Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 maja 2018

Książka dla spragnionych magii (Recenzja książki Dziewczynka, która wypiła księżyc Kelly Barnhill)

Książka, która ostatnio pojawia się wszędzie: na Instagramie, Facebooku, na blogach.
I wszędzie piszą o niej dobrze lub bardzo dobrze. Podejrzane, co?
Otóż... wcale nie!

Dziewczynka, która wypiła księżyc to przepięknie opowiedziana historia, mająca w sobie urok starej baśni, która przypadła do gustu mi, dorosłej kobiecie, i która zachwyciła dziesięcioletnią dziewczynkę, kochającą książki. 



wtorek, 18 lipca 2017

Potwornie klimatyczna książka (Potworna - MarcyKate Connolly)

Dziwna to sytuacja: po trzech latach milczenia wracam na bloga z recenzją książki, o której lekturę jeszcze kilka miesięcy temu zupełnie bym siebie nie podejrzewała. Tak, jak dawno, dawno temu przez długi czas nie sięgałam po kryminały (głupia byłam!), tak do tej pory szerokim łukiem omijałam półkę z napisem "FANTASTYKA". Dlaczego? Bo tak. Głupia byłam?


poniedziałek, 30 stycznia 2012

Pochwała niczym nieograniczonej wyobraźni (Światła września - Carlos Ruiz Zafon)

Nie wiem, czy mogę się nazwać miłośniczką twórczości Carlosa Ruiza Zafona, skoro dotychczas przeczytałam tylko dwie jego książki, a w dodatku nie były to najbardziej znane powieści - "Cień wiatru" ciągle przede mną. Uwielbiam natomiast jego książki pisane dla nieco młodszego czytelnika, a "Światła września" tylko mnie w tym przekonaniu utwierdziły.

Podobnie jak w "Księciu mgły" akcja "Świateł września" rozgrywa się nad morzem i podobnie jak w "Pałacu Północy" wszystko kończy się wielkim pożarem. Głównymi bohaterami powieści są Irene i Ismael. Dziewczyna przybywa wraz z matką i bratem do tajemniczej, budzącej grozę posiadłości równie tajemniczego Lazarusa Janna, genialnego twórcy zabawek. Dom, w którym matka dzieci rozpoczyna pracę, zastawiony jest robotami, których ukryty mechanizm wprawia je w ruch w najmniej spodziewanym momencie. Przez jakiś czas nic się nie dzieje, rodzinie udaje się zaaklimatyzować w nowym miejscu. I być może żyliby sobie spokojnie, gdyby nie pewne okno, otwarte w burzą noc... Hannah, kucharka i pokojówka w domu Lazarusa, wstaje, aby je zamknąć. Kiedy już wchodzi do pokoju, zauważa tajemniczy flakonik przypominający czarny diament. Otwiera go i, niechcący, uwalnia całą lawinę budzących grozę wydarzeń.

Nie potrafię powiedzieć, którą z dotychczas przeczytanych powieści Zafona uważam za najlepszą. "Światła września" bez wątpienia utrzymane są w klimacie dwóch poprzednich, co uważam za ogromny plus, gdyż klimat ten po prostu uwielbiam. Kolejny raz dałam się porwać wartko płynącej opowieści, czytałam z wypiekami na twarzy i podziwiałam ogromną, nieograniczoną wyobraźnię autora. Zafon opowiada zupełnie fantastyczne historie w taki sposób, że, przynajmniej ja, święcie wierzę, że to wszystko prawda. 

W "Światłach września" ogromnie urzekł i zachwycił mnie pomysł, aby wypełnić scenerię mechanicznymi zabawkami. Kiedy bohaterowie przemierzali ciemne korytarze, co chwila natykając się np. na figurę tarocistki, która wyciąga do nich kartkę z wizerunkiem Szatana... naprawdę czułam ich strach. I to jest kolejny ogromny atut: umiejętność tworzenia takiej atmosfery, że czytelnikowi po plecach przebiega zimny dreszcz.

Dla mnie "Światła września" to kolejna genialna powieść tego autora, którą polecam naprawdę każdemu. A sama, bardzo nieśmiało, planuję jednak zabrać się za "Cień wiatru" :) 

C.R. Zafon, Światła września, MUZA, 2011, s. 254.

sobota, 7 maja 2011

Nowy - stary Zafon zachwyca :) (Pałac Północy - C.R.Zafon)

y
Nie pamiętam już dokładnie, kto to napisał, ale kilka miesięcy temu przeczytałam jednozdaniową recenzję "Księcia mgły". Zdanie to brzmiało mniej więcej tak: Książki, które czytam w kilka godzin, uważam za genialne.

Właśnie tak było w przypadku "Pałacu Północy", który przeczytałam raz-dwa. Jest to druga książka, którą Zafon napisał. Ukazała się w 1994 roku w Hiszpanii. Tym samym, zupełnie przypadkowo, udaje mi się czytać tego autora chronologicznie, gdyż lektura wielkiego "Cienia wiatru" jeszcze przede mną, a za sobą mam tylko "Księcia mgły".

"Pałac Północy" to kolejna powieść przeznaczona dla nieco młodszego czytelnika, ale dorośli zupełnie nie powinni się tym zrażać. Autor w przedmowie pisze tak:

Sądzę, że istnieją historie o uniwersalnym wydźwięku, dlatego mam nadzieję, że dorośli czytelnicy moich późniejszych książek zechcą sięgnąć również po to, które opowiadają o magii, mrocznych tajemnicach i przygodach.

Akcja powieści dziejącej się w Kalkucie, rozpoczyna się w maju 1916 roku. Wtedy to z płonącego dworca Jheeter's Gate, na małej łodzi, ucieka mężczyzna. Próbują go dogonić wynajęci przez widmo w czarnym płaszczu opryszkowie. Zależy im nie tyle na schwytaniu mężczyzny, co dwójki dzieci, które udało mu się wynieść z płonącego gmachu. Dzieci bezpiecznie trafiają do starszej, mieszkającej samotnie kobiety, a mężczyzna ginie...

Mija szesnaście lat. Dzieci dorastają, nie wiedząc nawzajem o swoim istnieniu. Ben, którego można uznać za głównego bohatera tej powieści, wychowuje się w sierocińcu, który wkrótce ma opuścić. Jego życie można uznać za przeciętne, do czasu kiedy Sheere opowiada mu historię swojego ojca, a on sam (Ben, nie ojciec :) ) widzi płonący pociąg pędzący w nicość...

Więcej nie powiem, gdyż nie chcę psuć przyjemności, jaką niewątpliwie daje lektura tej książki. A Zafon tak pokierował fabułą, że do pewnego momentu czytelnik jest tak samo zagubiony jak główni bohaterowie. To, co biorą za prawdę, okazuje się kłamstwem, zaś osoba, którą uznać można za chodzący ideał, w którymś momencie zaczyna jawić się zupełnie inaczej.

Zafon, jak sam zapewniał, stworzył opowieść pełną magii i przygód, jednocześnie portretuje grupkę przyjaciół, których w tak młodym wieku połączyły wydarzenia, o których nigdy nikomu nie powiedzą i które będą mieć w pamięci do końca życia. A do tego dodaje tajemnicze, zamglone ulice Kalkuty, po których snują się bezdomni i ludzie, których lepiej nie spotykać po zmroku...

Nie potrafię ocenić, czy bardziej podobał mi się "Książę mgły", czy też "Pałac Północy", ale obie książki mają ten sam klimat, który już zdążyłam polubić. Pozostaje mi więc z niecierpliwością czekać na kolejną powieść autora, "Światła września", której polska premiera będzie miała miejsce w październiku tego roku.

C.R. Zafon, Pałać Północy, MUZA, Warszawa 2011, s . 286.

czwartek, 5 maja 2011

Dobrani nie do pary (Dobrani - Ally Condie)


Do napisania recenzji "Dobranych" zabieram się od mniej więcej... trzech tygodni? Czy może już miesiąca? Dlaczego? Powody są trzy. Po pierwsze: wszystko to już było. Znamy z literatury opisy społeczeństwa zniewolonego, bezwolnego i kontrolowanego. Ally Condie akcję swojej powieści umieszcza właśnie w takiej rzeczywistości. Ludzie nie ma prawa decydować o niczym. Dosłownie o niczym: nie tylko nie wolno im jeść tego, na co mają ochotę, lecz także wybrano dla nich zaledwie sto wierszy, które można czytać, dyktuje się im, gdzie mają pracować i gdzie spędzać czas wolny, a także kiedy mają umrzeć oraz... kogo mają kochać. A wszystko to dla ich dobra. I tutaj uczucia mam ambiwalentne: z jednej strony znam już takie opisy, nie są one oryginalne, lecz z drugiej robią wrażenie, oj robią.

Drugą przyczyną, przez którą nie mogłam zabrać się do napisania tej recenzji jest fakt, iż książka ta bez wątpienia przeznaczona jest dla młodego czytelnika. Chciałam więc napisać kolejną recenzję "na pół" z moją młodszą kuzynką, lecz...zapominałam jej "Dobranych" przekazać. Nie wiem, co i czy urzekłoby ją w powieści Ally Condie, lecz do mnie najbardziej przemawia jej... prostota. Bo oto mamy dziewczynę, której Społeczeństwo przydziela Wybranka. I wszystko byłoby dobrze, gdyby Cassia wkrótce potem nie zobaczyła jeszcze jednego potencjalnego kandydata na męża. Kandydata, który stanowi mniej udany element Społeczeństwa, kandydata, który odwzajemnia jej uczucia i pokazuje jej rzeczy, o których nigdy wcześniej nie myślała. W dziewczynie rodzi się bunt... ale z drugiej strony wyrażenie go oznacza walkę ze wszystkim, co do tej pory znała i w co wierzyła. Cassia kocha pierwszy raz, w jej myślach początkowo panuje chaos, który następnie przeradza się w jasną i klarowną wizję tego, jak chce żyć. Dodam, że wizja ta daleko wykracza poza ramy, które przewidziało dla niej społeczeństwo.

Powiem po prostu: opowiedziana historia wydała mi się piękna, podobnie jak wszystkie sceny, które rozegrały się między Cassią a jej Ukochanym Oprócz nieśmiałych pocałunków, chłopak podarował jej umiejętność pisania, opowiedział jej swoją historię, ona zaś podzieliła się z nim zakazanym wierszem. Słowa, w których moc ja głęboko wierzę, były jedynym elementem, których żaden system nie mógł im odebrać. Stały się czymś, co ich definiowało i co należało tylko do nich. I myślę, że ze względu właśnie na ten wątek, książka ta tak bardzo mi się podobała.

A jaki jest trzeci powód? Ano taki, że dopiero dzisiaj stwierdziłam, że nie jest żadnym wstydem przyznać się publicznie, że do kilku łez wzruszenia doprowadziła mnie książka, która opowiada o miłości nastolatków... I że ostatnio tak wzruszyłam się na pierwszym tomie sagi "Zmierzch" :) Gorąco polecam "Dobranych" i niecierpliwie czekam na kolejny tom cyklu!

A. Condie, Dobrani, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2011, s. 352.

niedziela, 26 grudnia 2010

Książka, która (chyba) podoba się wszystkim (Książę mgły - C.R.Zafon)


Zanim sięgnęłam po "Księcia mgły" przeczytałam mnóstwo dobrego na temat tej książki na innych blogach - właściwie nie kojarzę złej recenzji. I teraz, po lekturze, wcale mnie nie dziwią entuzjastyczne wypowiedzi. Od razu dodam, że jest to pierwsza Wyrównaj z obu stronksiążka Zafona, jaką czytam, ale wiem już na pewno, że nie ostatnia, tym bardziej, że pożyczony "Cień wiatru" prawie od roku czeka na półce.

Jak pisze autor we wstępie, "Książkę mgły" to książka zaklasyfikowana jako powieść dla młodzieży. Dodaje jednak, że wierzy w to, iż przypadnie ona do gustu wszystkim, bez względu na wiek. Mnie przypadła, mimo iż metrykalnie już od jakiegoś czasu do młodzieży zaliczyć się nie mogę.

Jak zwykle w przypadku książek, o których wiele już napisano, nie widzę sensu, by rozwodzić się nad treścią, chociaż ta jest intrygująca. Nastoletni Max przeprowadza się do nowego domu wraz z całą rodziną i wkrótce zaczynają dziać się dziwne rzeczy: zegary chodzą wspak, posągi cyrkowców znajdujące się w tajemniczy ogrodzie zmieniają swoje położenie, pojawia się niesamowity, czarny kot, a staruszek mieszkający w latarni zdaje się skrywać jakąś mroczną tajemnicę.

Niesamowite jest już pierwsze zdanie powieści: Wiele lat musiało upłynąć, by Max zapomniał wreszcie owe lato, kiedy odkrył, właściwie przypadkiem, istnienie magii. Osobiście bardzo lubię nie tylko książki, ale i filmy z nastoletnim bohaterem, który nagle staje w obliczu czegoś, co zdaje się go przerastać i z czym musi się zmierzyć, a magia przeplata się z grozą - dokładnie tak jak w tym przypadku. Kolejnym plusem jest oniryczny klimat "Księcia mgły, który sprawił, że książkę zaczęłam czytać rano i lektura zajęła mi około trzech godzin: po prostu nie mogłam się oderwać. I ogromnie podobało mi się zakończenie, tylko częściowo szczęśliwe, a takie lubię najbardziej.

Nie wiem, czy wśród blogerek i blogerów uchowała się jeszcze osoba, która do tej pory nie czytała żadnej z książek Zafona. Ja cieszę się, że w końcu zdecydowałam się sięgnąć po powieść tego pisarza i mam nadzieję, że pozostałe jego powieści będą mi się podobało co najmniej tak samo jak "Książę mgły".

C.R. Zafon, Książę mgły, MUZA, Warszawa 2010, s. 198.

niedziela, 25 kwietnia 2010

Podręcznik anatomii dla początkujących (Intruz - Stephanie Meyer)


O "Intruzie" początkowo planowałam napisać krótko, gdyż, delikatnie mówiąc, nie zachwyciła mnie ta książka.

Planowałam napisać, że przez 550 stron akcja toczy się powoli i ociężale. Że co i rusz miałam wrażenie deja vu: bohaterowie toczą rozmowy na ten sam temat, tylko w różnych konfiguracjach. Poza tym są oni do siebie bardzo podobni, oprócz, dwóch, może trzech indywidualności, reszta jest zupełnie nijaka.

Poza tym w którymś momencie, żeby urozmaicić sobie lekturę, zaczęłam wyłapywać z tekstu nazwy narządów wewnętrznych człowieka :) Nie wiem, czy to zauważyliście, ale już w "Zmierzchu" co chwila pojawiały się zdania typu: "Żołądek skurczył mi się i przewrócił na drugą stronę", "Wydolność moich płuc gwałtownie malała", "Poczułam nagły ucisk w wątrobie", "Moje żyły nie nadążały z pompowaniem krwi do zmęczonych członków", "Zdarłam sobie skórę do krwi", "Bolały mnie żebra". Okej - ja te zdania wymyśliłam. Ale jako że książka mnie nudziła, starałam się ich wyłapać jak najwięcej i brzmiały one mniej więcej tak. Zawsze to jakaś rozrywka :)

Przy "Klubie Dantego" zastanawiałam się, jaka to dziwna siła kazała mi doczytać niezbyt fajną książkę do końca. Tutaj już wiem. Byłam po prostu ciekawa zakończenia i dlatego przez te 550 stron brnęłam.

Bo jak pewnie wszyscy wiedzą, "Intruz" opowiada historię napadu dusz na Ziemię. Dusze to istoty niesamodzielne, które potrzebują żywicieli i wybrali sobie na nich ludzkie ciała. Jeśli jednak dochodzi do sytuacji, że żywiciel - człowiek jest silny i trudno go złamać, w jednym ciele mieszkają dwie "osoby": człowiek i wszczepiona mu dusza. Tutaj w dodatku kochają jednego mężczyznę. Sytuacja i pomysł wydał mi się na tyle niecodzienny i nieograny, że końcówki nie mogłam sobie darować.

A że książka kiczowata? No cóż... Można w niej jednak wyłowić, oprócz zdań rodem z podręcznika anatomii, takie "perełeczki":

Zbliżył do mnie twarz, znalazł moje usta, a potem zaczął mnie całować, powoli i delikatnie, jak płynna skała falująca łagodnie w ciemnościach ziemi, aż powoli przestałam się trząść.

Złośliwie podejrzewam, że w tym samym momencie bohaterce przestały migotać przedsionki i ustała akcja serca :)

Daję 2 - bo pomysł dobry, ale wykonanie...

S. Meyer, Intruz, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2008, s. 550.

PS A w jednym z następnych postów pochwalę się nowymi książeczkami zakupionymi z okazji piątkowego święta :)

poniedziałek, 29 marca 2010

Czytanie tematyczne: Piękna i obrzydliwa (Księga rzeczy utraconych - John Connolly) -


Weekend tematyczny mi nie wyszedł, ale tydzień tematyczny...? Czemu nie :)
Dlatego serdecznie zapraszam na tydzień z książką. Chcę pisać o książkach (to jasne), które mówią o książkach lub, po prostu, mają słowa "księga" lub "książka" w tytule. Czyli mniej więcej wiadomo, czego można się spodziewać :)

I zapowiadam, że będę miała mocne wejście, gdyż książka, o której chcę najpierw napisać, budziła (i budzi) we mnie skrajne emocje. Jednocześnie piszę od razu: "Księga rzeczy utraconych" to jedna z najlepszych pozycji, jakie w życiu czytałam. Już wyjaśniam dlaczego.

Baśnie uwielbiam od dzieciństwa i jest to fascynacja, która nie mija. A po lekturze książki "Dziewczynka w baśniowym lesie" i klasycznego dzieła Bettelheima "Cudowne i pożyteczne" zaczęłam na baśnie spoglądać nieco inaczej. Przestały jawić mi się jako niewinne historie, odkryłam ich mroczną stronę. "Księga rzeczy utraconych" jest właśnie taką mroczną baśnią dla dorosłych, którą nieopatrznie zaczęłam czytać wieczorem i, no cóż, tamtej nocy spałam przy zapalonym świetle. Groza tej opowieści polegała na tym, iż Connolly pisze o baśniowych postaciach, które nagle zyskują nowe oblicze. I tak Czerwony Kapturek i wilk stwarzają nową rasę wilkonów, która chce zawładnąć baśniowym światem. Śpiąca Królewna okazuje się krwiopijczą bestią, gotową pożreć każdego księcia, który będzie na tyle szalony, by ją ratować. Że o postaci Łowczyni nie wspomnę...przeprowadzała ona eksperymenty, w których głowy dzieci łączyła z ciałami zwierząt po to, żeby móc potem na niej polować... Makabra.

Do tego świata trafia David: dziecko, w którym matka zaszczepiła miłość do baśni i opowieści. Tłumaczyła mu, że dzięki czytaniu, fikcyjne światy ożywają. David obwinia się za śmierć matki, lecz obwinia też ojca, który założył nową rodzinę. Chłopiec czyta więcej i więcej, w końcu trafia do świata ze swoich opowieści. A tam już czeka na niego przerażająca postać Garbusa, który w zamian za duszę jego brata, chce uczynić Davida królem, czekają na niego wilkoni, którzy pragną nasycić się jego krwią i czekają na niego stwory, przez które nie mogłam zasnąć.

David w świecie baśni staje się mężczyzną: dzielnym, mądrym, współczującym. Nawiązuje przyjaźnie, uczy się tolerancji i współczucia. I to jest w tej książce naprawdę piękne i wzruszające. Tym bardziej, że kontrastuje z całą ohydą, jaka została opisana: krew leje się co chwila, ktoś na kogoś poluje i co chwila ktoś ginie. Tak samo zresztą, jak w świecie rzeczywistym: kiedy Davisd trafia do alternatywnej rzeczywistości, właśnie zaczyna się II wojna światowa.

Napisałam dość dużo, a i tak nie jestem w stanie tej książki po prostu streścić. Jest ona bowiem pełna nie tylko opisów i wydarzeń, lecz także opowieści, które snują bohaterowie. Mnie ta powieść uwiodła. W ogóle uważam, że autor miał rewelacyjny pomysł, aby taką historię stworzyć: można mu tylko pozazdrościć nieokiełznanej wyobraźni. Korci mnie jeszcze, aby powiedzieć, czym jest tytułowa księga rzeczy utraconych, ale nie chcę odbierać przyjemności samodzielnego rozwikłania tej niewiadomej przyszłym czytelnikom :)

Polecam tak samo mocno, jak wcześniej "Piaskową górę"! A Agnes jeszcze raz dziękuję :)

J. Connolly, Księga rzeczy utraconych, wyd. Niebieska Studnia, Warszawa 2007, s. 351.

czwartek, 28 stycznia 2010

Herbie Brennan - Wojny duszków


Kolejny tom serii "Wojny duszków" za mną. Oj, podobała mi się książka, jeszcze bardziej niż pierwsza część. W powieści przeplata się tyle wątków, że pójdę na łatwiznę i aby przedstawić fabułę, posłużę się opisem z okładki:

Ojciec Pyrgusa Malvae wraca do Purpurowego Pałacu. Jego powrót wywołuje wstrząs - przecież zginął z rąk podstępnego wroga. Jeśli dodać do tego fakt, że niedawno zmarły Purpurowy Cesarz jest teraz sprzymierzeńcem Duszków Nocy, jest oczywiste, że źle się dzieje w Krainie Duszków. Świat zwariował. Duszki Nocy są u władzy, szalona kobieta jest królową, odwieczny porządek rzeczy jest zagrożony, a Pygus i Holly Bluemuszą zgłębić przyczynę tego zamieszania. Kiedy Henry przybywa im na pomoc, nie ma pojęcia, w jakim niesamowitym świecie się znajdzie i ile będzie musiał się natrudzić, żeby zaprowadzić w nim porządek.

Za wielki plus książki uważam krótkie rozdziały: przeskakuje się z wątku na wątek, dzięki czemu akcja nabiera przyspieszenia. Z pewnością jest też więcej dialogów, co ja akurat lubię. No i w drugim tomie zna się już realia świata przedstawionego i zna się bohaterów, dlatego nie trzeba skupiać się na tym, kto jest kim. A bohaterowie, szczególnie ci źli, naprawdę udali się Brennanowi. Moim absolutnym faworytem jest otyły, pozbawiony skrupułów Chalkhill i tajemniczy mieszkaniec jego odbytu ;-)

Minusy? A są takie? Jeśli już miałabym przyczepić się do czegoś, to do faktu, iż mam wrażenie, iż trzy czwarte książki zajmuje autorowi piętrzenie najróżniejszych trudności i przeszkód, by potem, na kilkunastu zaledwie stronach, bez większego trudu je rozwiązać. Jedna udana bitwa i już - po sprawie. Trochę to jednak za proste.

W każdym razie na pewno sięgnę po kolejne tomy serii - niech no tylko minie mi ten cholerny katar i odkopana zostanie droga do biblioteki ;-) W moim dość zaawansowanym wieku takie czynniki mają już wpływ na dobór lektur. Co innego, gdybym była trzynastoletnim chłopcem - wtedy z pewnością pognałabym do biblioteki choćby zaraz po "Władcę krainy" ;-)

poniedziałek, 25 stycznia 2010

Do kompletu z chusteczkami... (Herbie Brennan - Wojny duszków)


A ja dziś tylko na chwilkę, gdyż leczę paskudne przeziębienie: z fazy bycia pociągającą przeszłam do etapu następnego. Teraz jestem po prostu smarkata i jak na smarkatą przystało, czytam sobie literaturę młodzieżową. A raczej powieść, która reprezentuje "typową fantastykę młodzieżową", czyli "Wojny duszków" Herbiego Brennana. Na książkę trafiłam przeglądając listę lektur rekomendowanych przez Instytut Książki, pani w bibliotece powiedziała, że na pewno mi się spodoba, więc nie bacząc na to, że zawsze wydawało mi się, że nie lubię fantastyki, zaczęłam czytać.
I właśnie kończę drugi tom serii;-)

"Wojny duszków" to sprawnie opowiedziana historia, w której przeplatają się dwa światy: świat Duszków i świat ludzi. Do tego pierwszego należy Pyrgus, syn Purpurowego Cesarza, który przez miłość do zwierząt wpada w spore tarapaty i ojciec, aby go chronić, chce ukryć syna w innej rzeczywistości. Pyrgus przez pomyłkę trafia do świata ludzi, gdzie szybko zaprzyjaźnia się z Henrym, swoim rówieśnikiem, którego matka właśnie okazała się lesbijką... Pyrgus na ziemi jednak nie gości zbyt długo, gdyż wie, że jego królestwu grozi niebezpieczeństwo i chcąc z powrotem przedostać się do swojego świata, przez pomyłkę trafia do piekła, gdzie władanie nad jego myslami przejmuje demon... Oczywiście chyba nie powiem zbyt wiele jeśli dodam, że młodzi bohaterowie razem dzielnie stawiają czoła wszelkiemu niebezpieczeństwu i historia kończy się happy endem, który zostaje zburzony już w następnym tomie.

Czy mi się ta książka podoba? Ano podoba, gdyż co chwila pojawiają się w niej niespodziewane zwroty akcji, można śledzieć kilka wątków jednocześnie i, co w moim obecnym, smarkatym stanie ważne, nie wymaga zbytniego myślenia. Poza tym moja wiedza o fantastyce zatrzymała się gdzieś na Harrym Potterze, także książka ta stanowi jej malutkie uzupełnienie. A jeśli już o Harrym mowa, to na okładce "Purpurowego Cesarza" (drugi tom serii) znajduje się takie oto zdanie:

"Wojny duszków" i "Purpurowy Cesarz" pomysłowością nie ustępują przygodom Harry'ego Pottera, wnikliwością i inteligencją zaś dorównują powieściom Philipa Pullmana.

Philipa Pullmana...? Czy ja czytałam coś tego autora?

I znowu pojawia się sytuacja, że jedna książka prowadzi do drugiej. Przez moment byłam zadowolona, że wypełniłam jedną lukę czytelniczą, a natychmiast pojawiła się następna... a po niej będzie jeszcze jedna, i kolejna... Zastanawiam się, czy to w ogóle się kiedyś skończy, bo jeśli nie, to tak sobie będę czytać, i czytać, i czytać...

...co w gruncie rzeczy jest opcją jak najbardziej pożądaną ;-)