Mentalista Hitlera jest jedną z tych książek, które łatwo przegapić. Bo nie jest jakoś mocno promowana, okładka specjalnie nie przyciąga wzroku, nazwisko autora zaś polskiemu czytelnikowi niewiele mówi.
Jednocześnie jest to jedna z tych książek, których przegapić naprawdę nie warto.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biografia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biografia. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 5 października 2017
środa, 3 lipca 2013
Ikoną stylu jest...(Sophia Loren. Życie jak film - Silvana Giacobini)
Tytuł: Sophia Loren. Życie jak film
Autor: Silvana Giacobini
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2013
Ilość stron: 288
Sophia Loren ikoną światowego kina jest. I na tym moja wiedza o pięknej Włoszce się kończy - a raczej kończyła. Zanim przystąpiłam do lektury książki Życie jak film nie potrafiłam wymienić ani jednego obrazu (!) w jakim Sophia zagrała. Gdzieś tam kołatało mi się mgliści po głowie, że chyba nawet dostała Oscara... ale kiedy? za co? Nie miałam pojęcia! :)
Swoją drogą, absolutnie nie jest to powód do dumy, ale wiele mam takich postaci, o których wiem, że "wielce byli"... i tyle. Aktorskie przykłady pierwsze z brzegu: Charlie Chaplin, James Dean, Catherine Deneuve czy Audrey Hepburn - tak, o życiu Audrey też wiem NIC.
W biografii Loren znajduje się wszystko to, czego po tego typu książkach można się spodziewać: przedstawiona zostaje droga do słowy, autor prześledził, jak z ubogiej, acz pięknej dziewczyny, Sophia stała się kobietą, której twarz rozpoznawana jest na całym świecie. Mnie ogromnie zaimponował jej upór: kilkadziesiąt konkursów piękności, w których nigdy nie udawało jej się zająć pierwszego miejsca... a jednak uparcie brała w nich udział wierząc, że się wybije.
A potem, wiadomo: rola za rolą, coraz większa sława, coraz większe pieniądze... i coraz większe problemy w życiu osobistym. Być może osoby bardziej ogarnięte niż ja wiedziały, że aktorka w wieku 15 lat związała się ze starszym od siebie o 22 lata Carlem Ponti, który w dodatku był żonaty. Przez ten związek od Sophii odwrócili się prawie wszyscy, także mieszkańcy jej ukochanych Włoch... ale więcej szczegółów doczytajcie w książce :)
Być może to moje subiektywne odczucie, bo znawczynią tematu nie jestem, ale czytając odnosiłam wrażenie, że autor nieco historię Loren wybielił. Absolutnie nie chodzi mi o szukanie skandali w jej prywatnym życiu, ale też nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jednak biografia ta nie jest pełna - a szkoda. Z pewnością jednak sięgnąć po nią warto - chociażby po to, by wiedzieć, dlaczego Sophia Loren "ikoną światowego kina jest" :)
Etykiety:
biografia
wtorek, 22 listopada 2011
"Chciałbym być krową, żeby jeść trawę" - (Ręka Flauberta - Renata Lis)
Dlaczego tak rzadko czytam biografie? Otóż dlatego, że w większości mnie one, no cóż, nudzą. Co z tego, że człowiek był ciekawy, że miał niesamowitą biografię, że wiele dokonał i jego życie mogłoby stać się kanwą jakiegoś filmu, skoro biografia wciśnięta w zdania typu "Urodził się w roku tym i tym jako syn tego i tej, nauki pobierał...", a wszystko to opatrzone cytatami, przypisami i potężną bibliografią, jest po prostu nudna?
Biografie byłam zmuszona czytać na studiach, nad kilkoma prawie umarłam, a dobre wspomnienia mam właściwie tylko z dwiema książkami. Obie są autorstwa Jarosława Marka Rymkiewicza. Już tytuły są fajne: "Juliusz Słowacki pyta o godzinę" oraz "Aleksander Fredro jest w złym humorze". Kto nie czytał - polecam! Nawet jeśli niespecjalnie interesuje Was Słowacki i Fredro, to warto zajrzeć do tych książek chociażby po to, żeby sprawdzić, jak można pisać. Dla mnie jest to mistrzostwo świata!
Renata Lis z J.M. Rymkiewiczem pracowała i, jak dobrze!, po części przejęła od niego sposób pisania. "Ręka Flauberta" zachwyciła mnie, oczarowała i w ogóle zła jestem na siebie, że zanim po książkę sięgnęłam, odleżała ponad miesiąc na półce. Bo na takie perełeczki biograficzne, które czyta się jednym tchem, a przy tym chłonie z nich całą masę informacji, nie trafia się często.
Przede wszystkim "Ręka Flauberta" nie przedstawia faktów z życia autora "Pani Bovary" w porządku chronologicznym - od tego jest kalendarium na końcu. Jest w niej móstwo faktów, ale też spekulacji: autorka często nie twierdzi, że coś stało się na pewno, lecz zakłada, że mogło się stać - chociaż pewności już nigdy mieć nie będziemy. Opisuje nie tylko przełomowe momenty z życia pisarza, lecz także przedstawia z pozoru nieistotne detale, np. to, jak wyglądał gabinet Flauberta, co widział z okna, jakie układy łączyły go z guwernantką siostrzenicy.
Przede wszystkim jednak zakochałam się w samym Flaubercie. Autorka nie wystawiła mu pomnika i nie napisała laurki. Flaubert to mężczyzna, który zakochał się w egipskiej kurtyzanie i jej wspomnienie towarzyszyło mu przez resztę życia. To wuj, który zaopiekował się siostrzenicą po śmierci swojej ukochanej siostry. To przyjaciel, który głęboko cierpi, gdy ubiera do trumny swojego powiernika i bratnią duszę - Alfreda Le Poittevina, którego pożarł syfilis. Flaubert jest człowiekiem swojej epoki: spotyka się z Zolą i Turgieniewem, pisze do przyjaciół tysiące listów. Wreszcie: to pisarz z poparzoną prawą ręką, którą to rękę utożsamia właśnie z pisaniem. Może więc właśnie dlatego jego proza jest taka, a nie inna?
Flaubert jawi mi się jako pisarz totalny, który dla sztuki jest w stanie poświecić wszystko, a jednocześnie wydaje mi się dość zabawnym fakt, że swoje utwory musiał zawsze "wyryczeć", wykrzyczeć je na głos, by sprawdzić, jak brzmią. Pisanie utożsamiał z ciężką pracą, nie wierzył w coś, co nazywa się natchnieniem: każdy jego tekst poprzedzony był dogłębną lekturą literatury fachowej, studiami, stosami notatek. Poza tym prawdopodobnie nigdy nie powiedział, że pani Bovary to on, a w liście do Caro pisał (chwaląc naturę), że "chciałby być krową, żeby jeść trawę" - co mnie jakoś dziwnie urzekło :)
Zakochałam się we Flaubercie i zakochałam się w książce Renaty Lis i mogłabym tak o nim - pisarzu i o niej - książce pisać i pisać.. Szczerze zachęcam do sięgnięcia po "Rękę Flauberta". We mnie przede wszystkim obudziła kompleks, który mam od dawna, kompleks Flauberta (bo przeczytałam "Panią Bovary" dwa razy... i na tym moja znajomość książek Flauberta się kończy) oraz sprawiła, że mam ogromną ochotę czytać biografie. Jak wyjdzie - zobaczymy :)
R. Lis, Ręka Flauberta, Sic!, 2011, s. 328.
Etykiety:
biografia,
ona pisze - polska,
perełki
wtorek, 13 września 2011
O mężczyźnie, który może wszystko (Ostatni taki Amerykanin - Elizabeth Gilbert)

Elizabeth Gilbert jak dotąd przeczytałam wszystko, co zostało wydane w Polsce i jest to jedna z moich ulubionych autorek. Oczywiście jedne książki podobały mi się mniej ("Ludzie z wysp"), jedne bardziej ("I że Cię nie opuszczę..."), a w innych po prostu się zakochałam, chociaż teraz akurat tę książkę nazywa się kiczowatą i pseudo-uduchowioną (dobrze wiemy, o której mówię). "Ostatni taki Amerykanin" jest bez wątpienia jedną z najciekawszych powieści w tym rankingu i właściwie trudno mi powiedzieć, czy bardziej podobało mi się to tzw. "pseudo-uduchowienie" z jej pierwszej znanej mi powieści, czy biografia, którą tyle co skończyłam czytać.
Nie ukrywam, że z człowiekiem o imieniu Eustace Conway (polecam wpisanie imienia i nazwiska w wyszukiwarkę) pierwszy raz spotkałam się właśnie w tej książce, chociaż w Ameryce jest to postać powszechnie znana. Kim jest Eustace? Człowiekiem, który "jako siedemnastolatek zamieszkał w głuszy i trzydzieści lat później wciąż tam jest". To człowiek, który żyje jak nomada, mieszka w swoim indiańskim tipi i jest tytanem pracy. Eustace ma misję: namówić ludzi, żeby nie żyli w pudełkach, nie jeździli pudełkami, nie odwiedzali się w pudełkach innych ludzi. Jego życiowym celem było, chociaż może jest nadal, nakłonienie jak największej liczby osób, żeby żyli jak najbliżej przyrody, korzystali z rozwiązań, które wieki temu zostały wymyślone przez ich przodków. W tym celu tworzy swój raj, swoją utopię, Żółwią Wyspę. Jest to ogromna połać lasu, gdzie Eustace hoduje warzywa, zwierzęta, poluje, pije wodę ze strumienia, a kolejni hipisi, idealiści i ekolodzy przyłączają się do niego... by równie szybko odejść. Eustace nie jest bowiem człowiekiem, który co rano zrywa się o świecie i biega po mokrej trawie. O świecie Eustace pracuje, ciężko pracuje.
Eustace jest człowiekiem, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych. Konno, wraz z dwójką przyjaciół przemierza w poprzek Amerykę, w takim czasie, jakiego nikt przed nim nie osiągnął. Kiedy spotykani na jego drodze ludzie deklarowali, że również chcieliby zdobyć się na coś tak szalonego, odpowiadał bez cienie wątpliwości w głosie: "Możesz!".
Najbardziej jednak ucieszyły mnie ostatnie rozdziały, kiedy to autorka przestała opisywać Eustace jako niemalże boga w ludzkiej skórze, lecz przedstawiła go jako zwykłego, zagubionego człowieka. Eustace miał fatalne relacje z ojcem, nie utrzymywał bliższych kontaktów z rodzeństwem, mimo wielu kobiet, które przyciągał jak magnes, nigdy nie założyć rodziny i nie doczekał się upragnionej gromadki dzieci. Praktykanci, którzy zjawiali się w jego raju, rzadko wytrzymywali dłużej niż kilka miesięcy.
Pod tym względem Eustace jest postacią tragiczną, idealistą, na którego przykładzie jasno widać, że nigdy nie można mieć wszystkiego i w życiu zawsze jest coś za coś. Eustace jest wcieleniem wolności, o której tak wiele osób marzy, ale czy jest naprawdę wolny? Ja doszłam do wniosku, że jednak nie, a o pardoks zakrawa fakt, że im bardziej wolny pragnął być, tym większy ciężar go przytłaczał.
Polecam, gdyż jest to świetnie napisała nietuzinkowej postaci, niezwykłego człowieka, ostatniego takiego dzikiego Amerykanina.
E. Gilbert, Ostatni taki Amerykanin, Rebis, 2011, s. 392.
Etykiety:
biografia,
ona pisze - ameryka
Subskrybuj:
Posty (Atom)


