Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura światowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura światowa. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 stycznia 2014

Bardzo dobra ZŁA książka (Czas pokaże - Jeffrey Archer)

Czas pokaże poleciła mi bibliotekarka: widząc, jak motam się między półkami i na nic nie mogę się zdecydować, zasugerowała właśnie książkę Archera. Wciągnie cię - zarekomendowała. I miała rację.


wtorek, 31 maja 2011

Jak być szczęśliwym? (Loteria- Patricia Wood)

"Loteria" to książka, która stawia i odpowiada na bardzo proste pytania: co to znaczy być szczęśliwym? Kto może siebie nazwać szczęściarzem? I czego tak naprawdę potrzebujemy do szczęścia?

Perry ma iloraz inteligencji, który wynosi tylko 76. Osoby z ilorazem 75 uważane są za niedorozwinięte. Perry jednak niedorozwinięty nie jest: po prostu wolniej myśli. Tej oraz innych życiowych prawd nauczyła go babcia, która była niezwykłą osobą. Nauczyła wnuka wszystkiego, co będzie mu potrzebne wtedy, gdy jej zabraknie. Kiedy umiera, Perry potrafi sobie radzić, chociaż nie zostaje zupełnie sam: ma przyjaciół, którzy są zawsze gotowi mu pomóc.

Życie głównego bohatera zmienia się gwałtownie, gdy wygrywa główną nagrodę na loterii: siedem milionów. Nagle okazuje się, że wszyscy go lubią, wszyscy chcą się z nim przyjaźnić i wszyscy, przede wszystkim, chcą czeków. Perry jest zupełnie niezdolny do wykrywania fałszu, ale dzięki babci wie, kto go naprawdę lubi i kogo on może lubić bez obaw.

"Loteria" to taka troszkę bajkowa opowieść, w której, mimo chwilami trudnych momentów, wszystko kończy się dobrze. Co mnie urzekło w tej książce, to przede wszystkim narracja. Wszystkie opisywane wydarzenia przedstawione są z perspektywy Perry'ego, a jego postrzeganie świata bardzo różni się od hmm... postrzegania ludzi, którzy nie myślą wolniej. Co ciekawe, Perry wydaje się być w "Loterii" mądrzejszy od całej swojej rodziny, której wydaje się, że zjadła wszystkie rozumy. Poza tym niezwykła była dla mnie relacja, jaka łączyła go z babcią: wspaniałą, mądrą i twardą kobietą.

Czy Perry był szczęśliwy? Był, właściwie przez cały czas, niezależnie od tego, czy miał pieniądze czy nie. Zresztą te wcale mu do tego szczęścia potrzebne nie były.

Bardzo optymistyczna, bardzo pozytywna i bardzo wzruszająca lektura - polecam! Mój egzemplarz powędruje to nastoletniej kuzynki, z którą lubię dzielić się książkami: niech sobie dziewczyna przeczyta coś innego, niż książki o wampirach :)

R. Wood, Loteria, PROMIC, s. 368.

poniedziałek, 7 marca 2011

Piekło kobiet (Piekło obiecane - Elsa Drucaroff)


"Piekło obiecane" nie jest książką, o której mogę powiedzieć, że mi się podobała... chociaż podobała mi się bardzo. Nie może się bowiem podobać historia, która została w niej przedstawiona. Czytając ją, kilka razy podchodziło mi do gardła coś, co można nazwać dziwną mieszaniną obrzydzenia i współczucia jednocześnie.

Tytułowe"Piekło obiecane" to Buenos Aires z lat dwudziestych XX wieku. Z przedmowy i wywiadu z autorką, zamieszczonych na początku książki, dowiedziałam się o czymś, co nie jest powszechnie znane. Otóż za kanwę powieści posłużył problem handlu kobietami żydowskiego pochodzenia. Ich "ziemia obiecana", nadzieja na lepsze życie, najczęściej okazywała się "piekłem obiecanym", gdyż lądowały w domach publicznych: z dala od rodziny, bez dokumentów, bez znajomości języka. Fakt ten przez wiele lat był skrzętnie ukrywany: z jednej strony bano się o posądzenie o antysemityzm, z drugiej zaś rodziny żydowskie nie chciały wiedzieć, czym tak naprawdę za granicą zajmuję się ich córki i siostry.

Dina, główna bohaterka powieści, trafia do Buenos Aires w wieku 17 lat. Jest to dla niej "wybawienie", bowiem wcześniej została brutalnie zgwałcona, za co winą obarczono właśnie ją, a tym samym sprowadziła hańbę na swoją rodzinę. Bierze więc fikcyjny ślub z sutenerem, który transportuje ją do swojego lupanaru.

Dina obsługuje kilkudziesięciu klientów dziennie, właściwie nie opuszcza swojego pokoju. Mimo iż w miejscu pracy traktowana jest dobrze, klienci bywają różni, a wśród nich znajdują się zarówno prawdziwi sadyści, ale też tacy, którzy są w stanie obdarzyć prawdziwą miłością i postawić dla ukochanej wszystko na jedną kartę...

Książka jest wstrząsająca nie tylko ze względu na opowiedzianą w niej historię, chociaż muszę przyznać, że autorka przedstawia ją z dużym smakiem: nie epatuje seksem ani scenami przemocy(a mogłaby - tematyka sama się o to prosi), a mimo to kreśli bardzo sugestywne obrazy. To, co poruszyło mnie w niej najbardziej to fakt, że w proceder ten zamieszani byli wszyscy: politycy, sędziowie, dziennikarze, policja. Jeśli raz wpadło się w ręce sutenera, właściwie nie było możliwości, aby wydostać się z domu publicznego i, jak się dowiedziałam, było to zjawisko na naprawdę ogromną skalę, ale wszyscy patrzyli na nie przez palce. Najbardziej przeraziło mnie jednak myślenie, że "kloaki (czyt. domy publiczne) są w mieście potrzebne(potrzebne mężczyzną, oczywiście), tyle, że nie powinny znajdować się na widoku". To co działo się z uwięzionymi w nich kobietami stanowiło kwestię drugorzędną. Więcej: tym nikt się nie przejmował.

Bardzo trzymałam kciuki za Dinę i bardzo chciałam, żeby jej się udało. Nie wiem dlaczego, ale książka ta przypominała mi nieco "Pianistkę" Jelinek i teraz, kilka godzin od zakończonej lektury, nadal nie chce mi wyjść z pamięci.

Polecam: mocna rzecz!

E. Drucaroff, Piekło obiecane, Dodo Editor, Kraków 2010, s. 387.

poniedziałek, 10 stycznia 2011

Pisarz i maratończyk (O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu - Haruki Murakami)

Styczeń jest dobrym miesiącem na nadrabianie zaległości w autorach - jakkolwiek to brzmi. Udało mi się przeczytać "Śmiech w ciemności" (i tym samym przestałam cierpieć na kompleks "A ja jeszcze nic nic Nabokova nie czytałam") oraz "O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu" (i mam kolejny kompleks, tym razem Murakamiego, z głowy).

Czy Murakami mnie zachwycił? Otóż nie, a wiem, że zachwyty budzi. Wiem też, że nie jest to "typowa" książka tego autora i to cały czas mam na uwadze.

"O czym mówię" czytało mi się bardzo dobrze - pewnie dlatego, że biegać próbuję, a pisać bym chciała. Autor zaś łączy oba te tematy.

W książce uderzył mnie jeden wątek. Chodzi o ten, w którym autor wyjaśnia, w jaki sposób został pisarzem. Otóż...no cóż: "wziął i napisał" książkę.Najpierw jedną, potem drugą, a na koniec stwierdził, że chciałby poświecić się pisaniu. A teraz jest chyba najbardziej popularnym japońskim pisarzem. Jaki z tego wniosek? Niektórzy po prostu pisarzami się rodzą.

Co autor uważa za najważniejsze przy pisaniu? Po pierwsze: talent. Po drugie: skupienie. Po trzecie: wytrwałość. Proste, czyż nie?

Nie ukrywam, że właśnie te fragmenty poświęcone pisaniu podobały mi się najbardziej, gdyż uwielbiam książki, które pozwalają podpatrywać autora przy pracy.Jednak zdecydowanie więcej miejsca Murakami poświęca bieganiu, przygotowaniom do maratonów, refleksjom, jakie zrodziły się na bieżni.

Nie wiem, czy to dla autora charakterystyczne, ale podoba mi się sposób, w jaki płynnie przechodzi z jednego tematu na drugi, jak popada w dygresje, by za moment "jeszcze na moment" wrócić do tematu głównego.

I tak, jak pisałam na początku: Murakami nie zachwyca w tej książce. Ale już na pewno zachęca, żeby sięgnąć po jego powieści... i w końcu zacząć biegać :)

H. Murakami, O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu, MUZA, Warszawa 2010, s.191.

czwartek, 2 września 2010

Dwie kobiety w stanie odmiennym (Pensjonat nad Wierzbowym Jeziorem - Susan Wiggs)

Rozrzut moich lektur jest ostatnio niesamowity. Jednocześnie czytam Iwaszkiewicza (którego i o którym książki zaprezentuję przez weekend), książkę Mary Roach "Duch. Nauka na tropie życia pozagrobowego", uśmiecham się do Siesickiej, wieczory spędzam z "Przypadkami Tomasza Płachty" Daniela Kozierskiego, a muzycznie inspiruję się książką Michała Traczyka którego twarz kojarzę ze swojej alma mater, pt. "Poezja w piosence" też czytam. A poza tym właśnie skończyłam "Pensjonat pod Wierzbowym Jeziorem".

Zawsze podziwiam autorów, którzy o trudnych tematach potrafią pisać bez zadęcia i patosu, w sposób, który nie dołuje, a raczej wzbudza ciekawość, co dalej. Książka, którą skończyłam, jest właśnie taka. W skrócie: opowiada o dwóch kobietach, z których jedna, Nina Romano, zaszła w ciążę, gdy miała 15 lat i udało jej się pogodzić naukę z macierzyństwem, przez jakiś czas sprawowała stanowisko burmistrza w małym, acz urokliwym miasteczku, ale po cichu marzyła o prowadzeniu pensjonatu. Druga z nich,Daisy, stoi przed najcięższym wyzwaniem w życiu. Jej brzuch także z dnia na dzień staje się coraz większy, ale w odróżnieniu od Niny, która poradziła sobie w tej sytuacji, Daisy zupełnie nie wie, co robić. Powiedzieć ojcu dziecka o ciąży, czy nie? Mieszkać z ojcem, czy z matką? Zacisnąć zęby i rozpocząć życie na własny rachunek, czy nadal korzystać z pomocy rodziców?

Nie ukrywam, że ten wątek był dla mnie najciekawszy. Dwie kobiety, z których jedna już pokazała, że potrafi, a druga stoi dopiero na początku tej drogi. I w sumie, co w moim przypadku dziwne, to już by mi wystarczyło. Nina Romano od zawsze pragnie pensjonatu, którego właścicielem niespodziewanie stał się ojciec Daisy - i wiadomo, że tu pojawić się musi wątek romansowy, który trochę mi przeszkadzał. Walka o marzenia, życiowe wyzwania i wybory - super. Ale te maślane oczy i zaglądanie w dekolt... hmm.

A swoją drogą jest to kolejna książka, którą chętnie zobaczyłabym na ekranie, z Salmą Hayek w roli Niny i Natalie Portman w roli Daisy. Dodam jeszcze, że z cyklu "Kroniki znad jeziora" ukazały się wcześniej dwa tomy, których nie czytałam, ale zupełnie mi to nie przeszkadzało cieszyć się lekturą "Pensjonatu".

S. Wiggs, Pensjonat nad Wierzbowym Jeziorem, wyd. MIRA, Warszawa 2010, s. 380.

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

A po ślubie Lizzie było tak... (Emancypacja Mary Bennet - Colleen McCullough)


Kilka postów wcześniej pisałam, iż jest taka książka, która prawie sprawiła, iż przestałam marzyć o torbie, która stanowiłaby wyraz moich uczyć do bohatera książki Jane Austen. Tą książką jest "Emancypacja Mary Bennet", w której nieźle się boskiemu panu Darcy dostało.

Ale od początku.

"Emancypacja" to ciąg dalszy "Dumy i uprzedzenia", uchodzącej za romans wszech czasów. Dlatego mam wiele szacunku dla Colleen McCullough, iż odważyła się dopisać cokolwiek do powieści Jane Austen, gdyż to bardzo ryzykowna inicjatywa. Jednocześnie zaś miałam wrażenie, że autorka miała w nosie uczucia potencjalnych miłośników "Dumy i uprzedzenia" i wielką frajdę sprawiło jej "odbrązowienie" co niektórych bohaterów, w tym i Darcy'ego, który przecież dla wielu stanowi ideał mężczyzny.

McCullough odsłania "prawdziwe" motywacje bohaterów powieści Jane Austen, które okazują się znowu wcale nie takie chwalebne, pokazuje ich gorsze strony i mniej więcej do połowy powieście nie brakuje jej w tym odwagi. I nie ukrywam, że pierwsza połowa książki podobała mi się o wiele bardziej, chociaż moja miłość do Darcy'ego gwałtownie zmalała. Potem jednak autorka tak pokierowała losami swoich ( raczej nie swoich) bohaterów, że nie tylko wszystko kończy się dobrze, ale i wszyscy wydają się dobrzy. Troszeczkę szkoda - jak mieszać, to konsekwentnie!

I w tym momencie mam dylemat: opowiedzieć, co działo się dalej, czy też nie psuć niespodzianki? Główną bohaterką, jak łatwo się domyślić, jest Mary Bennet, która wyrosła na zdziwaczałą starą pannę. Po śmierci matki łapie wiatr w żagiel i pragnie niezależności - stąd "emancypacja"w tytule. Należy ją jednak wziąć w nawis, gdyż swoboda Mary kończy się, zanim naprawdę się zaczęła - i jest to dość niefortunny koniec, przez co emancypacja jest tutaj bardziej parodią emancypacji. Mimo początkowych śmiałych zamierzeń, na koniec, po najróżniejszych perypetiach (z porwaniem i uwięzieniem włącznie), Mary i tak dochodzi do wniosku, że nie wyobraża sobie życia bez silnego, męskiego ramienia...Chwała autorce za to, że jednak na koniec zostawiła coś z postrzelonej Mary, którą poznajemy na początku. Więcej nie powiem :)

Świetnie się bawiłam, czytając tę książkę - tym bardziej, że miło mi było spotkać starych, dobrze znanych bohaterów w nowych odsłonach. Zapewniam, że to prawdziwa gratka dla miłośników Jane Austen, a autorce "Emancypacji" bynajmniej nie zabrakło fantazji, odwagi i humoru przy kierowaniu ich dalszymi losami - niektóre sceny są naprawdę brawurowe!

A tak poza tym to JEDNAK cieszę się, że pan Darcy na koniec znów stał się dobrym panem Darcym, gdyż najbardziej lubię go w takim wydaniu i chyba już nic nie da się z tym zrobić :)

C. McCullough, Emancypacja Mary Bennet, Wydawnictwo Literackie, Warszawa 2010, s. 457.

czwartek, 19 sierpnia 2010

Słodko - gorzkie opowieści sąsiedzkie...z Nowego Jorku (Dziewczyna z sąsiedztwa - Elizabeth Noble)


Hihi, dzisiejszy post zacznę pewnym truizmem. Jak się nie ma nic do powiedzenia, to lepiej milczeć.

A ja, chociaż do powiedzenia mam niewiele, zasiadłam do pisania. Nie wiem, czy też tak macie, kiedy czytacie jakąś książkę z myślą, że napiszecie o niej recenzję, to mniej więcej pod koniec lektury już macie jakiś pomysł na tekst: na to, jak go zaczniecie, co wydaje Wam się szczególnie istotne itd. Ja miałam tak ZAWSZE... do dzisiaj. Skończyłam czytać książkę Elizabeth Noble "Dziewczyna z sąsiedztwa" i nic. Zero pomysłów, co bynajmniej nie oznacza, że książka była nudna głupia i płytka, tak, że po lekturze nic mi z niej nie zostało, nie.

"Dziewczyna z sąsiedztwa" to powieść obyczajowa, z lekkim zacięciem psychologicznym. Jej bohaterami są mieszkańcy pewnej kamienicy: w różnym wieku, z różnymi charakterami, z różnym doświadczeniem życiowym - ot, zbieranina różnych typów, jak to zazwyczaj w kamienicach bywa. Początkowo autorka przedstawia ich jako wybrańców losu: część z nich ma rodzinę, dobrą pracę, ktoś inny wiedzie beztroskie życie niebieskiego ptaka, sąsiadka z góry tonie po uszy w romansach wypożyczanych w bibliotece, a sąsiadka z dołu tonie w romansach rzeczywistych, nie przebierając w tym, kogo zaprasza do łóżka.

Potem jednak, w miarę czytania okazuje się, że to wszystko jest iluzją. Idealna żona zostaje zdradzona przez idealnego męża, romantyczka nagle zaczyna czuć się samotna, "niebieski ptak" zakochuje się i staje na uszach, by być wartym swojej wybranki, a małżeństwo, które początkowo idealne się nie wydaje, dochodzi do porozumienia i na nowo buduje swoje życie.

Bardzo podoba mi się zabieg z portretowaniem mieszkańców tego samego budynku. Ich losy biegną różnymi torami, jednak w którymś momencie zazębiają się: ludzie, którzy obojętnie mijają się na klatce schodowej zaczynają nawiązywać znajomości, zaprzyjaźniają się, czuwają nad sobą wzajemnie - jednym słowem: zaczynają ich łączyć początkowo cieniutkie niteczki przyjaźni.

Poza tym książka jest bardzo nowojorska: z Central Parkiem, kubkami Starbucksa i żółtymi taksówkami w tle. I być może dlatego w trakcie czytania miałam nieodparte skojarzenia z tą piosenkę zespołu R.E.M:



Polecam: i książkę, i piosenkę :)

wtorek, 10 sierpnia 2010

Odszczekuję, że nie lubię (Nienasyceni - Meg Cabot)


Z wampirami to u mnie było tak:

najpierw na fali fascynacji Edwardem Cullenem tak marudziłam, że dostałam w prezencie trzy tomy kultowej sagi. Przeczytałam pierwszy - z wypiekami na twarzy. A potem, o ile dobrze pamiętam, zaczęłam stresować się pisaniem, a raczej niepisaniem, mojej pracy magisterskiej i wszystkie lektury niezwiązane z nią poszły w odstawkę. Kilka miesięcy później pomagałam opracować pracę maturalną o wampirach, więc poczytałam sobie Brama Stokera,"Miasteczko Salem" i ogromną monografię Marii Janion na ten temat (polecam!). A potem wampirów nagle zrobiło się za dużo i udało mi się do tematu skutecznie uprzedzić.

Będę szczera: nie sięgnęłabym po książkę "Nienasyceni", gdybym jej nie dostała w prezencie od księgarni Matras. Dlaczego? Bo dziewczynka na okładce ma kołek w ręce, a autorką jest Meg Cabot, która kojarzy mi się tylko z "Pamiętnikiem księżniczki".

I teraz mogę przejść do tytułu. Odszczekuję: ta książka zapoczątkowała, że na nowo mam ochotę poczytać sobie o nieumarłych. Nie dlatego, że książka powaliła mnie na kolana i nie dlatego, że jest to wybitna literatura, nie. Książka po prostu wciąga: od pierwszej do ostatniej strony - a czym bliżej końca, tym szybciej się czyta. O moim "wciągnięciu" niech świadczy chociażby fakt, że przez dwie nocy czytałam ją do trzeciej i spałam przy zapalonym świetle. Chociaż teraz w sumie nie wiem, czego się bałam :)

Książka opowiada o wojnie wampirów. Mamy bowiem Dobrego Wampira i Złego Wampira. W tym dobrym zakochuje się Meena Harper, która w wampiry nie wierzy i, mówiąc delikatnie, wampirów nie lubi. Delikatnie zostało też napisane to, że Meena się zakochała... Nie: Meena zwariowała z miłości i otrzeźwiała dopiero w chwili, gdy sprawy zaszły naprawdę daleko. Niespodziewanie zaczyna na nią polować i jej świeżo upieczony wampirzy kochanek, i jego brat, który bynajmniej nie ma przyjaznych zamiarów. Meena natomiast też nie jest zwyczajną kobietą. Ma pewien kłopotliwy dar: potrafi przewidzieć, kiedy ktoś umrze.

Oklepana fabuła? Ale za to jak się to czyta! Meg Cabot tym razem napisała książkę dla dorosłego czytelnika i uważam, że wykonała kawał dobrej roboty. Świetna główna bohaterka i jej uroczy piesek, dwóch pociągających mężczyzn (no dobra: jeden jest wampirem), wartka akcja i błyskotliwe dialogi - i to wszystko w jednej książce :)

Polecam! A nuż jeszcze ktoś oprócz mnie stwierdzi, że wampiry nie są takie złe i przestanie książki o nich omijać szerokim łukiem :)?

M. Cabot, Nienasyceni, wyd. Amber, Warszawa 2010, s. 501.

wtorek, 2 marca 2010

W sam raz na raz (Kolonie Knellera - Etgar Keret)



-->Miałam czytać Rinę Frank, przeczytałam zbiór, a raczej zbiorek opowiadań Etgara Kereta. Książkę tę wzięłam do domu dlatego, żeee...ma kolorową okładkę, która rzuca się w oczy, a nazwisko autora jest mi znane z „Bluszcza”. Sam autor również wydaje się postacią ciekawą. Przede wszystkim jego i Shiry Geffen jest film Meduzy, który swojego czasu bardzo mi się podobał i który otrzymał Złotą Kamerę w Cannes. Ponadto Keret jest guru młodych Izraelczyków, którzy mówią o nim, że jest „ich pisarzem”, a krytycy nazywają go „izraelskim Quentinem Tarantino” - nieźle. Poza tym Keret otrzymał nagrodę MTV – cokolwiek to znaczy.
Oczywiście nie mogę oceniać jego twórczości literackiej po jednym, cieniutkim zbiorku, ale, mimo zapewnień na okładce, „pod warstwą błyskotliwego dowcipu” nie odnalazłam „prawdy o świecie”. Za to świetnie spędziłam czas, czytając absurdalne teksty, zawarte w „Koloniach Knellera”.
Podoba mi się to, że Keret nie ogranicza swojej wyobraźni i pisze np. o kierowcy, który chciał być Bogiem, o dziewczynie, przy której sklepie było wyjście z piekła, a także o macicy tak pięknej, że trafiła do muzeum... No i wprowadzony zostaje krótki wątek jojczącego w zaświatach Kurta Cobaina - ot, taki smaczek. Nie ma sensu streszczać tu każdego z opowiadań, ale powiem, że dawno nie miałam do czynienia z taką dawką groteski i czarnego humoru. Fakt: jest to lektura na raz i więcej po te opowiadanka nie sięgnę. Ale jeśli ktoś potrzebuję krótkiej książki, na jeden wieczór właściwie, a niekoniecznie ma ochotę na lekką „babską” literaturę – to serdecznie „Kolonie Knellera” polecam.
E. Keret, Kolonie Knellera, wyd. W.A.B., Warszawa 2009, s. 107.

niedziela, 14 lutego 2010

Będąc angielską służącą (Dom w Riverton - Kate Morton)


Sympatie (i antypatie) literackie rodzą się w różnych okolicznościach. Moja sympatia do Grace, głównej bohaterki powieści "Dom w Riverton" narodziła się dokładnie na 152 stronie, kiedy to dziewczynka, w tajemnicy przed dorosłymi, kupowała i ukradkiem czytała książki A.C. Doyle'a. Poza tym jestem z siebie bardzo dumna, gdyż jedną z powieściowych tajemnic odkryłam już na stronie 74, tymczasem została ona ujawniona prawie na końcu, a książka liczy sobie 573 strony:)

Akcja powieści rozgrywa się w dwóch planach czasowych. Pierwszy to rok 1999. Reżyserka chcąca nakręcić film o mieszkańcach Riverton, gdzie samobójstwo popełnił świetnie zapowiadający się poeta, kontaktuje się z Grace, która w wieku 14 lat rozpoczęła służbę właśnie w Riverton. Obecnie Grace ma 99 lat i, pod wpływem spotkania z autorką filmu, zaczyna snuć wspomnienia o swojej młodości. I tu zaczyna się coś dziać coś, co bardzo mi się w tej książce podobało. Otóż na ogół w tego typu powieściach jest tak, że to losy dobrze urodzonych są na pierwszym miejscu, a służba pozostaje gdzieś w tle. A tu niespodzianka: wydarzenia, które poznajemy przedstawione są z punktu widzenia młodziutkiej służącej. I owszem, pisze ona o rodzinie, która ją zatrudnia, ale równie wiele miejsca poświęca rozmowom prowadzonym w kuchni, ploteczkom, ukazuje kulisy funkcjonowania wielkiego domu, który zobaczyć można na okładce. Grace jest lojalną służącą, wierną swojej pani Hannah, której życie jest także jej życiem. Dlatego książka ta częściej pokazuje to, co dzieje się za kulisami, a więc np. przygotowanie do balu, a nie sam bal. Podobał mi się również sposób, w jaki ukazane zostały "szalone" lata dwudzieste. Dla Grace nie oznaczały one tańców do białego rana - ona, jako prosta dziewczyna ze zdziwieniem patrzyła na to, jak zmieniały się obyczaje. Podobnie nie rozumiała sensu i mechanizmu wojny: ona widziała tylko, że jej ukochany wrócił do domu odmieniony. Wielka historia i wielkie zmiany są więc tej powieści jedynie tłem, natomiast książką skupia się na tym, co na ogól pozostaje ukryte.

Kolejną rzeczą, która bardzo mi się w tej powieści podobała, to tajemnica, którą poznajemy na ostatniej stronie, a która jest zapowiedziana zaraz na samym początku. Czytelnik dostaje oficjalną wersję wydarzeń: młody poeta popełnia samobójstwo w Riverton na oczach dwóch sióstr. A potem może się już tylko domyślać, jak było naprawdę. Tajemnicę zna tylko Grace i nikomu nie zdradziła jej przez kilkadziesiąt lat.

"Dom w Riverton" to bez wątpienia książka z klimatem, który najpierw tworzy zakurzona biblioteka, pokój dziecinny, suterena dla służby, relacje państwo - służba, a potem mamy już Londyn, tajemniczy romans, wyzwoloną kobietę, kobietę - wampa i kobietę zawiedzioną z swoich oczekiwaniach... bardzo udana mozaika.

Daję mocne 4+, bo jednak po lekturze czuję pewien niedosyt - sama nie wiem czego. Tym samym pierwsze spotkanie z twórczością Kate Morton na pewno nie będzie ostatnim.

Czytałam tę książkę dokładnie tydzień, co spowodowane jest faktem, iż ostatnio przeżywam pewną fascynację, której efekty pokażę na blogu już wkrótce, chociaż z książkami nie ma ona zbyt wiele wspólnego :) A tymczasem po przeczytaniu dwóch "grubasów" ochoczo zabrałam się za "Insekt" Claire Castillon - zbiór króciutkich opowiadań.

K. Morton, Dom w Riverton, wyd. MUZA, Warszawa 2007, s. 573.

wtorek, 12 stycznia 2010

Co może dziewczyna, gdy dorastać zaczyna (Jodi Picoult "Czarownice z Salem Falls")

Od jakiegoś czasu nadrabiam zaległości w czytaniu po studiach, kiedy to dla przyjemności nie miałam ani czasu, ani ochoty czytać. Dodam, że kończyłam polonistykę...

Owszem, coś poza "Beniowskim" czytywałam, ale bez większego przekonania i zapału. I szczerze mówiąc niewiele z tych lektur pamiętam. Nazwisko Jodi Picoult, do której obiecałam sobie wrócić, jednak gdzieś tam z tyłu głowy mi utkwiło, a o pisarce przypomniałam sobie, gdy zaczęto promować film "Bez mojej zgody". Wcześniej przeczytałam właśnie tą książkę i zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Być może zbyt wcześnie wyciągam wnioski, ale reakcja ta wydaje mi się prawidłowa: książki Picoult po prostu robią wrażenie. I już. "Czarownice z Salem Falls" czytałam z czerwonymi uszami i kolejny raz obiecuję sobie, że to nie koniec mojej przygody z tą autorką.

Po tym nieco przydługim wstępie przechodzę do rzeczy.

"Czarownice z Salem Falls" to opowieść o polowaniu nie na czarownice, ale przez czarownice na upatrzoną ofiarę. Znudzone małomiasteczkową rzeczywistością nastolatki zaczynają praktykować wicce. Aby przekonać się, jaką moc posiadają, postanawiają zniszczyć życie mężczyźnie, w którym podkochują się co najmniej dwie z nich. Ofiara zdaje się łatwym łupem: w miasteczku przebywa od niedawna, nie ma rodziny ani bliskich. A w dodatku odsiadywał wyrok za gwałt na nastolatce. Szybko okazuje się, że wzięły go sobie za cel nie tylko nastoletnie czarownice, ale i inni mieszkańcy miasteczka, którzy zgodnie uznali, że nie chcą kogoś takiego gościć u siebie. Atmosfeta wokół Jacka St.Bride stopniowo się zagęszcza, w końcu wytoczone zostaje najcięższe działo: jedna z dziewczyn oskarża go o gwałt.

Tyle fabuły, która może wydawać się schematyczna, ale faktem jest, że książkę po prostu "się czyta". Bywam nieuważnym czytelnikiem, tutaj nie ominęłam ani jednego akapitu. Bywa, że odkładam książkę w połowie lektury - od "Czarownic" nie mogłam się oderwać. Bywa, że bohaterowie nudzą mnie po jakimś czasie - tutaj wraz z rozwijaniem się akcji coraz bardziej mnie intrygowali i byłam ciekawa, czy moje przypuszczenia są prawdziwe. Z czystym sumieniem stwierdzam, że od dawna nie czytałam nic tak interesującego, chociaż książka przez mnogość pojawiających się bohaterów początkowo może prowadzić do lekkiego zawrotu głowy.

Może jeszcze jest za wcześnie, aby twierdzić, że jestem fanką Jodi Picoult. Ale z całą pewnością stwierdzam, że na tych dwóch książkach które czytałam na pewno nie poprzestanę.

Inne opinie o powieści znajdują się np. tu, tu, tu i tu.