Pokazywanie postów oznaczonych etykietą horror. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą horror. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 września 2012

To jest książka dla tych, co się lubią bać! (Pamiętam Cię - Yrsa Sigurdardottir)

Tytuł: Pamiętam Cię
Autor: Yrsa Sigurdardottir
Wydawnictwo: MUZA (dziękuję!)
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 318

Dawno żadna fabuła nie napędziła mi takiego stracha.
Dawno nie czytałam książki... którą czytałam tylko w dzień i broń Boże nie wtedy, gdy byłam sama!
Wreszcie: dawno nie zdarzyło mi się spać przy zapalonym świetle i bać się wstać w nocy do łazienki!

O Pamiętam Cię było jakiś czas temu głośno na blogach, książka zebrała bardzo dobre recenzje - i słusznie, chociaż kolejny raz mam wrażenie, że mój głos nie jest tu do końca wiarygodny, gdyż należę do osób raczej strachliwych i wcale nie trzeba nie wiadomo czego, żebym się bała. 

Autorka, której nazwiska nie jestem w stanie zapamiętać, opowiada dwie równoległe historie. Pierwsza z nich toczy się w niewielkim islandzkim miasteczku. Freyr, psychiatra, którego dziecko ginie w tajemniczych okolicznościach, zostaje wezwany do dziwnej sprawy: ktoś zdemolował przedszkole. Freyer odkrywa, że podobna historia wydarzyła się kilkadziesiąt lat wcześniej: wtedy też zaginął chłopiec i jakiś "wandal" również zdemolował sale. Wydarzenia te są dziwnie do siebie podobne, a Freyer, chcąc nie chcąc, znajduje się w ich centrum. Mało tego. O psychiatrach często mówi się, że upodabniają się do swoich pacjentów i przestają być zupełnie normalni - chociaż w tym przypadku normalność to pojęcie względne. Tymczasem Freyer zaczyna słyszeć i widzieć więcej niż by chciał.

Podobnie dzieje się w przypadku trójki przyjaciół - bohaterów drugiej historii. Małżeństwo Katrin i Gardar oraz ich przyjaciółka Liv, lądują w miejscu zapomnianym przez Boga i ludzi. Chcą wyremontować dom, ale szybko przekonują się, że jest to niemożliwe. Fragmenty dotyczące tych postaci podobały mi się najbardziej i dlatego, przewrotnie, napiszę o nich najmniej. Ale też zaznaczam, że to właśnie tutaj mój lęk osiągnął apogeum.

W jaki sposób obie historie się łączą - tajemnica!

Yrsa Sigurdardottir stosuje znane motywy: zemsta zza grobu, skrzypiące podłogi, grupa przyjaciół na pustkowiu, ale też tworzy z nich naprawdę dobrą całość. Okej: nieco naciągane wydało mi się zakończenie, a konkretnie wyjaśnienie motywu zaginionych dzieci. Jednak tak naprawdę w tym przypadku niewiele to znaczy: książka ma świetny klimat, duszną, a jednocześnie lodowatą atmosferę, przez długi czas trudno się domyślić, o co w tym wszystkim chodzi.

Jednocześnie, przyznaję, że Pamiętam Cię dało mi do myślenia. Nie potrafię odnaleźć tego fragmentu, ale Freyer zastanawia się w nim, co, jeśli jego pacjenci naprawdę słyszą głosy. Co, jeśli naprawdę widzą coś, czego inni nie są w stanie zobaczyć - a on, jako lekarz, wmawia im, że nie ma się czym przejmować. Kto wtedy jest bardziej normalny?

Gorąco polecam tę powieść! To lektura dla tych, co się lubią bać! 

piątek, 16 grudnia 2011

"Każda historia ma wiele odbić" (W odbiciu - Jakub Małecki)

Myślałam sobie o książce Jakuba Małeckiego przy wieszaniu wyprasowanych firanek... Myślałam sobie o niej czyszcząc szklanki i ścierając parapet... I nawet teraz, kiedy zdecydowałam się zasiąść do pisania recenzji, nie do końca wiem, co o niej napisać, gdyż z jednej strony czuję zachwyt, z drugiej zaś rozczarowanie. A to dlatego, że:

Po lekturze "W odbiciu" dochodzę do wniosku, że tak naprawdę najważniejszy jest dla mnie wstęp i zakończenie powieści. Zdarza się, że książka zaczyna się tak rewelacyjnie, że siłą rozpędu przeczytam ją prawie całą i dopiero dwie strony przed końcem orientuję się, że tak naprawdę podobała mi się ona... średnio.  Bywa też tak, że powieść, którą czytałam bez większego entuzjazmu, ma tak wspaniałe zakończenie, że jestem w stanie zapomnieć o początku i środku, zostawiając sobie w pamięci to, co najlepsze, czyli ostatnie kilka kartek. Zdarza się również tak, że początek jest super, środek rewelacyjny, ale zakończenie... no cóż. I tak właśnie jest w przypadku "W odbiciu": byłam zachwycona, dopóki nie doszłam do ostatniej strony. A wtedy w mojej głowie wyświetlił się ogromny neon z pytaniem: TO WSZYSTKO?

Nad "Dżozefem" rozpłynęłam się z zachwytu. Podobało mi się w tej książce wszystko: począwszy od języka, przez niesamowitą fabułę, bo zdjęcie autora na okładce. "Dżozef" sprawił, że kupiłam sobie z marszu chyba z pięć książek Conrada, do czego nikt ani nic wcześniej nie zdołało mnie przekonać (inna kwestia, że nadal ich nie przeczytałam, ale na to już "Dżozef wpływu nie ma).

"W odbiciu", chociaż opowiada zupełnie inną historię, utrzymane jest w podobnym klimacie. Karolowi, szczęśliwemu mężowi i nieco już mnie szczęśliwemu bezrobotnemu, nagle zaczynają przydarzać się w równym stopniu niezwykłe, co straszne rzeczy. Zdradza go żona, umiera ciotka, teść i brat żony, potem najlepszy kumpel, on sam ledwo unika kalectwa lub nawet śmierci. W mieście dochodzi do mnóstwa wypadków, giną kolejne osoby, a Karolowi wydaje się (?), że widzi mężczyznę z głową psa... Rzeczy te zaczynają się dziać po tym, jak Karol wszedł do Mieszkania, w którym uduszono starego kompozytora... Mieszkania niezwykłego, dodać należy. I to wcale nie dlatego, że brakowało w nim kuchni i łazienki. Co ciekawe, wydarzenie przedstawione zostały z perspektywy kilku różnych osób, co sprawia, że powieść czyta się jeszcze lepiej.

I wszystko byłoby cudownie, gdyby nie zakończenie. Raz dwa, szast prast... i już. Misternie budowana historia, która maksymalnie mnie wciągnęła ma słaby, jakby zbyt pospieszny finał. Dla mnie tak naprawdę niewiele zostało wyjaśnione, a to, co zostało jest jakby niepełne i chciałabym więcej. 

Z drugiej jednak strony zdaję sobie sprawę, że "Dżozef" poprzeczkę postawił bardzo wysoko. Podejrzewam, że gdybym to "W odbiciu" przeczytała jako pierwsze, to może zakończenie aż tak bardzo by mi nie przeszkadzało i napisałabym, że jest to po prostu bardzo dobra książka - bo jest. Jeśli jednak ktoś nie czytał żadnej z tych powieści, to polecam zignorować chronologię i zacząć lekturę tego autora od "W odbiciu". Narobi ona bowiem ochoty na jeszcze - tego jestem pewna. A "Dżozef" - za to również ręczę - na pewno nie rozczaruje. Poza tym już teraz zaczynam polować na wcześniejsze książki sygnowane nazwiskiem Jakuba Małeckiego i z niecierpliwością czekam na kolejną!

J. Małecki, W odbiciu, Powergraph, 2011, s. 299.

wtorek, 4 października 2011

O dziwnych wypadkach odziedziczonych w spadkach (J.D. Bujak - Spadek)


Hmm... jak tu napisać o książce, która podobała mi się ogromnie i którą mogę z czystym sumieniem polecić każdemu, ale jednocześnie ta sama książka rozczarowała mnie i trochę zdegustowała? Chodzi tu o "Spadek" J.D. Bujak. Powieść tę mocno przedyskutowałam z Moni i - co ciekawe! - miałyśmy takie same odczucia. Z jednej strony zachwyt, super, och i ach, zaś z drugiej... no właśnie.

Małgorzata zwana Megi, niespodziewanie otrzymuje w spadku kamienicę w Krakowie. Kamienica jak kamienica: dobrze zlokalizowana, część można by wynająć, część przeznaczyć na jakiś sklep i czerpać z tego spore zyski. Tak by zapewne Megi zrobiła, gdyby jej ciotka nie zastrzegła w testamencie, że tak właśnie zrobić nie można. I do tego momentu uwag nie mam, pierwsze kilkadziesiąt stron czyta się rewelacyjnie. Ale idźmy dalej.

Szybko okazuje się, że dom jednak ma w sobie coś niezwykłego i dzieją się w nim różne zastanawiające rzeczy. Przykład? Proszę bardzo! W pokoju nagle robi się zimno, widok z okna zmienia się: można zobaczyć ulicę taką, jaką była kilkadziesiąt lat wcześniej, z piwnicy dochodzą dziwne odgłosy, a klucz, który chwilę wcześniej był zwykłym, chłodnym kluczem, nagle poparzył tego, kto miał zamiar go użyć. I póki co, dla mnie nadal rewelacja: co prawda sama już po kilku pierwszych takich incydentach zwiałabym z tego domu gdzie pieprz rośnie, ale Megi do strachliwych nie należy, tym bardziej, że na podorędziu ma przystojnego Jana, zawsze gotowego jej bronić.

Dalej niestety zaczynają się schody. Dziewczyna postanawia wyjaśnić, co tak naprawdę dzieje się w jej odziedziczonym spadku, kto lub co jest sprawcą tych wszystkich niewytłumaczalnych zdarzeń. I tutaj, moim zdaniem, następuje porażka na całej linii. Duchy w Krakowie - jasne, super! Ezoteryka, czary, wieńce z ziół - żaden problem. I teraz powinnam napisać: wszystko zaakceptuję, ale nie zniosę, nie uwierzę, nie przyjmę...!!! No właśnie, nie powiem co, gdyż nie chcę psuć niespodzianki, wszak na tym wyjaśnieniu opiera się cały sens tej powieści, którego nie chcę zdradzać. A rozczarowuje on ogromnie. Powtarzam: o-gro-mnie!

Uważam, że autorka zwyczajnie zmarnowała świetnie rozpoczętą powieść. Pozaczynała wątki, które wypadałoby doprowadzić do końca, lecz nie zrobiła tego. A szkoda mi tym bardziej, że właśnie te wątki zapowiadały się świetnie i to na nie najbardziej liczyłam. Np. autorka zasugerowała pokrewieństwo między Megi a Marianną, współczesną czarownicą. No właśnie: zasugerowała i co z tym dalej? Jeden z bohaterów zwraca się do Megi "Megan". Jestem wyczulona na takie szczegóły, spodziewałam się, że forma ta, pojawiająca się z całej książce tylko raz, coś wniesie do opowieści, jej użycie zostanie wyjaśnione - ale nie, nic takiego się nie stało. No i ostatnia sielska scena na plaży zmasakrowała (że użyję tego uniwersalnego słowa) cały, skądinąd przecież świetny, utwór.

Mogłabym tak wymieniać dłużej, ale nie chcę, gdyż, zaznaczam to kolejny raz: ta książka naprawdę zasługuje na uwagę i naprawdę czyta się ją z ogromnym zainteresowaniem, fabuła ogromnie wciąga. Marzy mi się jednak, żeby ktoś napisał ją jeszcze raz, z innym zakończeniem. Okej, miałam jakieś swoje oczekiwania, nie wymagam, żeby wszystkie książki kończyły się po mojej myśli... ale niech nie kończą się tak jak ta!

A co mnie tak zdegustowało: proszę sprawdzić. Wiele osób takie zakończenie może jednak mocno ucieszyć :)

J.D. Bujak, Spadek, Prószyński i S-ka, Warszawa 2011.

środa, 31 sierpnia 2011

Gdy rozum śpi, budzą się demony (Wichrołak - Paweł Szlachetko)


Proszę wyobrazić sobie taki oto obrazek. Góry. Owieczki pasące się na halach. Wioska schowana gdzieś między szczytami, a tam góralskie chaty, kościółek, piejące rano koguty. Fajnie, prawda? Otóż nigdy w życiu! Niefajnie! Podejrzewam, że sielskie górskie krajobrazy przez długi czas nie będą mi się dobrze kojarzyć, a to za sprawą "Wichrołaka" - powieści, którą zachciało mi się czytać późnym wieczorem, a potem bałam się zgasić światło.

Proszę sobie bowiem wyobrazić spokojną wioseczkę, w dokładnie Szremle Małe, która ma wioskowego znachora. Nie jest to jednak miły staruszek znający się na ziołach, lecz postać, którą straszy się niegrzeczne dzieci, ale do której chodzi się nocami po leki i rady. W którymś momencie tytułowy Wichrołak, zwany również Onym, zaczyna przeszkadzać, razić pewnego zagorzałego katolika, który szczuje przeciwko niemu mieszkańców wioski. Z Wichrołakiem robi się więc, oględnie mówiąc, porządek. Jednak już wkrótce pozorny ład zostaje zburzony: mieszkańcom Szremli zaczyna pojawiać się tajemnicza postać Onego, a ci, którzy go zobaczą, jakiś czas potem popełniają samobójstwa (na pewno samobójstwa?).

Do tych wydarzeń dociera Roman, młody chłopak z miasta marzący o karierze dziennikarskiej. Wszystko jednak od początku idzie nie tak, jak powinno. Przede wszystkim gościnę zapewnia mu sołtys, z którego córką... ma nieślubne dziecko. W dodatku Marta straciła pamięć i nie jest świadoma faktu, że oto znajduje się pod jednym dachem z ojcem swojego dziecka. Ponadto górale w wiosce wcale nie są przyjaźnie nastawieni: to ludzie twardzi, nie stroniący od kieliszka, szukający swojego zysku, brat oszukuje brata, a sąsiad sąsiadowi wilkiem.

Paweł Szlachetko napisał powieść kryminalno - społeczną i oba te wątki udały mu się wyśmienicie. Mimo oczywistych wskazówek przyznaję, że do końca nie potrafiłam ustalić, skąd brały się kolejne trupy, a te w książce ścielą się gęsto. Ponadto jest to wspaniałe studium tego, jak rodzi się nienawiść oraz do czego mogą doprowadzić niczym nieuzasadnione uprzedzenia. Powieść ta spokojnie mogłaby stanowić ilustrację zdania: "Gdy rozum śpi, budzą się demony". Autor pokazuje również, że małe społeczności, gdzie wszyscy wszystkich znają od dziecka, wcale nie są gwarantem bezpieczeństwa. Zimny dreszcz przeszedł mnie po plecach, gdy czytałam o tym, że kobiety w Szremlach Małych paliły na noc w oknach świece, gdyż ktoś pod nimi spacerował i próbował zajrzeć do środka...

Lubię ostatnio porównania literackie, więc jeśli miałabym porównać "Wichrołaka" do jakiejś innej powieści, to tylko do "Łąki Umarłych". Obie świetne. I polskie! :)

P. Szlachetko, Wichrołak, MUZA, Warszawa 2011, s. 336.

wtorek, 10 sierpnia 2010

Odszczekuję, że nie lubię (Nienasyceni - Meg Cabot)


Z wampirami to u mnie było tak:

najpierw na fali fascynacji Edwardem Cullenem tak marudziłam, że dostałam w prezencie trzy tomy kultowej sagi. Przeczytałam pierwszy - z wypiekami na twarzy. A potem, o ile dobrze pamiętam, zaczęłam stresować się pisaniem, a raczej niepisaniem, mojej pracy magisterskiej i wszystkie lektury niezwiązane z nią poszły w odstawkę. Kilka miesięcy później pomagałam opracować pracę maturalną o wampirach, więc poczytałam sobie Brama Stokera,"Miasteczko Salem" i ogromną monografię Marii Janion na ten temat (polecam!). A potem wampirów nagle zrobiło się za dużo i udało mi się do tematu skutecznie uprzedzić.

Będę szczera: nie sięgnęłabym po książkę "Nienasyceni", gdybym jej nie dostała w prezencie od księgarni Matras. Dlaczego? Bo dziewczynka na okładce ma kołek w ręce, a autorką jest Meg Cabot, która kojarzy mi się tylko z "Pamiętnikiem księżniczki".

I teraz mogę przejść do tytułu. Odszczekuję: ta książka zapoczątkowała, że na nowo mam ochotę poczytać sobie o nieumarłych. Nie dlatego, że książka powaliła mnie na kolana i nie dlatego, że jest to wybitna literatura, nie. Książka po prostu wciąga: od pierwszej do ostatniej strony - a czym bliżej końca, tym szybciej się czyta. O moim "wciągnięciu" niech świadczy chociażby fakt, że przez dwie nocy czytałam ją do trzeciej i spałam przy zapalonym świetle. Chociaż teraz w sumie nie wiem, czego się bałam :)

Książka opowiada o wojnie wampirów. Mamy bowiem Dobrego Wampira i Złego Wampira. W tym dobrym zakochuje się Meena Harper, która w wampiry nie wierzy i, mówiąc delikatnie, wampirów nie lubi. Delikatnie zostało też napisane to, że Meena się zakochała... Nie: Meena zwariowała z miłości i otrzeźwiała dopiero w chwili, gdy sprawy zaszły naprawdę daleko. Niespodziewanie zaczyna na nią polować i jej świeżo upieczony wampirzy kochanek, i jego brat, który bynajmniej nie ma przyjaznych zamiarów. Meena natomiast też nie jest zwyczajną kobietą. Ma pewien kłopotliwy dar: potrafi przewidzieć, kiedy ktoś umrze.

Oklepana fabuła? Ale za to jak się to czyta! Meg Cabot tym razem napisała książkę dla dorosłego czytelnika i uważam, że wykonała kawał dobrej roboty. Świetna główna bohaterka i jej uroczy piesek, dwóch pociągających mężczyzn (no dobra: jeden jest wampirem), wartka akcja i błyskotliwe dialogi - i to wszystko w jednej książce :)

Polecam! A nuż jeszcze ktoś oprócz mnie stwierdzi, że wampiry nie są takie złe i przestanie książki o nich omijać szerokim łukiem :)?

M. Cabot, Nienasyceni, wyd. Amber, Warszawa 2010, s. 501.

środa, 5 maja 2010

Alternatywa dla Edwarda Cullena (Wampir z Ropraz - Jacques Chessex)


Jakiś czas temu mądrowałam się w jednym z komentarzy, iż jestem już lekko znudzona cukierkowatym przedstawianiem wampirów w literaturze. Że "Zmierzch" może i jest w jakiś sposób oryginalny, ale teraz powstaje tyle książek o zbliżonej tematyce, iż robi się to nudne. Zdeklarowałam się: poszukam jakiejś alternatywy, gdzie wampir będzie prawdziwy, nie będzie się w nikim zakochiwał i nie będzie skakał po drzewach.

...a że kto szuka, ten znajdzie, to znalazłam i ja. I sama nie wiem, czy jestem z tego zadowolona.

"Wampir z Ropraz" to historia okropna, a co gorsza, oparta na autentycznych wydarzeniach. W małej miejscowości, dochodzi do zbezczeszczenia grobu młodej, pięknej kobiety. Autor szczegółowo opisuje, co zastano w trumnie po jej otwarciu. W krótkim czasie dochodzi do dwóch podobnych incydentów - co również zostaje plastycznie opisane. Szybko znajduje się idealny kozioł ofiarny: młodzieniec o czerwonych oczach i wystających zębach. Dużą część książki autor poświęca właśnie jemu, jego historii i psychice. I już to by mi wystarczyło, aby stwierdzić, że naprawdę trzeba mieć talent, aby w tak niewielkim objętościowo utworze zmieścić aż tyle makabry. Mężczyzna był bowiem z dzieciństwie gwałcony, głodzony, bity. Jest odmieńcem, nijak nie pasującym do otoczenia.

To jednak nie koniec. Autor pokazuje, jak rodzi się strach, jakie demony pojawiają się na styku wiary i zabobonu oraz jakie mroczne sekrety skrywają małe, zamknięte społeczności.

Nie wiem, czy mi się ta książka podobała czy nie. Nie wiem, czy ją polecam. Doczytałam ją do końca, gdyż ma tylko 90 stron - więcej nie dałabym rady. Wiem, że znalazłam postać wampira w literaturze, która od Edwarda Cullena różni się jak dzień od nocy. Tylko nie wiem, czy dokładnie o to mi chodziło.

J. Chessex, Wampir z Ropraz, wyd. W.A.B., Warszawa 2009, s. 90.


piątek, 29 stycznia 2010

Carrie - Stephen King


Właśnie skończyłam czytać "Carrie" Stephena Kinga. I jedyne, co przychodzi mi na myśl to: "brrrrrr". Książka jest o-kro-pna. Po prostu okropna. I bynajmniej nie oceniam tu umiejętności pisarskich autora, który bez wątpienia jest bardzo dobrym pisarzem, ale warstwę fabularną, która chociaż jest dość prosta, wbija się w pamięć.

Otóż King, na 232 stronach opowiada historię nastolatki, która wyglądała jak typowy kozioł ofiarny, stały cel dowcipów, klasowe pośmiewisko, wiecznie nabierana, oszukiwana i upokarzana - i rzeczywiście taka była. A dowcipy jej rówieśników stają się coraz bardziej okrutne... Do pierwszego incydentu, który nie można uznać za zwykły żart dochodzi w dniu, kiedy dziewczyna na oczach "koleżanek" ze swojej klasy dostaje pierwszą miesiączkę. Tego samego dnia odkrywa w sobie niezwykłą umiejętność: jest telekinetą o olbrzymiej mocy, co oznacza tyle, iż siłą woli potrafi wprawiać w ruch przedmioty. Szansą na przyjęcie do społeczności szkolnej staje się dla niej bal, na który zaprasza ją nie tylko przystojny, ale też wrażliwy chłopak. Niespodziewanie zostają wybrani na królową i króla balu, ale gdy już znaleźli się na scenie, dochodzi do wydarzenia, w wyniku którego Carrie pali nie tylko szkołę, ale i pół miasta.

Tyle fabuły, która naprawdę mną wstrząsnęła. Na osobną uwagę zasługuje tu matka Carrie, która jest fanatyczką religijną i brzydzi się wszystkiego, co ma związek z ciałem (przez szesnaście lat udaje jej się ukrywać przed dziewczyną, że kobiety miesiączkują!) Na córkę nie patrzy inaczej, niż jak na grzesznicę. Krzywdzi ją nie tylko fizycznie, ale i psychicznie; to przez nią Carrie nie jest w stanie normalnie funkcjonować w społeczeństwie. Jednocześnie jest to kolejna powieść po "Titubie, czarownicy z Salem" i "Czarownicach z Salem Falls", w której można przeczytać o tym, jak okrutne potrafią być dorastające dziewczęta - a najbardziej przerażające jest dla mnie to, że to okrucieństwo jest niczym nieuzasadnione, trudno nawet stwierdzić, czy prześladowczynie mają jakąś satysfakcję płynącą z gnębienia ofiary.

Czytając, cały czas miałam w pamięci jedno zdanie, które przeczytałam na blogu zielone-buty: To jedna z tych książek, które czytasz, bo masz nadzieję, że ta okropna historia wreszcie się skończy.

"Carrie" to debiut powieściowy Kinga - zaraz po niej powstało "Miasteczko Salem" - następne w kolejności jest "Lśnienie", za które jakoś boję się zabrać; boję w dosłownym znaczeniu tego słowa: nigdy nie obejrzałam filmu do końca, gdyż po pierwszych dziesięciu minutach chowałam głowę pod koc. Póki co chyba po prostu ją pominę, a wypożyczę sobie "Nocną zmianę", która już nie budzi we mnie takiego przerażenia.

A że właśnie mija tydzień mojego chorowania, położyłam sobie przy poduszce "Podręcznik hipochondryka" i zamierzam zastosować terapię śmiechem - może pomoże ;-)?

A "Piaskowa góra", którą bardzo, ale to bardzo chciałam przeczytać jeszcze miesiąc temu, leży sobie i czeka...

S. King, Carrie, przeł. D. Górska, wyd. Prószyński i S-ka, s. 232.

wtorek, 19 stycznia 2010

Na warszawskim Bródnie straszy (Zygmunt Miłoszewski - Domofon)


Zaczynając lekturę tej książki, spodziewałam się dwóch rzeczy. Po pierwsze: ze będzie "dobra" i, po drugie, że będzie "dziwna". Moje pierwsze przekonanie wzięło się stąd, że o książce pozytywnie wypowiadała się już autorka bloga Substytut Zeszytu oraz Elenoir. Drugie wypłynęło dlatego, że do niedawna byłam przekonana, ze nie lubię horrorów, kryminałów i książek sensacyjnych. Otóż lubię. Zaczęło się od "Draculi" Brama Stokera, potem było "Miasteczko Salem" Kinga, "Mąż" Koontza, a teraz "Domofon" Miłoszewskiego - imponujący wynik, nie ma co. Generalnie jednak zawsze wydawało mi się, że akcja horroru może rozgrywać się wszędzie, tylko nie w Polsce i raczej nie w wielkim blokowisku. I raczej nie w XXI wieku. A tu proszę!
Od początku dziwna wydała mi się fabuła. Młode małżeństwo, Agnieszka i Robert, wprowadza się do nowego mieszkania i od razu zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Pierwszą jest ucięcie głowy przez windę jednemu z lokatorów. W tej samej windzie Agnieszka ma dziwne "zwidy", a jej mąż, niepełniony malarz, zaczyna malować przerażające obrazy. Wkrótce okazuje się, że mieszkańcy stają się więźniami budynku, w którym mieszkają i każdemu śnią się koszmary...na dodatek nad blokowiskiem krąży rzucona siedemdziesiąt lat wcześniej klątwa, a niektórzy lokatorzy nie są tymi, za których się podają...I więcej o fabule nic nie powiem.

Tak jak pisałam: nie przeczytałam wielu tego typu powieści, ale i tak tę uważam za oryginalną i naprawdę godną polecenia. Podobają mi się postaci, na czele z Wiktorem Sukiennikiem: niegdyś reporterem, teraz alkoholikiem zmagającym się z uzależnieniem, którego życiorys zawiera mroczną kartę. Widać, że autor ma zacięcie psychologiczne, o czym świadczy chociażby postać dewotki, która otacza kultem Jana Pawła II. Podoba mi się soczysty język powieści, miła odmiana po przeprawie z "Ostatnimi seansami". Miłoszewski nie tylko świetnie posługuje się czarnym humorem, ale też pisze świetne dialogi i rewelacyjnie potrafi przekazać myśli bohaterów.

A poza tym: naprawdę się bałam!!! Kilkadziesiąt ostatnich stron trzymało w takim napięciu, że nie wytrzymałam, popełniałam grzech śmiertelny i zerknęłam na zakończenie. I już teraz wiem, ze nie będzie to ostatnia książka tego autora, jaką przeczytam.*

A "Domofon" raz jeszcze polecam

*wiem też, że przez najbliższe kilka miesięcy dziesięć razy dobrze się zastanowię, zanim wsiądę do pustej windy i zanim sama zejdę do piwnicy...Na szczęście w moim bloczku nie ma takich lochów jak na Bródnie.