Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ona pisze - europa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ona pisze - europa. Pokaż wszystkie posty

piątek, 26 kwietnia 2013

Love story do zaczytania (Szmaragdowa tablica - Carla Montero)

Tytuł: Szmaragdowa Tablica
Autor: Carla Montero
Wydawnictwo: Rebis (dziękuję!)
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 672

Szmaragdową tablicę czytałam długo, bo ponad dwa tygodnie. Nie wątpię jednak w to, że można przeczytać ją w kilka dni, błyskawicznie - bo moim zdaniem jest to właśnie jedna z tych książek do połknięcia, które czyta się z wypiekami na twarzy i od których nie można się oderwać. 

Tak naprawdę fabułę tej rozpisanej na prawie 670 stron powieści mogłabym streścić w kilku zdaniach. Konrad, bogaty biznesmen, zleca swojej dziewczynie odnalezienie obrazu, o którym nie wiadomo nic... nie ma nawet dowodów na to, że kiedykolwiek istniał. Ana podejmuje się tego zadania, jednak w którymś momencie ważniejsi od samego obrazu stają się ludzie z nim związani. I właśnie opowieść o tych ludziach najbardziej wciąga i zapada w pamięć. 

Sarah Bauer i Georg von Bergheim - para, której miłość rozłożyła mnie na łopatki. Szczerze: myślałam, że jestem za stara na takie historie. Ona - Żydówka, on - nazista. On poluje na nią, a raczej na obraz, który, jak domniema, jest w jej posiadaniu. Ona traci całą rodzinę w obozach koncentracyjnych, sama cudem unika śmierci, potem aktywnie działa w ruchu oporu. Nienawidzi Niemców, jednak dla tego jednego robi wyjątek... On zaś dla niej oszukuje samego Himmlera, narażając życie swoje i swojej rodziny. Dawno, bardzo dawno nie zdarzyło mi się wciągnąć do tego stopnia w jakąś love story i chyba też dawno aż tak mocno nie trzymałam kciuków za szczęśliwe zakończenie.

Carla Montero napisała swoją drugą powieść z rozmachem: mnóstwo tu opisów, mnóstwo wątków pobocznych i postaci drugoplanowych, ale też, mimo tej epickiej rozlewności, dużo w tej książce się dzieje. 

I teraz tak: do tytułów, o których pisze się, że to światowe bestsellery, że sprzedano dziesięć milionów egzemplarzy i zachwyciły sto milionów czytelników, podchodzę sceptycznie. Podobnie jak z założenia nieufnością darzę książki, na których reklamę natykam się na każdym kroku - a tak właśnie jest ze Szmaragdową Tablicą. Średnio też kręcą mnie lektury, które na okładce mają taki oto tekst: 

Historia i współczesność, miłość i wojna, zakazany romans i dzika zazdrość, tajemniczy obraz i opętanie chciwością - ta wspaniała powieść zachwyca, przeraża i wciąga bez reszty. 

ALE! Nie żałuję ani jednej minuty, którą spędziłam z tą powieścią. Wierzcie mi: jest świetna! Mimo iż nastawiona na masowego czytelnika, naprawdę napisana została wyśmienicie, a autorce udało się mistrzowsko połączyć dwie historie, które na koniec odnajdują piękny wspólny mianownik. 

Polecam! Ja właśnie za to kocham czytanie. Za historie, które wciągają tak, że na kilka godzin tracę kontakt z rzeczywistością :)


środa, 13 marca 2013

Mroczna strona... każdego (Najmroczniejsza ciemność - Carin Gerhardsen)

Tytuł: Najmroczniejsza ciemność
Autor: Carin Gerhardsen
Wydawnictwo: Rebis (dziękuję!)
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 390

I pomyśleć, że jeszcze dwa, trzy lata temu prawie w ogóle nie czytałam kryminałów. Uważałam je za schematyczne, irytujące, głupie i nudne. A wszystko to na podstawie... sama nie wiem czego, bo jak można sobie wyrobić zdanie na temat czegoś, co omija się szerokim łukiem?

Za to teraz... ach! :) Nie ma to jak wyłączać się na kilka godzin, z dobrze napisanym kryminałem w dłoni :)

Carin Gerhardsen miałam okazję poznać już wcześniej, jako autorkę świetnego Domku z piernika - KLIK, oczekiwania wobec Najmroczniejszej ciemności miałam więc dość wysokie. Co mogę powiedzieć po lekturze? Autorka trzyma  bardzo dobry poziom, chociaż, mimo wszystko, pierwsza część cyklu o komisarzu Sonnym Sjobergu podobała mi się ciut bardziej - zaznaczam "ciut".

Akcja Najmroczniejszej ciemności bowiem także została świetnie pomyślana. Ekipa posterunku z Hammarby pracuje równolegle nad dwiema sprawami. Jedna z nich dotyczy nastolatki zamordowanej na promie płynącym ze Szwecji do Finlandii. Ofiarą jest Jennifer, dziewczyna z patologicznej rodziny. Czytelnik poznaje ją na kilkadziesiąt godzin przed śmiercią i wydaje mu się, że wie, kto dokonał mordu.

Druga sprawa jest o wiele bardziej tajemnicza: policjantka znajduje porzucone w krzakach niemowlę, a kawałek dalej zwłoki jego matki. Działania koncentrują się wokół ustalenia tożsamości ofiary, w tym samym czasie jednak pewna rezolutna trzylatka budzi się sama w pustym mieszkaniu... i nie bardzo wie, co powinna robić. 

Już za pierwszym razem, w przypadku Domku z piernika, przede wszystkim doceniłam to, że Carin Gerhardsen w swoich kryminałach pokazuje więcej, niż tylko działania policji. Jej bohaterowie są "jacyś", a sytuacje i dylematy, w jakich zostają postawieni, do najłatwiejszych nie należą. 

Tutaj jest podobnie. Uwagę przykuwa Elise, czternastoletnia siostra zamordowanej Jennifer, która nagle zostaje zupełnie sama i zdaje się tak samo nieporadna, jak trzyletnia Hanna, którą pozostawiano bez opieki. 

Równie ciekawą postacią jest Jocke, chłopak ofiary. Na pierwszy rzut oka wydaje się pewnym siebie mężczyzną, jednak kiedy zajrzeć pod maskę "macho", za którą się skrywa... 

Zaskakuje także prowadzący śledztwo komisarz Conny, do tej pory przykładny mąż i ojciec piątki dzieci. Pozornie niby nic się nie zmienia... skąd jednak w jego snach nagle pojawia się rudowłosa kobieta, od której nijak nie może się uwolnić, także na jawie?

W przypadku tej książki tytuł bardzo adekwatnie oddaje jej treść - może on bowiem dotyczyć zarówno zbrodni, z jakimi mamy do czynienia, jak i ludzkiej natury. Wychodzi bowiem na to, że każdy coś ukrywa, każdy ma swoje "demony", swoją ciemną stronę.

Tak jak po lekturze Domku z piernika, tak i teraz z niecierpliwością będę wypatrywać ciągu dalszego. Autorka bowiem nie doprowadziła do końca wielu wątków, zostawiając sobie otwartą furtkę na interesujący ciąg dalszy.

A ja z przyjemnością mogę jej książki polecić: naprawdę wciągająca lektura!

poniedziałek, 5 listopada 2012

Perfekcyjna pani domu (Niewidzialna pani domu - Jeanne Ray)

Tytuł: Niewidzialna pani domu
Autor: Jeanne Ray
Wydawnictwo: Wielka Litera (dziękuję!)
Liczba stron: 256
Rok wydania: 2012

Macie tak czasem? Kiedy czytacie, wszystko wydaje się w porządku. Niesztampowy temat, oryginalni bohaterowie, wciągająca fabuła. Zadowoleni z lektury dochodzicie do ostatniej strony. Dajecie książce kilka godzin na "uleżenie się" w głowie. Owe godziny mijają, wasze zadowolenia zaś zmienia się lekkie rozczarowanie. Na tyle lekkie, że książkę cały czas uważacie za dobrą i godną uwagi, ale... Ale sami napisalibyście ją inaczej!

Ja, gdybym mogła, chętnie zmieniłabym fabułę Niewidzialnej pani domu. Książka wydała mi się interesująca w chwili, kiedy ją zobaczyłam i wiedziałam, że chcę ją przeczytać. Zaintrygowała mnie główna bohaterka, Clover... która któregoś dnia znika. I nie jest to żadna przenośnia: kobieta znika dosłownie, tam, gdzie kiedyś była jej głowa, znajduje się pusta przestrzeń. I teraz najlepsze: jej bliscy niczego nie zauważają! Mąż rozmawia z niewidzialną żoną... i nie dostrzega, że ręka, która stawia przed nim obiad... Jaka ręka? Nie dostrzega, że nie ma ręki! Clover próbuje sobie tłumaczyć zachowanie męża tym, że zna ją tak dobrze, że patrzył na nią tyle razy... że jego umysł wypełnia pustkę jej obrazem. Jak jednak wytłumaczyć to, że nie widzą jej także dzieci?

Czego się spodziewałam po tej książce? Mocnej powieści feministycznej, mówiącej o tym, że kobieta, która za wszelką cenę próbuje być perfekcyjną panią domu i zatraca się w czyszczeniu fug w łazience, po jakimś czasie staje się dla domowników sprawnie działającą maszyną, traci swoje człowieczeństwo. Tymczasem Clover dziwnie łatwo godzi się ze swoją niewidzialnością. To, że spotyka inne niewidzialne kobiety zdaje się tylko utwierdzać ją w przekonaniu, że takie rzeczy po prostu się dzieją. I chociaż na końcu pojawia się bunt i masowy zryw... to jest on skierowany zupełnie nie w tę stronę, w którą ja bym go skierowała.

Po Niewidzialną panią domu można sięgać bez obaw: książkę czyta się przyjemnie, ale też nie jest to typowe babskie czytadło, o którym zapomina się chwilę po tym, jak lektura powędruje na półkę. Powieść wciąga, zapada w pamięć, widać, że autorka miała na tę książkę pomysł. A że był to pomysł inny niż mój... no cóż, wszystko przede mną :)


niedziela, 23 września 2012

To jest książka dla tych, co się lubią bać! (Pamiętam Cię - Yrsa Sigurdardottir)

Tytuł: Pamiętam Cię
Autor: Yrsa Sigurdardottir
Wydawnictwo: MUZA (dziękuję!)
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 318

Dawno żadna fabuła nie napędziła mi takiego stracha.
Dawno nie czytałam książki... którą czytałam tylko w dzień i broń Boże nie wtedy, gdy byłam sama!
Wreszcie: dawno nie zdarzyło mi się spać przy zapalonym świetle i bać się wstać w nocy do łazienki!

O Pamiętam Cię było jakiś czas temu głośno na blogach, książka zebrała bardzo dobre recenzje - i słusznie, chociaż kolejny raz mam wrażenie, że mój głos nie jest tu do końca wiarygodny, gdyż należę do osób raczej strachliwych i wcale nie trzeba nie wiadomo czego, żebym się bała. 

Autorka, której nazwiska nie jestem w stanie zapamiętać, opowiada dwie równoległe historie. Pierwsza z nich toczy się w niewielkim islandzkim miasteczku. Freyr, psychiatra, którego dziecko ginie w tajemniczych okolicznościach, zostaje wezwany do dziwnej sprawy: ktoś zdemolował przedszkole. Freyer odkrywa, że podobna historia wydarzyła się kilkadziesiąt lat wcześniej: wtedy też zaginął chłopiec i jakiś "wandal" również zdemolował sale. Wydarzenia te są dziwnie do siebie podobne, a Freyer, chcąc nie chcąc, znajduje się w ich centrum. Mało tego. O psychiatrach często mówi się, że upodabniają się do swoich pacjentów i przestają być zupełnie normalni - chociaż w tym przypadku normalność to pojęcie względne. Tymczasem Freyer zaczyna słyszeć i widzieć więcej niż by chciał.

Podobnie dzieje się w przypadku trójki przyjaciół - bohaterów drugiej historii. Małżeństwo Katrin i Gardar oraz ich przyjaciółka Liv, lądują w miejscu zapomnianym przez Boga i ludzi. Chcą wyremontować dom, ale szybko przekonują się, że jest to niemożliwe. Fragmenty dotyczące tych postaci podobały mi się najbardziej i dlatego, przewrotnie, napiszę o nich najmniej. Ale też zaznaczam, że to właśnie tutaj mój lęk osiągnął apogeum.

W jaki sposób obie historie się łączą - tajemnica!

Yrsa Sigurdardottir stosuje znane motywy: zemsta zza grobu, skrzypiące podłogi, grupa przyjaciół na pustkowiu, ale też tworzy z nich naprawdę dobrą całość. Okej: nieco naciągane wydało mi się zakończenie, a konkretnie wyjaśnienie motywu zaginionych dzieci. Jednak tak naprawdę w tym przypadku niewiele to znaczy: książka ma świetny klimat, duszną, a jednocześnie lodowatą atmosferę, przez długi czas trudno się domyślić, o co w tym wszystkim chodzi.

Jednocześnie, przyznaję, że Pamiętam Cię dało mi do myślenia. Nie potrafię odnaleźć tego fragmentu, ale Freyer zastanawia się w nim, co, jeśli jego pacjenci naprawdę słyszą głosy. Co, jeśli naprawdę widzą coś, czego inni nie są w stanie zobaczyć - a on, jako lekarz, wmawia im, że nie ma się czym przejmować. Kto wtedy jest bardziej normalny?

Gorąco polecam tę powieść! To lektura dla tych, co się lubią bać! 

wtorek, 21 sierpnia 2012

Zbrodnia i kawa! (Handlarz śmiercią - Sara Blædel)

Tytuł: Handlarz śmiercią
Autor: Sara Blædel
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka (dziękuję!)
Liczba stron: 365
Rok wydania: 2012

Pamiętam, jak jeszcze kilka miesięcy temu krygowałam się przed napisaniem recenzji kryminału. Bo się nie znam, bo rzadko czytam, bo mogę przecenić albo nie docenić. Tymczasem od dłuższego czasu nadrabiam kryminalne zaległości i czytam ich naprawdę dużo. W sumie nie ma się specjalnie czym chwalić, ale z dumą zaznaczam, że moja opinia staje się coraz bardziej wiarygodna :)

Ale do rzeczy. Handlarz śmiercią Sary  Blædel zalicza się do popularnego nurtu "skandynawskich kryminałów", które osobiście całkiem lubię. Nie ma tu jednak siarczystej zimy, szybko zapadającego zmroku i przejmującego wiatru. Tak często eksponowane w tego typu powieściach zjawiska atmosferyczne schodzą na dalszy plan, może nawet trochę ze stratą dla książki, która traci przez to  ów "skandynawski" klimat. Za to, co z satysfakcją odnotowałam, bohaterowie piją wprost niewyobrażalne ilości kawy. Kawa naprawdę leje się tu strumieniami!

Handlarz śmiercią zaczyna się świetnie, całkowicie dałam się porwać historii, która przedstawiona zostaje z prawdziwym impetem. Na wstępie bowiem mamy dwa trupy: młodej dziewczyny uduszonej w parku oraz dziennikarza kryminalnego, który interesował się handlarzami narkotyków w Kopenhadze. 

Wydarzenie przedstawione są z dwóch perspektyw: Louise i Camilli. Ta pierwsza jest asystentką kryminalną, druga zaś pracuje jako dziennikarz i nie przestaje węszyć w poszukiwaniu tematów na pierwszą stronę. Louise i Camilla w którymś momencie zaczynają prowadzić równoległe dochodzenie, z takim samym zaangażowaniem.

Niestety, po kilkudziesięciu stronach śledztwo staje w martwym punkcie i w powieści robi się nieco mniej ciekawie. W moim odczuciu, autorka do końca nie odzyskuje impetu, z jakim wystartowała. Właściwie nie do końca potrafię stwierdzić, czy mi się to podoba, czy nie. Błyskawicznie przestępców łapie się bowiem tylko w filmach akcji, książka, opisując np. bezskuteczne działania policji, ma szansę nieco bardziej zbliżyć się do rzeczywistości.

Trochę rozczarowało mnie także zakończenie. Fakt, wszystkie wątki zostały wyjaśnione, niby nie ma nieścisłości, a jednak... czegoś mi zabrakło. Nie chcę zdradzać za dużo, bo moje rozczarowanie dotyczy w dużej mierze tego, kto zabił, ale jednak końcówka wydała mi się trochę niedopracowana.

Nie zmienia to jednak faktu, że Handlarz śmiercią jest powieścią, która czyta się szybko i z przyjemnością. Ciekawa jest relacja między dwiema przyjaciółki, Louise i Camille, który niby się przyjaźnią, ale jednak można wyczuć rywalizację miedzy nimi, ciekawie został zarysowany wątek dotyczący życia prywatnego Louise i z chęcią sprawdzę, jak zostanie od pociągnięty w dalszych tomach.

Czy polecam? Powiem tak: czytałam kryminały zarówno lepsze, jak i gorsze, ten plasuje się gdzieś po środku. Gdybym miała określić go jednym słowem, byłoby to słowo "poprawny". Ale, jak wiadomo, gusta są różne i najlepiej samemu sprawdzić, czy Camilla Lackberg nie przesadza twierdząc, że uwielbia kryminały Sary Blædel.

środa, 18 lipca 2012

Dole i niedole młodej guwernantki... (Agnes Grey - Anne Bronte)

Tytuł: Agnes Grey
Autor: Anne Bronte
Wydawnictwo: MG (dziękuję!)
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 256

Sióstr Bronte nie trzeba nikomu przedstawiać. Będąc młodym dziewczęciem, zaczytywałam się w Dziwnych losach Jane Eyre, pewien kłopot miałam z Wichrowymi Wzgórzami, które nie zrobiły na mnie specjalnego wrażenia, teraz zaś z przyjemnością sięgnęłam po Agnes Grey, która była dla mnie cudowna odskocznią od tego, co czytam na co dzień.

Jak można się było tego spodziewać, Agnes Grey jest powieścią cudownie staroświecką, idealną do wolnego czytania, wszak akcji w niej prawie nie ma. Anne Bronte oparła ją na wątkach autobiograficznych. Tytułowa Agnes to młodziutka dziewczyna, dorastająca w szczęśliwej rodzinie, która wpoiła jej surowe zasady moralne (ojciec bohaterki, podobnie jak ojciec pisarki, jest pastorem). Zmuszona trudną sytuacją materialną, podejmuje pracę zarobkową i te same zasady, których została nauczona, próbuje przekazać swoim podopiecznym. Jej poczynania są jednak bezskuteczne, gdyż dzieci, które przychodzi jej uczyć, są niesforne, rozpieszczone, aroganckie i uboga guwernantka nie jest dla nich żadnym autorytetem.

Agnes Grey należy do tych powieści, które się nie starzeją. Fakt, niektóre poglądy młodej guwernantki, np. na temat wychowywania dzieci, wydaja się dziś absolutnie nie do przyjęcia. Zmieniła się struktura społeczna, inaczej patrzy się na małżeństwo, inna jest rola kobiety. Agnes i jej światopogląd mogą na pierwszy rzut oka wydawać się odległe... ale czy na pewno? Przez moment próbowałam sobie wyobrazić, czy miałaby ona szansę na odnalezienie się w dzisiejszym świecie i myślę, że jak najbardziej. Wszak to młoda dama, która nie boi się wyzwań, zna swoją wartość, jest konsekwentna w tym co robi - a czy nie własnie tak moglibyśmy opisać kobietę żyjącą w XXI wieku? Zakończenie powieści zaś z powodzeniem mogłoby stanowić zakończenie współczesnej komedii romantycznej: ona i on na pustej plaży... :)

Gorąco polecam z zapoznaniem się z tą książką Anne Bronte, klimat, jaki posiada, z pewnością jest tego wart!

środa, 20 czerwca 2012

Kobieca twarz terroru (Sprawczynie - Kathrin Kompisch)

Tytuł: Sprawczynie
Autor: Kathrin Kompisch
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka (dziękuję!)
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 412

Już sam tytuł książki Kathrin Kompisch jest kontrowersyjny. Sprawyczynie, czyli kobiety. Kobiety i wojna? Kobiety jako "sprawczynie" na wojnie? Jak to? Przecież kobiety na wojnie były co najwyżej sanitariuszkami, zajmowały się sierotami, siedziały w domu i czekały na swych mężów, ojców, braci, którzy dzielnie walczyli. Tymczasem... no właśnie. Wcale tak nie było!

Autorka w Sprawczyniach rozprawia się z mitem, że II wojna światowa i całe zło z nią związane, to wyłącznie "zasługa" mężczyzn - a taką tezę przez wiele lat po wojnie forsowało całkiem liczne grono historyków. Wynika to z faktu, że z jednej strony nie byli oni w stanie zmierzyć się z winą swoich matek i babek, z drugiej zaś, kobiety, które były uwikłane w zbrodniczy proceder, rzadko były skazywane i rzadko ponosiły odpowiedzialność za swoje czyny. Przypadki takie jak Ilse Koch czy Irmy Grese, gdzie jedna została skazana na dożywocie, a druga na karę śmierci, należały do rzadkości. 

Tymczasem autorka w swojej książce przekonuje, że kobiety nie tylko miały świadomość tego, co się dzieje, nie tylko były świadkami okropieństw, lecz także czynnie brały w nich udział i wspierały te działania. Odbywały służbę wojenną na terenach okupowanych. Pomagały przy przesiedleniach. Dla SS sporządzały raporty o masowych egzekucjach, dysponowały dobytkiem pozostawionym przez wywożonych na śmierć Żydów, nie protestowały, gdy w ich obecności torturowano więźniów, z czego sporządzały protokoły. To kobiety nadzorowały żeńskie obozy, były strażniczkami w obozach koncentracyjnych, często aż nazbyt gorliwie wypełniając swoje zadania. 

Autorka nie ogranicza się jednak do suchego wymienia przewinień. Sprawczynie to rzetelnie spisana historia faszystowskich Niemiec, jednak pod kątem tego, jaka rola przypadała kobietom. Kathrin Kompisch pisze o kobietach, od których przede wszystkim oczekiwano, aby wydały na świat "pełnowartościowe, nieobciążone" potomstwo, a tu nie sposób nie wspomnieć o organizacji Lebensborn. Pisze o pracownicach opieki społecznej, które jednak nie obejmowały swą pomocą wszystkich, przedstawia cały szereg zrzeszeń dla kobiet i prowadzonych przez kobiety, które propagowały narodowy socjalizm. Aby obraz był pełny, wiele miejsca poświęca żeńskiemu personelowi SS oraz pisze o żonach esesmanów, które doskonale orientowały się  w pracy swoich mężów.

W przypadku tej książki pisanie o tym, czy lektura mi się podobała, nie ma sensu, bo to zdecydowanie nie jest książka do "podobania się". Pokazuje ona natomiast wiele spraw, z których, tak myślę, wiele osób nie zdaje sobie sprawy. I z tego powodu na pewno warto się z nią zapoznać.

środa, 13 czerwca 2012

Ostatnia jest miłość (Potem - Rosamund Lupton)


Tytuł: Potem
Autor: Rosamund Lupton
Wydawnictwo: Świat Książki
Liczba stron: 399
Rok wydania: 2012

Nieco ponad miesiąc temu pisałam o Siostrze Rosamund Lupton. Tytuł recenzji brzmiał "Thriller miłością podszyty" - i właściwie tekst, który właśnie piszę, mogłabym zatytułować "Thriller miłością podszyty II". Autorka bowiem, chociaż opisuje dwie zupełnie różne historie, robi to w podobny sposób, który bardzo do mnie trafia. 


Jeśli miałabym opisać "strategię" pisarską Rosamund Lupton, to wydaje mi się, że może ona działać według wzorca: wymyślić pasjonującą, tajemniczą historię, następnie zapętlić kilka wątków, przedstawić wszystko ze skrajnie subiektywnej perspektywy któregoś z bohaterów, całość maksymalnie nasycić uczuciem i emocjami, a następnie doprowadzić do niespodziewanego/pięknego/wzruszającego końca.   

Tym razem autorka zaczyna w sposób spektakularny: od pożaru, który niszczy prywatną szkołę i w wyniku którego, w krytycznym stanie, do szpitala trafiają dwie kobiety: matka i córka. Co ciekawe, mimo iż leżą one unieruchomione na szpitalnych łóżkach, to ich, hmm, duchy?, swobodnie ze sobą rozmawiają i śledzą rozwój wypadków. Okazuje się bowiem, że najbardziej prawdopodobną przyczyną pożaru jest podpalenie, stopniowo też wychodzi na jaw, że jest wiele osób, które mogłyby mieć powód, aby puścić szkołę z dymem.

Cudowne w tej książce jest to, że dochodzenie policjantów schodz na dalszy plan. Najważniejsza jest matka, która po prostu musi dowiedzieć się, kto próbował skrzywdzić jej dziecko. Potem przepięknie opowiada o granicach matczynego poświęcenia się, a raczej braku tych granic. W świetle tej książki powiedzenie "pójść za kimś w ogień" nabiera dosłownego znaczenia. Jednocześnie Grace nie jest heroizowana, jak na bohaterkę, jest całkiem zwyczajna. Ot, trzydziestodziewięcioletnia matka dwójki dzieci - jak zwykła nazywać samą siebie.

Jak już pisałam, Potem przesycone jest miłością, jednak nie tylko tą matczyną. Całą historię Grace opowiada swojemu mężowi, mówi do niego, gdyż ma nadzieję, że jej słowa kiedyś do niego dotrą. I chociaż uczucie, jakim obdarza męża, już dawno pozbawione jest fajerwerków, to całe fragmenty Potem czytałam nie jako prozę, a najpiękniejszą poezję miłosną. A jedno z ostatnich zdań brzmi tak:

Powiedziałeś mi kiedyś, że zmysłem, który w chwili śmierci przestaje działać jako ostatni, jest słuch. Mylisz się. Ostatnia jest miłość.

Może to głupie, ale nadal przechodzą mnie ciarki, kiedy czytam te słowa chyba setny już raz.

Nie mam pojęcia, jakbym zareagowała na kolejną powieść tej autorki napisaną w taki sposób, do tej pory jestem jednak zachwycona. I chyba Potem podobało mi się jeszcze bardziej niż Siostra - obie gorąco polecam.

środa, 25 kwietnia 2012

Thriller miłością podszyty (Siostra - Rosamund Lupton)

Dużo czasu zajęło mi "wgryzienie" się w książkę Siostra i dużo czasu potrzebowałam, aby przyzwyczaić się do specyficznego stylu autorki. Teraz jednak, kiedy lektura już za mną, nie żałuję ani jednej minuty, którą spędziłam z powieścią Rosamund Lupton. I kolejny raz dochodzę do wniosku, że czasem tak naprawdę o tym, czy powieść jest udana, czy też nie, decyduje nie "co", ale "jak".

Bo nie oszukujmy: takie książki i filmy już były: jedna osoba ginie, zaś druga, mocno związana ze zmarłym, nie wierzy w to, co się stało. W tym przypadku umiera Tess, młodsza siostra Bee. Wszystko wskazuje na to, że było to samobójstwo, taką wersję przyjęli też policjanci i lekarze. Jednak Bee nie wierzy. Samobójstwo? Nie Tess! Tess była tak pełna radości życia, że po prostu nie mogła dobrowolnie go sobie odebrać!

Bee rozpoczyna śledztwo na własną rękę, jednak w niczym nie przypomina to rutynowych działań policji. Ona raczej podąża śladem zmarłej siostry, próbuje zrozumieć, co działo się z nią na kilka dni przed śmiercią, próbuje zbliżyć się do niej - jakkolwiek dziwnie to brzmi, wszak Tess nie żyje. Tym samym przechodzi niemalże tą samą drogę, co siostra, a zabieg ten sprawił, że kończąc powieść, szeroko otworzyłam oczy ze zdumienia.

Było w powieści kilka momentów, które wydawały mi się niejasne i niepokojące, zakończenie zaś wszystko mi rozjaśniło i odsłoniło, jak świetny pomysł na przedstawienie tej historii miała autorka. Uwielbiam być zaskakiwana i uwielbiam zakończenia, które potem długo tkwią w głowie. Uwielbiam też mieć uczucie, że właściwie cała fabuła jest tylko wprowadzeniem do tego, co miało wydarzyć/okazać się na końcu. I pod tym względem Siostra spełniła wszystkie moje oczekiwania. 

Na okładce Siostry napisano, iż jest to mroczny, wzruszający i zaskakujący thriller. Ja bym mimo wszystko położyła tu jednak nacisk na słowo "wzruszający", bo naprawdę ogrom miłości, jaką Bee darzy Tess chwilami przyprawia o dreszcze. Jednocześnie zaś uczucie to połączone jest z niezwykłą fascynacją i ta mieszanka nasunęła mi skojarzenia z Przekleństwami niewinności, książką, którą od wielu lat uwielbiam. 

Siostra łamie schemat powieści kryminalnej i thrillera. Owszem, jest śledztwo, jest trup, jest mroczna zagadka. Ale to tylko tło, aby pisać o uczuciach. Zresztą, książka kończy się słowami:

Potrzebowałam wielu godzi wypełnionych mrocznym przerażeniem i niezliczonych tysięcy słów, w rezultacie to wszystko sprowadza się do kilku tyko zdań.
Przepraszam.
Kocham cię.
Zawsze będę kochała.

I cytat ten stanowi najlepsze podsumowanie Siostry
Gorąco polecam!

Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Świat Książki

R. Lupton, Siostra, Świat Książki, 2012, s. 319.


poniedziałek, 26 marca 2012

Opowieść o mężczyźnie, który widział raj (Dziedzictwo Adama - Astrid Rosenfeld)

Z książkami takimi jak "Dziedzictwo Adama" mam odwieczny problem. Wynika on z tego, że po prostu dużo czytam i na tyle znam siebie, że wiem, co robi na mnie wrażenie, wiem, co mnie wzrusza, wiem, co jest w stanie sprawić, że nie będę potrafiła się oderwać od książki. I w przypadku tej pozycji dokładnie tak było: wzruszyła mnie, zrobiła na mnie spore wrażenie, spędziłam nad nią kilka godzin, bez małej przerwy - ale też nie mogło być inaczej.

Dlaczego? Otóż ZAWSZE, ale to zawsze, podobają mi się historie o miłości, która rodzi się w ciężkich czasach i po nagłym wybuchu następują ciężkie chwile rozłąki. Lubię historie rodzinne. Lubię opowieści, które przedstawiają kilka punktów widzenia. Wreszcie lubię historie, o których nie mogę zapomnieć - a wszystkie te warunki "Dziedzictwo Adama" spełnia. Na czym więc polega problem? Otóż takimi książkami mogę zachwycać się po prostu bez końca i tak naprawdę trudno mi się obiektywnie ocenić. Chociaż z drugiej strony... chyba nikt ode mnie obiektywizmu nie wymaga :)

Powieść podzielona została na trzy części. W pierwszej poznajemy Edwarda, który nieustanie słyszy, że przypomina swojego stryjecznego dziadka Adama. O Adamie jednak mówi się w rodzinie rzadko, prawie wcale, co dla Edwarda nie jest do końca jasne. Zagadka rozwiązuje się, gdy mężczyzna natrafia na książkę swojego przodka, która jest swoistym pamiętnikiem pisanym dla ukochanej Anny - i o tym właśnie jest druga część opowieści.

Adam zakochuje się w Annie jako zaledwie osiemnastoletni chłopak, spotykają się kilka razy... i dziewczyna znika. Nie powinno to dziwić, Anna bowiem pochodzi z żydowskiej rodziny, a opisywane wydarzenia dzieją się w latach trzydziestych XX wieku, w Berlinie. Adam, również Żyd, nie decyduje się na opuszczenie miasta wraz z rodziną Przy pomocy wysoko postawionego niemieckiego wojskowego, przedostaje się do Polski, gdzie hoduje róże samemu Hansowi Frankowi. Mijają lata, a chłopak nie zapomina o ukochanej kobiecie. Gdy wreszcie trafia na jej ślad, przyjmuje pewien warunek, który ma ocalić Annie życie. Dla Adama oznacza to jednak dobrowolne wejście do getta warszawskiego...

To właśnie tam mężczyzna zaczyna pisać książkę, którą sześćdziesiąt lat później czyta Edward i dla którego jest to moment przełomowy: jest bowiem gotów przyjąć swoje dziedzictwo. 

Uczciwie muszę wspomnieć o minusach tej książki, do których bez wątpienia należy schematyczność: czarne jest czarne, białe jest białe i nie ma odcieni pośrednich. Dalej: niektóre wątki, moim zdaniem, są zbędne i nic do powieści nie wnoszą - chociaż nie powiem, czytając absolutnie nie czułam znużenia. Poza tym pewnym zgrzytem jest dla mnie samo zakończenie, kiedy to Edward próbuje odnaleźć Annę... ale nie powiem, co dokładnie mam na myśli, żeby nie psuć lektury.

Minusy jednak absolutnie nie przysłoniły mi plusów, a do tych trzeba zaliczyć chociażby świetne oddanie kolorytu i klimatu epoki, wyraziste i zapadające w pamięć postaci kobiece i to, że ta historia po prostu płynie, a jedyne, co można zrobić, to poddać się jej nurtowi. 

Mnie "Dziedzictwo Adama" po prostu urzekło, czytając opowieść o Adamie, "jedynym mężczyźnie, który widział raj", czułam, że znalazłam literacką perełkę, do której chętnie za kilka lat wrócę i którą na pewno będę polecać znajomym. A poza tym jest to debiut Astrid Rosenfeld - z niecierpliwością wiec wyczekuję na jej kolejne książki!

A. Rosenfeld, Dziedzictwo Adama, MUZA, 2012, s. 317.

niedziela, 5 lutego 2012

On ją, ona jego (Kochałem ją - Anna Gavalda)

Kiedy przeczytałam, że "Kochałem ją" zostało przeniesione na ekran, nieco się zdziwiłam, bowiem historia, którą opowiada Anna Gavalda jest bardzo "niefilmowa" i nie bardzo potrafię ją sobie wyobrazić na ekranie.

Autorka opowiada historię starą jak świat: niewierny mąż odchodzi od żony, która zostaje z dwójką dzieci. Jednak to, że wcześniej w takiej sytuacji znalazły się miliony kobiet, zupełnie Chloe nie pociesza, wszak właśnie jej życie posypało się jak domek z kart. Kobieta, co zrozumiałe, na przemian rozpacza, wygraża, planuje, co dalej, analizuje, co było.

I nagle do akcji wkracza jej teść, który opowiada Chloe historię swojego szalonego romansu. Matylda była miłością jego życia, ucieleśnieniem marzeń, ideałem. I co? Nie zostawił dla niej żony, zachował się tak, jak zachować się powinien... tyle, że wcale nie jest mu z tym dobrze. Wie, że przepuścił życiową szansę, nie pozwolił sobie na szczęście i na dobre utknął w swoim szarym życiu. 

Książka w dużej mierze składa się z rozmów Pierre i Chloe. I wcale nie są to rozmowy łatwe, wszak Pierre spłodził tego, którego Chleo nienawidzi... i jeszcze w jakiś sposob usprawiedliwia swojego syna. Ba! Pierre po cichu zdaje się go wspierać, gdyż sam, kiedy, gdy jeszcze miał na to szanse, nie odważył się na podobny krok.

"Kochałem ją" czyta się szybko i z przyjemnością, jednak kolejny raz mam wrażenie, że po kilku miesiącach nic mi z tej lektury nie zostanie w pamięci. Dlatego też nieco na wyrost wydają mi się słowa, że Anna Gavelda jest jedną z najciekawszych pisarek francuskich. Kwestia to mocno dyskusyjna. 

A. Gavalda, Kochałem ją, Świat Książki, 2009, s.160. 


poniedziałek, 23 stycznia 2012

Ostatnie echo dzieciństwa (Ostatni raz - Anna Gavalda)

Lekka, ciepła, dowcipna opowieść o pięknych chwilach wykradzionych dorosłemu życiu. 


Takie zdanie możemy znaleźć na tylnej okładce książki "Ostatni raz" i właściwie nic więcej mogłabym nie pisać, gdyż dokładnie tak jest. Powieść liczy sobie zaledwie 117 stron, czyta się ją błyskawicznie (podejrzewam jednak, że równie błyskawicznie mogę o niej zapomnieć) i jest to całkiem odprężająca lektura. 

Bohaterami "Ostatniego razu" jest dorosłe już rodzeństwo: Garance, Lola, Simon i Vincent. Pierwsze trzy postaci spotykamy w momencie, gdy wybierają się na ślub jakiejś dalekiej krewnej. Jadą bez entuzjazmu, Garance przez całą drogą kłóci się z żoną Simona, Carine, a i on sam nie wydaje się być zachwycony towarzystwem nudnawej i marudnej żony. Tuż przed samą uroczystością rodzeństwo decyduje się zdezerterować i jadą w odwiedziny do Vincenta, który jest przewodnikiem w jakimś zagubionym i (podobno) nawiedzonym zamku. I to są właśnie te "chwile wykradzione dorosłemu życiu". Czwórka bohaterów na moment znów staje się dziećmi, zapominając o zrzędzących żonach, niewiernych kochankach, rozwodach, rachunkach do zapłacenia itd.

I już. Potem, wiadomo, muszą wrócić i znów pełnić swoje role, jednak te kilka godzin, które udało im się razem spędzić, jest jak ożywczy powiew, ucieczka od codziennej rutyny.

Bardzo to prosta opowieść i cieszę się, że autorka zamknęła ją na tak niewielu stronach, bo dzięki temu nie ma tu zbędnych scen czy dialogów. Nie ma też zbędnego moralizowania i psychologizowania, nie poznajemy całego życiorysu bohaterów, nie znamy ich wszystkich problemów - ot, tylko tyle, ile potrzeba. I właśnie w tej prostocie, w tym minimalizmie, tkwi siła tej książki, która przypomina mi taką literacką fotografię, na której utrwalono kilka ulotnych chwila z życia bohaterów. 

A. Gavalda, Ostatni raz, Świat Książki, 2010, s. 117.

piątek, 20 maja 2011

Subtelnie o niesubtelnym (M. Feth - Malarz młodych dziewcząt)


Cóż za zbieg okoliczności! O pierwszej książce Moniki Feth "Zbieracz truskawek", pisałam DOKŁADNIE rok temu. Niesamowite :) Niesamowite jak "Malarz młodych dziewcząt".

Od razu ostrzegam: co bardziej pruderyjnych książka może zgorszyć. Wydaje mi się, że obecnie tematów tabu i tak jest mniej niż jeszcze kilka lat temu, ale są takie obszary, o których nadal się nie mówi i które nadal szokują. Monika Feth podejmuje właśnie taki temat: chodzi o zakazaną, szaleńczą wręcz miłość mężczyzny do kobiety, ale miłość ta z założenia jest zła, brudna i budzi niedobre skojarzenia. Autorka dokonała jednak rzeczy niezwykłej. Mimo szokującej tematyki, ta książka jest niezwykle subtelna, delikatna i... jesienna, gdyż właśnie z kolorami jesieni mi się kojarzy. Widać, że pisarka nie nastawiła się na skandal i pogoń za sensacją, lecz starała się pokazać jakiś problem, który zwykle zamiatany jest pod dywan. Uważam, że ogromne brawa należą się tłumaczce, Hannie Odziemkowskiej, gdyż w "Malarzu" podobała mi się nie tylko to, co zostało opowiedziane, ale też słowa, których użyto, by treść przekazać.

Jeśli czytaliście "Zbieracza truskawek" opowiadającego o zaginionej i zamordowanej Caro, to z pewnością zauważycie, że kilku bohaterów pojawiło się w obu tych książkach, m.in. jej przyjaciółki. Tym razem to jedna z nich, Ilka, popada w kłopoty. Jednocześnie autorka przedstawia portret wrażliwej, samotnej dziewczyny, która próbuje pozbierać się po traumie, jakiej doświadczyła. Monika Feth opisuje jej drobne gesty, prozaiczne, wydawać by się mogło, zachowania, a jednak tworzy taki klimat wokół tej postaci, że ma się ją ochotę mocno przytulić. Jest też jeden nowy bohater, który będąc dokładnym przeciwieństwem Ilke, najbardziej przykuwa uwagę. To tytułowy malarz, który baaardzo przypomina mi głównego bohatera "Wichrowych Wzgórz": jest postacią tak samo mroczną i tajemniczą oraz kochającą na zabój. Może właśnie przez kontrast, jaki panuje między Ilką a Rubenem, książka ta tak silnie zapada w pamięć?

O ile pierwszą książkę Moniki Feth przeczytałam przez przypadek, to druga upewniła mnie, że warto po książki tej pisarki sięgać. Z niecierpliwością więc czekam na kolejne jej powieści! :)

M. Feth, Malarz młodych dziewcząt, Nasza Księgarnia, Warszawa 2011, s. 366.

niedziela, 15 maja 2011

Z dedykacją dla tych, których nudziły opisy w "Nad Niemnem" (Elizabeth i jej ogród - Elizabeth von Arnim)


Zamiast wstępu, cytat:

Pranie jako takie jest wyraźnym sygnałem dawanym na zewnątrz, że jest to duża posiadłość z wieloma rzeczami. Gdyby prała pani bieliznę co tydzień, jak to się robi w Anglii, to potraktowano by panią jako osobę, której starcza bielizny tylko na tydzień, i stałaby się pani obiektem powszechnej pogardy.

I tak, porządna niemiecka żona, robi pranie cztery razy w roku....:)

Nie wiem dlaczego, ale wyłapuję ostatnio z książek wszelkie cytaty dotyczące prania, sprzątania i gotowania (refleksjami dotyczącymi sprzątania za lodówką swojego czasu także się dzieliłam) i ten urzekł mnie wyjątkowo (zastanawiam się tylko, czy w danych rezydencjach posiadano osobne pomieszczenie na składowanie brudnej bielizny, a jeśli tak, to jak ono się nazywało). Jak można zauważyć, cytat pochodzi z książki niezwykle oryginalnej kobiety, Elizabeth von Arnin, która właśnie do roli porządnej niemieckiej żony pretendowała, chociaż w mniemaniu swojego porządnego niemieckiego męża była na to zbyt ekscentryczna. Czym ta ekscentryczność się objawiała? Otóż Elizabeth nie lubiła bali, nie lubiła gości, nie lubiła szycia i haftowania. Tak jak ja, wolała sobie w spokoju poczytać (i jak sama zauważyła: jaki ma sens gotowanie, skoro jest kucharka, która z powodzeniem może to zrobić za nią? Chociaż ja akurat gotować lubię, pod warunkiem, że nie muszę, a chcę). Ponadto Elizabeth zwykła mieć własne zdanie na wiele tematów, a co więcej: nie wahała się głośno je wyrażać, ewentualnie spisywać w swoim dzienniku (książka takim właśnie dzienniko-pamiętnikiem jest).

Jednak prawdziwą pasją tej żyjącej w latach 1866-1941 kobiety był jej ogród. I tu kolejne zdziwienie. W "Nad Niemnem" skrzętnie omijałam wszelkie opisy kwiatków i ziół, tutaj z uśmiechem czytałam o rabatach, klombach i trawnikach. I nawet do głowy mi nie przyszło, żeby je omijać, gdyż - to słowo znów samo ciśnie mi się na usta - opisy te są po prostu urocze. I wierzę w zapewnienie na okładce, że po lekturze "Elizabeth i jej ogród", Angielki chwytały za szpadel i biegły do ogrodu, nawet jeśli, jak ja, nie miały bladego pojęcia o ogrodnictwie.

Książka niewątpliwie godna uwagi. Wspomogę się tekstem z okładki: Internauci piszą o niej "świeży oddech", "bardzo delikatne i głębokie", "ponadczasowe"...". Wszystko prawda. Ale dla mnie "Elizabeth i jej ogród" to przede wszystkim książka skrząca humorem, przewrotna i bardzo, bardzo "vintage", że użyję tego modnego słowa. Polecam! Naprawdę warto!Link
E.von Arnin, Elizabeth i jej ogród, wyd. MG, Warszawa 2011, s. 164.

sobota, 14 maja 2011

Miłością w wieżę Eiffla (Podróż zimowa - Amelie Nothomb)


Zadziwiające, ile można zmieścić na 94 stronach (albo nawet mniej, gdyż niektóre strony, tam, gdzie kończy się rozdział, zadrukowane są tylko do połowy). Amelie Nothomb napisała nie tyle powieść, co opowiadanie. O czym? O miłości, a jakże!

Opowiem Wam o tej książce tak, jak opowiedziałam mojemu Ukochanemu:

Słuchaj, niesamowity jest punkt wyjścia! Facet siedzi w hali odlotów i czeka na samolot, który chce rozbić na wieży Eiffla. Nie, to nie wariat, tylko zakochany. Więc może i na jedno wychodzi... W kim? No właśnie to jest najlepsze. Zakochał się w kobiecie, którą początkowo bierze za pisarkę. Nie jest ona jednak pisarką, lecz jedynie opiekuje się ułomną autorką książek. Mieszkają razem w niedogrzanym mieszkaniu i tworzą dziwny związek, w którym nie ma miejsca na mężczyznę. Zoil jednak nie poddaje się... a ostatecznie stwierdza, że skoro nie może być a Astrolab, najdoskonalszym tworem wszechświata, to jakąś cząstkę tego wszechświata zniszczy. A czy Ty, zrobiłbyś coś takiego dla mnie???

Co mi się podobało to fakt, iż z jednej strony autorka pisze bardzo rzeczowo i konkretnie: myśli bohatera podane są w klarownej i jasnej formie, bez zbędnych słów. Z drugiej jednak strony, mamy opis pewnej sytuacji (nie powiem jakiej), która zajmuje jakieś trzy czwarte książki. Z uwagi na jej (tej sytuacji) charakter, Amelie Nothamb dała upust swojej hmmm, niesamowitej wyobraźni. Ponadto ogromnie podobał mi się wątek, w którym jest mowa o pochodzeniu imion głównych bohaterów, Astrolab i Zoil, oraz scena, która opisuje zetknięcie się młodego Zoila z wielką literaturą, którą symbolizują działa Homera.

"Podróż zimową" przeczytałam w godzinę. I gorąco polecam: małe, a cieszy :)

A. Nothomb, Pozdróż zimowa, MUZA, Warszawa 2011, s. 94.

czwartek, 5 maja 2011

Dobrani nie do pary (Dobrani - Ally Condie)


Do napisania recenzji "Dobranych" zabieram się od mniej więcej... trzech tygodni? Czy może już miesiąca? Dlaczego? Powody są trzy. Po pierwsze: wszystko to już było. Znamy z literatury opisy społeczeństwa zniewolonego, bezwolnego i kontrolowanego. Ally Condie akcję swojej powieści umieszcza właśnie w takiej rzeczywistości. Ludzie nie ma prawa decydować o niczym. Dosłownie o niczym: nie tylko nie wolno im jeść tego, na co mają ochotę, lecz także wybrano dla nich zaledwie sto wierszy, które można czytać, dyktuje się im, gdzie mają pracować i gdzie spędzać czas wolny, a także kiedy mają umrzeć oraz... kogo mają kochać. A wszystko to dla ich dobra. I tutaj uczucia mam ambiwalentne: z jednej strony znam już takie opisy, nie są one oryginalne, lecz z drugiej robią wrażenie, oj robią.

Drugą przyczyną, przez którą nie mogłam zabrać się do napisania tej recenzji jest fakt, iż książka ta bez wątpienia przeznaczona jest dla młodego czytelnika. Chciałam więc napisać kolejną recenzję "na pół" z moją młodszą kuzynką, lecz...zapominałam jej "Dobranych" przekazać. Nie wiem, co i czy urzekłoby ją w powieści Ally Condie, lecz do mnie najbardziej przemawia jej... prostota. Bo oto mamy dziewczynę, której Społeczeństwo przydziela Wybranka. I wszystko byłoby dobrze, gdyby Cassia wkrótce potem nie zobaczyła jeszcze jednego potencjalnego kandydata na męża. Kandydata, który stanowi mniej udany element Społeczeństwa, kandydata, który odwzajemnia jej uczucia i pokazuje jej rzeczy, o których nigdy wcześniej nie myślała. W dziewczynie rodzi się bunt... ale z drugiej strony wyrażenie go oznacza walkę ze wszystkim, co do tej pory znała i w co wierzyła. Cassia kocha pierwszy raz, w jej myślach początkowo panuje chaos, który następnie przeradza się w jasną i klarowną wizję tego, jak chce żyć. Dodam, że wizja ta daleko wykracza poza ramy, które przewidziało dla niej społeczeństwo.

Powiem po prostu: opowiedziana historia wydała mi się piękna, podobnie jak wszystkie sceny, które rozegrały się między Cassią a jej Ukochanym Oprócz nieśmiałych pocałunków, chłopak podarował jej umiejętność pisania, opowiedział jej swoją historię, ona zaś podzieliła się z nim zakazanym wierszem. Słowa, w których moc ja głęboko wierzę, były jedynym elementem, których żaden system nie mógł im odebrać. Stały się czymś, co ich definiowało i co należało tylko do nich. I myślę, że ze względu właśnie na ten wątek, książka ta tak bardzo mi się podobała.

A jaki jest trzeci powód? Ano taki, że dopiero dzisiaj stwierdziłam, że nie jest żadnym wstydem przyznać się publicznie, że do kilku łez wzruszenia doprowadziła mnie książka, która opowiada o miłości nastolatków... I że ostatnio tak wzruszyłam się na pierwszym tomie sagi "Zmierzch" :) Gorąco polecam "Dobranych" i niecierpliwie czekam na kolejny tom cyklu!

A. Condie, Dobrani, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2011, s. 352.

wtorek, 19 kwietnia 2011

Dramat rozpisany na dwa głosy (Anja Snellman - Dziewczynki ze świata maskotek)

Niesamowita książka. Ale słowo "niesamowita" w przypadku "Dziewczynek ze świata maskotek" ma nieco inne znaczenie niż to, w jakim używam go zazwyczaj. Nie zakochałam się w tej książce, nie zauroczyła mnie, nie stała się moją ulubioną lekturą. Więc dlaczego "niesamowita"? Bo dawno nie czytałam tak mocnej rzeczy, a jednocześnie tak oszczędnej, jeśli chodzi o język. Autorka zdaje się przedstawiać suche fakty, nie komentuje ich - a mimo to czytelnik coraz szerzej otwiera oczy.

Jasmine jest do bólu zwyczajną nastolatką. Zero znaków szczególnych: chodzi do szkoły, spotyka się przyjaciółkami, chodzi na treningi "czirliderek". Jej życie jest banalne, a wręcz nudne. Do czasu. Jasmine spotyka Lindę, z którą szybko się zaprzyjaźnia. Ta wydaje się jej prawdziwym rajskim ptakiem na tle szarego krajobrazu. Otwiera przed Lindą nowe życie, jak z teledysku na MTV, gdzie nie ma zasad, wszystko jest możliwe. Linda wydaje się Jasmine absolutnie fantastyczna, chociaż ich przyjaźń robi się coraz bardziej "hardkorowa". Przyjaciółki zaczynają pracować w Świecie Maskotek. Dla niewtajemniczonych jest to zwykły sklep ze zwierzętami. Dla wtajemniczonych: centrum erotycznego półświatka. I tak oto czytelnik ma możliwość wejścia w te rejony, gdzie zazwyczaj się nie zapuszcza... Trudno powiedzieć, co stałoby się z Jasmine, gdyby nie pożar przybytku rozpusty, kiedy to porwał ją dziwny osobnik, znawca obrzędów seksualnych, którego ja od razu sklasyfikowałam jego odrażającego pedofila... Jednak po latach uwięzienia Jasmine zaczyna jednak patrzeć na niego nieco inaczej.

Fragmenty poświęcone Jasmine przeplatają się z rozdziałami, w których mówi jej matka. Ta samotnie wychowuje córkę i jest tak ślepa na to, co się dzieje z jej dzieckiem, że aż irytująca. Matka Jasmine pracuje jako ginekolog. Ogląda kobiety w bardzo intymnych sytuacjach i na podstawie ich wagin śledzi historie poronień, aborcji, obrzezań... W te przemyślenia wkradają się myśli o zaginionej córce, co robi wstrząsające wrażenie.

Mam dobry kontakt z moją mamą i nie potrafię sobie wyobrazić, żeby nie zaniepokoiła się, kiedy przez tydzień nie pojawiłabym się w domu. Miałam wiele przyjaciółek jako nastolatka, niektóre miały na mnie większy wpływ, inne mniejszy, ale żadna nie byłaby w stanie namówić mnie na oddawanie się starszym panom lub na taniec na rurze. Dlatego przyznaję, że nie rozumiem. Nie rozumiem, jak Jasmine mogła stać się nastoletnią prostytutką, a jej matka nie zauważyła niczego podejrzanego. Jednocześnie kolejny raz przekonuję się o tym, że dobrze pielęgnować dobre relacje w rodzinie, chociaż, jak wiadomo, z tą najlepiej się wychodzi na zdjęciach.

Polecam "Dziewczynki ze Świata Maskotek". Jeśli miałabym je jakoś zaklasyfikować, to postawiałabym książkę na jednej półce z "My, dzieci z Dworca ZOO" i "Pamiętnikiem narkomanki". Bo to chyba ta sama bajka - tylko zdecydowanie bardziej współczesna.

A. Snellman, Dziewczynki ze świata maskotek, Świat Książki, Warszawa 2011, s.270.

sobota, 12 marca 2011

Kobieta, mężczyzna, kobieta (Zaprzysiężona dziewica - E. Dones)


Heh, recenzja tej książki miała ukazać się ósmego marca, ale pokonał mnie stres, zmęczenie i ogólna niechęć... do wszystkiego. No, może z wyjątkiem czytania, gdyż oprócz "Zaprzysiężonej dziewicy" planuję zrecenzować w ten weekend jeszcze trzy pozycje - chociaż na planach może się skończyć. Ale do rzeczy :)

Nie zrozumiałabym do końca tej książki, gdyby nie wywiad zamieszczony na jej początku. Elvira Dones opowiada w nim o tym, co zainspirowało ją do napisania powieści. A było to prawo Kanunu, które przez wieki określało rożne aspekty życia w Albanii i Kosowie. Według niego kobieta znajdowała się na najniższym szczeblu społecznym, miała jednak pewien przywilej. Kiedy nie podobał jej się kandydat na męża wybrany przez rodzinę, nie mogła wprost o tym powiedzieć, ale mogła zadecydować, że chce być mężczyzną - i wtedy nie można jej było ukarać za nieposłuszeństwo. Mogła też stać się mężczyzną wtedy, gdy w rodzinie np. brakowało przywódcy. I teraz uwaga! Historia, która została opowiedziana, wcale nie dzieje się dawno, dawno temu (chociaż za górami i lasami już tak), ale niemalże współcześnie: rozpoczyna się w roku 1986, a kończy w 2003. Hmm...

Hana w wyniku różnych wydarzeń postanawia zostać Markiem. Od tej pory zostaje przyjęta do grona mężczyzn, zaczyna wykonywać męskie zajęcia i zaczyna zachowywać się jak mężczyzna. W tym stanie zawieszenia między płciami wytrzymuje prawie 15 lat. Wtedy to przylatuje do Ameryki, gdzie rozpoczyna nowe, dość dziwne życie. Próbuje bowiem od nowa stać się kobietą, a nie jest to proces ani krótki, ani łatwy. Co dziwne, pomaga jej w tym nastoletnie kuzynka, która nie ma zahamowań mówić rzeczy, o których inni wstydliwie milczą. W moim odczuciu (ktoś ostatnio zwrócił mi uwagę, że nadużywam tego zwrotu), ich dialogi należą do najmocniejszych, oprócz tematu, części tej powieści.

Bardzo uprościłam "Zaprzysiężoną dziewicę", ale po więcej po prostu odsyłam do książki. Przedstawia ona bowiem tak rzadki temat i opowiada o rzeczach dla większości tak odległych, że nie chcę psuć przyjemności z lektury.

W ogóle jeszcze raz polecam całą serię "Swoimi ścieżkami" wydawnictwa Dodo Editor: miałam przyjemność przeczytać trzy pozycje i wszystkie z czystym sumieniem polecam, a sama będę polować na kolejne.


E. Dones, Zaprzysiężona dziewica, wyd. Dodo Editor, Kraków 2010, s. 222.

niedziela, 6 marca 2011

Robin Hood w damskim wydaniu (Brygantka - M.R.Cutrufelli)


Brygantka. Słowo to przed lekturą książki Marii Rosy Cutrufelli nie kojarzyło mi się z niczym, ale czuję się usprawiedliwiona. Dotyczy ono bowiem mało znanego epizodu z historii zjednoczenia Włoch, jakim były ruchy chłopskie.

Tytułowa "brygantka" od wielu lat jest pogrzebana za życie. Odbywa karę dożywocia za swoją przestępczą działalność. Dostaje jednak możliwość, aby spisać swoją historię, co niniejszym czyni i co stanowi zawartość tej książki.

Brygantka wywodzi się z arystokracji. Można więc zapytać, w jaki stała się cżłonkinią zbójeckiej bandy. Otóż poślubiono ją człowiekowi, który budził w niej odrazę i którego nie kochała. Zamiast jednak cierpliwie znosić swój los, którejś nocy wbiła mężowi szpilkę do włosów w gardło. Potem nie miała już wyjścia: uciekła do lasu, gdzie odnalazł ją brat. Razem rozpoczęli żywot banitów. Kobieta zakłada męski strój, zaczyna "po męsku" jeździć konno, odrzuca swoją kobiecość.

"Brygantka" to dziwna książka, ale też na pewno warta uwagi. Mimo tego, iż autorka przedstawia realia życia osób wyjętych spod prawa, opisuje spalone wsie i egzekucje (broń Boże jednak nie ma w tej książce epatowania okrucieństwem!), to i tak na pierwszy plan przebijają się rozmyślania i refleksje głównej bohaterki. A ta jest postacią złożoną. Z jednej strony podziwia przywódcę bandy, z drugiej zaś nie uznaje jego wyższości nad sobą. Przecież on jest tylko chłopem, a ona arystokratką! Jednocześnie mężczyzna ten bez wątpienia ją pociąga, ale nie dopuszcza, aby było między nimi coś więcej. Dziwna relacja łączy ją też z bratem, do którego zdaje się jednocześnie bardzo przywiązaną, ale który jest też dla niej obcy. Trudno też powiedzieć, do jakiego stopnia brygantka angażowała się w walkę. Nic nie wspomina o tym, żeby kogoś zabiła, a jednak wydaje się prawie niemożliwym, aby nie miała krwi na rękach. Zaznacza też, że walczyła u boku mężczyzn, ale w którymś momencie odniosłam wrażenie, że kobieta tęskni za dawnymi czasami, za życie, do którego była przyzwyczajona. Mimo tego, że wydaje się harda i odważna, ma w sobie coś miękkiego, kobiecego właśnie.

"Brygantka" ma formę spowiedzi, przez co zdaje się być bardziej autentyczna. Kiedy uwięzionej kobiecie kończą się kartki i wyczerpuje się historia, którą chciała opowiedzieć, stawia pytanie, na które nie ma odpowiedzi: "Co teraz?". Dodac należy, że jej integralną częścią jest wywiad z autorką, który stanowi świetne wprowadzenie historyczne do lektury.

Książka nieodparcie kojarzyła mi się z inną powieścią, która swojego czasu bardzo mi się podobała, chociaż opowiadają one o innych czasach i rozgrywają się na innym kontynencie. "Brygantkę" w każdym razie polecam, bo jest to ciekawa opowieść ciekawej kobiety, która do tego dzieje się w ciekawych czasach.

M.R.Cutrufelli, Brygantka, Dodo Editor, Kraków 2010, s. 128.

wtorek, 9 listopada 2010

Kobieta z lustrem (Pismo Leonarda - Dina Rubina)


Znalazłam kolejną książkę, która mnie urzekła za sprawą głównej bohaterki. I nie ukrywam, że czytałam ją jako studium postaci, gdyż Anna, postać wykreowana przez Dinę Rubina, jest zjawiskowa.

Kim jest Anna? To najpierw dziewczynka, a potem kobieta, obdarzona niezwykłym "darem". Otóż Anna widzi przyszłość. Słowo "dar" ujęłam jedna w cudzysłów, gdyż staje się to jej przekleństwem. Przyszłość, dla większości osób, jest niewiadomą i dzięki temu żyją w błogiej nieświadomości. Bohaterka Rubiny potrafi jednak "zobaczyć" kogoś śmierć, czym ściąga na siebie złe spojrzenia, niechęć, agresję.

Anna od pierwszych stron jest postacią niezwykłą. Po śmierci matki opiekuje się nią ciotka. Dziewczynka jest przeraźliwie chuda i nie potrafi "normalnie" pisać: nie tylko posługuje się lewą ręką, lecz zdania przez nią tworzone zapisywane są "pismem Leonarda", od prawej, do lewej strony. Dzieje się to w czasach, kiedy leworęczność nie jest akceptowana i Anna zostaje zmuszana do pisania prawą ręką. Można to uznać za pierwszą próbę przystosowania jej do obowiązującej normy... Anna jednak przystosować się nie da, chociaż bardzo chce. Zostaje akrobatką i kaskaderką. W cyrku poznaje różnych odszczepieńców, to prawdziwa wylęgarnia dziwaków, jednak próbująca ukryć swoje zdolności Anna i tam "odstaje".

Na główną bohaterkę "Pisma Leonarda" można spojrzeć z kilku perspektyw, a to dzięki temu, iż do głosu dopuszczeni zostają mężczyźni, którzy odegrali w jej życiu istotną rolę. Ich opowieści tłumaczą niektóre niezrozumiałe decyzje bohaterki, pokazują, kogo kochała i pozwalała zweryfikować, czy zafascynowana lustrami Anna znalazła w końcu swoje lustrzane odbicie w postaci drugiego człowieka...

Całą powieść można czytać na wiele sposobów: jako opowieść o wykluczeniu i inności, można skupić się wątkach psychologicznych lub tych magicznych. W powieści bowiem mamy dwa światy: ten realny, czasem straszny, czasem śmieszny, oraz tajemniczy świat luster Anny, w którym nic nie jest pewne i niczego nie należy brać za prawdę.

Piękna, wielowymiarowa opowieść, która wiedzie czytelnika przez całą Europę, właściwie przez cały XX wiek i pozwala się zagłębić w skomplikowane meandry ludzkiej psychiki. Od czytelnika wymaga maksymalnego skupienia, ale w zamian oferuje miłe wrażenie, że oto ma się w rękach Wielką Literaturę.

D. Rubina, Pismo Leonarda, wyd. MUZA, Warszawa 2010, s. 463.