Nie po drodze mi ostatnio z kryminałami, thrillerami i horrorami, czyli gatunkami, po które w normalnych warunkach sięgam najczęściej. A że teraz nic nie jest normalne, to i moje gusta czytelnicze się zmieniły. Przykład? Planowałam przeczytać To Kinga, bo lepszego czasu na tę cegłę nie będzie, tymczasem... nie podchodzi mi! Owszem, wciąga, ale szybko męczy. Wychodzi na to, że nie potrzebuję dostarczać sobie dodatkowej grozy, skoro tej pełno jest w każdym serwisie informacyjnym. Co, jeśli nie kryminały, thrillery i horrory? Ciągnie mnie do książek lżejszych i pogodniejszych. Takich, przy których po prostu się zrelaksuję. Nie wiem, jak długo utrzyma mi się ta tendencja, ale oto mój pierwszy wybór: Dom na Miodowej Joanny Szarańskiej.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki po których ma się dobre sny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki po których ma się dobre sny. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 26 marca 2020
czwartek, 21 lutego 2019
Opowieść, w którą chce się wierzyć (Recenzja książki Sztuka słyszenia bicia serca - Jan Philipp Sendker)
Zdarzyło Wam się kiedyś przeczytać książkę zupełnie w ciemno?
Bo urzekła Was na przykład okładka? Albo tytuł?
Na pewno!
U mnie właśnie tak było z tą książką Sztuka słyszenia bicia serca - jak to brzmi! Opis też nie wprowadził za wiele informacji, ale to nic, tym lepiej, będzie niespodzianka.
I miałam nosa: zupełnie przypadkowo i poza planem, przeczytałam świetną powieść.
Bo urzekła Was na przykład okładka? Albo tytuł?
Na pewno!
U mnie właśnie tak było z tą książką Sztuka słyszenia bicia serca - jak to brzmi! Opis też nie wprowadził za wiele informacji, ale to nic, tym lepiej, będzie niespodzianka.
I miałam nosa: zupełnie przypadkowo i poza planem, przeczytałam świetną powieść.
środa, 25 lipca 2018
Książka, która zaskoczy Was stylem (Recenzja książki Stany małżeńskie i pośrednie Doroty Kassjanowicz)
Miałam taki okres w życiu, zaraz po studiach, że właściwie czytałam tylko literaturę obyczajową. Potem mój repertuar rozszerzył się o tyle innych gatunków, że po obyczajówkę, zwłaszcza polską, sięgam bardzo rzadko.
Stany małżeńskie i pośrednie Doroty Kassjanowicz były więc bardzo miłą odmianą od tego, co czytam najczęściej. Podkreślam: bardzo miłą.
Stany małżeńskie i pośrednie Doroty Kassjanowicz były więc bardzo miłą odmianą od tego, co czytam najczęściej. Podkreślam: bardzo miłą.
poniedziałek, 28 maja 2018
Książka dla spragnionych magii (Recenzja książki Dziewczynka, która wypiła księżyc Kelly Barnhill)
Książka, która ostatnio pojawia się wszędzie: na Instagramie, Facebooku, na blogach.
I wszędzie piszą o niej dobrze lub bardzo dobrze. Podejrzane, co?
Otóż... wcale nie!
Dziewczynka, która wypiła księżyc to przepięknie opowiedziana historia, mająca w sobie urok starej baśni, która przypadła do gustu mi, dorosłej kobiecie, i która zachwyciła dziesięcioletnią dziewczynkę, kochającą książki.
I wszędzie piszą o niej dobrze lub bardzo dobrze. Podejrzane, co?
Otóż... wcale nie!
Dziewczynka, która wypiła księżyc to przepięknie opowiedziana historia, mająca w sobie urok starej baśni, która przypadła do gustu mi, dorosłej kobiecie, i która zachwyciła dziesięcioletnią dziewczynkę, kochającą książki.
środa, 8 listopada 2017
Spacerując po dachach Paryża (Recenzja książki Dachołazy Katherine Rundell)
Nagroda taka i taka, nominacje do kolejnych.
Philip Pullman, autor Złotego kompasu twierdzi, że autorka Dachołazów ma nadzwyczajną wyobraźnię.
niedziela, 10 września 2017
Panna "Pragnę Spokoju" + Pan "Mieszkam W Krzakach" (Recenzja książki Jak się zakochać w facecie, który mieszka w krzakach Emmy Abrahamson)
Książka o spektakularnym tytule i fatalnym pierwszym zdaniu.
Chwilami mocno niegrzeczna, a chwilami nieco ckliwa i romantyczna.
Lekka, a jednak po jej lekturze nad głową pojawiła mi się chmurka z napisem "Hmm?".
Niby typowa lektura na wakacje, a jednak zostaje w głowie na dłużej.
Chwilami mocno niegrzeczna, a chwilami nieco ckliwa i romantyczna.
Lekka, a jednak po jej lekturze nad głową pojawiła mi się chmurka z napisem "Hmm?".
Niby typowa lektura na wakacje, a jednak zostaje w głowie na dłużej.
Etykiety:
czytadło,
do śmiechu,
książki po których ma się dobre sny
piątek, 12 kwietnia 2013
I że Was nie opuszczę... (Teraz i zawsze - Carolyn Egan)
Tytuł: Teraz i zawsze
Autor: Carolyn Egan
Wydawnictwo: ZNAK (dziękuję!)
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 240
Pierwsze skojarzenie, jakie wzbudziła we mnie książka Teraz i zawsze? Film Moje życie beze mnie, który swojego czasu bardzo mi się podobał. W filmie Ann wie, że odchodzi i próbuje ułożyć życie swojej rodzinie. W książce Maia zapada na nieuleczalną chorobę, jednak udaje jej się, jakkolwiek absurdalnie to brzmi, zamieszkać w ciele kobiety, która nie chce żyć i u której także rozwija się choroba. Ten karkołomny zabieg posłużył temu, aby Maia, już po śmierci, mogła obserwować swoich bliskich - jednak nie jako duch, a istota, że tak powiem, materialna. W nawiązaniu kontaktu z najbliższymi pomaga jej pies Barney... który przychodzi nie wiadomo skąd.
Maia osieroca synka, który zostaje z ojcem. Nie ingeruje jednak w ich życie, wie, że jej czas minął. Zostaje na ziemi i, trzymając dystans, obserwuje życie swojej rodziny - i właśnie to jest głównym tematem tej książki. Steven, początkowo nieco zagubiony w roli ojca, stopniowo zaczyna całkiem nieźle sobie radzić, chociaż trudnych momentów nie brakuje. Wychodząc z synem do parku, spotyka kobietę samotnie wychowującą córkę... i więcej chyba nie muszę pisać :)
Teraz i zawsze przeczytałam błyskawicznie i z dużą przyjemnością. Od razu jednak zaznaczam: nie jest to wyciskacz łez, jak sugerują opinie przedstawione na okładce. Czytałam i płakałam - pisze Anna Ficner - Ogonowska. Wiem, że każdy ma inną wrażliwość, ale autorka na szczęście "łzawych" rozwiązań unika. Nie do końca jest to też książka o "drugiej szansie"... ale w dywagacje na ten temat nie chcę się wdawać, żeby nie ujawniać za dużo treści :)
Na Teraz i zawsze warto zwrócić uwagę także dlatego, iż wchodzi ona w skład serii "dobre strony", której ambasadorką została Małgorzata Kożuchowska. Co prawda żaden to dla mnie autorytet w kwestii czytania, co nie zmienia faktu, że sama seria zapowiada się bardzo przyjemnie. Więcej informacji tutaj: KLIK.
piątek, 25 maja 2012
Co nowego w Edynburgu? (Nieznośna lekkość maślanych bułeczek - Alexander McCall Smith)
Tytuł: Nieznośna lekkość maślanych bułeczek
Autor: Alexander McCall Smith
Wydawnictwo: MUZA
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 327
Bertie, niezwykle utalentowany sześciolatek, wciąż zmaga się z Irene, swą kontrolującą wszystko matką. Czasami udaje mu się od niej uwolnić, więc wstępuje do drużyny młodszych skautów. Matthew wykazuje się niespodziewanie silnym charakterem w roli nowo poślubionego małżonka, podczas gdy Domenica, kobieta oddana karierze intelektualnej, wciąż cierpi na samotność.
Narcystyczny Bruce przewartościowuje swoje dotychczasowe życie. Malarz portrecista, Angus Lordie, znów ma problemy ze swym psem Cyrilem, gdyż ten złotozęby gwiazdor wpada w sidła psiej namiętności...
Książek Alexandra McCall Smitha nie potrafię czytać inaczej, niż z entuzjazmem. Nieznośna lekkość maślanych bułeczek jest piątym już tomem serii 44 Scotland Street, opowiadającym o codziennych perypetiach bardziej lub mniej sympatycznych ludzi, mieszkających w Edynburgu. Na każdą część wyczekuję tak samo mocno, z takim samym żalem kończę je czytać. Zdążyłam się już bowiem przywiązać do bohaterów, których coraz lepiej poznaję i coraz bardziej lubię (no, może z wyjątkiem Irene, która uparcie gnębi mojego ulubieńca, sześcioletniego Bertiego).
I właśnie dlatego, że bohaterowie i sceneria są mi tak dobrze znane, trudno o tych książkach napisać cokolwiek nowego. Czytelnik otrzymuje bowiem dokładnie to, czego oczekuje i do czego zdążył się przyzwyczaić w poprzednich tomach. Książki Alexandra McCall Smitha są ciepłe, lecz i chwilami gorzkie. Są zabawne, ale też skłaniają do refleksji. Wiem, że powyższe zdanie to ogólnik, ale do tego cyklu pasuje idealnie.
Nigdy nie byłam w Edynburgu, ale autor dokłada wszelkich starań, by przekonać czytelnika, iż jest to najpiękniejsze miejsce na ziemi, nawet jeśli znajduje się w nim kilka architektonicznych potworków. Niezmiennie też podoba mi się fakt, że autor ciągle na nowo podejmuje te same tematy. W Nieznośnej lekkości maślanych bułeczek na pierwszy plan, moim zdaniem, wybijają się relacje międzyludzkie. Matthew, świeżo poślubiony małżonek, odkrywa uroki bycia zaobrączkowanym, ale też zarówno jego, jak i jego małżonkę, zdaje się peszyć intymność i odsłonięcie się przed drugą osobą - a czy nie na tym, na oddaniu i odsłonięciu się, polega małżeństwo? Domenica, mimo iż z pewnością może nazwać Angusa swoim przyjacielem, cierpi na samotność. A Bruce? Ten zadufany w sobie playboy nagle traci pewność siebie, bo... rzuciła go dziewczyna, na której przecież absolutnie mu nie zależało.
Niby zwykłe sprawy, niby codzienne sytuacje, ale autor potrafi pisać o nich w fascynujący sposób. Tak, że już nie mogę się doczekać następnego tomu. I naprawdę będzie smutno, kiedy te tomy przestaną się ukazywać, co przecież kiedyś nastąpić musi. A póki co, tradycyjnie, czekam na ciąg dalszy opowieści!
środa, 2 maja 2012
Strzeżcie się przystojnych mężczyzn! (Bratnie dusze - Hanna Cygler)
O tym, jak trudno jest znaleźć dobre, "babskie" czytadło, miałam okazję niejednokrotnie się przekonać. Nie ukrywam bowiem, że lubię książki pisane przez kobiety o kobietach i wymagania, jakie stawiam tego typu powieściom, są dość wyśrubowane. Nie lubię np. powieściowych idiotek - a od tych literatura kobieca aż się roi. Okej, co innego, kiedy bohaterka jest roztrzepana/roztargniona lub, kolokwialnie mówiąc, lekko postrzelona, a co innego, kiedy jest po prostu głupia - tego nie znoszę. Nie lubię też powieściowych schematów, z których chyba najczęściej spotykanym jest ten zapoczątkowany przez Katarzynę Grocholę: tzw. kobieta po przejściach zaczyna swoje życie od nowa, problemy się piętrzą, lecz ona je rozwiązuje, a gdy już jest super, w roli wisienki na torcie pojawia się ten jedyny, ideał prawie, na który ona całe życie czekała... bla bla bla. I tak dalej.
Czego jeszcze nie lubię? Przewidywalności (ale za tym nie przepadam w żadnej książce), hurra - optymizmu, braku realizmu, cudownych zbiegów okoliczności, durnych dialogów, nadmiernego psychologizowania... i mogłabym tak wymieniać długo.
Dlaczego o tym wszystkim piszę? Ponieważ Bratnie dusze, mimo iż zauważam w nich pewne niedociągnięcia, czytało mi się niezwykle przyjemnie w pierwszy majowy dzień, a książkę bez wątpienia można zaliczyć do kategorii literatury kobiecej.
Hanna Cygler, której twórczość do tej pory znałam tylko ze słyszenia, napisała powieść o trzech przyjaciółkach: Weronice, Aldonie i Miśce (ta ostatnia najfajniejsza!). Dwie z nich są malarkami, Miśka zaś zarabia na życie pisząc o kulturze. I nagle w ich życiu zaczyna dziać się coś dziwnego. Weronika, która do tej pory miała wszystko: pasję, karierę, kochającego męża i udane dzieci, zaczyna odnosić porażkę za porażkę i jest na dobrej drodze, by stracić to, co udało jej się zdobyć. Odwrotnie rzecz się ma w przypadku Aldony: nagle jej obrazy zaczynają cieszyć się uznaniem, co przekłada się na sukces finansowy. Pojawia się również TEN mężczyzna, który sprawia, że serce Aldony zaczyna bić szybciej - tyle tylko, że już na pierwszy rzut oka widać, że jest z nim coś nie w porządku. Gdy Miśka, do spółki z redakcyjnym kolegą, zaczyna prowadzić małe śledztwo w sprawie pana Marka Marczyńskiego, na światło dzienne wychodzą mroczne sekrety, o których sam zainteresowany pewnie wolałby nie pamiętać.
Hanna Cygler, jakby nie patrzeć, nie napisała niczego, czego już gdzieś wcześniej bym nie czytała, nie przeciera nowych ścieżek, nie tworzy nowej jakości, ale - i to "ale" jest tu ogromnie ważne. Bratnie dusze to książka napisana niezwykle sprawnie i lekko, z ciekawą fabułą, w której właściwie nie ma zbędnych wątków czy treści - a "przegadania" też nie lubię.
Jak zostało napisane na okładce, Hanna Cygler pisaniem powieści zajmuje się dla przyjemności: swojej i swoich czytelników. I to naprawdę w Bratnich duszach widać. Czytając, miałam wrażenie, że autorka nie tylko lubi swoje bohaterki, ale też że tworzenie tych fikcyjnych życiorysów sprawiało jej frajdę. A ja miałam frajdę z czytania - niby tylko tyle, ale zdecydowanie wystarczy, bym mogła śmiało zarekomendować powieść mamie czy przyjaciółce, a przy okazji wszystkim, którzy lubię dobrą, kobiecą prozę.
Polecam - lektura na majówkę jak znalazł!
Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Rebis.
H. Cygler, Bratnie dusze, Rebis, 2012, s. 332.
poniedziałek, 12 marca 2012
Niespotykane zagęszczenie cudowności (Lato w Jagódce - Katarzyna Michalak)
Po tym, jak naczytałam się makabry u Dana Wellsa, zamarzyło mi się coś lekkiego i przyjemnego - wybór padł więc na książkę Katarzyny Michalak. Po "Roku w Poziomce" już mniej więcej wiedziałam, czego mogę się spodziewać i wszystko to dostałam - aż w nadmiarze.
Dla autorki nie ma bowiem rzeczy niemożliwych - kto czytał, ten wie. Główna bohaterka, Gabrysia Szczęśliwa, cierpi z powodu braku urody? Doskwiera jej kaleka noga? Nie ma sprawy! Wyśle się ją do programu telewizyjnego, gdzie jej metamorfozę z bestii w piękną śledzić będzie cała Polska. Marzy o księciu z bajki? A proszę bardzo: stanie przed nią prawdziwy książę z Maroka, a przy okazji jeszcze dwóch innych. Nic, tylko przebierać! Dziewczyna kocha konie? To niech ma całą stajnię, a co jej będziemy żałować! Brakuje pieniędzy na cudem odzyskany dworek? Zawsze może pojawić się tajemniczy mężczyzna, który zginął w wojennej zawierusze, a teraz akurat ma na zbyciu dom we Francji.
I tak dalej, happy endów jest w tej książce tyle, że przyprawiają o zawrót głowy i właśnie za to powinnam ją zjechać niemiłosiernie. Sorry! Literatura ku pokrzepieniu serc rządzi się swoimi prawami... ale na litość boską! Bez przesady! Zagęszczenie szczęśliwych spotkań, zbiegów okoliczności i cudownych nawróceń ma swoje granice! Chociaż właśnie w tej książce akurat nie ma...
I kolejny raz z książkami Katarzyny Michalak mam problem. Mam świadomość, że opowiada mi się bajki, że to wszystko nieprawda, że takie rzeczy w takich ilościach się nie dzieją... Ale co z tego, skoro polubiłam Gabrysię, trzymałam za nią kciuki i w sumie cieszę się, że tak ładnie jej się wszystko ułożyło, takiego "hepiendowego" życia szczerze jej życzyłam.
A poza tym, to gdzie, jeśli nie właśnie na kartach wszystko jest możliwe, bohaterowie zmieniają się tylko na lepsze, a nawet jeśli zdarza im się błądzić to tylko po to, by móc swoje błędy naprawić? Zresztą... po co ja to wszystko wypisuję? Idę czytać "Powrót do Poziomki", ostatni tom owocowej serii :)
K. Michalak, Lato w Jagódce, Wydawnictwo Literackie, 2011, s. 281.
wtorek, 21 lutego 2012
Marcela dzieciństwo sielskie, anielskie... (Czas tajemnic - Marcel Pagnol)
W książkach Marcela Pagnola jestem zakochana już od jakiegoś czasu i zawsze cieszę się, gdy kolejna pozycja z jego nazwiskiem na okładce trafia w moje ręce. Jest w nich bowiem coś, co przywodzi mi na myśl nieco zapomniane już moje własne przygody z dzieciństwa, kiedy to od rana do nocy szalałam z kuzynkami na dworze, wymyślając coraz to nowe zabawy, które niekoniecznie podobały się dorosłym. To były czasy!
Nie da się ukryć, że w "Czasie tajemnic" Marcel dorasta. Po pierwsze, zakochuje się. A obiekt uczuć wybrał sobie prześwietny: kapryśną "panią" Izabelę, która jest tylko o rok od niego starsza i ma zapędy do bycia królewną. Marcel zaś z ochotę wchodzi w role wiernego i dającego się poniżać sługi.
Drugie doniosłe wydarzenie to fakt, że chłopiec rozpoczyna naukę w nowej szkole. Nowi znajomi, nowe przedmioty, nowe wyzwania. I kupa śmiechu przy tym, ale to już u tego autora norma!
Co jeszcze? Marcel i Lily, nieco oddalają się od siebie, ale i tak wspólnie zabijają ogromnego węża i stają się bohaterami.
Marcel, już w pojedynkę, walczy w szkole z przeciwnikiem o wiele silniejszym od siebie, co przestaje dziwić, skoro dowiadujemy się, jak temperamentną kobietą była jego babcia (aż dziw bierze, że nie została szpiegiem, gdyż wytrwałość, z jaką dochodziła do prawdy w sprawie potencjalnej zdrady swojego małżonka naprawdę jest imponująca).
Kolejny raz u tego autora spotkałam bohaterów budzących ogromną sympatię, może nie idealnych, ale też w tym tkwi znaczna część ich uroku. Na osobną uwagę zasługuje to, w jaki sposób autor ukazał rodzinę wybranki Marcela: ojciec podający się za poetę, a będący w rzeczywistości korektorem w wydawnictwie i miłośnikiem absyntu w ilościach nieograniczonych. Matka, która bierze udział w tej komedii, a Izabela to dziewczynka kapryśna i zmanierowana do granic możliwości, która jednak rzuca na Marcela czar.
No i sam Marcel - chłopiec przeuroczy. Niby poważny i rozsądny, ale przecież "dzieckiem podszyty". Niby mądry, ale jednocześnie głupiutki i z jego pomyłek wynikają zabawne sytuacje. I nieuniknione jest tu skojarzenie z Mikołajkiem, którego uwielbiam. I zupełnie nie dziwi mnie to, że książki Pagnola cieszą się taką popularnością we Francji - nie sposób się w nich nie zakochać :)
M. Pagnol, Czas tajemnic, Esprit, 2011, s. 359.
Etykiety:
książki po których ma się dobre sny,
Marcel Pagnol,
perełki
niedziela, 22 stycznia 2012
Literatura dla kucharek (Rok w Poziomce - Katarzyna Michalak)
"Rok z Poziomce" przypomina mi literacki rollercoaster, który rozpędził się i nie może zatrzymać. Autorka deklaruje:
W pisaniu jest coś magicznego... Podążam za moimi bohaterami - jak Ty za nami pójdziesz, czytając książkę, i nie mam pojęcia, jaką niespodziankę dla mnie szykują.
I to widać. Oj, widać!
Czego w tej książce nie ma? Odnoszę wrażenie, że Katarzyna Michalak zabierając się do pisania "Poziomki" miała w głowie może kilka pierwszych stron, jakiś bardzo wstępny zamysł. Zaczęła pisać.. i pooooszło!
I tak: na początku powieści poznajemy Ewę, typową "szarą mysz", która tyle co wyplątała się z chorego związku. Mieszka w wynajętej kawalerce, lecz marzy o własnym, małym, białym domku. A potem zaczyna się dziać: przyjaciel dziewczyny, Andrzej, stawia ultimatum. Chcesz pieniędzy na dom? Okej, otwieramy wydawnictwo, Ty wyszukujesz i puszczasz w świat bestseller, to nic, że nie masz pojęcia o wydawaniu książek, zarabiamy kasę, kupujesz dom. Proste? No pewnie! Bestseller się znajduje, a wraz z nim Karolina, chora na białaczkę kobieta, w której zakochuje się Andrzej, w którym podkochuje się Ewa. Ewa ambitnie postanawia więc nie tylko wydać i wypromować książkę (a rozmach dziewczyna ma: billboard na Pałacu Kultury i Nauki, samoloty z transparentami latające nad miastem...), lecz także pomóc Karolinie. Angażuje więc naród w poszukiwanie dawcy szpiku - to nic, że nigdy wcześniej nie organizowała kampanii społecznych.
Ale to nie wszystko. Ewa domek oczywiście kupuje, zachodzi w ciążę nie bardzo wiedząc z kim, poznaje "rycerza na białym koniu" (a raczej w najnowszym modelu kadilaka), odnajduje ojca (swojego, a i dla dziecka nowy tata się znajdzie), planuje organizację koncertu, na którym zagrają Sting i U2... i tak dalej.
A na koniec najlepsze: "Rok w Poziomce" czyta się świetnie! Poważnie! Akcja płynie wartkim strumieniem, bohaterowie prowadzą dowcipne dialogi, działają, marzą, spełniają marzenia. Ewa - Kopciuszek, którą poznajemy na początku powieści, na końcu jest już zupełnie inną osobą: pewną siebie kobietą sukcesu, matką, właścicielką wymarzonego domku, z cudownym mężczyzną i rodziną u boku.
Czytając, ani przez moment nie opuszczało mnie wrażenie, że mam do czynienia z fikcją literacką w najczystszej postaci. Mimo całego mojego optymizmu, wiary w to, że jeśli czegoś się naprawdę mocno chce, to cały wszechświat nam sprzyja i tak dalej, i tak dalej, to takie rzeczy, jak te opisane w książce, po prostu się nie zdarzają (albo może i zdarzają, tylko ja nie znam nikogo, komu by się przytrafiły?). Zupełnie mi to jednak nie przeszkadzało w tym, aby dać się tej książce zaczarować, poddać jej urokowi i bardzo miło spędzić kilka godzin. "Rok w Poziomce" to ogromna dawka optymizmu, a przy tym naprawdę bardzo dobrze się ją czyta.
Dlaczego więc literatura dla kucharek? Tak bowiem sama autorka nazywa te powieści, na których poważni krytycy literaccy nie zostawiają suchej nitki, zaś czytelnicy chętnie po nie sięgają i ich lektura sprawia im wiele radości. I coś w tym chyba jest :) A kolejne dwa tomy czekają w kolejce!
K. Michalak, Rok w Poziomce, Wydawnictwo Literackie, 2010, s. 309.
środa, 18 stycznia 2012
Pięknymi do mnie mów słowami (Anielskie słowa - D. i G. Virtue)
Świętowanie.
Rozkosz.
Miłość.
Światło.
Śmiech.
Uczciwość.
Spokój.
Miło, prawda? Od samego powtarzania tych słów może zrobić się błogo i przyjemnie.
A teraz inaczej:
Wina.
Choroba.
Bałagan.
Korupcja.
Porażka.
Dieta (!!!)
Czujecie różnicę?
Dr Doreen Virtue wraz z snem Grantem napisała mini - podręcznik o słowach i o tym, jaki wpływ mają na nasze życie. Przekonuje, że te, które określają pozytywne emocje, "anielskie słowa" wiążące się z miłością i dobrem, mają wysoki poziom energii, co obrazują wykresy. Używając słów "wysokoenergetycznych" jesteśmy w stanie wpłynąć na swoje samopoczucie, relacje z innymi, postrzeganie rzeczywistości. I odwrotnie: często posługując się słowami z drugiej listy, można sobie zaszkodzić, nawet nie do końca o tym wiedząc. Autorka podaje przykłady osób, które świadomie wyeliminowały ze swoje słownika wyrazy negatywne i pokazuje, że dzięki temu ich życie wskoczyło na inne tory.
Oczywiście w tego typu "teorie" można wierzyć lub nie - ja wierzę. Od wielu miesięcy powtarzam sobie pozytywne afirmacje, szukam pozytywnych stron każdej sytuacji, odpycham od siebie negatywne myśli, próbuję nie narzekać (chociaż narzekać lubię) i... żyje mi się o wiele spokojniej, mniej stresująco, nie mam problemów z zasypianiem.
Do tych praktyk dodałam jeszcze jedną: na podstawie "Anielskich słów" sporządziłam sobie listę słów "wysokoenergetycznych" (jej fragment powyżej) i czytam ją kilka razy dziennie. Działa! Proszę mi wierzyć, że działa! Moja lista wzbogacona jest o imiona bliskich osób, miejsc, z którymi wiążę pozytywne wspomnienia, wpisałam tam nawet słowo "czekolada" - i po jej odczytaniu nie ma mowy o przygnębieniu czy apatii. To taki zastrzyk pozytywnej energii w pochmurny dzień, który bez obaw można sobie aplikować w nieograniczonej ilości. Co w okresie szaro - buro- zimowym szczególnie polecam :)
D. i G. Virtue, Anielskie słowa, Studio Astropsychologii, 2011, s. 152,
środa, 14 grudnia 2011
Do czytania nie tylko pod choinką (Pensjonat - Lois Battle)
Ufff... "Pensjonat" Lois Battle to jedyna ""świąteczna" lektura, jaką zaplanowałam na Boże Narodzenie Anno Domini 2011, więc bardzo się cieszę, że trafiłam na powieść, w której nie ma wspólnego kolędowania, nie podkreśla się co chwila, że święta to czas wyjątkowy i trzeba się cieszyć, bohaterowie nie padają sobie w ramiona pod choinką i nie obiecują, że dołożą wszelkich starań, aby święta i cały następny rok były wyjątkowe. Ufff... jakie to szczęście, że tego nie ma!
Lois Battle napisała książkę o czterech nieszczęśliwych kobietach: matce i jej córkach. Josie, miła starsza pani, za nic nie może dogadać się ze swoim dziećmi, chociaż robi co może, unika konfrontacji, stara się dostosować. Wspomina swoje, jakby nie było, średnio szczęśliwe życie, u boku męża, który był wojskowym, nie stronił od kobiet i miał zupełnie inną wizję szczęścia niż żona.
Cam wyjechała z rodzinnego domu do Nowego Jorku. Nie wyszła za mąż, pracowała w wydawnictwie, co w oczach najbliższych zapewniło jej miano kobiety sukcesu. Cam jednak absolutnie kobietą sukcesu się nie czuje. Mało tego: ma świadomość, że przegrała życie.
Evie zaś, ostatnia z sióstr, no cóż... Evie zawsze była ładna i, niestety, głupia. Ja do tych cech dodałabym jeszcze egoizm i "bluszczowatość". Kobieta ta oplatała się wokół mężczyzn, czyniąc z kolejnych związków sposób na życie. Tyle, że ten ostatni jest szczególnie nie do zaakceptowania przez rodzinę...
Nieoczekiwanie dla nich samych, Josie, Cam, Lila i Evie spotykają się na wigilijnej kolacji, która kończy się katastrofą. Mija rok, rok przełomowy dla nich wszystkich. Przez ten czas wiele się wydarza, zarówno dobrego, jak i złego. Kobiety znów spotkają się przy wspólnym stole, w nieco zmienionym składzie. Nie, tym razem też nie padają sobie w ramiona. Więcej: mają problem, by na niektóre tematy w ogóle rozmawiać. Ale... no właśnie, jest jedno "ale". Tym razem każda z nich jest szczęśliwa, chociaż to, co Josie nazywa szczęściem, Lili trudno zaakceptować. I odwrotnie: gdyby Josie dowiedziała się, w jaki sposób jej córka doszła do stanu względnego zadowolenia, pewnie złapałaby się za głowę i zapłakała, że przecież nie tak chciała swoje dzieci wychować.
Książka Lois Battle to słodko - gorzka historia, dla której choinka i wigilijny stół to tylko dekoracja, tło, a nie najważniejszy punkt odniesienia. Ogromnie spodobało się to, że nie jest ona przesłodzona, że autorka nie uległa pokusie i nie napisała "zabawnej, ciepłej, rodzinnej opowieści o magii świąt". Jest za to historia prawdziwa jak samo życie, z pełnokrwistymi bohaterami, którzy czasem płaczą, czasem są wredni, czasem robią coś głupiego, ale przez są czytelnikowi po prostu bliżsi. Polecam tę książkę jako antidotum na świąteczny lukier i "Last Christmas" lecące w radiu od listopada. A żeby jednak pozostać w klimacie świąt, jeśli nie wiecie co kupić pod choinkę mamie lub przyjaciółce, ta książka powinna je zadowolić :)
L. Bottle, Pensjonat, Wydawnictwo Literackie, 2011, s. 453.
*** *** *** *** *** *** *** *** *** *** *** *** *** *** ***
Bardzo proszę, kliknijcie w baner konkursowy, który umieściłam po prawej stronie. Portal Stolikarnia organizuje konkurs, w którym do wygrania jest wyjątkowa książka kucharska "Gotuj z sercem", przygotowana przez Polską Akcję Humanitarną oraz najlepszych polskich restauratorów. O samym projekcie możecie przeczytać TUTAJ, natomiast w jednym z kolejnych postów podam więcej szczegółów na temat samej książki. W każdym razie polecam, bo i książka świetna, i idea zacna.
wtorek, 6 grudnia 2011
Książka pod patronatem korriganów i Liczyrzepy* (Matka wszystkich lalek - Monika Szwaja)
Ależ ładną książkę skończyłam czytać w Mikołajki! Co prawda nie przyniósł mi jej Mikołaj, a listonosz, ale to nic. "Matka wszystkich lalek" udowadnia, że Monika Szwaja jest w świetnej pisarskiej formie i czyta się ją rewelacyjnie.
Jedna z głównych bohaterek, Claire - Klara, "kupiła" mnie od razu swoim zamiłowaniem do robótek ręcznych i tym, że sama wykonywała artystyczną biżuterię. Klara, wychowana na małej bretońskiej wyspie, niespodziewanie otrzymuje wiadomość, że ktoś bliski czeka na nią w Polsce, kraju jej rodziców. Dziewczyna nie ma dużo czasu, więc od razu decyduje się na podróż... i ta wyprawa zmienia całe jej życie.
Drugą historią, które toczy się równolegle, jest opowieść o losach Elżuni - Lizy. Jej dzieciństwo przypadło na okres II wojny światowej. Elżunia była śliczną blondynką z niebieskimi oczami, więc zabrano ją rodzicom i oddano do rodziny niemieckiej. Dziewczynka została wychowana na Niemkę, nienawidzącą wszystkiego, co polskiego. Jednak los lubi plątać ścieżki i sprawia, że Klara oraz Liza spotykają się w jednym domu, który wiele znaczy dla obu tych kobiet.
Podobała mi się już poprzednia książką Moniki Szwai, Zupa z ryby fugu, jednak ta podoba mi się chyba jeszcze bardziej. Autorka pisze o czymś niezwykle istotnym: o poszukiwaniu własnej tożsamości i korzeni, jednak robi to w lekkim, gawędziarskim stylu - zresztą charakterystycznym dla siebie. Z jednej strony zdaję sobie sprawę, że chwilami jest może zbyt "lekko", że Klara aż za dobrze przyjmuje prawdę, którą zostaje niespodziewanie uraczona, a pojawienie się Lizy Kózki w domu w górach przyszło trochę za łatwo... ale to nic. Są to szczegóły które zupełnie nie zakłóciły mi odbioru tej powieści.
Inne plusy "Matki wszystkich lalek"? Fantastyczna sceneria: najpierw wysepka gdzieś na Adriatyku, potem polskie góry. Fantastyczna historia Lizy, w którą bardzo zgrabnie została wpleciona Historia. Świetni bohaterowie drugoplanowi: bliźniacy Egon i Erwin, bliźniacy Minio i Kinia (ich mówienie wierszem - bomba!), pies Pajton (od Monty Pajtona), babcia - intrygantka... itd.
Polecam książkę jako świąteczny prezent dla mamy, siostry, przyjaciółki - ja spędziłam nad nią kilka naprawdę miłych godzin!
* Gdyby ktoś nie do końca wiedział, o kogo chodzi w tytule: korrigany wyglądaj TAK, a Liczyrzepa TAK.
M. Szwaja, Matka wszystkich lalek, SOL, 2011, s. 350.
sobota, 12 listopada 2011
Zamieszkaj w Casablance, po sąsiedzku z dżinnami (Dom Kalifa - Tahir Shah)i
"Cudownie zabawna" - tak napisała o "Domu Kalifa" Doris Lessing - i ma rację! Często zdarza mi się spisywać co lepsze/mądrzejsze/zabawniejsze fragmenty powieści - tutaj jednak miałabym problem, co wybrać, zabawnych momentów jest bowiem mnóstwo. Ale od początku.
Tahir Shah pochodzi z angielsko - afgańskiej rodziny, jest podróżnikiem, reżyserem, pisarzem. Kiedy rodzi mu się pierwsze dziecko, osiada w Anglii... i wpada w depresję. Nudzi go mieszczański styl życia, przeszkadza mu angielska pogoda, czuje, że marnuje życie. I wtedy... a co tam! Postanawia wszystko zmienić i przeprowadza się... a co tam! Do Casablanki, do podupadającego Domu Kalifa. I zaczyna się.
Tahir nie zna marokańskiej kultury. Jego przewodnikami zostają trzej dozorcy, których "nabył" wraz z z domem, oraz Kamal, jego asystent, typ mocno niepewny, za to świetnie znający się na wszelkiego rodzaju przekrętach, sztuczkach i półprawdach, bez których w Maroku ani rusz.
Jest prześmiesznie i strasznie jednocześnie. Tahir, aby przywrócić dom do dawnej świetności, zmaga się nie tylko z różnicami kulturowymi, ale i np. dżinnami, bez których zgody nie można nic zrobić, a w których obecność święcie wierzą dozorcy. To, czy jakieś przedsięwzięcie ma szansę na powodzenie, czy też nie, zależy od "baraka", czyli... dobrej energii, jaką dana rzecz lub osoba musi posiadać. Jak wyczuć "baraka"? Ot, tajemnica. To nie wszystko. Tahir zupełnie nie potrafi zrozumieć, że w Maroku nic nie odbywa się w sposób, do jakiego on jest przyzwyczajony. Już same zakupy to dla niego ogromne wyzwanie, gdyż np. owoców nie kupuje się na sztuki. Jeśli ma się ochotę na pomarańczę, to kupuje się ich od razu 20 kilo. Tak samo jest z mięsem. Marzy Ci się pieczony kurczak? Pokaż palcem który, a sprzedawca na miejscu ukręci mu głowę.
Między innymi o takich sprawach traktuje "Dom Kalifa". Autor równie skrupulatnie przedstawia prace, jakie zostały wykonane na jego posiadłości, dzięki czemu czytelnik może sporo dowiedzieć się o marokańskiej sztuce. Jest to również książka o tym, że nie należy bać się zmian, iść za głosem serca i realizować swoje marzenia. Banał? W tej książce absolutnie banałów nie ma! Gorąco polecam jej lekturę! 460 stron przeczytałam w dwa wieczory, z bananem na ustach, zachwycona dialogami, zachwycona Marokiem i Casablanką i, przede wszystkim, zachwycona książką! Polecam!
PS Na zdjęciu autor z rodziną.
T. Shah "Dom Kalifa", Wydawnictwo Literackie, 2011, s. 461.
środa, 2 listopada 2011
Baw się tym!* (Droga do wewnętrznej równowagi - A. Ornatowska, B. Stępień)
Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego jest tak wiele dobrych poradników i książek psychologicznych, a tak niewiele osób z nich korzysta? Bo ja owszem, zastanawiałam się i nawet doszłam do jakiś wniosków, które sprowadzają się do tego, że jesteśmy przywiązani do schematów, boimy się zmian, bo te wymagają nawet nie tyle odwagi, co wysiłku. A przecież każdy ma w sobie Małego Lenia, którego wcale nie jest tak łatwo się pozbyć.
Ja ostatnio poradników czytam całkiem sporo, jednak raczej nie amerykańskich i raczej nie takich z półki "sukces w trzy dni". Po co? Głównie dla inspiracji. No i po to, aby inaczej spojrzeć na problemy, z którymi lepiej lub gorzej sobie radzę. Ostatnio na tapecie jest stressssssss, którego, niestety, czuję, że coraz więcej w moim życiu, co absolutnie mi się nie podoba.
Książkę Agnieszki Ornatowskiej i Bogusława Stępnia tak naprawdę będę mogła ocenić dopiero za kilka tygodni, gdyż dopiero wtedy okaże się, czy opisywane w niej techniki są skuteczne czy też nie. Dotyczą one przede wszystkim walki ze wspomnianym już stressssssem, mówią o tym, jak spojrzeć na swoje problemy z dystansu oraz jak skutecznie pozbyć się lęku (w ogóle "lęk" to ostatnio jedno z tych niefajnych słów, a jeszcze gorszych uczuć, na które natykam się na każdym kroku).
Jednak już teraz zauważam jedną zasadniczą zaletę: prezentowane metody są proste. Do stosowania od zaraz i właściwie wszędzie. Aby szybko odzyskać spokój, nie trzeba jechać do Indii, zaszyć się w aśramie i medytować kilkanaście godzin dziennie (chciałabym!). Jakiś przykład? Proszę bardzo!
Wyobraźcie sobie linię, która biegnie przed Wami. Tu, gdzie stoicie, jest teraźniejszość. Jeśli stresuje Was jakieś wydarzenie, które dopiero ma nastąpić, umieśćcie je w jakiejś odległości na linii, w przyszłości... a następnie śmiało przekroczcie, tak, aby to wydarzenie mieć już za sobą - dosłownie. Po co? Otóż boimy się tylko tego, co przed nami, to, co już miało miejsce, nie jest w stanie wzbudzić w nas lęku. Testowałam. Działa!
Książka, oprócz wspomnianych już technik, zawiera pewne opowiadanie, podzielone na części, które również całkiem nieźle się czyta, bo utrzymane jest w nieco baśniowej atmosferze O czym jest? Polecam sprawdzić :)
* Baw się tym to chyba hasło przewodnie tej książki. Autorzy nie głoszą prawd objawionych, nie podchodzą do tego, co piszą ze śmiertelną powagą - i to mi się podoba :)
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości księgarni internetowej sensus.pl
A. Ornatowska, B. Stępień, Droga do wewnętrznej równowagi, Sensus.pl, s. 196.
wtorek, 25 października 2011
Zaczęło się od... diabła (Okno z widokiem - Magdalena Kordel)
"Okno z widokiem" to książka idealna na chandrę. Należy ona bowiem do gatunku tych lżejszych, ale lżejszych w dobrym znaczeniu tego słowa. Zapewnia bowiem bardzo przyjemną rozrywkę na kilka godzin, a przy tym ma to "coś", co mnie ogromnie urzekło i przez co mogę ją z czystym sumieniem polecić.
Opisana historia zaczyna się od ogromnej fascynacji głównej bohaterki, Róży, diabłem. Na "spotkania" z diabłem chadza jej babcia, co ogromnie małą Różę intryguje. A gdzie najczęściej można diabła spotkać? No tak: na rozstaju dróg. A że na rozstaju dróg jest też kapliczka, Róża zaprzyjaźnia się ze św. Antonim, z którym ubija różne ciemne interesy. Okazuje się jednak, że Antoni jest w niebezpieczeństwie: zły inwestor chce zająć tereny przy rozstajnych drogach i wybudować tam jakieś hale, niszcząc tym samym piękny krajobraz. Róża stanowczo się temu sprzeciwia, wciągając w całą akcję profesora i studentów archeologii. Ma bowiem zamiar udowodnić, że jest to teren cenny ze względu na swoją historię i nie można tam nic zmieniać.
Sama historia jest dość prosta, nie ma tu nagłych zwrotów akcji ani łzawych dramatów. Ogromnie podobały mi się jednak w tej powieści dialogi, które uważam za jej najmocniejszą stroną. Uważam, że trudno jest zapisać rozmowę tak, aby nie brzmiała ona sztucznie, używając przy tym naprawdę ładnej polszczyzny. Autorce ta sztuka się udała: dialogi Róży z profesorem oraz Róży i proboszcza to prawdziwy majstersztyk. Ponadto bardzo dobrze udało się oddać autorce klimat niewielkiej miejscowości: Malownicze w tej powieści naprawdę jest malownicze i aż ma się ochotę tam pojechać... na trochę, na napoleonki do "Piątego Koła" :)
I koniecznie muszę dodać jeszcze jedną rzecz! To, co jeszcze spodobało mi się w "Okno z widokiem" to Róża: kobieta z pasją, zasadami i głową na karku. A o takie bohaterki we współczesnej tzw. "babskiej" prozie wcale nie jest tak łatwo :)
M. Kordel, Okno z widokiem, SOL, 2011, s. 312.
poniedziałek, 26 września 2011
Jak (nie) dobrze mieć sąsiada! (Dyskretny urok Fernet Branca - James Paterson - Hamilton)

Od dawna miałam ochotę właśnie tak rozpocząć recenzję i właśnie nadarzyła się okazja. A więc: polecam, polecam, polecam! A co? "Dyskretny urok Fernet Branca"! James Hamilton - Paterson napisała książkę z taką swadą, z takim polotem, że proszę mi wierzyć, iż rzadko się coś takiego w literaturze spotyka!
Czym jest tytułowy Fernet Branca? Alkoholem, a jakże! I tak się jakoś dziwnie składa, że dwoje głównych bohaterów, Gerald i Marta, spotykają się zawsze wtedy, gdy butelka tego zacnego trunku znajduje się w pobliżu. Z tego to też powodu ona ma go za skończonego alkoholika, a on ją postrzega jako wyuzdaną pijaczkę. Ale od początku.
Toskania. Ona i on kupują dwa sąsiadujące ze sobą domy, po to, by oddawać się pracy twórczej. Oboje są artystami, lecz artystami skrajnie różnymi. On, ghostwriter piszący biografie sławnych osób, sfrustrowany esteta z wyrafinowanym gustem. Ona, kompozytorka, fatalnie mówiąca po angielsku, z kompleksem Europy Wschodniej. Oboje wprowadzając się, mieli nadzieję, że sąsiadów nie będzie. Oboje mają o sobie jak najgorsze zdanie... ale przecież wiadomo, że kto się czubi, ten się lubi!
Książkę i filmów o Toskanii czytałam wiele, ale to, co mamy tutaj, zupełnie zrywa ze schematem, jaki znałam. No bo z czym kojarzy się Toskania? Z pięknymi widokami? No owszem, są, ale gdzieś na drugim planie, bohaterowie jakoś specjalnie nie zawracają sobie nimi głowy. Dobre jedzenie? W tym przoduje Gerald, który przygotowuje potrawy... z kociego mięsa, stosuje dziwne proporcje, a na powitanie przynosi Marcie lody czosnkowe (które, nawiasem mówiąc, nie robią na niej wrażenia, gdyż okazują się mdłe!). Marta natomiast raczy swojego sąsiada "szonką" i brejowatą kaszą - a wszystko to dyskretnie podlane Fernet Branca. No i cóż: sąsiedzi początkowo wcale nie pałają do siebie sympatią, chociaż sporo energii wkładają w to, by udawać, że jednak trochę się lubią.
A zakończę tak, jak zaczęłam: polecam, polecam, polecam! "Dyskretny urok Fernet Branca" dostarczył mi świetnej rozrywki na kilka godzin... no i ten styl. I ta Toskania. I Fernet Branca (co to może być?) - ach! :)
J. Hamilton - Paterson, Dyskretny urok Fernet Branca, wyd. Bona, Kraków 2011, s. 316.
Etykiety:
do śmiechu,
książki po których ma się dobre sny
piątek, 2 września 2011
Gdy życie zatoczy krąg... rozpocznij następny! (Dom w Italii - Peter Pezzelli)
Uff... po wielkim rozczarowaniu, jakim była książka "Każdej niedzieli", miło spędziłam czas z "Domem w Italii". Peter Pezzelli zawarł w niej wszystko to, co podobało mi się w jego wcześniejszych książkach. Mamy więc człowieka, na którego barki nagle spada ciężar, z którym nie bardzo wie, jak sobie poradzić. Mamy niepowtarzalnym klimat małego włoskiego miasteczka, bohaterowie jedzą dobre, włoskie jedzenie (ależ miałam ochotę na spaghetti w trakcie lektury!) i wszystko, mimo początkowych niepowodzeń kończy się dobrze. Od autora "Kuchni Franceski" naprawdę nie oczekuję niczego więcej :)
Autor tym razem opowiada w gruncie rzeczy banalną historię. Peppi, główny bohater, traci żonę. po tym zdarzeniu nie może znaleźć sobie miejsca w Ameryce, więc postanawia wrócić do korzeni, a więc do Włoch właśnie. Planuje zamieszkać w swoim rodzinnym mulino, czyli młynie, ale z tych planów nic nie wychodzi, gdyż budynek został kompletnie zniszczony. Dlatego też Peppi zmuszony jest zamieszkać u swojego przyjaciela z dzieciństwa, Luci. Początkowo Włochy nie przynoszą mu spodziewanej ulgi. Aby zabić smutek i przygnębienie, mężczyzna oddaje się swoim dwóm pasjom: jeździ na rowerze i uprawia ogród (ach, jakże mi się zamarzyły pomidory zrywane z własnych krzaczków!). Szybko jednak okazuje się, że to nie wystarcza, Peppi popada w jeszcze większą chandrę, a może już nawet w depresję.
Aleeeee... jak już zaznaczyłam, wszystko kończy się dobrze. Peppi poznaje Lucrezię, samotną kobietę, która kilka lat wcześnie straciła męża. I teraz wystarczy umieć dodać dwa do dwóch: samotny mężczyzna + samotna kobieta =... wiadomo :)
Peter Pezzelli opowiada w "Domu w Italii" historię dwojga ludzi, których życie zatoczyło krąg. Nie oznacza to jednak, że już nic ich nie czeka oprócz wegetacji w oczekiwaniu na koniec życia. Zawsze przecież można rozpocząć kolejne koło - co stoi na przeszkodzie? Jest to prosta życiowa prawda, jednak podana w naprawdę przyjemny sposób. W dodatku książki tego autora mają tę właściwość, że czyta się je błyskawicznie: właściwie nie wiadomo kiedy człowieka przewraca ostatnią stronę!
P. Pezzelli, Dom w Italii, Wydawnictwo Literackie, 2011, s. 295.
Subskrybuj:
Posty (Atom)














