Pokazywanie postów oznaczonych etykietą peter pezzelli. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą peter pezzelli. Pokaż wszystkie posty

piątek, 2 września 2011

Gdy życie zatoczy krąg... rozpocznij następny! (Dom w Italii - Peter Pezzelli)


Uff... po wielkim rozczarowaniu, jakim była książka "Każdej niedzieli", miło spędziłam czas z "Domem w Italii". Peter Pezzelli zawarł w niej wszystko to, co podobało mi się w jego wcześniejszych książkach. Mamy więc człowieka, na którego barki nagle spada ciężar, z którym nie bardzo wie, jak sobie poradzić. Mamy niepowtarzalnym klimat małego włoskiego miasteczka, bohaterowie jedzą dobre, włoskie jedzenie (ależ miałam ochotę na spaghetti w trakcie lektury!) i wszystko, mimo początkowych niepowodzeń kończy się dobrze. Od autora "Kuchni Franceski" naprawdę nie oczekuję niczego więcej :)

Autor tym razem opowiada w gruncie rzeczy banalną historię. Peppi, główny bohater, traci żonę. po tym zdarzeniu nie może znaleźć sobie miejsca w Ameryce, więc postanawia wrócić do korzeni, a więc do Włoch właśnie. Planuje zamieszkać w swoim rodzinnym mulino, czyli młynie, ale z tych planów nic nie wychodzi, gdyż budynek został kompletnie zniszczony. Dlatego też Peppi zmuszony jest zamieszkać u swojego przyjaciela z dzieciństwa, Luci. Początkowo Włochy nie przynoszą mu spodziewanej ulgi. Aby zabić smutek i przygnębienie, mężczyzna oddaje się swoim dwóm pasjom: jeździ na rowerze i uprawia ogród (ach, jakże mi się zamarzyły pomidory zrywane z własnych krzaczków!). Szybko jednak okazuje się, że to nie wystarcza, Peppi popada w jeszcze większą chandrę, a może już nawet w depresję.

Aleeeee... jak już zaznaczyłam, wszystko kończy się dobrze. Peppi poznaje Lucrezię, samotną kobietę, która kilka lat wcześnie straciła męża. I teraz wystarczy umieć dodać dwa do dwóch: samotny mężczyzna + samotna kobieta =... wiadomo :)

Peter Pezzelli opowiada w "Domu w Italii" historię dwojga ludzi, których życie zatoczyło krąg. Nie oznacza to jednak, że już nic ich nie czeka oprócz wegetacji w oczekiwaniu na koniec życia. Zawsze przecież można rozpocząć kolejne koło - co stoi na przeszkodzie? Jest to prosta życiowa prawda, jednak podana w naprawdę przyjemny sposób. W dodatku książki tego autora mają tę właściwość, że czyta się je błyskawicznie: właściwie nie wiadomo kiedy człowieka przewraca ostatnią stronę!

P. Pezzelli, Dom w Italii, Wydawnictwo Literackie, 2011, s. 295.

sobota, 25 czerwca 2011

Hulaj dusza! (tylko uważaj, żeby nie dowiedziała się żona) - (Każdej niedzieli - Peter Pezzelli)


Nicka Cattaniego zna każdy w małym miasteczku Providence. Inteligentny, zabawny senior rodu Cattanich, którzy każde niedzieli zbierają się na tradycyjnym włoskim obiedzie. To czas zabawy, rozwiązywania problemów, dzień dla najbliższych. Co dzieje się z rodzinną tradycją, gdy Nick umiera?
Czy córki - Maria, Nina i Gina - poradzą sobie bez pomocy ojca?
Jak potoczą się losy Jacka, syna Nicka, któremu ojciec przed śmiercią powierzył trudną tajemnicę?
I - wreszcie - czy rodzina Cattanich przetrwa trudności i uda jej się ocalić bliskość i przyjaźń?

Ci, którzy śledzą wpisy na moim blogu, być może wiedzą, że Peter Pezzelli to jeden z moich ulubionych autorów na odprężenie. Dotychczas czytałam jego trzy książki, wszystkie bardzo mi się podobały, chociaż zdaję sobie sprawę, że nie są to wybitne arcydzieła. Mają jednak w sobie to "coś", dzięki czemu z wytęsknieniem czekam na kolejną pozycję od tego autora. Otwarcie jednak powiem, że "Każdej niedzieli" to powieść, której zupełnie nie skumałam.

Rzadko przytaczam w recenzjach opisy z okładek, tym razem zrobiłam to z premedytacją. Otóż zawartość książki nie ma prawie nic wspólnego z tym, co o niej napisano. Więcej: nawet imię głównego bohatera się nie zgadza. Syn Nicka ma na imię Johnny, nie Jack. Ale to bym jeszcze mogła wybaczyć...

Narratorem powieści jest Nick, czyli senior rodu Cattanich - i to się zgadza. Nick umiera, jednak nadal obserwuje swoich bliskich, komentuje ich decyzje i zachowania - i to już było nieco irytujące, gdyż Nick co chwila popada w moralizatorstwo, na dość niskim poziomie, niestety i zdecydowanie nadużywa zdań w stylu: "Wiecie, co mam na myśli". Ale nic to, zmarłym można wiele wybaczyć.

To, co mi przeszkadzało najbardziej, to "podejście do tematu", już wyjaśniam o co chodzi. Nick uchodził za wspaniałego męża, który całe życie przeżył z jedną kobietą. Otóż nie: zdradzał Teresę, która coś tam wie, ale jednak nie wszystko. Przed śmiercią Nick martwi się o kochankę i prosi syna, aby ją odwiedził i sprawdził, czy wszystko u niej w porządku. Johnny sprawdza i robi to tak skrupulatnie, że od razu zajmuje miejsce ojca. Tak: nawiązuje romans z Vicki, z którą wcześniej sypiał jego ojciec.

I to też bym mogła wybaczyć, no trudno, taki lajf, jak to się mówi. Ale teraz właśnie przejdę do czegoś, co nazywam "podejściem do tematu". Otóż autor przekonuje, że w zdradzie tak naprawdę nie ma nic złego. Można mieć i dziesięć kochanek... byle by żona się o tym nie dowiedziała! Romans, który po śmierci przejmuje syn? Czemu nie, byle się matka nie domyśliła, bo będziesz miał, biedny Johnny, piekło. I to już jest skandal i tego właśnie nie skumałam.

Autor, który co chwila pisze o Bogu, dobrym życiu itd., wydaje powieść z takim przesłaniem? Tak, zgorszyłam się i tak, zdegustowałam się. Ponadto dodam, że ta książka jest właśnie o tym: o manewrach syna, który próbuje ukryć romans, mota się i plącze, przeżywa jakieś tam dylematy. Rozpad rodziny po stracie seniora? Może gdzieś w dalekim tle...w bardzo dalekim.

Pogodna, zabawna i kojąca opowieść o przyjaźni i miłości, która czasem przychodzi w najmniej oczekiwanym momencie - te zdania również można przeczytać na okładce i w świetle tego, co już napisałam, brzmią one nieco dziwacznie i groteskowo.

"Każdej niedzieli" jest więc pierwszą książką Pezzelliego, której polecić nie mogę, natomiast jeśli ktoś ma ochotę, odsyłam do jego wcześniejszych powieści. Sama zaś czekam na "Dom w Italii", mam nadzieję, że zrehabilituje się nią w moich oczach :)

P. Pezzelli, Każdej niedzieli, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011, s. 374.

wtorek, 29 marca 2011

O życiowych zakrętach (Villa Mirabella - Peter Pezzelli)


Peter Pezzelli to autor, którego uwielbiam od pierwszej książki jego autorstwa, jaką udało mi się przeczytać. Pamiętam, że "Kuchnię Franceski" czytałam wylegując się na leżaku i marząc o oliwkach i makaronie. "Lekcje włoskiego" "połknęłam w paskudnej, listopadowej aurze, zaś "Villą Mirabellą" cieszyłam się teraz, gdy dni stają się coraz dłuższe i człowiek ma ochotę zrobić porządek w swoim życiu... zupełnie jak Jason, główny bohater.

Znacie to uczucie, kiedy budzicie się rano i od razu czujecie niejasny niepokój? Zaś gdy sobie uświadomicie, skąd on wynika, robi się jeszcze gorzej: niepokój nie znika, tylko stopniowo przemienia się w ciężar nie pozwalający oddychać pełną piersią, a później przechodzi w panikę. Ja takiego uczucia doznałam kilka razy, zaś pierwszy miał chyba miejsce przed pisemną maturą z historii... ale na szczęście szybko zrzuciłam z siebie ten balast :)

Jason ma problem o wiele większy niż ja z maturą historii, bowiem jednego dnia traci pracę, dziewczynę, być może dziecko, marzenia, przyjaciół, pieniądze. Krótko mówiąc: gorzej być nie może, a jednocześnie chłopak ma świadomość, że sam jest sobie winien. Przed światem chowa się w Rhode Island, gdzie stopniowo zaczyna pomagać w prowadzeniu pensjonatu swojemu tacie i rodzeństwu. I kolejny raz sprawdza się stara prawda, że na duże kłopoty, najlepszym lekarstwem jest dużo roboty.

Jason powoli odzyskuje spokój. Nabiera pewności, że życie jeszcze przed nim, a szczęście leży być może w innym miejscu, niż początkowo go szukał. "Villa Mirabella" to bardzo ciepła, optymistyczna opowieść o wychodzeniu z życiowych zakrętów, pokonywaniu życiowych trudności, najlepiej z rodziną.

Bardzo lubię klimat książek tego autora i nie mogę doczekać się kolejnych, tym bardziej, że wypatrzyłam, że mają pojawić się dwa kolejne tytuły: "Każdej niedzieli" i "Dom w Italii". Już się cieszę na lekturę! Ach, i koniecznie muszę napisać o okładce. Niby nie powinno oceniać się książek na jej podstawie, ale nic nie poradzę, że lubię, kiedy książka po prostu jest ładna - a wszystkie książki tego autora bardzo pięknie prezentują się obok siebie na półce i lubię na nie spoglądać. Ot, taka uwaga.

Czy polecam? Polecam :)

P. Pezzelli, Villa Mirabella, Wydawnictwo Literackie, Warszawa 2011, s. 338.

niedziela, 21 listopada 2010

O mężczyźnie, który uczył się włoskiego (Lekcje włoskiego - Peter Pezzelli)


"Lekcje włoskiego" to druga po "Kuchni Franceski" książka Petera Pezzelliego, jaką mogłam przeczytać. Tym razem jednak do lektury przystąpiłam z bardzo konkretnymi oczekiwaniami: miały być Włochy, miało być włoskie jedzenie, a książka miała być "ciepłą opowieścią". I wszystko to na jej kartach znalazłam, chociaż znów nie jest to dobrze znany typ powieści realizujący schemat: "pojechałam do Rzymu i zakochałam się we włoskim jedzeniu, a potem uwiódł mnie przystojny Włoch".

Po pierwsze, głównym bohaterami tej powieści są mężczyźni: Carter oraz jego nauczyciel włoskiego, Giancarlo. Powieść rozpoczyna się od dość zabawnej rozmowy między dwoma panami. Amerykanin Carter deklaruje, że chce nauczyć się włoskiego, gdyż zafascynowała go włoska kultura (o której tak naprawdę nic nie wie). Na to Giancarlo pyta wprost: "Jak ona ma na imię?".

Otóż "ona" ma na imię Elena, a Carter po kilku minutach rozmowy dochodzi do wniosku, że "ta albo żadna". I wszystko byłoby dobrze, gdyby tajemnicza piękność następnego dnia nie wyjechała do Włoch. Carter postanawia ją odszukać. I, przy okazji, nauczyć się od Giancarlo włoskiego.

Między uczniem a nauczycielem rodzi się coś w rodzaju przyjaźni, która nie jest łatwa, gdyż Giancarlo to samotnik, od trzydziestu lat nie był w swoim rodzinnym kraju, co wiąże się z pewną tajemnicą (a tajemnica ta ma na imię Antonella). Carter wyrusza do Włoch, w poszukiwaniu swojej miłości. Oczywiście zachwyca się pięknem tego kraju, lecz jednocześnie... chyba nie mogę powiedzieć :) Natomiat Giancarlo, który bynajmniej nie miał w planach ruszać się gdziekolwiek z Rhode Island, niespodziewanie odbywa podróż, która zmieni całe jego życie. Na lepsze? Na gorsze? No pewnie, że nie powiem :)

Mnie ta książka wprawiła w świetny nastrój, a przy lekturze chyba z dwieście razy przesłuchałam TĄ piosenkę. I bardzo spodobał mi się cytat dotyczący biegania:

- Co sprawia, że wszyscy ci ludzie nabierają ochoty, by gnać dookoła boiska przez cały dzień? - Bo to zdrowe. (...) Dobrze działa na ciało, a jeszcze lepiej na głowę.

Nie wiem, czy rym był zamierzony, ale bardzo ładnie to wyszło :)

P. Pezzelli, Lekcje włoskiego, Wydawnictwo Literackie, Warszawa 2010, s.

poniedziałek, 12 lipca 2010

O kobiecie, która nie chciała być starszą panią (Kuchnia Franceski - Peter Pezzelli)


Pozostając w strefie związanej w kuchnią i kulinariami, z wielką przyjemnością rozpoczynam tydzień od recenzji książki "Kuchnia Franceski". A piszę "z przyjemnością", ponieważ to bardzo przyjemna książka :)

Napis na okładce, tuż pod tytułem głosi: "Poczuj atmosferę słonecznej Italii". Od razu pomyślałam sobie, że będzie to książka z popularnego nurtu "zostawiała wszystko i odnalazła sens życia we Włoszech". Otóż nie tym razem.

Główną bohaterką "Kuchni Franceski" jest, jak można się łatwo domyślić, Franceska. Franceska jest kobietą starszą, jej dorosłe dzieci nie mieszkają już z nią, a ona coraz bardziej ubolewa nad tym, że z racji wieku jest mniej aktywna i coraz bardziej wycofuje się z życia. Z drugiej jednak strony Franceska nie jest zramolałą staruszką, o nie! Regularnie jeździ do biblioteki, poszerza swoją wiedzę z zakresu sztuki i uczy się... wietnamskiego. Gdy jednak okazuje się, że to nie wystarcza, decyduje się podjąć pracą w charakterze niani. Zaczyna opiekę nad dwojgiem dzieci, a ta na początku wcale nie przedstawia się pięknie.

I w tym momencie ktoś może zapytać: no dobrze, a gdzie obiecywana "atmosfera słonecznej Italii", skoro akcja rozgrywa się w mroźnej Nowej Anglii? Otóż Franceska ma włoskie korzenie i świetnie opanowała włoską kuchnię. Dzieciaki, którymi się zajmuje, jedzą głównie jedzenie na wynos, gdyż ich zapracowana matka nie ma czasu ani ochoty na gotowanie. Franceska, przygotowując im posiłki, uczy rozmawiać przy wspólnym stole, pokazuje, że jedzenie służy czemuś więcej, niż tylko zaspokojeniu głodu. W ten sposób rodzi się przyjaźń, która zmienia życie co najmniej pięciu osób.

Wielkim zdziwieniem był dla mnie fakt, iż książkę o kuchni, gotowaniu, tworzeniu się więzi, pełną zapachów bazylii i pomidorów, napisał mężczyzna. Przestało mnie to dziwić, gdy trafiłam na taką wypowiedź autora:


Dom jest bardzo szczególnym miejscem, a kuchnia jest sercem każdego domu. To tutaj człowiek kieruje swoje pierwsze kroki po powrocie z pracy lub szkoły. Co może być przyjemniejszego od chwili, gdy przekraczasz próg po ciężkim dniu i czujesz smakowity zapach jedzenia. Na lodówce wiesza się zabawne zdjęcia rodzinne, zostawia krótkie liściki albo przypomnienia, niektórzy wywieszają też rysunki swoich dzieci. W kuchni jest coś ciepłego i magicznego, czemu trudno się oprzeć. Proszę zwrócić uwagę, jak chętnie na domowych przyjęciach goście gromadzą się w kuchni. To zazwyczaj centrum zdarzeń. A co do roli jedzenia w moich powieściach, to zawsze uważałem je za coś, co nas zbliża. Jedzenie jest językiem uniwersalnym. Wspólne przygotowywanie i spożywanie posiłku może być wyrazem głębokiej miłości, sympatii i przyjaźni. Nieważne, jak prosty jest posiłek, najważniejsze, że spotyka się przy nim cała rodzina. Poza tym ja po prostu kocham jeść!


I to mówi facet! Czy muszę dodawać, że zapałałam do niego spontaniczną miłością, podobną do tej, jaką jakiś czas temu obdarzyłam Julię Child :)?

Polecam "Kuchnię Franceski" - może nie do końca za obiecywaną "atmosferę słonecznej Italii", ale ze względu na główną bohaterkę. Franceska to kobieta z charakterem, która odważnie wprowadza w swoim spokojnym życiu zmiany zamiast czekać, aż to przesypie jej się przez palce. A ja właśnie takie odważne kobiety, rzucające wyzwanie otoczeniu, lubię. A jeśli w dodatku potrafią gotować, to już więcej do szczęścia mi nie trzeba :)

I z niecierpliwością czekam na "Lekcje włoskiego" tegoż autora, które wkrótce mają się ukazać!

P. Pezzelli, Kuchania Franceski, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010, s. 378.