na Miodowej Joanny Szarańskiej)
Nie po drodze mi ostatnio z kryminałami, thrillerami i horrorami, czyli gatunkami, po które w normalnych warunkach sięgam najczęściej. A że teraz nic nie jest normalne, to i moje gusta czytelnicze się zmieniły. Przykład? Planowałam przeczytać To Kinga, bo lepszego czasu na tę cegłę nie będzie, tymczasem... nie podchodzi mi! Owszem, wciąga, ale szybko męczy. Wychodzi na to, że nie potrzebuję dostarczać sobie dodatkowej grozy, skoro tej pełno jest w każdym serwisie informacyjnym. Co, jeśli nie kryminały, thrillery i horrory? Ciągnie mnie do książek lżejszych i pogodniejszych. Takich, przy których po prostu się zrelaksuję. Nie wiem, jak długo utrzyma mi się ta tendencja, ale oto mój pierwszy wybór: Dom na Miodowej Joanny Szarańskiej.
poniedziałek, 19 sierpnia 2019
Psychiatryk i powojenna zbrodnia (Recenzja książki Tabu Prandzioch)
Ja nie wiem, co mają w sobie te książki, których akcja dzieje w szpitalu psychiatrycznym. Ciągną mnie jak magnes, kuszą, wołają "przeczytaj mnie, przeczytaj". I czytam - no bo jak inaczej?
Etykiety:
kryminał,
ona pisze - polska,
thriller
niedziela, 17 marca 2019
Wojna przez duże "W", miłość przez wielkie "M" (Recenzja książki Wojna i miłość Jolanty Marii Kalety)
Bardzo mi się chciało takiej powieści. Historycznej, o miłości, pisanej z rozmachem i tak zwaną epicką rozlewnością. Wojna i miłość Jolanty Marii Kalety idealnie spełniła moje oczekiwania.
Etykiety:
być kobietą,
grubasy,
ona pisze - polska,
powieść historyczna
wtorek, 2 października 2018
Historia wyciągnięta z pudła na rupiecie (Recenzja książki Gospoda pod Bocianem Katarzyny Drogiej)
Był taki moment, że, jak to się mówi, pasjami czytałam wszelkiego rodzaju sagi i opowieści rodzinne, potem musiały one ustąpić miejsca kryminałom i thrillerom. Książka Katarzyny Drogiej przypomniała mi, jak bardzo lubię dobrą literaturę tego typu. Zaznaczam: dobrą literaturę. A Gospoda pod Bocianem bez wątpienia jest dobrą książką.
Etykiety:
być kobietą,
ona pisze - polska,
perełki,
saga
wtorek, 4 września 2018
Projekt Miłość (Recenzja książki Miłość i co dalej Tatiany Mindewicz - Puacz)
Powieści o miłości przeczytałam w całym swoim życiu mnóstwo. Ba!, ten wątek pojawia się w prawie każdej książce.
Ile przeczytałam poradników o miłości lub takich pisanych przez psychologów, terapeutów itp.? Dwie? Trzy? Do tego nielicznego grona dołącza właśnie pozycja Miłość i co dalej? Tatiany Mindewicz-Puacz, która jest o tyle nietypowa, że...
Ciekawi?
Zapraszam do lektury!
środa, 25 lipca 2018
Książka, która zaskoczy Was stylem (Recenzja książki Stany małżeńskie i pośrednie Doroty Kassjanowicz)
Miałam taki okres w życiu, zaraz po studiach, że właściwie czytałam tylko literaturę obyczajową. Potem mój repertuar rozszerzył się o tyle innych gatunków, że po obyczajówkę, zwłaszcza polską, sięgam bardzo rzadko.
Stany małżeńskie i pośrednie Doroty Kassjanowicz były więc bardzo miłą odmianą od tego, co czytam najczęściej. Podkreślam: bardzo miłą.
Stany małżeńskie i pośrednie Doroty Kassjanowicz były więc bardzo miłą odmianą od tego, co czytam najczęściej. Podkreślam: bardzo miłą.
wtorek, 8 maja 2018
W końcu przyzwoity tom Jeżycjady! (Recenzja książki Ciotka Zgryzotka Małgorzaty Musierowicz)
Ciotka Zgryzotka za mną.
Ufff.
A piszę to "ufff" wcale nie dlatego, że była to jakaś ciężka lektura i mam ją już za sobą, ale z ulgi, że ten tom okazał się naprawdę całkiem, całkiem.
Ufff.
A piszę to "ufff" wcale nie dlatego, że była to jakaś ciężka lektura i mam ją już za sobą, ale z ulgi, że ten tom okazał się naprawdę całkiem, całkiem.
poniedziałek, 19 sierpnia 2013
Chuliganka i Czeczen (Chuliganka - Izabela Jung)
Tytuł: Chuliganka
Autor: Izabela Jung
Wydawnictwo: Czarna Owca (dziękuję!)
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 286
Na Chuligankę narobiłam sobie ochoty ze względu na... tytuł. Chuliganka - to brzmi dumnie :)
A potem zaczęłam czytać i przyznaję, że kilka razy w trakcie lektury zdarzyło mi się jęknąć... bynajmniej nie z zachwytu. Historie cudzych miłości, z niewielkimi wyjątkami, na ogół są ciekawe tylko dla tych, którzy je przeżywają. Był czas, kiedy uwielbiałam wszelkiego rodzaju romansidła i komedie romantyczne - ale mi przeszło. Nadal lubię opowieści z wątkiem miłosnym w tle - z naciskiem na słowo "tło". I teraz być może wyjdę na osobę bez serca, ale na wszelkie wynurzenia w stylu, jak to on na mnie spojrzał i co ja wtedy poczułam, niestety, mam alergię. Podobnie zresztą jak na smęcenie o tym, co on mi powiedział, a co ja mu na to odpowiedziałam...
A Chuliganka jest właśnie o tym: o miłości totalnej. Izabela Jung nie pozostawiła w niej miejsca na nic innego. Ewa, matka dzieciom i żona mężowi, zakochuje się na zabój. W dwudziestoletnim chłopaku, Czeczenie, który pracuje przy remoncie u niej w domu. Co więcej: ze strony Ewy nie jest to zachwyt nad młodym ciałem, nie jest to też wyłącznie znudzenie mężem. To jest MIŁOŚĆ - nierozsądna, zachłanna i taka, w której nie może być mowy o happy endzie.
Chuliganka to zapis rozmów kochanków, opisy schadzek, dywagacje Ewy na temat Zeliema - i tak przez 286 stron. Zmęczyła mnie ta intymna narracja, bo autorka do fabuły prawie nie wprowadza "przerywników". Początkowo bardzo czekałam na akapity, w których mowa będzie o mężu Ewy, o jej dzieciach, pracy... To, że ich nie ma, mimo wszystko, uważam za minus. Bo to, co ciekawe dla Ewy... niekoniecznie jest ciekawe, w takiej ilości, dla czytelników.
Warto też przez chwilę przyjrzeć się Zeliemowi. Nigdy w życiu nie miałam do czynienia z żadnym Czeczenem... ale odnoszę wrażenie, że Izabela Jung też nie miała. Zeliem jest uosobieniem tego, co dzikie, nieokiełznane, pierwotne. A Ewa nie może się temu oprzeć i podąża za instynktem. Autorka kilka razy podkreśla jego więź z rodziną, sygnalizuje, że z racji swojego pochodzenia chłopak patrzył na rzeczy, których żaden człowiek oglądać nie powinien, ale kwestie te są jedynie zarysowane, zero pogłębienia.
Powieść Izabeli Jung bez wątpienia mierzy się z ciekawą tematyką, jednak uważam, że nie wykorzystuje w pełni jej potencjału. Bo w taki sposób, w jaki opowiedziana została historia Polki i Czeczena, równie dobrze mogłaby zostać przedstawiona historia dwóch osób tej samej narodowości.
Czytać? Nie czytać? Nie wiem :) Ja osobiście czasu poświęconego na książkę nie żałuję, z drugiej jednak strony... chciałoby się od tej książki chociaż trochę więcej.
Etykiety:
love story,
ona pisze - polska
niedziela, 17 lutego 2013
Powieść pozytywistyczna (W cudzym domu - Hanna Cygler)
Tytuł: W cudzym domu
Autor: Hanna Cygler
Wydawnictwo: Rebis - dziękuję!
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 356
W cudzym domu skończyłam czytać dosłownie przed chwilą, więc będzie to relacja na gorąco :)
Pierwsze wrażenia? Powieść pozytywistyczna! Całe mnóstwo podobnych czytałam na trzecim roku polonistyki, kiedy to na tapecie był właśnie pozytywizm. O tak! Dobrze pamiętam panny o dumnych podbródkach i hultajów, którzy dybali na ich honor, a także guwernantki, dworki na wsi, bokobrody, dyliżansy i wywózki na Sybir. Oczywiście wszystkie te elementy W cudzym domu znalazłam.
Hanna Cygler opowiada historię Luizy Sokołowskiej, Polki, która dorasta we Francji. Dość szybko jednak ją opuszcza, nie godzi się bowiem na poślubienie człowieka, którego wybrała dla niej matka (o tym wątku jeszcze napiszę). Luiza myśli, że w Polsce będzie czekał na nią ojciec, jednak na miejscu okazuje się, że ten zmarł, a dziadek, delikatnie mówiąc, nie jest zachwycony wizytą wnuczki. Luiza dostaje pracę guwernantki na dworku na wsi... a dalej już wiadomo: niesforna podopieczna, wielkie uczucie, spisek, zdrada, zsyłka na Sybir, nieślubne dziecko, zły Rosjanin i dobrzy Polacy - jak to w powieści pozytywistycznej bywa.
Drodzy Czytelnicy, niech Was nie zmyli mój lekko kpiący ton. Mimo tego, że nieco rozbawił mnie ten misz-masz wątków jakby żywcem przeniesiony z powieści Orzeszkowej (które swojego czasu przeczytałam co do jednej!), W cudzym domu czyta się naprawdę dobrze, autorka połączyła je w zgrabną całość i wyszła całkiem przyjemna lektura.
Co się Hannie Cygler nie udało, to postać pierwszoplanowa, wspomniana już Luiza, która jest zwyczajnie nudna. Dużo natomiast dzieje się na drugim planie. Bardzo podobała mi się sylwetka ukochanego Luizy, Joachima, który, a jakże!, bardzo przypominał mi mojego ukochanego Wokulskiego. Świetny jest radca Szuszkin, który "nienawidzi wszystkiego, co polskie", jednak jest on postacią wyrazistą i złożoną. Zdecydowanie to on najbardziej przypadł mi do gustu, chociaż przez długi czas pełni rolę czarnego charakteru. Bardzo miło też czyta się o Rozalii, "niesfornej podopiecznej" Luizy, emancypantce, która ma inne priorytety, niż dobre wyjście za mąż. Rozalia to kolejny mocny punkt tej powieści... chociaż skojarzenie z Madzią z "Emancypantek" jest znów nieuniknione. Na koniec muszę wspomnieć o mamie Luizy i narzeczonym, którego wybrała dla córki - jest to tak niedorzeczny wątek, że nie sposób traktować go inaczej, niż żart ze strony autorki. Takich mocno naciąganych sytuacji jest więcej, ale te taktownie przemilczę.
Plusy? Powieść "się czyta"! Kolejne miejsca, kolejni bohaterowie, nagłe zwroty akcji, spore emocje - to wystarczyło, aby (tfu, tfu, tfu - nie chcę zapeszyć) przełamać impas czytelniczy, jaki towarzyszy mi od dłuższego czasu. Jeśli ktoś poprosi mnie o polecenie lekkiej lektury, którą miło czyta się przed zaśnięciem, to z pewnością wskażę na tę powieść. No i polecam wszystkim, którzy lubią dziewiętnastowieczne klimaty :)
Etykiety:
obyczajowa,
ona pisze - polska
poniedziałek, 4 lutego 2013
Co pięć Natalii... to nie jedna! (Drugi przekręt Natalii - Olga Rudnicka)

Tytuł: Drugi przekręt Natalii
Autor: Olga Rudnicka
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka (dziękuję!)
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 496 (mało!)
Drugi przekręt Natalii - wow! :)
Dawno, dawno temu czytałam pierwszy tom o siostrach Sucharskich, książka była świetna, ale kontynuacji się nie spodziewałam. A tu proszę! Jaka miła niespodzianka!
Autorka pisze tak: (...) nie powinno Was dziwić, że nie mogłam rozstać się z Nataliami i druga część napisała się sama. Rzecz jasna, przy aktywnym współudziale bohaterek, które robią co chcą i zupełnie nie liczą się z moim zdaniem.
No tak! :)
Jedyne, co łączy siostry Sucharskie to imię i nazwisko - tak, tak: ojciec nazwał je tak samo. Cała reszta zaś to różnice charakterów i poglądów, pozornie nie do pogodzenia. Chociaż może nie. Wszystkie mają zadziwiającą zdolność do pakowania się w kłopoty, łatwość w mijaniu się z prawdą i skłonność do stawiania na swoim. Nie potrafią słuchać, kłócą się, prawią sobie uszczypliwości... a jednocześnie jedna bez drugiej żyć nie potrafi, łączy je dziwna symbioza, która komuś z zewnątrz może wydawać się niezrozumiała.
Dla mnie siostry Sucharskie są literackim zjawiskiem: autorce udało się stworzyć wyraziste, zapadające w pamięć postaci kobiece, które jednocześnie irytują, bawią, imponują. Autorka jest także mistrzynią dialogów. Uważam, że prawdziwą sztuką jest napisać dobry dialog. Taki, który nie jest sztuczny, "książkowy", z drugiej zaś strony nie razi zbytnią kolokwialnością. Tutaj proporcje są zachowane, a ja czytając pogawędki Natalii, umierałam ze śmiechu.
Nie zapominajmy: książka Olgi Rudnickiej to nie tylko Natalie, chociaż ich bujne osobowości sprawiają, że to one wysuwają się na pierwszy plan. Na drugim planie bowiem, w tle ich rozmów, również bardzo dużo się dzieje: jest trup bez głowy, zwłoki w aucie, pięćdziesiąt brylantów, śledztwo, przesłuchania, kolejne trupy, kolejne domysły, kto też może być sprawcą... I nie powiem, cała historia kryminalna i tym razem została sprawnie i interesująco opisana... ale jak wspomniałam, to zaledwie tło, sióstr Sucharskich nic nie jest w stanie przebić.
I teraz muszę się do czegoś przyznać.
Nie przeczytałam tej książki.
Ja ją połknęłam, co nie zdarzyło mi się od bardzo, bardzo dawna, gdyż ostatnio cierpię na czytelniczy zastój, o czym już zresztą informowałam.
Polecam obie części: ubaw po pachy gwarantowany! :)
Etykiety:
ciąg dalszy nastąpił,
kryminał,
ona pisze - polska
wtorek, 27 listopada 2012
Nowa książka Małgorzaty Musierowicz... hmm (McDusia - Małgorzata Musierowicz)
Tytuł" MaDusia
Autor: Małgorzata Musierowicz
Wydawnictwo: Akapit Press
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 296
Jestem jedną z tych czytelniczek, które na książkach Małgorzaty Musierowicz się wychowały. Ba! Jeśli miałabym ułożyć swoją subiektywną listę ulubionych pisarek, to poznańska autorka znalazłaby się na pewno w pierwszej piątce.
Za co uwielbiam Jeżycjadę? Chyba za to wszystko, o co czasem tak trudno w życiu. Za czytających bohaterów. Za szaloną Idusię, moją ukochaną Natalię (czemu, czemu, czemu nie poślubiła Nerwusa?), za Genowefę, zupełnie niedzisiejszego Ignacego Borejko, za Aurelię, za Bobcia, za cytat Józinka o "pompocie", za Kłamczuchę i kwieciste wypowiedzi Bernarda. Oczywiście nie mogę nie wspomnieć o tym, że książki Musierowicz niosą w sobie taką dawkę ciepła i dobrych uczuć, że powinny być przepisywane jako lek na depresję. Nie, dla mnie te książki absolutnie nie są przesłodzone, wyczekuję na każdy kolejny tom, niektóre z pozycji czytałam po siedem, o ile nie więcej razy. W związku z powyższym nie wiem, jak mam napisać to, że "McDusia" jest... taka sobie, żeby nie powiedzieć słaba.
Pozornie wszystko jest okej. Są znani bohaterowie (chociaż Natalii jest mi za mało!), jest kamienica na Jeżycach, jest stół, przy którym pije się herbatkę. Mamy grudzień, Boże Narodzenie, ślub Laury. Do Poznania przyjeżdża Magdusia, wnuczka profesora Dmuchawca, w której z miejsca zakochuje się jeden z młodszych bohaterów, chociaż ona sama strzela oczami w kierunku kogoś innego.
Fakt, czytałam z rumieńcami na twarzy. Fakt, z radością witałam pojawienie się kolejnych bohaterów. Fakt, udzielił mi się klimat. Jednak kiedy dobrnęłam do ostatniej strony, poczułam się dziwnie rozczarowana. Jak to? To już? Tylko tyle? Tyle czekania... na to?
"McDusia" jest dla mnie książką o niczym. Perypetie miłosne głównej bohaterki biegną sobie przewidywalnym szlakiem, ślub Laury jakoś specjalnie mnie nie zainteresował, jeśli będę myśleć o innych bohaterach, to raczej w kontekście wcześniejszych tomów. W książce tej nie ma niczego, co by wysuwało się na pierwszy plan. Nie ma szczególnie zabawnych dialogów, odniosłam też wrażenie, ze niektóre sceny to typowe, przepraszam za słowo, "zapchaj dziury" - w końcu trzeba dobić do tych 300 stron...
I na tym poprzestanę. Z sentymentu, z miłości i przywiązania do Borejków nie chcę źle o kolejnej części Jeżycjady pisać. Zamiast tego oczekuję na kolejny tom, Wnuczkę do orzechów... i mam nadzieję, że ta, w pozytywnym sensie, powali mnie na kolana :)
Etykiety:
ona pisze - polska,
podróż sentymentalna
czwartek, 8 listopada 2012
Z rodziną najlepiej (na zdjęciach) (Szopka - Zośka Papużanka)
Tytuł: Szopka
Autor: Zośka Paużanka
Wydawnictwo: Świat Książki (dziękuję!)
Liczba stron: 205
Rok wydania: 2012
Zośka Papużanka (ur. 1978 r.) Z wykształcenia jest teatrologiem, pracuje jako nauczyciel języka polskiego. Robi doktorat z literaturoznawstwa. Autorka tekstów piosenek wykonywanych w krakowskich kabaretach i spektaklach Teatru Lalki i Aktora Parawan. Mieszka w Krakowie, ma dwóch synów, tańczy flamenco, czyta po nocach i bardzo jej w życiu dobrze.
"I bardzo jej w życiu dobrze" - ależ mnie to ucieszyło! Tak rzadko można usłyszeć, że ktoś jest zadowolony z życia, częściej spotyka się osoby, które mają jakieś "ale" i mogą o sobie powiedzieć wszystko, tylko nie to, że jest im dobrze. Pani Zośko! Gratuluję i zazdroszczę! :)
O czym jest Szopka? O rodzinie, jakich wiele. Prym w niej wiedzie matka - "maszynka do narzekania". Matce nie zamykają się usta. Gada, żeby gadać. Chociaż nie: wiele jej wypowiedzi służy temu, by zatruć życie domownikom. Matka szczyci się tym, że wali prawdę prosto w oczy. Sączy tę prawdę niczym truciznę: dzień po dniu, godzinę po godzinie, chyba nawet nie do końca zdając sobie sprawę, jaką moc ma to jej gadanie.
Nikt nie potrafiłby powiedzieć, dlaczego się z nią ożenił - tak do powieści wprowadzony zostaje mąż i ojciec, głowa rodziny. To mężczyzna cichy, uciekający z domu, który przez lata wypracował sobie strategię niesłuchania i unikania gderliwej małżonki. Żonie postawił się tylko raz: uparł się, że ich córka będzie miała na imię Wanda.
Wanda zaś wrodziła się w ojca: również tańczy, jak matka jej zagra i nie potrafi uwolnić się spod jej wpływu nawet jako dorosła kobieta, co znów ma wpływ na jej rodzinę. Wanda od dziecka żyje w poczuciu winy i zupełnie dosłownie próbuje zniknąć: całe dnie spędza schowana pod stołem, marząc o lepszym życiu. Przypadła jej rola gorszej, bo młodszej: starszy brat Maciuś nie dopuszcza jej do głosu. Dla niego Wanda pięćdziesięcioletnia to ta sama "gówniara", której dokuczał, gdy miała lat dziesięć.
Maciuś jest równie ciekawy: niby zdolny, ale rzucił studia. Niby przez moment prowadził normalne życie, a żona szybko się z nim rozwiodła i od tej pory Maciuś nie przestaje pić, tułać się i co jakiś czas odwiedzać rodzinę, aby pożyczyć pieniądze.
Książka Zośki Papużanki nie opisuje rodziny patologicznej: nikt nikogo nie bije, nie ma biedy, dorosłe dzieci opuszczają gniazdo, Wanda stawia się na niedzielnych obiad, nieco problemów jest z Maciusiem, ale w każdej rodzinie trafi się czarna owca.
Jakby jednak nie patrzeć, każda z przedstawionych postaci jest postacią tragiczną. Z jednej strony nie potrafią żyć ze sobą, ale też nie potrafią się rozdzielić. Z jednej strony zdają się nienawidzić nawzajem, ale też coś ich trzyma razem, nikt nie potrafi przeciąć "więzów rodzinnych", które zaciskają się niczym pętla, nie pozwalając złapać głębszego oddechu.
Autorka w sposób naprawdę wyczerpujący opisuje losy zwykłej rodziny, w której niby wszystko jest okej... ale czytając, chwilami miałam gulę w gardle. Na 200 stronach udaje jej się nakreślić nie tylko świetne studium relacji międzyludzkich, ale też naprawdę dobre portrety. I teraz dochodzimy do sedna: do języka.
Przyznaję: nie czytało mi się tej książki łatwo, chociaż lektura nie zajęła mi wiele czasu. Autorka oddaje głos swoim bohaterom, to nie ona ich charakteryzuje, lecz charakteryzują się sami. Kiedy czytałam fragmenty opisujące ojca, czułam jego łagodność i niepewność, potrafiłam sobie wyobrazić tego zakrzyczanego mężczyznę. Kiedy czytałam fragmenty wypowiadane przez matkę, słyszałam jej wrzaskliwy i pełen pretensji ton. Owszem, można książce zarzucić, że to nic nowego, że są pisarze, które w podobny sposób pisali wcześniej. Mnie jednak ten język: mocny, soczysty, chwilami wulgarny, całkowicie "kupił" i nie wyobrażam sobie sytuacji, żeby historię tę przedstawić za pomocą pięknej, poprawnej polszczyzny.
Że lekturę polecam - to oczywiste. Mocna, choć zwyczajna historia, która nie chce mi wyjść z pamięci. Od razu po lekturze nasunęła mi się też myśl, że ta powieść wkrótce znajdzie się na liście lektur szkolnych - ciekawe, czy mam rację :)?
niedziela, 30 września 2012
Annuszka już rozlała olej słonecznikowy (Studnia bez dnia - Katarzyna Enerlich)
Tytuł: Studnia bez dnia
Autor: Katarzyna Enerlich
Wydawnictwo: MG (dziękuję!)
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 245
Książki Katarzyny Enerlich uwielbiam. I chociaż nigdy nie poznałam autorki osobiście, mam wrażenie, że to, jaka jest i to, jak pisze jest bardzo spójne, a przez to prawdziwe. Co mnie najbardziej zachwyca w jej powieściach? Sposób, w jaki portretowane są kobiety - nie inaczej jest w przypadku Studni bez dnia.
Książka zaczyna się mocno i myślę, że ten początek mogę zdradzić. Marcelina, główna bohaterka, zupełnie przypadkiem słyszy, jak jej mąż zdradza ją z inną kobieta. Pisząc, że "słyszy", nie mam na myśli tego, że ktoś jej donosi na niewiernego małżonka. To on sam, w trakcie miłosnych uniesień, przez przypadek wybiera jej numer telefonu. Los bywa jednak... ironiczny: mężczyzna wracając od kochanki ma wypadek, w którym traci życie, a Marcelina, po drugiej stronie słuchawki, bezradnie się temu przysłuchuje.
Katarzyna Enerlich kreśli portet kobiety na rozdrożu. Z jednej strony Marcelina musi zupełnie na nowo poukładać klocki, jakie składają się na jej życie, z drugiej zaś znajduje się sytuacji patowej. Bo jak tu opłakiwać zmarłego męża, skoro wie, że ten nie był jej wierny i być może tego dnia, kiedy miał miejsce wypadek, chciał jej powiedzieć o rozstaniu? Zostaje jeszcze Natalia Anna, kochanka męża. Niespodziewanie obie kobiety stają się sobie bliskie, kochały bowiem tego samego mężczyznę. Zresztą: czy można winić kogoś za to, że się zakochał?
W Studni bez dnia oczywiście jest o wiele więcej wątków, np. ten związany z tytułową, średniowieczną studnią, która skrywa w swoim wnętrzu niezwykłą tajemnicę. Wydarzenia prawdziwe mieszają się z fikcyjnymi, autorka umieszcza także zdjęcia współczesnego Torunia, które stanowią tło dla opowieści. Jednak mnie najbardziej przyciągnęły te fragmenty, które opowiadały o codzienności Marceliny i jej zmaganiach, by zacząć żyć na innych zasadach, niż miało to miejsce wcześniej.
Wszystkim miłośnikom prozy Katarzyny Enerlich tej książki polecać nie trzeba, odnoszę jednak wrażenie, że po tej powieści może znaleźć kolejnych odbiorców - i bardzo dobrze! :)
Etykiety:
być kobietą,
katarzyna enerlich,
ona pisze - polska
wtorek, 25 września 2012
Opowieść o końcu świata (Dobra krew - Magdalena Skopek)
Tytuł: Dobra krew
Autor: Magdalena Skopek
Wydawnictwo: PWN (dziękuję!)
Liczba stron: 379
Rok wydania: 2012
Jamał - ręka do góry kto wie, gdzie to jest.
Ja przyznaję: musiałam sprawdzić i lokalizacja tego półwyspu mocno mnie zaskoczyła. Teraz zaś, jeśli miałabym wskazać koniec świata, tym bardziej po przeczytaniu Dobrej krwi, to chyba pokazałabym właśnie to miejsce.
Mimo iż książkę przeczytałam od deski do deski, z dużym zainteresowaniem, to mimo wszystko nie mam pojęcia, dlaczego autorka właśnie Jamał wybrała na cel swojej wyprawy. Jedyne logiczne wytłumaczenie, jakie przychodzi mi na myśl to to, że po prostu MUSIAŁA, chociaż wielu jej to odradzało. Atrakcji turystycznych brak, cywilizowanych warunków brak, dziwów przyrody brak. Są za to puste, dla mnie nieco upiorne przestrzenie, jest tundra, jest wiatr i komary.
Jednak to nie surowość krajobrazu mnie przeraziła na początku najbardziej, lecz surowość... obyczajów? Nieńcy, mieszkańcy Jamału, trudnią się m.in. wypasem reniferów. Zwierzęta towarzysza im na każdym kroku, jednak tutaj relacja ta zostaje ukazana w sposób pierwotny, obcy i być może szokujący dla nas, Europejczyków. Renifery nie tylko fajnie się głaszcze, lecz także zabija się, otula ich skórami, na surowo zjada wnętrzności... W książce pełno jest zdjęć martwych zwierząt, krwi, podrobów. W tym przypadku wymowny jest jednak tytuł: Dobra krew. Zwierząt nie zabija się dla przyjemności. Zwierzęta pozwalają ludziom przetrwać.
Szczerze? Książka nie epatuje okrucieństwem, wymazane krwią dziecko na okładce nie budzi we mnie obrzydzenia, jednak doskonale zdaję sobie sprawę, że sama za bardzo jestem nasiąknięta cywilizacją i z jednej strony podziwiam autorkę za zdolność dopasowania się do obcej kultury, nie negowania jej... z drugiej zaś wiem, że sama bym tak nie potrafiła. Cały czas jednak miałam świadomość, że nie czytam fikcji, że Nieńcy naprawdę są i żyją, że autorka pisze prawdę. Myśl ta była dla mnie równie egzotyczna jak fakt, że na drugiej półkuli jest teraz dzień. Zresztą, zobaczcie sami:
Pisałam kiedyś, że nie jestem miłośniczką literatury podróżniczej, Dobrą krew jednak z całym przekonaniem rekomenduję. Wiem, z całą pewnością wiem, że nigdy nie znajdę się w świecie, o którym pisze autorka. Ba! Przed lekturą nie miałam pojęcia, że ludzie jeszcze mogą żyć w taki sposób. Nie bez znaczenia jest dla mnie bowiem to, ze Magdalena Skopek wybrała się na Jamał... bo i tak stać się musiało. Wiele osób podróżuje po świecie, wiele osób pisze potem książki... ale ta relacja zafascynowała mnie w dużej mierze dlatego, że autorka nie tylko obserwowała, ale starała się wejść w rzeczywistość zupełnie dla siebie odmienną, co zresztą świetnie oddaje cytat z Lapidarium IV Ryszarda Kapuścińskiego:
Żyjąc, jesteśmy otoczeni mnóstwem niedostępnych gołym okiem światów, o których istnieniu nawet nie wiemy i do których najprawdopodobniej nigdy nie dotrzemy. Nasza wyobraźnia jest zbyt uboga, nasza intuicja zbyt zawodna, a wiedza cząstkowa i ograniczona. Toteż najczęściej nie jesteśmy świadomi, że, przynajmniej teoretycznie, moglibyśmy poznać wiele bogactw i niezwykłości istniejących w zasięgu naszej ręki. Tyle, że chęć takiego poznania mają tylko nieliczni, jest to przygoda uprawiana przez niewielu, namiętność, która rzadko pojawia się w człowieku.
Serdecznie polecam!
Etykiety:
ona pisze - polska,
podróżnicze
niedziela, 26 sierpnia 2012
Mongolia dla początkujących (Wszyscy jesteśmy Nomadami - Małgorzata Dzieduszycka - Ziemilska)
Tytuł: Wszyscy jesteśmy Nomadami
Autor: Małgorzata Dzieduszycka - Ziemilska
Wydawnictwo: Świat Książki (dziękuję!)
Liczba stron: 279
Rok wydania: 2012
Po książki podróżnicze sięgam baaaardzo rzadko, żeby nie powiedzieć wcale.
Nie lubię ich... ponieważ rzadko znajduję w nich coś ciekawego.
Niektóre książki podróżnicze za bardzo przypominają mi sprawozdania w stylu: ile kilometrów, jaki środek transportu, jaka pogoda itd. A co mnie to obchodzi?
Inne znowu niebezpiecznie zbliżają się do podręcznika historii i skupiają się na takich rzeczach jak daty, miejsca, postaci historyczne... z ja po lekturze i tak nic z tego nie pamiętam.
Wkurzają mnie też wynurzenia w stylu: "Przybyłem na Świętą Górę, pokłoniłem się bóstwom i och!, ach!, ależ jestem uduchowiony".
Co więc musi się stać, abym sięgnęła po książkę będącą relacją z podróży :)?
Musi ona np. opowiadać o kraju, o którym nie wiem zupełnie NIC.
I tak jest w przypadku Mongolii.
Stolica Mongolii? Yyyyyy....eeee...Ułan Bator?
Znani ludzie z Mongolii?
Zespoły? Filmy? Artyści?
Nie mam pojęcia!
A że mam obsesję na punkcie, mówiąc dosadnie, bycia mniej głupią niż jestem, bardzo chętnie skorzystałam z możliwości przeczytania książki o Mongolii właśnie.
Nasze kontakty z przypadkowo spotkanymi Mongołami są pozorne. Na ogół nic z nich nie wynika. Ani nie wzbogacamy wiedzy o napotkanych ludziach, ani nie wzbudzamy ich zainteresowania nami. Żadnych bliższych przyjaźni ani relacji na przyszłość z tych spotkań nie będzie. Przyglądamy się sobie - bardziej my im niż oni nam, bo my znaleźliśmy się tutaj także i po to, żeby im się przyglądać. Jesteśmy zadowoleni, gdy są ubrani w tradycyjne stroje, krzywimy się, gdy mają na sobie T-shirty z nadrukiem. A jeśli zatrzymamy się w jakiejś jurcie na dłużej, zjemy z gospodarzami posiłek, wypijemy kumys, słoną herbatę albo przywiezioną przez nas wódkę, czy wtedy dochodzi między nami do jakiejś wymiany? (s. 182)
Dla mnie powyższe słowa są kwintesencją książki Wszyscy jesteśmy Nomadami. I naprawdę doceniam ich szczerość. Bo czym tak naprawdę jest podróżowanie? Zmianą miejsca, przerwaniem rutyny, oderwaniem się od codzienności. Chociaż tego ostatniego nie jestem pewna, w dobie Internetu i komórek... Nie do końca też chce mi się wierzyć w to, że ktoś pobył tydzień w jakimś mało uczęszczanym miejscu, przespał się w namiocie i od tej pory "nic w jego życiu nie było takie samo". Nie twierdzę, że nie może się tak stać, ale też sądzę, że takie sytuacje są naprawdę rzadkie.
Autorka nie dorabia do swojej podróży żadnej ideologii. Albo nie wyłapałam tego momentu, albo słowem nie wspomina o tym, dlaczego zdecydowała się na podróż. Kilka razy natomiast pisze, że przez jakąś salę muzealną przeszła nie zatrzymując się przy eksponatach, albo zwyczajnie darowała sobie jakąś atrakcję turystyczną.
Wiele miejsca natomiast poświęca na subiektywne opisy przyrody, nastroju swoich kompanów (a miała ich wyjątkowo niedobranych) czy ludzi mijanych po drodze. Są to jednak tylko opisy, migawki, coś, co ja odbieram jako literackie pocztówki z wakacji, które tworzy się, aby nie zapomnieć nastrojów, wrażeń, ulotnych myśli.
Dla mnie ta książka jest przede wszystkim bardzo szczera. Małgorzata Dzieduszycka - Ziemilska w żaden sposób nie upiększa tego, co mija po drodze. Z drugiej jednak strony nie sposób nie zachwycić się zdjęciami, które prezentuje: nie miałam pojęcia, że krajobrazy Mongolii są tak piękne! No i zdjęcia mongolskich zdjęci: cudo!
Czy jestem po tej lekturze mądrzejsza? Na pewno, ale nie jest to wiedza, którą mogłabym zdobyć czytając notkę w Wikipedii.
Książkę szczerze polecam. Absolutnie nie jest ona sztampowym przewodnikiem - i właśnie ten nieprzewodnikowy charakter uważam za jej największą zaletę.
A autorka o książce opowiada TUTAJ.
Etykiety:
ona pisze - polska,
podróżnicze
środa, 25 lipca 2012
Paweł i Gawał w jednym stali domu... (Ostrożnie z marzeniami - Maja Kotarska)
Tytuł: Ostrożnie z marzeniami
Autor: Maja Kotarska
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka (dziękuję!)
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 304
Maja Kotarska debiutantką nie jest, jednak ja nigdy wcześniej nie spotkałam się z jej nazwiskiem - i jest to pierwszy powód, dla którego zdecydowałam się sięgnąć po Ostrożnie z marzeniami. Drugim powodem był opis. Oto młoda dziewczyna, Agnieszka, otrzymuje w spadku po nielubianym wujku dom. A właściwie połówkę domu, gdyż jego część zamieszkuje starsza pani, niejaka Sabina Boszko. Starsza pani jednak nie zamierza przyjąć lokatorki z szeroko otwartymi ramionami, bynajmniej! Jej głównym celem życiowym staje się uprzykrzenie życia Agnieszce.
Super! - pomyślałam, kiedy przeczytałam ten opis, będzie wesoło! A że uwielbiam film Starsza pani musi zniknąć i w ogóle zostałam ostatnio fanką wszelkich historii, których bohaterkami są starsze panie, z ochotą przystąpiłam do lektury. Moje rozczarowanie było ogromne!
Absolutnie nie zamierzam pastwić się nad tą książka i czepiać się detali. Po prostu zupełnie szczerze przyznaję, że nie potrafię wskazać ani jednego elementu, który by mi się spodobał, no, może z wyjątkiem punktu wyjścia.
Sabina, która powinna nadawać ton całej opowieści, jest dla mnie zupełnie nijaka, chociaż z założenia miała być z jednej strony przebiegła i podła, z drugiej zaś uchodzić za słodką staruszkę. Dla mnie jest postacią z dużym potencjałem, który zupełnie nie został wykorzystany, gdyż Sabina, za przeproszeniem, ani ziębi, ani pali... Jej działania są dla mnie nie do końca zrozumiałe, nie do końca logiczne, a przy tym jej sposoby dręczenia Agnieszki wydały mi się zwyczajnie głupie i grubymi nićmi szyte.
Podobnie jest z Agnieszką. To postać bezbarwna, schematyczna i bez jakichkolwiek cech indywidualnych. Siłą rzeczy, o kimś takim czyta się bez zainteresowania. Gdyby była postacią drugoplanową - okej, ale na pierwszy plan zupełnie się nie nadaje.
Akcja? Hmm... Niby jest jakaś akcja, ale ani mnie ona nie zaciekawiła, ani nie przestraszyła, ani nie rozśmieszyła. Były jakieś ucieczki przed bandytami, były jakieś rozstania, intrygi, wredne koleżanki z pracy - ale prawdę mówiąc, cała intryga kryminalna pasuje mi do tej opowieści jak kwiatek do kożucha, a wszystko inne zwyczajnie mnie znudziło.
Szczerze? Nie polecam tej książki. Lubię literaturę łatwą, lekką i przyjemną - przyznaję. Ale są lepsze "czytadła" tego typu. Bo w Ostrożnie z marzeniami po prostu nie miałam na czym zawiesić uwagi i odetchnęłam z ulgą, kiedy dobrnęłam do końca. Bo ta "łatwa i lekka" książka zmęczyła mnie straszliwie.
Etykiety:
czytadło,
ona pisze - polska
poniedziałek, 23 lipca 2012
Trup na cmentarzu (Jak makiem zasiał - Anna Trojan)
Autor: Anna Trojan
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka (dziękuję!)
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 262
Książki z serii Asy kryminału czytam w ciemno, nie patrząc na autora i nie zwracając nawet za bardzo uwagi na opis. Dotychczas bowiem okazywało się, że każda powieść z tej serii jest jeśli nie świetna, to przynajmniej bardzo dobra. Nie inaczej było z Jak makiem zasiał, którą przeczytałam błyskawicznie.
Anna Trojan nieco przełamuje schemat powieści kryminalnej. Zaczyna się dziwnie (i dobrze!), bo zwłokami, które zwykle znajduje się na początku, są... zwłoki. Dokładnie tak! Na cmentarzu, gdzie grzebani są mieszkańcy niewielkiego miasteczka, dochodzi do serii "incydentów": ktoś wykopuje zwłoki, okalecza je, a następnie porzuca. Sprawą zajmuje się komisarz Połżniewicz, któremu dość szybko udaje się schwytać "oprawcę". Równie szybko jednak "oprawca" zostaje otruty arszenikiem w szpitalu dla obłąkanych, a wkrótce potem ginie jeden z bohaterów. Okazuje się więc, że schwytany nie jest jedynym winnym, a jego zatrzymanie to tak naprawdę czubek góry lodowej tej sprawy.
Pytań jest coraz więcej. Kto i dlaczego zabił? Co tak naprawdę dzieje w szpitalu psychiatrycznym? I jaki związek z tym wszystkim ma tajemnicze zniknięcie Adeli, córki rzeźnika oraz samobójstwo studenta? Na te wszystkie pytania najlepiej poszukać odpowiedzi samodzielnie, na kartach książki.
W przypadku tej powieści, połączenie sprawnie napisanej historii i makabry daje bardzo ciekawy efekt. Dodatkowo warto nadmienić, że autorka Jak makiem zasiał jest absolwentką farmacji, zajmuje się XIX - wiecznym lecznictwem i właśnie w tym wieku umieściła akcję powieści. Ja osobiście bardzo lubię kryminały, w których prowadzący śledztwo nie ma do dyspozycji specjalistycznego sprzętu, a jego głównym sprzymierzeńcem w rozwikłaniu zagadki jest notes, ołówek i własna głowa. Ciekawie przedstawiono także odwieczny konflikt na linii młodszy - starszy. Komisarzowi Połżniewiczowi najbardziej w pracy przeszkadza jego asystent, Trzeci, któremu wydaje się, że sam poprowadziłby sprawę lepiej. Z podobnym konfliktem mamy do czynienia w szpitalu psychiatrycznym, gdzie doktor Szpetowski chce leczyć pacjentów z wykorzystaniem prądu, czemu stanowczo sprzeciwia się jego zwierzchnik.
Dodatkowym atutem Jak makiem zasiał jest to, że w finale powieści idealnie zaczynają do siebie pasować wszystkie fragmenty układanki... i jest to chyba moment przeze mnie ulubiony we wszystkich kryminałach. Oczywiście samej nie udało mi się intrygi rozwiązać, ale wszystkich, którzy dopiero mają lekturę przed sobą, zachęcam do próbowania - wiele można wydedukować!
poniedziałek, 9 lipca 2012
"I to przeminie" (W plątaninie uczuć - Gabriela Gargaś)
Tytuł: W plątaninie uczuć
Autor: Gabriela Gargaś
Wydawnictwo: Feeria (dziękuję!)
Liczba stron: 392
Rok wydania: 2012
Premiera: 11.07.12
Bądźmy uczciwi: książka W plątaninie uczuć zaczyna się fatalnie.
Pierwszą bohaterką, którą przedstawia Gabriela Gargaś jest Dorota: kura domowa, która całkowicie poświęciła się mężowi i dzieciom. Tyle, że mąż tego nie docenia, wikła się w romans z dwudziestolatką, Dorota zaś jest przepracowana, umęczona codziennością i nie ma w niej żadnej chęci zmian. Banał? Ano banał.
Drugą bohaterką jest Hania: laska w rozmiarze XS, sypiająca z kimkolwiek biznesłomen, która wprost mówi, że jej uroda jest jej przekleństwem, gdyż mężczyźni po upojnej nocy z nią, wracają do mnie atrakcyjnych narzeczonych i żon. Na początku to Hania denerwowała mnie najbardziej, gdyż w całej trójki przedstawionych postaci, wydała mi się najbardziej "papierowa".
Nieco większą sympatią obdarzyłam Kalinę, która od kilku lat mieszka z tym samym facetem. Owszem, jej partner jest przystojny, troszczy się o nią... ale. Nie ma między nimi dawnego żaru i namiętności (w ogóle autorka bardzo eksponuje rolę seksu i "motyli w brzuchu", które, według niej, są niezbędnym składnikiem udanego związku), a na horyzoncie pojawia się dawna miłość. A dawne miłości mają to do siebie, że na ogół wydają się lepsze od tych aktualnych.
Powieść zaczyna się więc... nie bardzo, a jej zawartość świetnie oddaje tytuł. Gabriela Gargaś skupiła się bowiem na uczuciach swoich bohaterek, które zmieniają się jak w kalejdoskopie. I gdyby na tym autorka poprzestała... to byłoby kiepsko. W którymś momencie w powieści następuje jednak przełom. Moje początkowe znudzenie minęło i czytałam jak zaczarowana.
Co mnie tak wciągnęło?
Po pierwsze: prostota. Autorka pięknie pisze o miłości, przyjaźni, dojrzewaniu do zmiany, odkrywaniu siebie. I fakt, mogłabym cynicznie zauważyć, że, szczególnie pod koniec, książka zaczyna trącić patosem, co w zestawieniu z początkowymi scenami może wypadać śmiesznie, ale nie ukrywajmy: to właśnie te fragmenty najbardziej mnie wzruszyły i to o nich pamiętać będę najdłużej.
Po drugie: magia. Nie, nie ma tu czarów i zaklęć :) Jest coś piękniejszego: cud narodzin, cud przyjaźni, która wszystko przetrzyma, cud miłości, która przybiera różne oblicza, jest wiara, że można i, w końcu, jest pasja i chęć do działania - czyli tematy przeze mnie ukochane.
Doskonale zdaję sobie sprawę, że powieść W plątaninie uczuć powstała po to, by wzruszać i autorka nie zawahała się użyć wszelkich dostępnych środków, by to osiągnąć. Na mnie jednak ta książka podziała motywująco i dopingująco, a jedno zdanie szczególnie wryło mi się w pamięć:
I to przeminie.
Cieszmy się zatem chwilą, póki trwa! Banał? A czy lato to przypadkiem nie jest najlepszy czas na prawienie banałów :)?
Powieść jak najbardziej godna polecenia, mimo pewnych niedostatków, o których zapomina się chwilę po skończonej lekturze.
A przy okazji: jakże mi ten utwór pasuje do treści!
Etykiety:
być kobietą,
do zainspirowania się,
ona pisze - polska
Subskrybuj:
Posty (Atom)














