Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poradnik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poradnik. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 października 2018

Zwolnij, ogranicz aktywność, bądź szczęśliwy! (Recenzja książki Powoli Brooke McAlary)

Wczoraj miała premierę książka Powoli. Jak żyć we własnym rytmie Brooke McAlary. Nie znałam wcześniej tej autorki i nie miałam pojęcia, że ta pochodząca z Australii kobieta jest aż tak popularna i że w kwestii slow life to prawdziwe guru. Zupełnie też przegapiłam jej pierwszą wydaną w Polsce książkę Prostota, która podobno mówi o sile codziennych rytuałów. 

Chwytliwy temat plus książka napisana przez gwiazdę Internetu. Czy to połączenie się udało?


wtorek, 4 września 2018

Projekt Miłość (Recenzja książki Miłość i co dalej Tatiany Mindewicz - Puacz)

Powieści o miłości przeczytałam w całym swoim życiu mnóstwo. Ba!, ten wątek pojawia się w prawie każdej książce.
Ile przeczytałam poradników o miłości lub takich pisanych przez psychologów, terapeutów itp.? Dwie? Trzy? Do tego nielicznego grona dołącza właśnie pozycja Miłość i co dalej? Tatiany Mindewicz-Puacz, która jest o tyle nietypowa, że... 
Ciekawi?
Zapraszam do lektury!



środa, 6 czerwca 2012

Jak wychować szczęśliwe dziecko? Odpowiada John Medina!

Tytuł: Jak wychować szczęśliwe dziecko?
Autor: John Medina
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 363.


Książek o tym, jak wychowywać dziecko jest całe mnóstwo. Jednak niewiele jest tak rzetelnych i przekonujących, jak ta napisana przez Johna Medinę. Książka teoretycznie nie jest adresowana do mnie, bo nie mam dzieci, ani też żaden potomek nie rysuje się na horyzoncie. Ostatnio jednak sięgam po tego typu publikacje. Po pierwsze: z racji studiów, po drugie: lubię wiedzieć, na co się przygotować :)

John Medina jest biologiem molekularnym. W swojej pracy badawczej zajmuje się wpływem rozmaitych czynników na rozwój mózgu. Prowadzi wykłady dla rodziców i odpowiada m.in. na pytania w stylu: Co zrobić, by moje nienarodzone dziecko dostało się na Harvard? lub Czy dziecko w brzuchu mamy może nauczyć się francuskiego? 

Głównym założeniem książki Jak wychować szczęśliwe dziecko? jest przedstawiać fakty, fakty i jeszcze raz fakty. Żadnych spekulacji i żadnego "gdybania". Dlatego też zanim autor sformułuje jakąkolwiek opinię czy wyda jakikolwiek sąd, najpierw opowiada o tym, jak rzecz się ma z naukowego punktu widzenia i jakie ma to przełożenie na codzienną praktykę wychowawczą. Należy bowiem dodać, że autor jest ojcem dwóch synów i pewne rzeczy miał okazję osobiście "przerobić". Pisanie z takiej perspektywy, zafascynowanego możliwościami ludzkiego mózgu badacza i ojca, który pragnie jak najlepiej wychować, daje naprawdę świetne wyniki.

Mimo iż w książce nie dało uniknąć się naukowych terminów, to autor przedstawia je w sposób zrozumiały i "ludzki". Do moich ulubionych fragmentów należy zdanie, w którym autor mniej więcej tak charakteryzuje swojego kolegę po fachu: świetny specjalista z uszami elfa, z imponującym dorobkiem naukowym. A już np. pisząc o tym, co ma wpływ na to, jakie stanie się dziecko, gdy dorośnie, Medina używa trafnej metafory ziarenka i gleby. "Ziarenko" to dziecko, które przychodzi na świat z określonym pakietem genów. Troskliwy rodzic może jednak zadbać o to, by ziarenko było silne, by wyrosła z niego mocna i zdrowa roślina. Gleba tymczasem to wychowanie, dom rodzinny, środowisko, w jakim dziecko dorasta. I tutaj wpływ rodzica może być naprawdę duży, chociaż autor ostrzega przed hiperwychowaniem. Jego zdaniem bowiem przestymulowanie jest równie szkodliwe, co zaniedbanie.

A zatem: jak wychować szczęśliwe dziecko? John Medina podaje kilka konkretnych wskazówek, mi jednak do gustu szczególnie przypadła jedna anegdota, która może posłużyć za odpowiedź.

Otóż autor postanowił sprawić swoim synom prezent. Prezent imponujący, bo tor wyścigowy. Prezent leżał zapakowany pod choinką, a autor nie mógł się doczekać, kiedy dzieci wstaną i go otworzą. Gdy w końcu to się stało, maluchy stanęły bezradnie nad torem. Po chwili jednak chłopcy unieśli pudła nad głowy... i zaczęła się zabawa! Pudełko stało się statkiem kosmicznym, w ruch poszły kredki i wyobraźnia. A tor leżał zapomniany...

Dzięki takim przykładom Medina rozprawia się z mitami, które twierdzą, że na rozwój malucha najlepiej wpływają edukacyjne zabawki, muzyka Mozarta i nagrania włoskiego puszczane noworodkowi. Nic z tego. Tak naprawdę wychowując dziecko, rodzic nie potrzebuje żadnych drogich gadżetów. Zwykły karton, dużo empatii, mnóstwo cierpliwości i czas spędzony z dzieckiem wystarczą.

Gorąco polecam!

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Skarletka w kuchni, czyli subiektywny przegląd książek kucharskich - część druga

Jeśli miałabym wskazać jedną, jedyną książkę kucharską, bez której nie potrafię się obejść, to byłaby to właśnie ta.
Jeśli miałabym wskazać książkę, z której korzystam najczęściej, to znów wskazałabym na tą.
I gdybym miała wskazać zbiór z przepisami na dania, które ZAWSZE się udają, to byłaby to "Odnowa na talerzu".

"Odnowę na talerzu" kupiłam mniej więcej dwa lata temu na fali zainteresowania makrobiotyką, zdrowym odżywianiem i gotowaniem wg pięciu przemian. Od tej pory korzystam z niej praktycznie bez przerwy, jest czymś w rodzaju mojej kulinarnej Biblii. Dlaczego? Otóż to od pani Żak-Cyran dowiedziałam się, czym się amarantus, a potem sama doszłam do tego, że świetnie nadaje się do zagęszczania za rzadkich zup-kremów. To tutaj znalazłam przepis na "ulubioną pizzę", którą w ostatnim miesiącu robiłam chyba pięć razy. No i dzięki tej książce wprowadziałam do kuchni takie innowacje jak mąka kukurydziana, glony, karob czy miso. Poza tym stwierdziłam, że taka dieta, jaką proponuje autorka, oparta na naturalnych, nieprzetworzonych produktach, bardzo mi odpowiada. Dania są nie tylko smaczne, ale też świetnie się po nich czuję i wiem, że robię dla siebie coś dobrego - co znowu ogromnie poprawia mi humor.

Plusy? Proszę bardzo:

+ wszystkie, ale to wszystkie potrawy z tej książki się udają;

+ książka ma bardzo czytelny układ, potrawy zostały podzielone na zboża, zupy, jarskie pasty, pasztety, kotlety, gulasze, warzywa, sosy, dania rybne, napoje, desery i wypieki (mój ulubiony rozdział:) ), lecznicze napoje, potrawy, kompresy i okłady oraz na przepisy na półprodukty stosowane w przygotowaniu potraw;

+ opis mniej znanych produktów - baaaardzo przydatne, szczególnie na początku gotowania;

+ zaproponowane dania można przygotowywać codziennie, nie są pracochłonne i na tyle różnorodne, że po prostu się nie nudzą;

+ przepisy można sobie swobodnie modyfikować, zmieniać proporcje i składniki - do czego zresztą autorka zachęca.

Minusów w zasadzie nie dostrzegam. "W zasadzie", bo bardzo lubię książki kucharskie z fotografiami, a tutaj ich nie ma. No i na początku trzeba jednak kupić sporo produktów, które owszem, są dostępne, ale w sklepach ze zdrową żywnością, co może stanowić pewne utrudnienie.

Nie zmienia to faktu, że "Odnowa na talerzu" jest moją absolutną ulubienicą wśród książek kucharskich :)

B. Żak-Cyran, Odnowa na talerzu. Poradnik żywienia naturalnego 259 przepisów - recept na zdrowie, Galaktyka, 2008, s. 240.

sobota, 3 marca 2012

Czytanie tematyczne: Kogo karmisz? (Głodne emocje - Anna Sasin)

O gotowaniu, odchudzaniu i dietach mogłabym się mądrować długo.
Bo gotować lubię, odchudzać się zaczynam co kilka tygodni, a o dietach teoretycznie wiem wszystko.
Od jakiegoś czasu jednak... no cóż, zmądrzałam. Podejrzewam, że ta zmiana w mojej głowie zaczęła się wtedy, gdy pierwszy raz zetknęłam się z książkami p. Bożeny Żak-Cyran, która jest dla mnie wyrocznią, jeśli chodzi o zdrowe odżywienie. Ona też zmieniła mój stosunek do słowa "dieta". Otóż dieta to nie żadna kara, tylko prezent, jaki możemy sami sobie zrobić, wiedząc, że dzięki jedzeniu dbamy o swoje zdrowie. Dieta to nie ciąg zakazów, lecz świadome dobieranie produktów tak, aby jak najwięcej korzyści z nich czerpać. Wreszcie: dieta to nie jest udziwniony jadłospis, który stosujemy przez kilka dni, klnąc pod nosem, tylko to, w jaki sposób jemy codziennie. 

W moim przypadku jest tylko jedno małe "ale". Słodycze. Tu nie ma mocnych. Albo nie jem ich wcale (dosłownie wcale: nie jem marchewki, jabłek, nie słodzę herbaty - zero!), albo jem je jak głupia (dosłownie jak głupia: dwie paczki wafelków zagryzione czekoladą). Mogę nie jeść mięsa, mogę nie jeść białego pieczywa, mogę nie jeść smażonego - czekoladę zjeść muszę. 

Z książką Anny Sasin próbuję sobie ten problem zracjonalizować. Autorka nakłania, aby zanim sięgniemy po coś, co nam szkodzi, lecz na co mamy ochotę, zadać sobie pytanie: kogo karmisz? W moim przypadku jest to... nuda. Czekam aż zagotuje się woda - zjem dwa ciastka. Zostało mi pięć minut do wyjścia - a, to skubnę cukiereczka. I tak dalej.

Anna Sasin wyróżnia dwa rodzaje głodu: fizyczny i emocjonalny. I wierzcie mi, wcale nie jest łatwo odróżnić jeden od drugiego! Wydaje ci się, że jesteś głodna? Nieprawda, jesteś po prostu zmęczona/smutna/zła. Książka "Głodne emocje" uczy jak nazywać i rozpoznawać te stany, postuluje, aby jedzenie znów stało się tylko odżywianiem, a nie "pocieszaczem" czy remedium na całe zło. 

Autorka prezentuje bardzo zdrowe podejście do sprawy. Twierdzi, że każda dieta zaczyna się w głowie. I nigdy nie chodzi tylko o to, żeby po prostu nie jeść. Dlatego też tak wiele miejsca poświęca takim zagadnieniom jak pewność siebie, asertywność, motywacja. Okazuje się bowiem, że często mamy o wiele większe problemy niż nadwaga, która staje się tylko pretekstem do usprawiedliwienia życiowych porażek. 

Nie twierdzę, że po lekturze tej książki nagle przestanę lubić czekoladę, bo nie przestanę. Nie twierdzę, że nie będę jadła ciast, których pieczenie jest moją przyjemnością i pasją. Ale mam nadzieję, że uda mi się poprzestać na jednej kostce/jednym kawałku. 

Książkę polecam nie tylko tym, którzy chcą zgubić kilka kilogramów. Dla mnie "Głodne emocje" stały się pretekstem do tego, by racjonalnie spojrzeć na siebie, spróbować pożegnać się z kilkoma kompleksami i podejść do diety spokojnie, poprzestawiać pewne rzeczy w swoim jadłospisie. Jak mi to będzie dalej szło - zobaczymy. Ale wierzę, że w starciu Ania kontra słodycze, będzie jeden zero dla mnie :)

Za książkę dziękuję księgarni Sensus.pl.

Anna Sasin, Głodne emocje, Sensus.pl, s. 165.

piątek, 2 marca 2012

Czytanie tematyczne: Wszystko w naszych rękach! (Talent nie istnieje - Artur Król)

Dawno, dawno temu co jakiś czas organizowałam sobie coś, co nazwałam "czytaniem tematycznym" i postanowiłam do tej praktyki powrócić. Było czytanie tematyczne z psem, kotem, miastami i książką w tle, zaś do niedzieli będę pisać o moich ukochanych ostatnio poradnikach. To, co je łączy, to wiara autorów w to, że sami jesteśmy kowalami swojego losu i że chcieć, znaczy tyle co móc. Wielokrotnie pisałam, że mnie takie książki bardzo motywują, napędzają, dają kopa i czytam je z prawdziwą przyjemnością. Najtrudniejsza część zaczyna się oczywiście już po lekturze, kiedy wypada z przyswojoną wiedzą coś zrobić. Wtedy to siadam z kartką papieru i notuję: co bym chciała zmienić, co poprawić, czego jeszcze się nauczyć. Mam takich kartek mnóstwo i, co mnie bardzo cieszy, droga od planów do ich realizacji stopniowo staje się coraz krótsza :)

Książka Artura Króla przynosi dwie wiadomości: dobrą i złą.
Dobra jest taka, że talent nie istnieje. Nie ma czegoś takiego jak "iskra boża" czy "wrodzone predyspozycje". Oczywiście, jeśli ktoś ma dwa metry wzrostu ma szansę świetnie grać w koszykówkę, ale... sam wzrost nic mu nie da. Potrzebne są setki, a nawet tysiące godzin spędzone na boisku z piłką, by tym koszykarzem naprawdę zostać. I to jest właśnie ta zła wiadomość: aby zostać ekspertem w jakiejś dziedzinie, nie ma co liczyć na skróty, objawienia czy talent właśnie. 

Praca, praca i jeszcze raz praca, moi drodzy. Innej drogi nie ma. Mało tego. Aby osiągnąć w czymś mistrzostwo, nie wystarczy po protu ćwiczyć. Trzeba ćwiczyć celowo i autor szczegółowo objaśnia, na czym to polega. I to jest w sumie kolejna zła wiadomość: celowe ćwiczenia nie są łatwe, wymagają czasu, skupienia, maksymalnej koncentracji. A cel, do którego dążymy, migocze gdzieś daleko na horyzoncie...

"Talent nie istnieje" trafił do mnie jak chyba żadna inna książka dotychczas. Autor nie obiecuje cudów, nie podaje cudownych metod, ale też mówi dobitnie: weź się do roboty, a będziesz najlepszy. Masz nieograniczone możliwości i ogromny potencjał - ale musisz ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć. Nie ma przypadków, nikomu nie udało się osiągnąć mistrzostwa w jakiejś dziedzinie fuksem. Pokazuje to na przykładzie badań przeprowadzonych wśród muzyków, tych najlepszych, bardzo dobrych i po prostu dobrych. Ci, którzy osiągnęli najwięcej, ćwiczyli celowo: w samotności, po kilka godzin dziennie (ten rodzaj ćwiczeń został uznany za najtrudniejszy, ale też za przynoszący najlepsze efekty). I każdy, kto tak robił, był najlepszy, nie dobry, tylko właśnie najlepszy. Oznacza to, że aby osiągnąć sukces, talent jest niepotrzebny. 

A poza tym... talentu nie ma - kurcze, i to jest naprawdę świetna wiadomość! :) Teraz muszę tylko dokładnie przemyśleć, w czym chciałabym być świetna, rozpisać plan, zakasać rękawy... i działać! :)

Za egzemplarz dziękuję księgarni Sensus.pl

Artur Król, Talent nie istnieje, Sensus.pl, 2012, s. 117.

piątek, 17 lutego 2012

Nie będzie nic dobrego, jeśli tego nie zrobisz (Życiologia - Miłosz Brzeziński)

Jak tak dalej pójdzie, to będę mogła zrobić specjalizację z literatury poradnikowej: pochłaniam ją ostatnio w ilościach naprawdę hurtowych i, co więcej, ciągle mi mało. 

Po co? - mógłbyś ktoś zapytać. Odpowiedź mam jedną, zresztą nie moją własną, lecz gdzieś zasłyszaną: o życiu, problemach, motywacji i jej braku, o dołkach i wzlotach, o szczęściu i nieszczęściu - napisano już wszystko. Książki są pełne rozwiązań, mądrych myśli i inspiracji, z których właściwie każda może okazać się przełomową w naszym życiu i popchnąć je na nowe, nieznane tory. Trzeba tylko szukać, szukać, szukać. I, najważniejsze, wprowadzać w życie, jednocześnie szukając dalej. Dla mnie jest to święta zasada. Zresztą, kiedy tak sobie o tym myślę, to przecież nie tylko poradniki i książki psychologiczne czytam w tym celu. Lubię, kiedy powieści mnie inspirują, kiedy namieszają mi w głowie, zburzą stare przekonania, sprawią, że zaczynam kwestionować coś, w co wcześniej wierzyłam...

Książka Miłosza Brzezińskiego w burzeniu starych przekonań jest niezastąpiona. 
Nie chce ci się, nie rób.
Chce ci spać? Rzuć lepienie w glinie - śpij.
Obijasz się w pracy? Rób to mądrze, nie jesteś robotem, nie dasz rady pracować ośmiu godzin non stop.
Jesteś pracoholikiem? A guzik! Jesteś życiowym leniem.
Chcesz ćwiczyć? Godzina to za dużo? Ćwicz minutę - od czegoś trzeba zacząć.

Tylko pamiętaj, że to Twoje życie, a na jego końcu raczej nie żałuje się tego, co się zrobiło, lecz tego, co nie zostało zrobione.

Cóż za życiowy człowiek, z tego pana Miłosza :)

"Życiologia" mówi o Trzech Ogrodach naszego życia: pracy, domu i czasie wolnym. Człowiek zostaje porównany do ogrodnika, który do pracy w tych Trzech Ogrodach ma tylko jeden komplet narzędzi. Jeśli więc całą uwagę skupi na jednym, dwa pozostałe porosną bujnym chwastem. Możemy jednak manewrować tak, żeby każdy Ogród wyglądał przyzwoicie. Tak, żebyśmy nie musieli się go wstydzić: przed innymi, lecz przede wszystkim przed sobą. 

Jak to jednak zrobić, skoro czasu jest tak mało, a każdy coś od nas chce? W pracy szef, w domu żona i dziecko, a i my sami przecież od siebie wymagamy. Mało tego: wymaga od nas społeczeństwo. Żeby się rozwijać, udzielać, mieć pasje. A co, jeśli nie mam żadnej pasji? A co, jeśli jej szukałem, a nie znalazłem? A co, jeśli po prostu nie chce mi się zetrzeć kurzy? 

Autor szuka złotego środka, nie moralizuje, nie nakazuje, ba!, zdaje się te ludzkie słabości rozumieć. A jednocześnie ostatnie zdanie jego książki brzmi: Nie będzie nic dobrego, jeśli tego nie zrobisz. Prawda! I o tym własnie jest ta książka. O działaniach skutecznych, które przyniosą nam zadowolenia oraz o... upraszczaniu tego, co uprościć się da.O szukaniu okazji, by zmienić kąt patrzenia. O tym, żeby nie dać się zwariować i... czasami po prostu dać sobie spokój. A także o tym, że wielkie zmiany zaczynają się od malutkich kroczków, które należy powtarzać Najlepiej codziennie. 

Książka Miłosza Brzezińskiego utrzymana jest w stylu gawędziarskim. Autor wplata w nią dialogi "z życia wzięte", chwilami zdaje się lekko kpić z czytelnika, by za chwilę uderzyć w poważniejsze tony. Jednocześnie jeszcze nigdy, przy żadnej tego typu książce, nie uśmiałam się tak szczerze. I ta różnorodność jest ogromnym plusem: "Życiologia" jest po prostu świetnie napisana! 

A poza tym... ważne jest, żeby to, co najważniejsze, pozostało najważniejsze. I chyba to zdanie jest najlepszym podsumowanie lektury.

Polecam!

M. Brzeziński, Życiologia, czyli o mądrym zarządzaniu czasem, Zwierciadło, 2011, s. 172.

wtorek, 14 lutego 2012

Tylko miłość, wariatka ta sama! (Recenzja "Mowy ciała w miłości" i duuużo prywaty)


No pewnie, że lubię Walentynki! Podobnie jak lubię Boże Narodzenie, Wielkanoc, Dzień Chłopaka, Tłusty Czwartek, Dzień Kota i Dzień Pluszowego Misia. Dzięki tym sympatycznym datom nie jest nudno w kalendarzu, można je jakoś wyróżnić z szeregu takich samych poniedziałków, czwartków i niedziel. 


Oczywiście, że mojego Piotrusia kocham cały rok (czasem tylko trochę mniej go lubię :) ), nie tylko w Walentynki. Oczywiście, że staramy się okazywać sobie miłość codziennie, przez cały rok. Dlatego też nie mam nic przeciwko, aby właśnie 14 lutego kolejny raz popatrzeć sobie czule w oczy i zapewnić o dozgonnej miłości. Przecież to jest miłe! 

Walentynki obchodzę nie tylko z tym jedynym, lecz drobne prezenciki otrzymali dziś ode mnie rodzice, otrzyma przyjaciółka - bo przecież ich też kocham, więc czemu nie?

Zgadza się: marketingowcy zrobili z Walentynek szopkę, co bardziej wrażliwych może zemdlić od serduszek, karteczek i misiów... ale przecież można być ponad to i świętować sobie ten dzień po swojemu, bez lukru. W każdym razie: ja tam Walentynki lubię! :)

Specjalnie na ten dzień trzymałam sobie książkę "Mowa ciała w miłości", którą to z lekkim rozbawieniem przeczytałam wczoraj. Rozśmieszyło mnie już zdanie na samym początku:

Człowiek jest jedynym gatunkiem, który ma problemu z rytuałem godowym. 

Prawda! Pamiętam, jak prawie pięć lat temu próbowałam zrobić dobre wrażenie na Piotrze... i na pierwszej randce nie tylko plotłam jak nakręcona trzy po trzy, ale z rozmachu zamoczyłam rękaw białego swetra w wiśniowej herbacie. Kilka dni później, kiedy zwabiłam Piotra do siebie pod pretekstem "komputer mi się zepsuł", tak się nachylałam, żeby niby przypadkiem dotknąć jego ramienia, że, hahaha!, spadłam z wersalki. No cóż: a wystarczyło w tym czasie eksponować nadgarstki, poprawiać włosy i bawić się pierścionkiem :)

Książka państwa Pease przeznaczona jest głównie dla singli, którzy szukają swojej drugiej połówki. Autorzy pokazują, jakie subtelne sygnały działają na płeć przeciwną, jak odczytać, że potencjalny kandydat na ukochanego jest nami w ogóle zainteresowany i co oznacza, gdy mężczyzna chowa ręce do tylnej kieszeni. 

Poza tym pozycja ta napisana jest w lekki, zabawny sposób i chyba jednak bardziej polecam ją panom - panie bowiem są o wiele bardziej wyczulone na to, co przekazywane jest za pomocą mimiki i gestów. Z panami zaś bywa... różnie. I często trzeba się mocno napracować, zanim załapią, co oznacza nasz tajemniczy uśmiech posłany w ich stronę)

W każdym razie... życzę Wam wiele miłości: nie tylko w Walentynki!

A.i B. Pease, Mowa ciała w miłości, Rebis 2012, s. 153.

***

A sama nie mogłam się powstrzymać, żeby nie dodać trzech moich ulubionych "zakochanych zdjęć". Zrobione zostały prawie dwa lata temu, ale naiwnie mam nadzieję, że bardzo się nie zmieniliśmy :) Na pierwszym wyraźnie widać, że Pan nie jest Panią zainteresowany :)






czwartek, 9 lutego 2012

Ależ TAK, oczywiście! (Potęga perswazyjnej komunikacji - T. Reiman)

Książkę "Potęga perswazyjnej komunikacji" czytałam nieprzyzwoicie długo, bo prawie dwa miesiące. Z drugiej strony jednak z doświadczenia wiem, że pospieszna lektura pewnych tekstów po prostu nie ma sensu, bo po kilku dniach w głowie zostaje wielkie NIC - patrz: lektura tuż przed egzaminem. Nie wiem jak Wy, ale ja czasem miałam problem, by o książce, która miała 300 stron, powiedzieć 5 zdań - ale w sumie nie ma się czym chwalić :)

"Potęga perswazyjnej komunikacji", jak sam tytuł wskazuje, mówi o tym, jak się komunikować, aby usłyszeć z ust innych upragnione słowo "TAK"! Swojego czasu bardzo dużo na ten temat czytałam, nie tylko ze względu na to, że na studiach miałam przedmiot o nazwie komunikacja interpersonalna, ale po prostu są to ciekawe zagadnienia. 

Przez długi czas błędnie sądziłam, że techniki wpływania na ludzi, potrzebne są tylko sprzedawcom lub osobom zajmującym się biznesem - jednak im starsza jestem, tym bardziej przekonuję się, jak ogromne znaczenie ma siła pierwszego wrażenia, używanie odpowiednich słów w stosunku do konkretnych osób i wyeliminowanie ze swojego słownika innych, dlatego też wiedza podana przez autorkę nie jest abstrakcyjna, lecz można ją wykorzystać w życiu codziennym. 

Ja np. jestem osobą, która, jak to się potocznie mówi, zupełnie nie zna się na ludziach. Wystarczy, że sprzedawca w sklepie się uśmiechnie, a ja kupuję dodatkową pastę do zębów, chociaż zupełnie tego nie planowałam. Bardzo często okazuje się, że osoba, którą po dwóch minutach określiłam jako niesympatyczną i odpychającą, później zostaje moją dobrą znajomą - i odwrotnie. Tymczasem autorka pokazuje, na co należy zwracać uwagę, by nie dać się zwieść - i dla mnie, "pierwszej naiwnej" są to cenne wskazówki, które, mam nadzieję, uda mi się wykorzystać. Zresztą - i tu kolejny wtręt osobisty - od jakiegoś czasu mam wrażenie, że mylę się w ocenie nieco rzadziej niż wcześniej.

Ogromnym plusem "Potęgi perswazyjnej komunikacji" jest to, że nie jest to "typowy" podręcznik, zawierający suche definicje. Mnóstwo przykładów, mnóstwo anegdot, mnóstwo wyników badań, mnóstwo zdjęć - to wszystko bardzo podnosi atrakcyjność tej książki i sprawia, że jest bardzo przyjemna w odbiorze. Autorka posługuje się prostym językiem, pisze w zajmujący sposób, przez co pozycja traci "akademicki" charakter i staje się bardziej przystępna. Dlatego jeśli ktoś ma ochotę przyswoić sobie takie pojęcia jak ramowanie czy zakotwiczanie, odświeżyć wiadomości z mowy ciała i dowiedzieć się, jak podnieść swoją wiarygodność w oczach rozmówcy - polecam!

Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Sensus

T. Reiman, Potęga perswazyjnej komunikacji, Sensus.pl, 2011, s. 280.

czwartek, 29 grudnia 2011

O tym, jak zostać zakutym łbem (Kodeks wygranych - Krzysztof Król)

Książkę Krzysztofa Króla skończyłam czytać w dobrym momencie, ale też z premedytacją przetrzymałam ją na półce  ponad miesiąc. No bo cóż, nie ukrywajmy "X. Kodeks wygranych", działa jak potężny kopniak w cztery litery, co przed Nowym Rokiem, który niesie ze sobą nowe szansy, nowe plany i nowe wyzwania, jest bardzo wskazane. Początkowo nie planowałam spisywać postanowień noworocznych na 2012 rok, ale książka ta uświadomiła mi bardzo prostą rzecz: jak mam dojść dokądkolwiek, skoro nie wiem, gdzie chcę iść i nie znam ścieżki, która zaprowadzi mnie do celu?

Dlatego też spędziłam dzisiaj kilka godzin (tak! Naprawdę tyle mi to zajęło!) na spisaniu tego, jak wyobrażam swoje życie za pięć lat, jakie są moje największe marzenia, jak i kiedy chciałabym je zrealizować. Szczegółowo zaplanowałam sobie styczeń, ale tak realnie i konkretnie, określiłam, na czym zależy mi w pierwszej kolejności i kiedy dokładnie chciałabym cieszyć się rezultatami.

Tymczasem wracając do samej książki. Jeśli interesujecie się literaturą z zakresu samorozwoju i motywacji, to z pewnością część wiedzy, jaką przekazuje Krzysztof Król, będzie Wam znana - autor zresztą nie ukrywa, że sam dużo czyta i ma swoje autorytety, na które w książce się powołuje. Nie ukrywa też, że nie ma ideałów. Że model życia, kiedy wstajemy o 5 rano, a kładziemy spać o 23, a 18 godzin wypełniamy ciężką pracą, jest nierealny. Sama doskonale wiem, że niemożliwe jest np. zdrowe odżywienie przez 100% czasu, chociaż bardzo się staram. Mogę jeść zupę z soczewicy, mogę nie jeść po 19, mogę przez miesiąc obejść się bez słodyczy - ale po tym czasie po prostu muszę zjeść pizzę, zagryźć czipsami i popić piwem - wszak człowiekiem jestem i nic, co ludzkie... Autor przestrzega przed "ciemną stroną mocy" tego, o czym pisze, czyli przed pułapką idealizmu. I tym mi szczerze zaimponował, bo akurat ze stwierdzeniem "czasem sobie odpuść" nie spotkałam się w żadnym poradniku, które do tej pory zdarzyło mi się przeczytać.

O czym jest "Kodeks zwycięzców"? Tak naprawdę o sprawach bardzo prostych.
O tym, żeby się nie poddawać, bo na sukces czasem czeka się latami.
O tym, że każdy dzień to nowa szansa, by zacząć wszystko od początku.
O tym, że mamy dokładnie tyle, na ile się odważymy.
O tym, że przegranym nie jest ten, kto ponosi spektakularne klapy, lecz ten, kto w ogóle nie próbuje.
No i jeszcze o tym, że najwięcej zależy od tego, co mamy w głowie.


Myśleć pozytywnie! Do przodu! Poznawać nowe rzeczy! Osiągać kolejne cele! Wytyczać sobie nowe! Uśmiechać się! Cieszyć się tym, że mamy to życie, jakiekolwiek by ono nie było, bo inne nie będzie nam dane!

Wierzcie mi, to nie są puste frazesy. Sama powtarzam je sobie od kilku miesięcy... i to działa! A książka Krzysztofa Króla uczy, jak być takim "zakutym łbem", który uparł się, że będzie szczęśliwy, że mu się uda, że w każdej sytuacji sobie poradzi. Gorąco polecam!

PS Książka zawiera płytę z czterema godzinami szkoleń.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości księgarni Sensus.

K. Król, Kodeks wygranych. X przykazań człowieka sukcesu, Sensus.pl, 2011, s. 286.


środa, 21 grudnia 2011

Jak zapamiętać liczbę trzydziestocyfrową? (Pamięć absolutna - Nishant Kasibhatla)

Ot, ciekawostka. W teście znajdującym się na początku książki "Pamieć absolutna" uzyskałam prawie maksimum punktów. Oznacza to, że "dysponuję niesamowitą pamięcią", z którym to stwierdzeniem pozwolę sobie się nie zgodzić. Nie pamiętam dat, o czym zawsze przypomina mi urażone spojrzenie bliskich, bo ZNOWU zapomniałam o kogoś urodzinach czy imieninach. Dziś w sklepie odstałam swoje w kolejce, a gdy pani sprzedawczyni zapytała, co podać, wyrecytowałam jej listę zakupów... z tymże zapomniałam o jednej pozycji. I wiedziałam, że czegoś brakuje, i główkowałam intensywnie... po czym, jasne!, przypomniałam sobie, o czym zapomniałam, gdy już wyszłam ze sklepu. Olejek migdałowy. Do makowca. No tak. 

Książkę "Pamięć absolutna" polecam takim zapominalskim jak ja. Tym, którzy nie pamiętają dat - do dziś nie wiem, jakim cudem całkiem nieźle zdałam maturę z historii - nie są w stanie spamiętać imion osób poznanych przed chwilą, uciekają im z głowy nazwiska aktorów, nie pamiętają tytułów filmów obejrzanych dzień wcześniej... Polecam ją jednak przede wszystkim osobom, które intensywnie się uczą i chcą sobie tę naukę usprawnić. Nishant Kasibhatla nie tylko w bardzo przystępny sposób wyjaśnia, jak funkcjonuje nasz mózg, ale też podaje szereg "trików", jak spamiętać obce słówka, pojęcia abstrakcyjne, liczby, dane statystyczne, imiona czy twarze. Bardzo przydatna umiejętność, zwłaszcza w czasach, kiedy jesteśmy zasypywani informacjami, które szybko i najlepiej na długo należy sobie przyswoić. 

Autor każdy rozdział, poświęcony innemu zagadnieniu, poprzedził stosownym cytatem. Dwa z nich spodobały mi się szczególnie:

Nigdy nie zapominamy tego, czego uczymy się z przyjemnością - święta prawda!

Dlaczego liczby są piękne? To tak, jakby pytać, dlaczego "Dziewiąta symfonia" Beethovena jest piękna. Jeśli nie znasz powodów, nikt nie może Ci tego wyjaśnić. Ja wiem, że liczby są piękne. Jeśli nie są, to nic nic jest piękne - czy ja wiem? Jako humanistka nigdy tak o liczbach nie myślałam i obawiam się, że nie będzie mi już dane odkryć ich piękna. Ale cytat ładny, nawet bardzo ładny :)

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości księgarni Sensus.pl.

N. Kasibhatla, Pamięć absolutna, Sensus.pl, 2011, s. 183.

środa, 30 listopada 2011

Brzydkie słowo na "es" (Seks to zdrowie - Anna Sasin)

O książce Anny Sasin piszę "z pewną taką nieśmiałością" gdyż traktuje ona o... yhym, yhym, seksie. A jak tu o seksie pisać, gdy, po pierwsze, mimo XXI wieku, Paris Hilton i rozerotyzowanych mediów, jest to nadal temat tabu? A po drugie, mam te same rozterki co Boy Żeleński w 1907 roku: w języku polskim brakuje słownictwa erotycznego i mam wrażenie, że treść tego wiersza, który zresztą uwielbiam, jest nadal aktualna:
PIEŚŃ O MOWIE NASZEJ

Rzecz aż nazbyt oczywista,

Że jest piękna polska mowa:

Jędrna, pachnąca, soczysta,

Melodyjna, kolorowa,

Bohaterska, gromowładna,
Czysta niby błękit nieba,
Mądra, zacna, miła, ładna -
Ale czasem przyznać trzeba,

Że ten język, najobfitszy
W poetyczne różne kwiatki,
W uczuć sferze pospolitszej
Zdradza dziwne niedostatki;

Że w podniebnej wysokości
Nazbyt górnie toczy skrzydła,
A nas, ludzi z krwi i kości,
Poniewiera - gorzej bydła.

To, co ziemię w raj nam zmienia,
Życia cały wdzięk stanowi,
Na to - nie ma wyrażenia,
O tym - w Polsce się nie mówi!

Pytam tu obecne Panie
(By od grubszych zacząć braków):
Jak mam nazwać ... „obcowanie”
Dwojga różnej płci Polaków?

Czy „dusz bratnich pokrewieństwem”?
Czy „tarzaniem się w rozpuście”?
„Serc komunią” - czy też „świństwem”
lub czym innym w takim guście?

Choć poezji święci wiosnę
Wieszczów naszych dzielna trójka,
Polskie słownictwo miłosne
Przypomina - Xiędza Wujka!

Dowody najoczywistsze
Znajdziesz choćby w takim głupstwie,
Że polskiego słowa mistrze
Śnią o - „rui i porubstwie”!!

W archaicznym tym zamęcie
Jak ma kwitnąć szczęścia era.
Gdzie zatraca się pojęcie,
Tam i sama rzecz umiera!

Ludziom trzeba tak niewiele,
By na ziemi niebo stworzyć -
Lecz wykrztusić jak: aniele,
Ja chcę z tobą - „cudzołożyć”!!?

Jak wyszeptać do dziewczęcia:
Chcę - „pozbawić cię dziewictwa”;
Nie obawiaj się „poczęcia”,
Kpij sobie z „ja-wno-grze-szni-ctwa”!

Jak kusić głosem zdradzieckim,
Wabić słodkich zaklęć gamą?
Każdy wyraz pachnie dzieckiem,
Każde słowo drze się „mamo!”

Nazbyt trudno w tym dialekcie
Romansowe snuć intrygi:
Polak cnotę ma w respekcie
Lub „tentuje” ją - na migi!

Stąd, gdy w Polsce do kolacji
„Płcie odmienne” siądą społem,
Główna cząstka konwersacji
Zwykła toczyć się - pod stołem ...

Niech upadnie ci serweta -
Człowiek oczom swym nie wierzy:
Gdzie mężczyzna? Gdzie kobieta?
Która noga gdzie należy?

Pantofelków, butów gęstwa
Fantastycznie poplątana,
Stacza walki pełne męstwa:
Istny Grunwald Mistrza Jana!

Tak pod stołem wieczór cały
Gimnastyczne trwa ćwiczenie,
A  p r z y  stole - komunały
O Żeromskim lub Ibsenie ...

Lecz najcięższą budzi troskę,
Że marnieje lud nasz chwacki,
Że już cichą, polską wioskę
Skaził żargon literacki;

Na wieś gdy się człek dobędzie,
Chcąc odetchnąć życiem zdrowszem,
Słyszy: „Kaśka, jagze bendzie
Wzglendem tego co i owszem ...”

Anna Sasin jest psychologiem, seksuologiem, certyfikowanym trenerem i coachem. Mnie przede wszystkim kojarzy się jednak z programem "Chcę być piękna", gdzie była jurorką. W swojej książce pisze o rzeczach tak oczywistych, że aż... można o nich zapomnieć. Bo to, że z partnerem należy rozmawiać, wie każdy. Że trzeba go słuchać, wspierać, reagować na jego potrzeby - to też oczywiste. To, że związek ewoluuję i że na każdym etapie trzeba o niego dbać - to także truizm, tylko ile osób tak naprawdę przestrzega tych zaleceń?


Każdy człowiek to odrębny wszechświat, związek dwojga ludzi jest więc czymś ogromnie skomplikowanym. Uważam, że jest tak, że nawet jeśli coś sprawdza się w przypadku jednej pary, u drugiej skuteczne może okazać coś dokładnie przeciwnego. Dlatego też nie do końca wierzę w prawdy objawione, jakie serwuje np. Cosmopolitan. Ale... no właśnie. Książka Anna Sasin Cosmopolitana na szczęście nie przypomina. Dla mnie "Seks to zdrowie" to takie trochę vademecum, zbiór prawd uniwersalnych, jak postępować w związku i wydaje mi się, że lektura tej książki może przydać się każdej parze. Jest to rzecz, którą z pewnością warto mieć na nocnym stoliku i raz na jakiś czas poczytywać sobie wzajemnie przed snem... lub niekoniecznie snem :)


Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości księgarni Sensus.pl.


A. Sasin, Seks to zdrowie, Sensus.pl, 2011, s. 152.

środa, 23 listopada 2011

Ile zapamiętujecie z przeczytanych książek?

Mapy myśli... na pewno spotkaliście się z tym sposobem notowania - jednak zastanawiam się, czy ktoś faktycznie z niego korzystał? Ja po przeczytaniu książki, a w zasadzie książeczki, Marcina Matuszewskiego i Radosława Lasko jestem w równym stopniu zachęcona, co nieprzekonana. A zainteresowała mnie ta pozycja głównie dlatego, iż sporo miejsca poświęca się w niej temu, co i ile zapamiętujemy w trakcie lektury.

Co mnie zachęca do tej metody? Skuteczność. Przede wszystkim jest ona zgodna ze sposobem, w jaki pracuje nasz mózg. Nie myślimy bowiem całymi zdaniami, lecz obrazami, słowami - kluczami, operujemy skojarzeniami. Notatki linearne natomiast są zaprzeczeniem tego procesu, poza tym ich tworzenie, a potem czytanie i nauka z nich zajmuje dużo czasu i jest mało skuteczna - tak twierdzą autorzy. Mapy myśli pod tym względem tradycyjne notatki biją na głowę. 

Dalej: MM podobno świetnie sprawdza się wtedy, jeśli chcemy zapamiętać treść książki. Czytam dużo, ale równie dużo zapominam - i to niestety boli. Tym bardziej, że samo czytanie, to najmniej efektywna forma zapamiętywania. Średnio książkę, która ma 300 stron, czytamy ok. 6-8 godzin. Po dwóch tygodniach pamiętamy zaledwie 10% tego, co przeczytaliśmy - straszne!

Jakie są propozycje? Podkreślać i zaznaczać w trakcie czytania, a następnie na podstawie tego zrobić MM. Później zawartość książki można sobie błyskawicznie powtórzyć.

Czy ktoś z Was notował treść książki właśnie w ten sposób? Wiadomo, że nie będę rozrysowywać wszystkich czytanych lektur, ale np. żałuję, że "Ręki Flauberta", o której pisałam wczoraj, nie mam w notatkach. A tym, co mnie zniechęca, są moje własne przyzwyczajenia - jakoś nie wyobrażam sobie siebie siedzącej z kredkami i rysującej bohomazy. 

To tyle wieczornych rozważań... być może następna recenzja będzie właśnie w formie mapy myśli! :)

Nad książką podumałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Sensus.pl.

M. Matuszewski, R. Lasko, Mapy myśli, Sensus.pl, 2011, s. 144.

środa, 16 listopada 2011

Tu i teraz! (Spokój z każdym oddechem - Thich Nhat Hanh)

Oto kolejna książka z tych, o których w pełni będę mogła wypowiedzieć się dopiero za jakiś czas, gdyż to kolejna pozaycja, którą częściowa należy sprawdzić na własnej skórze. Jednak w odróżnieniu od książek relaksacyjnych, które do tej pory czytałam, ta jest bardziej... uduchowiona niż praktyczna.
"7 dróg do relaksacji" oraz "Droga do wewnętrznej równowagi" to książki pisane przez ludzi trochę takich jak ja: szukających sposobu, jak nie dać się codzienności, kombinujących, jak uwolnić się od stresu i zachować spokój. Dwie poprzednie książki były bardziej zbiorem technik i rad. Natomiast Thich Nhat Hanh to Mistrz, co widać na pierwszy rzut oka - prawda, że widać :)? To, co pisze w "Spokoju z każdym oddechem" to rozważania, wskazówki, jak cieszyć się każdym dniem, jak znaleźć przyjemność w pozornie prozaicznych czynnościach, takich jak przygotowywanie śniadania czy mycie zębów.
Autor wiele miejsce poświęca na ćwiczenie uważności, które jest niczym innym, jak po prostu byciem tu i teraz, w teraźniejszości. 
Tylko na nią bowiem mamy wpływ i to w niej zawiera się nasze szczęście. Tymczasem mamy skłonność do nadmiernego analizowania i rozpamiętywania tego, co już było i zamartwiania się tym, co dopiero będzie. A to bez sensu, gdyż nasze szczęście znajduje się w teraźniejszości, w dokładnie tej chwili. 

Wielokrotnie w tym tekście autor odwołuje się do buddyzmu, to właśnie na naukach Buddy opierają się jego teorie. I znów: to, co mi się podoba to fakt, że teksty zawarte w tej książce są dostosowane do współczesnych realiów. Autor pisze w którymś momencie wprost: jeśli nie chcesz specjalnie poświęcać czasu na praktyki duchowe, nie musisz tego robić. Ćwiczenia uważności i elementy medytacji możesz wykorzystać nawet w drodze do pracy: skup się na drodze, którą pokonujesz, zsynchronizuj oddech z krokami. 

W ogóle chciałam napisać, że odkąd wprowadzam w praktykę to, czego dowiaduję się z książek, rzadziej się denerwuje, rzadziej nawiedzają mnie czarne myśli, a jeśli już się pojawią, to wiem, co robić: wdech, wydech, spokój. Wdech, wydech, spokój. Niby niewiele, ale dobroczynne skutki świadomego oddychania i relaksacji zaczynam powoli odczuwać. I chociaż "Spokój z każdym oddechem" podoba mi się chyba najmniej z dotychczas prezentowanych pozycji, a to dlatego, iż jest to książka bardziej do przemyślenia i do "wgryzienia" się dokładnie w to, co autor pisze, to z pewnością jest to pozycja zasługująca na uwagę.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa Sensus.pl,

Thich Nhat Hanh, Spokój z każdym oddechem, Sensus.pl, s. 139.

środa, 9 listopada 2011

Wdech, wydech, napnij, rozluźnij! (7 dróg do relaksacji - Mateusz Karbowski)

Dziś kolejny raz będę pisać o poradniku, który jest literaturą dość specyficzną, dlatego jest coś, co chciałabym zaznaczyć od razu na wstępie: nie lubię spekulacji i hurra - optymizmu. Nie wierzę, że wystarczy sobie powiedzieć "jestem super" i nagle faktycznie okaże się, że jestem super. Nie wierzę, że na hasło "pieniądze mnie kochają" kupon w totka okaże się szczęśliwy, a dolary zaczniemy zbierać prosto z ulicy. Nie wierzę również, że wystarczy "nastroić się pozytywnie" (cokolwiek to znaczy) i pstryk!: partner nagle przestanie czepiać się o bałagan, bez problemu uda nam się zmienić pracę na lepszą, a wszystkie problemy rozpłyną się w różowej mgle.

Wierzę natomiast w to, że człowiek jest całością. Że nie można cieszyć się pełnią zdrowia, kiedy w naszej głowie kłębią się czarne myśli i odwrotnie: trudno być optymistą, kiedy ciało choruje. Wierzę również w to, że człowiek jest sam sobie w stanie pomóc. Nie mamy wpływu na to, że praca jest stresująca, nie zmienimy gburowatego sąsiada w anioła, ani też nie jesteśmy w stanie usunąć z drogi auta, które wlecze się przed nami. Możemy natomiast sprawić, że te wydarzenia nie wyprowadzą nas z równowagi na resztę dnia, że nie zaczniemy kląć na czym świat stoi i gwałtownie nie podniesie nam się ciśnienie.

O tym, w jaki sposób radzić sobie z codziennym stresem, mówi książka Mateusza Karbowskiego. I to, co mi się podoba, to fakt, że nie ma tu żadnych czary mary, o których pisałam wcześniej, tylko konkretne wskazówki, jak wyluzować. Są one oparte na konkretnych badaniach, poparte nazwiskami uczonych oraz przez wiele lat stosowali je ludzie Wschodu.

Praca z oddechem, relaksacja Jakobsona, wizualizacja, NLP, medytacja, autohipnoza, trening autogenny Schultza - te hasła są mi znane, ale dopiero teraz zaczynam wcielać je w życie.

I jak to przy tego typu książkach bywa, trudno mi powiedzieć, czy wskazówki Mateusza Karbowskiego są skuteczne, czy też nie - będę to mogła ocenić dopiero po kilku tygodniach. Po pierwszej lekturze natomiast najbardziej spodobała mi się metoda Jakobsona, którą od kilku dni stosuję. Jest to nic innego, jak spinanie i rozluźnianie poszczególnych partii mięśni - i działa! Fakt, nie jestem zaprawiona w boju i efekt rozluźnienia utrzymuje się krótko - ale nerwusom i stresowcom taki relaks jest zdecydowanie potrzebny.

Do plusów zaliczam również fakt, że tak naprawdę, aby skorzystać z tych technik, nie potrzeba wiele: wystarczą chęci, determinacja, by coś zmienić, spokojne miejsce i dosłownie piętnaście minut wolnego czasu. Aaa - i nie stosować przed snem, bo grozi to nie tyle zrelaksowaniem, co zaśnięciem. Wiem, sprawdziłam :)

PS Niniejszym ogłaszam środę dniem z lekturą relaksacyjno - motywacyjno - poradnikową.
Myślę jeszcze nas nazwą tego cyklu - może jakieś pomysły?

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości księgarni internetowej sensus.pl

M. Karbowski, 7 dróg do relaksacji, Sensus.pl, s. 133.


środa, 2 listopada 2011

Baw się tym!* (Droga do wewnętrznej równowagi - A. Ornatowska, B. Stępień)

Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego jest tak wiele dobrych poradników i książek psychologicznych, a tak niewiele osób z nich korzysta? Bo ja owszem, zastanawiałam się i nawet doszłam do jakiś wniosków, które sprowadzają się do tego, że jesteśmy przywiązani do schematów, boimy się zmian, bo te wymagają nawet nie tyle odwagi, co wysiłku. A przecież każdy  ma w sobie Małego Lenia, którego wcale nie jest tak łatwo się pozbyć. 

Ja ostatnio poradników czytam całkiem sporo, jednak raczej nie amerykańskich i raczej nie takich z półki "sukces w trzy dni". Po co? Głównie dla inspiracji. No i po to, aby inaczej spojrzeć na problemy, z którymi lepiej lub gorzej sobie radzę. Ostatnio na tapecie jest stressssssss, którego, niestety, czuję, że coraz więcej w moim życiu, co absolutnie mi się nie podoba.

Książkę Agnieszki Ornatowskiej i Bogusława Stępnia tak naprawdę będę mogła ocenić dopiero za kilka tygodni, gdyż dopiero wtedy okaże się, czy opisywane w niej techniki są skuteczne czy też nie. Dotyczą one przede wszystkim walki ze wspomnianym już stressssssem, mówią o tym, jak spojrzeć na swoje problemy z dystansu oraz jak skutecznie pozbyć się lęku (w ogóle "lęk" to ostatnio jedno z tych niefajnych słów, a jeszcze gorszych uczuć, na które natykam się na każdym kroku).

Jednak już teraz zauważam jedną zasadniczą zaletę: prezentowane metody są proste. Do stosowania od zaraz i właściwie wszędzie. Aby szybko odzyskać spokój, nie trzeba jechać do Indii, zaszyć się w aśramie i medytować kilkanaście godzin dziennie (chciałabym!). Jakiś przykład? Proszę bardzo! 

Wyobraźcie sobie linię, która biegnie przed Wami. Tu, gdzie stoicie, jest teraźniejszość. Jeśli stresuje Was jakieś wydarzenie, które dopiero ma nastąpić, umieśćcie je w jakiejś odległości na linii, w przyszłości... a następnie śmiało przekroczcie, tak, aby to wydarzenie mieć już za sobą - dosłownie. Po co? Otóż boimy się tylko tego, co przed nami, to, co już miało miejsce, nie jest w stanie wzbudzić w nas lęku. Testowałam. Działa!

Książka, oprócz wspomnianych już technik, zawiera pewne opowiadanie, podzielone na części, które również całkiem nieźle się czyta, bo utrzymane jest w nieco baśniowej atmosferze O czym jest? Polecam sprawdzić :)

* Baw się tym to chyba hasło przewodnie tej książki. Autorzy nie głoszą prawd objawionych, nie podchodzą do tego, co piszą ze śmiertelną powagą - i to mi się podoba :)

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości księgarni internetowej sensus.pl

A. Ornatowska, B. Stępień, Droga do wewnętrznej równowagi, Sensus.pl,  s. 196.

środa, 28 września 2011

O tym, dlaczego walizy Rachel Zoe nie robią na mnie wrażenia! (Sztuka prostoty - Dominique Loreau)


Jeśli śledzicie na Facebooku plotkarskie portale o gwiazdach, modzie, mydle i powidle (ja śledzę!), to z pewnością rzuciło Wam się w oczy TO zdjęcie. Mnie się dziś rzuciło kilka razy. Do kogo należy ten stos walizek? Do Rechel Zoe, jest to znana stylistka, której bagaż podręczny na Paris Fashion Week wygląda właśnie tak. Co może w nim mieć? Futra z norek? Suknie od Diora? Czy może szpilki z czerwoną podeszwą od Louboutina? Nieważne! Mogłaby dziś tam spakować samą Coco Chanel i mieć tych walizek pięć razy tyle, a na mnie i tak nie zrobiłaby wrażenia. Dlaczego? Bo czytam "Sztukę prostoty" Dominique Loreau, ha!

O książce wspominałam już tutaj, a zainteresowałam się nią na fali ogólnego zainteresowania zdrowym odżywieniem, teorią pięciu przemian, medycyną chińską - a stąd już do "Sztuki prostoty" naprawdę nie daleko, autorka bowiem zachodniemu stylowi życia przeciwstawia minimalistyczną filozofię Japończyków, którzy praktykują ją w życiu codziennym

Z książką Dominique Loreau trudno dyskutować, gdyż intuicyjnie wyczuwa się, że to, co pisze, jest słuszne, chociaż jednak, mimo wszystko, trudne do wprowadzenia w życie.
Pozbądź się rzeczy, które zaśmiecają twoje otoczenie.
Pozbądź się emocji, które zatruwają twój umysł.
Mniej znaczy więcej, więc rezygnuj ze wszystkiego, co nie jest ci niezbędne do życia.
Wsłuchaj się w siebie.
Medytuj.
Ćwicz.
Nie przejadaj się.
Wybieraj produkty najwyższej jakości.
Słuchaj inspirującej muzyki, czytaj mądre książki, spaceruj, dbaj o ciało na równi z umysłem.

Banały, prawda? Ale nietrudno zauważyć, że aby chociaż część z nich wprowadzić w życie, trzeba ogromnej dyscypliny i czasu. Ja generalnie skłonności do minimalizmu nie przejawiam, lubię mieć wszystkiego dużo: dużo książek, dużo ubrań, dużo jedzenia, dużo energii itd., i nie wyobrażam sobie, że miałabym poprzestać na kilku najważniejszych książkach na półce, oddać połowę sukienek, zadowolić się miseczką ryżu i warzywami oraz medytować przez kilka godzin.

Książka ta ma jednak kilka niewątpliwych zalet. Po pierwsze pokazuje, że można. Że rozszalały konsumpcjonizm wcale nie czyni naszego życia bogatszym. Że to siebie samych powinniśmy stawiać na pierwszym miejscu, gdyż tylko kochając siebie, możemy kochać innych. To, co mi się podobało to fakt, że autorka nie zachęca do umartwiania się, lecz nieustannej pracy nas sobą, dbania o siebie, traktowania najlepiej, jak to możliwe. I zapewnia, że nie potrzebujemy do tego sterty walizek z markowymi ubraniami, gdyż mając przesyt i tak nie będziemy potrafili się nim cieszyć. Proste? Proste!

Polecam - ot, dla złapania równowagi, dla inspiracji, dla przewartościowania kilku rzeczy. A że jesień zawsze uważałam za dobry czas na zmiany, to udało mi się dobrze z tą lekturą wstrzelić.

D. Loreau, Sztuka prostoty, Czarna Owca, Warszawa 2010, s. 255.

poniedziałek, 19 września 2011

O tym co czytam, gdy nie chce mi się nawet czytać :)

Generalnie miałam napisać recenzję prześmiesznej książki Agnieszki Krawczyk "Morderstwo niedoskonałe", ale dygresja do tekstu wyszła mi tak długa, że dzisiaj zaprezentuję dygresję, a jutro recenzję :)

Recenzje w ostatnim czasie dodaję w tempie zawrotnym, ale, jak to już na FB pisałam, dopadła mnie pierwsza jesienna chandra, której z jednej strony nie miałam się zamiaru poddawać, a z drugiej zaowocowała ona tym, że nie chciało mi się czytać. Co oczywiście nie oznacza, że nie czytałam zupełnie nic, bo i owszem, czytałam, ale raczej gazety niż książki, a jeśli już książki, to raczej takie, które powieściami nie są.

Co więc czytałam? Przede wszystkim kupiłam sobie dwie książki Bożeny Żak-Cyran, które gorąco polecam osobom, które chcą się zdrowo i niekoniecznie skomplikowanie odżywiać. Pierwsza z nich, "Energia życia, energia pożywienia" to książka poradnikowa, traktująca o tym, iż zdrowie nie zawsze oznacza tyle, co brak chorób. I wbrew pozorom jest to bardziej książka filozoficzno - psychologiczna, niż typowo kulinarna. Nie mądruję się jeszcze za dużo, gdyż zostało mi kilkadziesiąt stron do końca, ale refleksjami na pewno się podzielę.

Natomiast "Odnowa na talerzu" to już nie teoria, a praktyka, czyli ogromny zbiór przepisów. Efektem zakupu jest to, iż dziś w pracy jadłam sobie pieczywo razowe z pasztetem z czerwonej soczewicy - własnej roboty, a co! :) Książkę w tej chwili testuje moja mama i mam nadzieję załapać się na efekt tych testów :)
A jeśli ktoś ma ochotę na dwa w jednym, czyli teorie i przepisy, polecam skromniutką, jeśli chodzi o objętość, "Kuchnię zdrowia i młodości": to ona narobiła mi ochoty, żeby jeść gruszki z kaszą jaglaną, potrawy z warzyw sezonowych i uważnie obserwować swój organizm.

A co planuję sobie kupić? Wpadły mi w oko dwa tytuły, na które natrafiłam w sierpniowym "Sensie" (z pięknymi portretami Beaty Pawlikowskiej w środku). Chodzi mi o "Sztukę prostoty" i "Sztukę umiaru" Dominique Loreau (swoją drogą polecam blog: http://minimalist-ka.blogspot.com/ - szkoda, że autorka tak rzadko dodaje posty, ale z drugiej strony... umiar, umiar, umiar).
Autorka książek od kilku lat mieszka w Japonii i jest zachwycona tamtejszym minimalistycznym sposobem życia. W "Sensie" przedstawiono to bardzo obrazowo: miseczka ryżu zamiast pizzy XXL. I piszę to ja, z do połowy zjedzonym Lionem w ręce, ale nic to, wszak lekturę mam dopiero przed sobą, a nie za :)

I tak właśnie wygląda moja "dygresja" do "Morderstwa niedoskonałego", które oczywiście zrecenzuję. I tak sobie myślę, że chyba jednak częściej będę pisać o tym, co chcę przeczytać - od razu czuję się bardziej zmotywowana! :)

poniedziałek, 21 marca 2011

O wiośnie w sercu i na talerzu :)


Lepsza książka na dziś nie mogła mi się trafić :)
Co prawda jadąc rano do pracy, trzeba było zeskrobywać lód i śnieg z szyb, ale coś już jest na rzeczy: wiosna blisko, tym bardziej, że Marzannę dziś oficjalnie spalono. Lub utopiono - jak kto woli :)

Książka "Wiosna. Żyj zgodnie z porami roku" to książka, jakby nie patrzeć, poradnikowo-kulinarna, ale też z solidną dawką dobrej energii. Autorka, Dorota Grupińska, zachęca, by wprowadzić swój organizm na wiosenne obroty. Jak to zrobić? Przede wszystkim zrezygnować z głupiego pomysłu, jakim są restrykcyjne diety, które przynoszą więcej szkody niż pożytku. Co jeszcze? Nic nowego: więcej ruchu, więcej wypoczynku, mniej słodyczy i mniej chemii w jedzeniu. Niby wszystko wiemy, ale warto to sobie uświadomić, gdyż właśnie teraz zaczyna się najlepszy czas na zmiany. Na lepsze oczywiście :)

Mocną częścią książki jest ta z przepisami. Autorka, miesiąc po miesiącu, pokazuje, jakie owoce i warzywa sezonowe pojawiają się na bazarkach i straganach. Podaje przepisy na proste potrawy, zawierające w sobie właśnie warzywa sezonowe. Mniam, mniam, mniam :) Czytając "Wiosnę" uświadomiłam sobie np., że jeszcze NIGDY w życiu nie jadłam kalarepki. Nigdy - i nie wiem, jak to się mogło stać, ale w tym roku nadrobię :)

Oczywiście nie mogłam sobie darować i zapytałam autorkę, czy będzie ciąg dalszy "Wiosny", czyli książka pt. "Lato". Dobra wiadomość: będzie :) Teraz muszę tylko dopytać, czy w tym roku :)

D. Grupińska, Wiosna. Żyj zgodnie z porami roku, wyd. MG, 2011, s. 123.

sobota, 18 grudnia 2010

Jak być szczęśliwym? (Buty szczęścia - Ewa Woydyłło)


Czy ktoś będzie tak miły i przypomni gapie, w której babskiej gazecie można poczytać teksty Ewy Woydyłło? Bo gapa myśli... i nie pamięta. Wie tylko, że bardzo lubi te teksty czytać, dlatego też kwestią czasu było sięgnięcie po książki tej znanej psycholożki.

"Buty szczęścia" to zbiór krótkich, hmmm, felietonów, pogrupowanych w trzy bloki tematyczne: "Co możemy zrobić dla siebie", "Co możemy zrobić dla swojego związku" i "Co możemy zrobić dla innych". A co możemy zrobić? Otóż dużo, robiąc tak naprawdę niewiele.

Autorka twierdzi, że każdy z nas zasługuje na to, by być szczęśliwym i przekonuje, że główna przeszkodą do tego jesteśmy... my sami. No dobrze: wprost tego nie pisze, ale taki jest mój wniosek po lekturze.

Mówię od razu: autorka Ameryki nie odkrywa. Bo przecież wydaje się oczywiste, że jeśli codziennie kwadrans dłużej spędzimy na słońcu, to nie tylko poprawi nam się poziom witaminy D, ale i nastrój będzie lepszy. Albo że jeśli pozwolimy sobie na "odrobinę luksusu" i raz na jakiś czas sprezentujemy sobie coś ładnego, to i nasze życie stanie się piękniejsze. I jeśli będziemy przyjaźnie nastawieni do świata, to świat odwdzięczy nam się tym samym.

Drobiazgi? Ale przecież z nich składa się życie, a książkę czyta się bardzo dobrze, tym bardziej, że Ewa Woydyłło wplata w teksty anegdotki, przykłady z literatury i życia. A poza tym jestem bardzo spragniona w ostatnim czasie pogodnych lektur, bo słońca za oknem jak na lekarstwo, dlatego gorąco polecam wszystkim smutasom mającym po dziurki w nosy szaro - burej pogody :)

E. Woydyłło, Buty szczęścia, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010, s. 233.