Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciąg dalszy nastąpił. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciąg dalszy nastąpił. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 4 lutego 2013

Co pięć Natalii... to nie jedna! (Drugi przekręt Natalii - Olga Rudnicka)


Tytuł: Drugi przekręt Natalii
Autor: Olga Rudnicka
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka (dziękuję!)
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 496 (mało!)

Drugi przekręt Natalii - wow! :)

Dawno, dawno temu czytałam pierwszy tom o siostrach Sucharskich, książka była świetna, ale kontynuacji się nie spodziewałam. A tu proszę! Jaka miła niespodzianka! 

Autorka pisze tak: (...) nie powinno Was dziwić, że nie mogłam rozstać się z Nataliami i druga część napisała się sama. Rzecz jasna, przy aktywnym współudziale bohaterek, które robią co chcą i zupełnie nie liczą się z moim zdaniem. 

No tak! :)

Jedyne, co łączy siostry Sucharskie to imię i nazwisko - tak, tak: ojciec nazwał je tak samo. Cała reszta zaś to różnice charakterów i poglądów, pozornie nie do pogodzenia. Chociaż może nie. Wszystkie mają zadziwiającą zdolność do pakowania się w kłopoty, łatwość w mijaniu się z prawdą i skłonność do stawiania na swoim. Nie potrafią słuchać, kłócą się, prawią sobie uszczypliwości... a jednocześnie jedna bez drugiej żyć nie potrafi, łączy je dziwna symbioza, która komuś z zewnątrz może wydawać się niezrozumiała.

Dla mnie siostry Sucharskie są literackim zjawiskiem: autorce udało się stworzyć wyraziste, zapadające w pamięć postaci kobiece, które jednocześnie irytują, bawią, imponują. Autorka jest także mistrzynią dialogów. Uważam, że prawdziwą sztuką jest napisać dobry dialog. Taki, który nie jest sztuczny, "książkowy", z drugiej zaś strony nie razi zbytnią kolokwialnością. Tutaj proporcje są zachowane, a ja czytając pogawędki Natalii, umierałam ze śmiechu.

Nie zapominajmy: książka Olgi Rudnickiej to nie tylko Natalie, chociaż ich bujne osobowości sprawiają, że to one wysuwają się na pierwszy plan. Na drugim planie bowiem, w tle ich rozmów, również bardzo dużo się dzieje: jest trup bez głowy, zwłoki w aucie, pięćdziesiąt brylantów, śledztwo, przesłuchania, kolejne trupy, kolejne domysły, kto też może być sprawcą... I nie powiem, cała historia kryminalna i tym razem została sprawnie i interesująco opisana... ale jak wspomniałam, to zaledwie tło, sióstr Sucharskich nic nie jest w stanie przebić.

I teraz muszę się do czegoś przyznać.
Nie przeczytałam tej książki.
Ja ją połknęłam, co nie zdarzyło mi się od bardzo, bardzo dawna, gdyż ostatnio cierpię na czytelniczy zastój, o czym już zresztą informowałam. 

Polecam obie części: ubaw po pachy gwarantowany! :)

sobota, 8 września 2012

Literacka lobotomia (A jeśli ciernie - Virginia C. Andrews)

Tytuł: A jeśli ciernie
Autor: Virginia C. Andrews
Wydawnictwo: Świat Książki (dziękuję!)
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 446

Po przeczytaniu książki A jeśli ciernie poczułam prawdziwą ulgę. Przyznaję: ta książka wyczerpała mnie emocjonalnie. Niezłą przeprawą były wcześniejsze tomy sagi o Dollangerach... ale tutaj zmęczyłam się jeszcze bardziej. Z drugiej jednak strony, to chyba najbardziej mroczna i najlepsza książka Virginii C. Andrews, jaką do tej pory czytałam.

Znani z wcześniejszych tomów Cathy i Chris żyją w domu otoczonym murem, starając się odizolować od społeczeństwa i jak najmniej rzucać w oczy. Kto czytał wcześniej tomy, ten wie dlaczego.

Wydarzenia opisane w A jeśli ciernie przedstawione zostały z perspektywy dwóch synów Cathy: Barta i Jory'ego. Obserwują oni swoich opiekunów i czują się coraz bardziej zaniepokojeni tym, co widzą. Bo historia rodziny, jaka została im przekazana jest niespójna, pojawia się w niej coraz więcej białych plam i zdarzeń, które nie pasują do pozostałych. Mało tego: sąsiadami rodziny zostają kobieta zasłaniająca twarz woalką oraz jej posępny lokaj. Młodszy z chłopców, Bart, szybko zaprzyjaźnia się z damą i lokajem, ci zaś szepczą mu do ucha dziwne opowieści, a do serca sączą jad...

O samej fabule więcej powiedzieć nie chcę i nie mogę. Jeśli ktoś zna twórczość autorki to wie, że pisze ona w sposób niezwykle emocjonalny, a jej specjalnością są dialogi, w których bohaterowie wzajemnie się oskarżają, zadając sobie głębokie rany. W przypadku Cathy i Chrisa - mimo pozornego szczęścia - nie mają się one nigdy zabliźnić, bo niczym ponury cień podąża za nimi przeszłość, lata spędzone na poddaszu.

Czytając, chwilami miałam wrażenie, że autorka dokonuje lobotomii na ich mózgach i przeprowadza operację na otwartym sercu, wyciągając wszystkie nerwy na wierzch... Sama do końca nie wiem, czy lubię takie grzebanie w emocjach i myślach, ale jedno muszę przyznać: mimo zimnych dreszczy na plecach, mimo tego, że chciałam, aby lektura już się skończyła, ostatnią stronę powitałam ze wspomnianą ulgą, ale też ze świadomością, że na podobne emocje pewnie długo przyjdzie mi poczekać.

Polecam: saga o Dollangerach z pewnością warto znać!

piątek, 25 maja 2012

Co nowego w Edynburgu? (Nieznośna lekkość maślanych bułeczek - Alexander McCall Smith)


Tytuł: Nieznośna lekkość maślanych bułeczek
Autor: Alexander McCall Smith
Wydawnictwo: MUZA
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 327

Bertie, niezwykle utalentowany sześciolatek, wciąż zmaga się z Irene, swą kontrolującą wszystko matką. Czasami udaje mu się od niej uwolnić, więc wstępuje do drużyny młodszych skautów. Matthew wykazuje się niespodziewanie silnym charakterem w roli nowo poślubionego małżonka, podczas gdy Domenica, kobieta oddana karierze intelektualnej, wciąż cierpi na samotność.
Narcystyczny Bruce przewartościowuje swoje dotychczasowe życie. Malarz portrecista, Angus Lordie, znów ma problemy ze swym psem Cyrilem, gdyż ten złotozęby gwiazdor wpada w sidła psiej namiętności... 


Książek Alexandra McCall Smitha nie potrafię czytać inaczej, niż z entuzjazmem. Nieznośna lekkość maślanych bułeczek jest piątym już tomem serii 44 Scotland Street, opowiadającym o codziennych perypetiach bardziej lub mniej sympatycznych ludzi, mieszkających w Edynburgu. Na każdą część wyczekuję tak samo mocno, z takim samym żalem kończę je czytać. Zdążyłam się już bowiem przywiązać do bohaterów, których coraz lepiej poznaję i coraz bardziej lubię (no, może z wyjątkiem Irene, która uparcie gnębi mojego ulubieńca, sześcioletniego Bertiego). 

I właśnie dlatego, że bohaterowie i sceneria są mi tak dobrze znane, trudno o tych książkach napisać cokolwiek nowego. Czytelnik otrzymuje bowiem dokładnie to, czego oczekuje i do czego zdążył się przyzwyczaić w poprzednich tomach. Książki Alexandra McCall Smitha są ciepłe, lecz i chwilami gorzkie. Są zabawne, ale też skłaniają do refleksji. Wiem, że powyższe zdanie to ogólnik, ale do tego cyklu pasuje idealnie. 

Nigdy nie byłam w Edynburgu, ale autor dokłada wszelkich starań, by przekonać czytelnika, iż jest to najpiękniejsze miejsce na ziemi, nawet jeśli znajduje się w nim kilka architektonicznych potworków. Niezmiennie też podoba mi się fakt, że autor ciągle na nowo podejmuje te same tematy. W Nieznośnej lekkości maślanych bułeczek na pierwszy plan, moim zdaniem, wybijają się relacje międzyludzkie. Matthew, świeżo poślubiony małżonek, odkrywa uroki bycia zaobrączkowanym, ale też zarówno jego, jak i jego małżonkę, zdaje się peszyć intymność i odsłonięcie się przed drugą osobą - a czy nie na tym, na oddaniu i odsłonięciu się, polega małżeństwo? Domenica, mimo iż z pewnością może nazwać Angusa swoim przyjacielem, cierpi na samotność. A Bruce? Ten zadufany w sobie playboy nagle traci pewność siebie, bo... rzuciła go dziewczyna, na której przecież absolutnie mu nie zależało. 

Niby zwykłe sprawy, niby codzienne sytuacje, ale autor potrafi pisać o nich w fascynujący sposób. Tak, że już nie mogę się doczekać następnego tomu. I naprawdę będzie smutno, kiedy te tomy przestaną się ukazywać, co przecież kiedyś nastąpić musi. A póki co, tradycyjnie, czekam na ciąg dalszy opowieści!

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Ciąg dalszy niech szybko nastąpi (A.McCall Smith - Miłość buja nad Szkocją)


Nad książkami z serii "44 Scotland Street" rozwodziłam się już przy okazji pisania o dwóch poprzednich tomach. "Miłość buja nad Szkocją" utwierdziła mnie w przekonaniu, że książki Alexandra McCall Smith warto czytać, bo są po prostu świetne: dowcipne, a jednocześnie mądre, poruszające poważne kwestie (np. w tym tomie umiera jeden z bohaterów), ale też autor nie stroni od nieco groteskowych i absurdalnych pomysłów (jedna z bohaterek rusza tropem piratów, z tymże słowo "pirat" w praktyce okazuje się znaczyć coś innego, niż Domenica początkowo myślała).

Pisarz powraca do wątków, które czytelnik zna już z poprzednich tomów. Irene nadal realizuje "projekt Bertie", lecz jednocześnie oczekuje na kolejnego potomka, Pat wciela się w rolę współczesnego Czerwonego Kapturka i prowadzi manewry ze współczesnym wilkiem, Cyril, pies ze złotym zębem, gubi się, a Matthew próbuje "coś" zrobić ze swoim życiem. Ot, banalna codzienność w najlepszym, edynburskim wydaniu. I nie ukrywam, że z każdym kolejnym tomem, moja sympatia do tej serii wzrasta. Tym bardziej, i to jest dla mnie świetna niespodzianka, tytuł następnej książki będzie brzmiał: "Świat według Bartiego". Czy już pisałam, że kocham tego rezolutnego sześciolatka, która potrafi "zagiąć" jednym pytaniem francuskiego wykładowcę?

Swoją drogą, malutka dygresja. Ci, co czytali wcześniejsze książki tego autora zapewne pamiętają, że Irene uparcie ubierała swojego synka z ogrodniczki koloru "zgniecionej truskawki". W "Miłość buja nad Szkocją" Matthew kupił sobie kaszmirowy sweter o barwie... "przybrudzonej owsianki". A podobno mężczyźni nie znają się na kolorach... :)

Dygresja numer dwa: zastanawiam się, który współczesny pisarz miałby odwagę podjąć się podobnego wyzwania, jak Alexander McCall Smith i publikować powieść w odcinkach w codziennej gazecie. Od czasu, kiedy dowiedziałam się, że moja wielka, studencka miłość, czyli "Emancypantki" Prusa, także były początkowo drukowane w odcinkach, marzę, aby wciągnąć się w jakąć porywającą powieść, którą ktoś zechce mi dawkować po odcineczku... Ech, chciałabym :)

Gorąco polecam "Miłość buja nas Szkocją". książki z tej serii są tymi, na które ostatnio czekam najbardziej :)

A.McCall Smith, Miłość buja nas Szkocją, MUZA, Warszawa 2011, s. 351.

piątek, 20 maja 2011

Subtelnie o niesubtelnym (M. Feth - Malarz młodych dziewcząt)


Cóż za zbieg okoliczności! O pierwszej książce Moniki Feth "Zbieracz truskawek", pisałam DOKŁADNIE rok temu. Niesamowite :) Niesamowite jak "Malarz młodych dziewcząt".

Od razu ostrzegam: co bardziej pruderyjnych książka może zgorszyć. Wydaje mi się, że obecnie tematów tabu i tak jest mniej niż jeszcze kilka lat temu, ale są takie obszary, o których nadal się nie mówi i które nadal szokują. Monika Feth podejmuje właśnie taki temat: chodzi o zakazaną, szaleńczą wręcz miłość mężczyzny do kobiety, ale miłość ta z założenia jest zła, brudna i budzi niedobre skojarzenia. Autorka dokonała jednak rzeczy niezwykłej. Mimo szokującej tematyki, ta książka jest niezwykle subtelna, delikatna i... jesienna, gdyż właśnie z kolorami jesieni mi się kojarzy. Widać, że pisarka nie nastawiła się na skandal i pogoń za sensacją, lecz starała się pokazać jakiś problem, który zwykle zamiatany jest pod dywan. Uważam, że ogromne brawa należą się tłumaczce, Hannie Odziemkowskiej, gdyż w "Malarzu" podobała mi się nie tylko to, co zostało opowiedziane, ale też słowa, których użyto, by treść przekazać.

Jeśli czytaliście "Zbieracza truskawek" opowiadającego o zaginionej i zamordowanej Caro, to z pewnością zauważycie, że kilku bohaterów pojawiło się w obu tych książkach, m.in. jej przyjaciółki. Tym razem to jedna z nich, Ilka, popada w kłopoty. Jednocześnie autorka przedstawia portret wrażliwej, samotnej dziewczyny, która próbuje pozbierać się po traumie, jakiej doświadczyła. Monika Feth opisuje jej drobne gesty, prozaiczne, wydawać by się mogło, zachowania, a jednak tworzy taki klimat wokół tej postaci, że ma się ją ochotę mocno przytulić. Jest też jeden nowy bohater, który będąc dokładnym przeciwieństwem Ilke, najbardziej przykuwa uwagę. To tytułowy malarz, który baaardzo przypomina mi głównego bohatera "Wichrowych Wzgórz": jest postacią tak samo mroczną i tajemniczą oraz kochającą na zabój. Może właśnie przez kontrast, jaki panuje między Ilką a Rubenem, książka ta tak silnie zapada w pamięć?

O ile pierwszą książkę Moniki Feth przeczytałam przez przypadek, to druga upewniła mnie, że warto po książki tej pisarki sięgać. Z niecierpliwością więc czekam na kolejne jej powieści! :)

M. Feth, Malarz młodych dziewcząt, Nasza Księgarnia, Warszawa 2011, s. 366.

niedziela, 20 lutego 2011

O jak ja lubię to dziecko :) (Opowieści przy kawie - A. McCall Smith)


Alexander McCall Smith - tego autora zdążyłam polubić czytając "44 Scotland Street", po "Opowieściach przy kawie" moja sympatia do niego jeszcze wzrosła.

Tom drugi serii czyta się znakomicie. Przedstawia perypetie bohaterów, których czytelnik zdążył już poznać w pierwszym tomie. Jest więc mój ulubieniec, sześcioletni Bertie (ha! nie tylko mój, gdyż postać ta ma już swój klub, zrzeszający jego fanów), który chodzi na jogę i jest mądrzejszy od swego psychoterapeuty. Jest jego sfiksowana matka Irene i ojciec, który nareszcie miał odwagę się jej postawić. Jest Bruce, który zawsze wychodzi na swoje, a któremu ja zbyt dobrze nie życzę. I oczywiście Dominica, której wywody uwielbiam czytać...

Jeśli miałabym porównać tom pierwszy i drugi, to "Opowieści przy kawie" wydają się bardziej refleksyjne i jednak ciekawsze: więcej się w nich dzieje, zarysowane zostały nowe wątki, na których rozwiązanie czekam. Nie wiem też, czy przegapiłam coś przy lekturze pierwszego tomu, ale ten wydaje mi się też o wiele zabawniejszy (szczególne część pamiętnikarska Ramseya Dunbartona, nudziarza przekonanego o tym, że miał bardzo ciekawe życie). Polecam też fragmenty o Bertiem: co prawda nigdy nie byłam małym chłopcem, ale wydaje mi się on bardzo bliski. Po chwili namysłu stwierdzam też, że to jeden z najbardziej sympatycznych bohaterów dziecięcych spotkanych przeze mnie na kartach książek*.

Z utęsknieniem czekam więc na "Miłość buja nad Szkocją", która ukaże się w połowie tego roku.

* zastanawiam się, w których książkach jeszcze występuje dziecko, do którego można od razu zapałać sympatią i oprócz Bobcia i Pulpy z "Jeżycjady", nikt nie przychodzi mi na myśl. Jakieś sugestie :)?

A. McCall Smith, Opowieści przy kawie, MUZA, Warszawa 2011, s. 333.

czwartek, 7 października 2010

Co było wcześniej? (Inna wersja życia - Hanna Kowalewska)


Wiem, że to niezbyt mądre czytać cykl książek od ostatniej pozycji (a są cztery), ale właśnie to zrobiłam. Książka "Inna wersja życia" czytana była w radiowej Jedynce i już wtedy coś mnie w niej zaintrygowało. Nie słuchałam jednak od początku i każdego odcinka, więc dość szybko się zgubiłam, ale straty nadrobiłam i przeczytałam tę książkę.

I tu znów miałam moment, że nie bardzo wiedziałam o czym czytam - wyszła nieznajomość trzech pierwszych tomów. Chwilę potem byłam już jednak w tą powieść tak wciągnięta, że nie było mowy, by czytać "po Bożemu" i najpierw sięgnąć po tom pierwszy. I tak przeczytałam naprawdę wyjątkową książkę.

Matylda jest trzydziestoletnią kobietą po przejściach, przeżyła między innymi samobójczą śmierć męża. Głównym wątkiem tej książki jest podróż Matyldy do czasów dzieciństwa. A zaczyna się ona od tego, że bohaterka przypadkowo zauważa, że nie ma jej na rodzinnych fotografiach z okresu, gdy jej siostra była noworodkiem. Pewne rzeczy, których wolałaby nie pamiętać, powoli zaczynają jej się przypominać: bajecznie kolorowy szalik, koleżanka Asia - Wiewióra, która sączy do ucha jadowite słowa: "Jesteś głupia i brzydka", górski krajobraz... Matylda chce naprawić relacje z siostrą, szuka szczęścia u boku kolejnych mężczyzn, a jej związki do łatwych nie należą, stara się układać sobie nie tylko teraźniejszość, ale i przeszłość.

Autorka, Hanna Kowalewska, z wykształcenia jest polonistką, ukończyła też studium scenariuszowe - i to widać. Świetne dialogi, świetni, wyraziści bohaterowie, świetne sytuacje. No i zakończenie... autorka podaje jego dwie alternatywne wersje, z czego za tą prawdziwą mam ochotę zamordować siostrę Matyldy i cały ród męski. Poza tym jest to kolejna książka, którą "widzę" na ekranie, chociaż jeszcze bez pomysłu, kto mógłby zagrać główną rolę :)

Jest to jedna z najlepszych lektur o "kobiecej duszy", jaką czytałam w ostatnim czasie - dawno, dawno temu takie wrażenie zrobiła na mnie "Dziewczyna z zapałkami" Anny Janko, a wcześniej chyba "Pani Dalloway" Wirginii Woolf - choć to zupełnie różne książki.

I już wiem, że w tym roku moją lekturą obowiązkową na jesień stanie się cykl o Zawrociu: "Tego lata w Zawrociu", "Góra śpiących węży" i "Maska Arlekina". Polecam, polecam, polecam - bez chwili zastanowienia!

H. Kowalewska, Inna wersja życia, wyd. Zysk i S-ka, Poznań 2010, s. 400.


poniedziałek, 30 sierpnia 2010

A po ślubie Lizzie było tak... (Emancypacja Mary Bennet - Colleen McCullough)


Kilka postów wcześniej pisałam, iż jest taka książka, która prawie sprawiła, iż przestałam marzyć o torbie, która stanowiłaby wyraz moich uczyć do bohatera książki Jane Austen. Tą książką jest "Emancypacja Mary Bennet", w której nieźle się boskiemu panu Darcy dostało.

Ale od początku.

"Emancypacja" to ciąg dalszy "Dumy i uprzedzenia", uchodzącej za romans wszech czasów. Dlatego mam wiele szacunku dla Colleen McCullough, iż odważyła się dopisać cokolwiek do powieści Jane Austen, gdyż to bardzo ryzykowna inicjatywa. Jednocześnie zaś miałam wrażenie, że autorka miała w nosie uczucia potencjalnych miłośników "Dumy i uprzedzenia" i wielką frajdę sprawiło jej "odbrązowienie" co niektórych bohaterów, w tym i Darcy'ego, który przecież dla wielu stanowi ideał mężczyzny.

McCullough odsłania "prawdziwe" motywacje bohaterów powieści Jane Austen, które okazują się znowu wcale nie takie chwalebne, pokazuje ich gorsze strony i mniej więcej do połowy powieście nie brakuje jej w tym odwagi. I nie ukrywam, że pierwsza połowa książki podobała mi się o wiele bardziej, chociaż moja miłość do Darcy'ego gwałtownie zmalała. Potem jednak autorka tak pokierowała losami swoich ( raczej nie swoich) bohaterów, że nie tylko wszystko kończy się dobrze, ale i wszyscy wydają się dobrzy. Troszeczkę szkoda - jak mieszać, to konsekwentnie!

I w tym momencie mam dylemat: opowiedzieć, co działo się dalej, czy też nie psuć niespodzianki? Główną bohaterką, jak łatwo się domyślić, jest Mary Bennet, która wyrosła na zdziwaczałą starą pannę. Po śmierci matki łapie wiatr w żagiel i pragnie niezależności - stąd "emancypacja"w tytule. Należy ją jednak wziąć w nawis, gdyż swoboda Mary kończy się, zanim naprawdę się zaczęła - i jest to dość niefortunny koniec, przez co emancypacja jest tutaj bardziej parodią emancypacji. Mimo początkowych śmiałych zamierzeń, na koniec, po najróżniejszych perypetiach (z porwaniem i uwięzieniem włącznie), Mary i tak dochodzi do wniosku, że nie wyobraża sobie życia bez silnego, męskiego ramienia...Chwała autorce za to, że jednak na koniec zostawiła coś z postrzelonej Mary, którą poznajemy na początku. Więcej nie powiem :)

Świetnie się bawiłam, czytając tę książkę - tym bardziej, że miło mi było spotkać starych, dobrze znanych bohaterów w nowych odsłonach. Zapewniam, że to prawdziwa gratka dla miłośników Jane Austen, a autorce "Emancypacji" bynajmniej nie zabrakło fantazji, odwagi i humoru przy kierowaniu ich dalszymi losami - niektóre sceny są naprawdę brawurowe!

A tak poza tym to JEDNAK cieszę się, że pan Darcy na koniec znów stał się dobrym panem Darcym, gdyż najbardziej lubię go w takim wydaniu i chyba już nic nie da się z tym zrobić :)

C. McCullough, Emancypacja Mary Bennet, Wydawnictwo Literackie, Warszawa 2010, s. 457.