Po książki dla młodzieży sięgam regularnie, chociaż metryka mogłaby wskazywać, że raczej nie jestem odbiorcą docelowym. I wcale nie chodzi też o to, że pracuję z młodzieżą i problemy młodzieży są mi bliskie, bla, bla, bla. Po prostu lubię i już. A już kocham, po prostu KOCHAM, kiedy trafia mi się taka perełeczka.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą do śmiechu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą do śmiechu. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 13 września 2018
niedziela, 10 września 2017
Panna "Pragnę Spokoju" + Pan "Mieszkam W Krzakach" (Recenzja książki Jak się zakochać w facecie, który mieszka w krzakach Emmy Abrahamson)
Książka o spektakularnym tytule i fatalnym pierwszym zdaniu.
Chwilami mocno niegrzeczna, a chwilami nieco ckliwa i romantyczna.
Lekka, a jednak po jej lekturze nad głową pojawiła mi się chmurka z napisem "Hmm?".
Niby typowa lektura na wakacje, a jednak zostaje w głowie na dłużej.
Chwilami mocno niegrzeczna, a chwilami nieco ckliwa i romantyczna.
Lekka, a jednak po jej lekturze nad głową pojawiła mi się chmurka z napisem "Hmm?".
Niby typowa lektura na wakacje, a jednak zostaje w głowie na dłużej.
Etykiety:
czytadło,
do śmiechu,
książki po których ma się dobre sny
czwartek, 5 września 2013
Poplątanie z pomieszaniem (Luizę pilnie sprzedam - Danuta Noszczyńska)
Tytuł: Luizę pilnie sprzedam
Autor: Danuta Noszczyńska
Wydawnictwo: SOL
Liczba stron: 317
Rok wydania: 2010
Dziwna sprawa z tą książką... za nic bowiem nie mogę sobie przypomnieć, skąd ją mam! Nie przypominam sobie, żebym dostała i nie pamiętam też, żebym kupiła sama... Skąd więc Luizę pilnie sprzedam na mojej półce? Nie mam zielonego pojęcia! Ważne, że jest! :)
Nieco ponad roku temu zachwycałam się książką, w której Danuta Noszczyńska w niezwykle barwny sposób pisała o Marianie - KLIK. Marian zaś, stwierdzam to z całą odpowiedzialnością za słowa, jest jedną z najbarwniejszych postaci, jakie spotkałam w literaturze w ogóle. Rok po tamtej recenzji jeszcze raz zachęcam: sięgnijcie po Pod dwiema kosami - powieść jest naprawdę fenomenalna!
Co mogę powiedzieć o Luizie, oprócz tego, że jest dużo, dużo słabsza niż Marian? Ano to, że nadal czyta się ją bardzo dobrze, pod warunkiem, że czytelnik poważnie potraktuje ostrzeżenie z okładki.
Ostrzegamy: nie jest to książka dla miłośników ponurego realizmu! - tak on brzmi.
Od siebie dodam, że realizmu nie ma w niej za grosz... ale absolutnie w niczym mi to nie przeszkadza. Czytając, miałam bowiem świadomość, że to nie jest opowieść na serio i nie o trzymanie się zasad prawdopodobieństwa w niej chodzi.
Autorka w przezabawny sposób opisuje perypetie Luizy, którą wychowywał tatuś: hazardzista i drobny cwaniaczek. Córeczka zaś... no cóż, córeczka sporo cech po tatusiu odziedziczyła. Luiza nie tylko więc wyłudza okup, ale też dla okupu daje się porwać, by następnie z godnością zgodzić się na popełnienie oszustwa matrymonialnego, tyle, że ma wyjść za kogoś innego, niż się spodziewała... a zakochuje się jeszcze w kimś innym.
Poplątanie z pomieszaniem, istny galimatias i parada nietuzinkowych postaci - a przy tym kupa śmiechu! Książkę zaczęłam czytać przed wyjazdem nad morze, ostatnie kilkadziesiąt stron doczytałam na plaży i wprawiła mnie ona w znakomity nastrój. Fakt, nie jest to literatura specjalnie ambitna, ale w roli jesiennego pocieszacza sprawdzi się na pewno :)
Etykiety:
do śmiechu
środa, 29 sierpnia 2012
Tytuł mówi sam za siebie :) (Wyznania upiornej mamuśki - Jill Smokler)
Tytuł: Wyznania upiornej mamuśki
Autor: Jill Smokler
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka (dziękuję!)
Liczba stron: 190
Rok wydania: 2012
Książka Jill Smoker najpierw prawie miesiąc czekała na półce na odpowiedni moment... a potem pochłonęłam ją za jednym zamachem, w dwie godziny! Jest to bowiem jedna z tych lektur, od których nie można się oderwać. Jak już człowiek zacznie czytać, to człowiek przestanie dopiero wtedy, gdy dojdzie do ostatniej strony.
Autor: Jill Smokler
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka (dziękuję!)
Liczba stron: 190
Rok wydania: 2012
Książka Jill Smoker najpierw prawie miesiąc czekała na półce na odpowiedni moment... a potem pochłonęłam ją za jednym zamachem, w dwie godziny! Jest to bowiem jedna z tych lektur, od których nie można się oderwać. Jak już człowiek zacznie czytać, to człowiek przestanie dopiero wtedy, gdy dojdzie do ostatniej strony.
Jill Smokler jest matką trójki dzieci: jednej dziewczynki i dwóch chłopców. Przed ich urodzeniem pracowała jako architekt wnętrz, spędzając wolny czas głównie na zakupach. Pierwsza ciąża była dla niej kompletnym zaskoczeniem, czuła się zupełnie nieprzygotowana na to, co ma ją spotkać. Dwie następne... no cóż. Dwie następne wcale nie sprawiły, że nagle zaczęła spełniać się w roli perfekcyjnej mamy, zawsze uśmiechniętej, piekącej domowe ciasteczka i angażującej się w życie szkoły.
Autorka kilkakrotnie podkreśla, że nie jest pisarką, a Wyznania upiornej mamuśki powstały na podstawie bloga, którego zaczęła prowadzić między czytaniem książeczek, a przygotowywaniem dzieciom obiadu.
Nie jestem mamą, ale nawet mi jest łatwo zauważyć, że kwestie, o których pisze autorka są często przemilczane. Stwierdza ona bowiem, że macierzyństwo to nie sama słodycz, że zdarza jej się mieć serdecznie dość swoich pociech i czasem na obiad podaje im chleb z masłem orzechowym.
Jill Smokler pisze w sposób lekki i zabawny, przytacza wiele komentarzy czytelników swojego bloga, przy których prawie umarłam ze śmiechu. Nie mam pojęcia jednak, dlaczego nazywa się "upiorną". Dla mnie jest po prostu szczera, a to, że czasem najchętniej wysłałaby swoje pociechy w kosmos... zdarza się najlepszym, prawda :)?
Książkę serdecznie polecam mamom, które będą miały okazję skonfrontować swoje doświadczenia z doświadczeniami autorki. Myślę jednak, że w tym przypadku posiadanie dzieci nie jest konieczne, aby świetnie się bawić przy lekturze - książka stanowi świetny antydepresant, w dodatku wydawany bez recepty! :)
Polecam! :)
Etykiety:
być kobietą,
do śmiechu,
na jeden wieczór,
ona pisze - ameryka
niedziela, 15 kwietnia 2012
Para jak z żurnala! (Mysza i Niedźwiedź mają dziecko - Tomek Matkowski)
Książki Tomka Matkowskiego o Myszy i Niedźwiedziu po raz pierwszy pokazała mi na studiach moja przyjaciółka Magda - i obie się w nich zakochałyśmy. Pamiętam, jak Magda stawała w drzwiach do mojego pokoju i czytała mi na na głos co lepsze fragmenty, a potem radośnie zanosiłyśmy się śmiechem. Dlatego też z wielką przyjemnością teraz przypomniałam sobie o tej sympatycznej parze :)
Mysza i Niedźwiedź są przykładnym małżeństwem. Żyją w bajkowym czasie, który płynie równolegle do naszego i w którym związek gryzonia z misiem nie stanowi nic dziwnego. Mysza jest "typową kobietą" - o ile takie zdanie w ogóle ma sens. Lubi porządek, lubi zakupy i dużo czasu spędza gotując dla swojego partnera. Niedźwiedź zaś, typowy samiec, nie lubi sprzątać, za to lubi leżeć i patrzeć z sufit, od czasu do czasu odzywa się w nim dusza artysty i wtedy musi się "wyżyć" nad kartką papieru. W ich prawie idealnym związku brakuje jednego: dziecka. Ale i to się szybko znajduje: rodzina powiększa się o małą koteczkę, która natychmiast staje się oczkiem w głowie tatusia, a Mysza dzielnie bierze na siebie rolę głównej żywicielki rodziny. I zaczyna się: bieganie po domu, chowanie się za szafą, chaotyczne pisanie łapami po klawiaturze, ochy i achy, bo maleństwo tak pięknie rośnie - każdy, kto ma kota, wie, o czym mowa :)
Być może opis tej niewielkiej książeczki nie brzmi zbyt atrakcyjnie, ale wierzcie mi, że można zrywać boki ze śmiechu. Szczególnie uwielbiam cięte riposty Myszy i nieco spóźniony refleks Niedźwiedzia,, który często w ogóle nie zdaje sobie sprawy, że żona go obraża. I jakkolwiek dziwnie to brzmi, książka ta dużo mówi o współczesnych stosunkach damsko - męskich, gdzie kobiety nie tylko są szyją, ale i głową domu, zaś panowie... przemilczmy. Aczkolwiek, co cóż, Niedźwiedź w tym wszystkim jest po prostu uroczy.
"Mysza i Niedźwiedź mają dziecko" nie jest pierwszą książeczkę o tej parze, wcześniej ukazała się "Mysza, bajka nie dla dzieci" oraz "Mysza na wakacjach". Wszystkie czytałam, wszystkie polecam :)
A przy okazji polecam zajrzeć do środka i szybko książkę przekartkować. :)
T. Matkowski, Mysza i Niedźwiedź mają dziecko, Nowy Świat, s. CXXI, 2006.
Etykiety:
do śmiechu,
na jeden wieczór,
on pisze - polska,
perełki
wtorek, 6 marca 2012
światem rządzi błąd! (Wielkie błędy człowieka - Pere Romanillos)
Pamiętam, że moja pierwsza nauczycielka historii (swoją drogą bardzo ją lubiłam :)) dość często mawiała, że historia to fakty, a nie "gdybanie". Dlatego też gdy ktoś próbował spekulować, co by się stało, gdyby np. Hitler nigdy się nie urodził albo Napoleon odpuścił sobie Rosję, stanowczo tego typu rozmowy ucinała. Inna kwestia, że bynajmniej nigdy nie wynikały one ze szczerej pasji historycznej, lecz były marną próbą wciągnięcia pani Ewy w rozmowę, mającej służyć jedynie temu, by w danym dniu nie było odpytywania :)
Dlaczego o tym piszę? Otóż do powyższych dywagacji skłoniła mnie lektura książki Pere Romanillosa "Wielkie błędy człowieka". Autor do tematu wielkich wydarzeń historycznych, wojen, odkryć z zakresu nauki i medycyny czy też biznesu podszedł dość oryginalnie. Otóż na prawie trzystu stronach pokazuje, w czym się wielcy tego świata pomylili, jakie "super" idee zrodziły się w ich głowach i jakie spektakularne klęski udało im się ponieść. No i jakie to miało konsekwencje dla zwykłych zjadaczy chleba. Pytanie, "co by było gdyby... ktoś trochę pomyślał" rodzi się więc samo.
Lobotomia, czyli popularna metoda leczenia, polegająca na uszkadzaniu mózgu za pomocą urządzenia przypominającego szpikulec do lodu, upór Napoleona kosztujący życie 400 tys. ludzi, "zaniedbania" w Czarnobylu, których skutki odczuwamy do dzisiaj, nominacja do Pokojowej Nagrody Nobla dla Hitlera - to tylko niektóre przypadki, które autor bierze pod lupę. Fakt, wielu z nich nie można było uniknąć, co wiązało się chociażby z ówczesnym stanem wiedzy. Jednak znakomita większość z przedstawionych wypadków czy błędnych decyzji w sprawach kluczowych wynika tylko z ludzkiej głupoty. Stąd bardzo trafny wydaje się cytat zamieszczony na okładce, którego autorem jest Albert Einstein:
Tylko dwie rzeczy są nieograniczone:wszechświat oraz ludzka głupota, choć nie jestem pewien, co do tej pierwszej.
Książka napisana została lekkim językiem, z dystansem i humorem, dlatego też stanowi świetny materiał dla błyskawicznej powtórki z historii. I chociaż większość rzeczy, o których pisze Pere Romanillos, dorosłemu czytelnikowi z pewnością jest znana, to przedstawienie ich w nowym, nieco prześmiewczym świetle sprawia, że książkę czyta się świetnie. Dodatkową zaletą są tabelki, ramki, zdjęcia - lubię wiedzę podaną w ten sposób.
A jeśli kiedyś będziecie się zastanawiać, co kupić nastoletniemu mądrali np. na urodziny - pamiętajcie o "Wielkich błędach człowieka", nastoletni mądrala będzie zadowolony :)
P. Romanillos, Wielkie błędy człowieka, PWN, Warszawa 2011, s. 295.
Etykiety:
do śmiechu,
on pisze - europa,
popularnonaukowe
wtorek, 7 lutego 2012
Ostatnia podróż stulatka na wesoło! (Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął - Jonas Jonasson)
Tak jak pisałam wczoraj: książką "Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął" jestem szczerze zachwycona. Nietuzinkowa fabuła, nietuzinkowi bohaterowie, szalona akcja i humor tryskający z każdej strony - czy można chcieć więcej?
Jonas Jonasson przedstawia historię Allana Karlssona, który w momencie rozpoczęcia powieści kończy sto lat. Allan nie jest jednak nobliwym staruszkiem, który ma ochotę spędzić ten dzień w domu spokojnej starości, którego szczerze nie lubi. Pod wpływem nagłego impulsu wyskakuje przez okno wprost na rabatkę i rozpoczyna kolejną już w swoim życiu szaloną wyprawę. Po drodze trup ściele się gęsto, Allan spotyka nowych, baaaardzo oryginalnych przyjaciół, kradnie walizkę z 50 milionami w środku, zaprzyjaźnia się ze... słoniem, ściga go i policja, i grupa przestępcza, a Allan zdaje się nic sobie z tego nie robić.
"Stulatek..." rozgrywa się na dwóch płaszczyznach czasowych. Pierwsza to 2005 rok, kiedy to Allan kończy dziesiątą dekadę. Druga to lata pomiędzy narodzinami a setnymi urodzinami. W tym czasie nasz bohater zdążył zaprzyjaźnić się z prezydentem Trumanem, uratować życie generałowi Franco, upić się ze Stalinem, poznał Mao Zadonga, który jednak trochę go rozczarował, gdyż na kolację podał tylko makaron. Ponadto Allan niemalże na piechotę pokonał Himalaje, nauczył się produkować w warunkach ekstremalnych wódkę z koziego mleka, spalił Władywostok...
Mogłabym tak wymieniać bez końca, a zrobiłam to tylko po to, by pokazać, z jakim rozmachem i fantazją napisana została ta książka. Mimo iż liczy sobie ona 416 stron, autor nawet przez moment nie spuszcza z tonu, mnożąc przezabawne sytuacje i niespodziewane zbiegi okoliczności - a ja ani przez chwilę nie zwątpiłam, że to wszystko prawda! Nic, tylko pozazdrości fantazji i umiejętności ogarnięcia tego wszystkiego w jedną, fantastyczną całość. W trakcie lektury co chwila wybuchałam śmiechem - i to w najbardziej niestosownych momentach! Czy jest coś śmiesznego w fakcie, że ważąca 5 ton słonica właśnie zmiażdżyła człowieka? Ano właśnie jest!
Dla mnie Jonas Jonasson jest absolutnym odkryciem literackim i naprawdę podpisuję się pod stwierdzeniem z okładki, że jest to "brawurowa powieść, która zachwyciła 1,5 miliona czytelników". Ja właśnie dołączyłam do tej grupy, do czego i Was serdecznie zachęcam :) (Patrz post niżej)
J. Jonasson, Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął, Świat Książki, 2012, s. 416.
Jonas Jonasson przedstawia historię Allana Karlssona, który w momencie rozpoczęcia powieści kończy sto lat. Allan nie jest jednak nobliwym staruszkiem, który ma ochotę spędzić ten dzień w domu spokojnej starości, którego szczerze nie lubi. Pod wpływem nagłego impulsu wyskakuje przez okno wprost na rabatkę i rozpoczyna kolejną już w swoim życiu szaloną wyprawę. Po drodze trup ściele się gęsto, Allan spotyka nowych, baaaardzo oryginalnych przyjaciół, kradnie walizkę z 50 milionami w środku, zaprzyjaźnia się ze... słoniem, ściga go i policja, i grupa przestępcza, a Allan zdaje się nic sobie z tego nie robić.
"Stulatek..." rozgrywa się na dwóch płaszczyznach czasowych. Pierwsza to 2005 rok, kiedy to Allan kończy dziesiątą dekadę. Druga to lata pomiędzy narodzinami a setnymi urodzinami. W tym czasie nasz bohater zdążył zaprzyjaźnić się z prezydentem Trumanem, uratować życie generałowi Franco, upić się ze Stalinem, poznał Mao Zadonga, który jednak trochę go rozczarował, gdyż na kolację podał tylko makaron. Ponadto Allan niemalże na piechotę pokonał Himalaje, nauczył się produkować w warunkach ekstremalnych wódkę z koziego mleka, spalił Władywostok...
Mogłabym tak wymieniać bez końca, a zrobiłam to tylko po to, by pokazać, z jakim rozmachem i fantazją napisana została ta książka. Mimo iż liczy sobie ona 416 stron, autor nawet przez moment nie spuszcza z tonu, mnożąc przezabawne sytuacje i niespodziewane zbiegi okoliczności - a ja ani przez chwilę nie zwątpiłam, że to wszystko prawda! Nic, tylko pozazdrości fantazji i umiejętności ogarnięcia tego wszystkiego w jedną, fantastyczną całość. W trakcie lektury co chwila wybuchałam śmiechem - i to w najbardziej niestosownych momentach! Czy jest coś śmiesznego w fakcie, że ważąca 5 ton słonica właśnie zmiażdżyła człowieka? Ano właśnie jest!
Dla mnie Jonas Jonasson jest absolutnym odkryciem literackim i naprawdę podpisuję się pod stwierdzeniem z okładki, że jest to "brawurowa powieść, która zachwyciła 1,5 miliona czytelników". Ja właśnie dołączyłam do tej grupy, do czego i Was serdecznie zachęcam :) (Patrz post niżej)
J. Jonasson, Stulatek, który wyskoczył przez okno i zniknął, Świat Książki, 2012, s. 416.
Etykiety:
do śmiechu,
konkurs,
on pisze - europa,
perełki
niedziela, 15 stycznia 2012
Ups! (Tylko dla kobiet, Tylko dla mężczyzn - Magdalena Samozwaniec)
No i stało się: pierwsza książkowa skucha w tym roku zaliczona! A wyłożyłam się na Magdalenie Samozwaniec, "autorce miesiąca", gdyż solennie obiecałam sobie, że w styczniu przeczytam pięć jej książek. I o ile "Tylko dla dziewcząt" czytało mi się jeszcze dobrze, tak w przypadku "Tylko dla kobiet" i "Tylko dla mężczyzn" solidnie się już męczyłam.
Ile można śmiać się z tego, że panie zrobią wszystko dla nowego "lisa" lub pończoch gazowych, że przełkną każdą głupotę, byle ta głupota była komplementem, że ich celem życiowym jest odbić męża koleżance? Panowie zaś wcale nie są lepsi! Na ogół można ich zdradzać, poniewierać i traktować jak nieszkodliwych głupców, byle tylko na stole był obiad i nie oburzać się na ich małe skoki w bok. Kilkadziesiąt tekstów baaardzo do siebie podobnych i w dodatku prawie każdy na ten sam temat, to jednak dla mnie za dużo.
Obie te książeczki to zbiór felietonów, na ogół króciutkich. Wszystkie teksty opisują relacje damsko - męskie, a raczej... to, jakie kobiety są głupie, naiwne i jak łatwo wywieść je w pole. I o ile ten fakt jakoś specjalnie mnie nie oburza, gdyż mam świadomość, że wiele z naszych babskich cech zostało wyolbrzymionych po to, żeby było śmiesznie, to... no właśnie. Ile można?
Ile można śmiać się z tego, że panie zrobią wszystko dla nowego "lisa" lub pończoch gazowych, że przełkną każdą głupotę, byle ta głupota była komplementem, że ich celem życiowym jest odbić męża koleżance? Panowie zaś wcale nie są lepsi! Na ogół można ich zdradzać, poniewierać i traktować jak nieszkodliwych głupców, byle tylko na stole był obiad i nie oburzać się na ich małe skoki w bok. Kilkadziesiąt tekstów baaardzo do siebie podobnych i w dodatku prawie każdy na ten sam temat, to jednak dla mnie za dużo.
Inna kwestia: czas. Wiele sytuacji opisywanych przez autorkę jest już po prostu nieaktualnych. I o ile w małych ilościach mi to nie przeszkadzało, tak zafundowanie sobie dwóch tomów pod rząd stanowczo nie było dobrym pomysłem. Myślę, że zły odbiór tych książek może też wynikać właśnie z tego: za dużo na jeden raz. Dlatego też i polecam, i jednocześnie nie polecam. W małych ilościach są te teksty bowiem strawne jak najbardziej, natomiast przedawkowanie kończy się bólem brzucha.
M. Samozwaniec, Tylko dla mężczyzn, Tylko dla kobiet, GLOB, 1990.
Etykiety:
do śmiechu,
krótka forma,
Magdalena Samozwaniec
wtorek, 3 stycznia 2012
"Lunatycy otaczają mnie" (Wyspa niesłychana - Eduardo Mendoza)
Pierwszy raz zaczynam recenzję książki od zachwytu nad okładką, ale tylko na nią spójrzcie! Jest piękna! Dwie zamaskowane postacie w czerni, a w tle woda, różowa mgła i niebo oraz fragment gondoli. Kicz? Niech będzie, że kicz... ale jaki piękny kicz! A zawartość książki równie interesująca.
Wybitną znawczynią twórczości Mendozy nie jestem, bo przeczytałam dwie książki tego autora i nie zapomnę, jak bardzo uśmiałam się przy pierwszej oraz tego, jak bardzo zaskoczyłam mnie druga. Wyrobiłam sobie bowiem przekonanie, że jest to pisarz "do śmiechu", tymczasem "Trzy żywot świętych" te opinię zburzyły. "Wyspa niesłychana" również raczej "do śmiechu" nie jest, chociaż nieco humorystyczne momenty też się trafiają.
Febregas, poważany i nieco znudzony życiem właściciel firmy w Barcelonie, któregoś dnia, powodowany jakimś bliżej niesprecyzowanym impulsem, porzuca firmę i całe swoje dotychczasowe życie, by przenieść się do Wenecji. Taki też był zamysł autora, o którym opowiada na wstępie: pokazać człowieka wyrzuconego poza swoje środowisko, obcego w danej społeczności.
Febregas błąka się, snuje się po Wenecji niczym mgła nad kanałami, niczym lunatyk. Towarzyszy mu tajemnicza Maria Clara - kobieta, o której prawie nic nie wie, bo ta, zamiast opowiadać mu o sobie, przedstawia dziwne żywoty zapomnianych świętych i oprowadza po dziwnych miejscach, gdzie turyści nie docierają.
Dla mnie jednak główną bohaterką tej książki jest Wenecja: miasto piękne, ale i odrażające zarazem, gdzie ludzie zdolni są do wielkich czynów i na przestrzeni wieków tworzyli wspaniałą sztukę, ale też dopuszczają się obrzydliwych praktyk. Miasto to zdaje się Febregsa hipnotyzować, usypiać, sprawia, że on sam w końcu nie wie, dokąd i po co idzie oraz jak w ogóle się w Wenecji znalazł, a dnie coraz częściej spędza ćwicząc i oglądając bzdurne kasety wideo.
"Wyspa niesłychana" nie jest nową powieścią, w Hiszpanii pierwszy raz wydano ją w 1989 i spotkałam się z opiniami, że to jedna ze słabszych książek Mendozy, z czym absolutnie nie mogę się zgodzić, bo powieść absolutnie "słaba" nie jest. Co prawda, jak pisałam, nie jestem znawczynią, ale z dotychczas przeczytanych powieści, ta podobała mi się najbardziej. Przede wszystkim za klimat: oniryczny, nieco niezdrowy i przygnębiający. Jeśli macie ochotę się w nim zanurzyć - polecam!
E. Mendoza, Wyspa niesłychana, Znak Literanova, 2011, s. 315.
Etykiety:
do śmiechu,
on pisze - europa
poniedziałek, 2 stycznia 2012
Jak znaleźć męża? (M. Samozwaniec - Tylko dla dziewcząt)
Jednym z moich postanowień noworocznych - a w tym roku zabrałam się za ich spisanie niezwykłe skrupulatnie, mam nadzieję, że równie skrupulatnie będę je realizować - jest plan, by czytać w sposób bardziej uporządkowany, zapoznać się w końcu z tymi książkami, które chcę przeczytać od dawna, a które dziwnym trafem nie wpadają mi w ręce, wreszcie: mam kilku takich pisarzy, których nazwiska są mi znane... i nic poza tym. Dlatego też podeszłam do sprawy metodycznie: spisałam sobie owe nazwiska, spisałam sobie tytuły... i zaczynam!
A zaczynam od Magdaleny Samozwaniec, której dwie książki w ubiegłym roku przeczytałam i które bardzo mi się podobały. Kolejny powód jest taki, że Ania zna twórczość satyryczki lepiej niż ja i bardzo mnie denerwuje, gdy powołuje się na nią w rozmowach. Ale do rzeczy :)
"Tylko dla dziewcząt" to zbiór opowiadań/felietonów wydanych w 1966 roku, w których Magdalena Samozwaniec porusza, jak sam tytuł wskazuje, kwestie dla dziewcząt najważniejsze. Czyli? Czyli złapanie męża, oczywiście! Ubawiłam się przy tym fantastycznie, bo chociaż dziewczęciem już, stety - niestety, nie jestem (ba! kiedyś uchodziłabym za starą pannę!), to łapanie męża jeszcze przede mną - chociaż jeden chętny, od lat ten sam, już jest :)
"Ciocia" Samozwaniec radzi: uważaj na teściową! Nie bagatelizuj hipochondrii ukochanego! Sprawdź, czy przypadkiem gruchantowi nie pocą mu się ręce, bo przecież potem będzie cię tą ręką dotykał! I tak dalej. Nie byłaby jedna autorka satyryczką, gdyby nie pokazała, jak same panny do usidlenia kawalera się zabierają. A że przy tym wychodzą na jaw takie ich cechy jak chciwość, zazdrość, małostkowość - tym śmieszniej! Jednocześnie możemy prześledzić, jak do podbojów podchodzono kiedyś, a jak w czasach autorce współczesnych. Jedno jest pewne: o ileż to wszystko byłoby prostsze, gdyby nie "mamusie" i ich odwieczne "za moich czasów...".
Nie da się ukryć, że "Tylko dla dziewcząt" nieco się zestarzało, że zmieniły się realia, a i podejście do małżeństwa współczesnych panien na wydaniu mocno różni się od tego sprzed kilkudziesięciu lat. Nie zmienia faktu to jednak faktu, że książkę, przy lampce wina, dla odprężenia, czyta się świetnie, a przy okazji można sobie poczytać o czasach, w których "randkowały" nasze mamy. Pouczające doświadczenie, bo gdy kilka fragmentów przeczytałam mojej, ta wzruszyła ramionami i zapytała: "No i co cię tak dziwi?".
M. Samozwaniec, Tylko dla dziewcząt, wyd. GLOB, 1990, s. 215.
Etykiety:
być kobietą,
czytadło,
do śmiechu,
literatura polska,
opowiadania
wtorek, 27 grudnia 2011
"Nigdy nie mów swojemu mężowi, że najbrzydsze z waszych dzieci jest podobne do niego" (Z pamiętnika niemłodej już mężatki - Magdalena Samozwaniec)
Magdaleną Samozwaniec zainteresowałam się nieco ponad rok temu, kiedy to na Targach Książki w Krakowie zakochałam się w Rafale Podrazie (no co?). Rafał Podraza jest ciotecznym wnukiem Madzi i to on odnalazł "Z pamiętnika niemłodej już mężatki". Nie jest to powieść, tylko zbiór wspomnień, felietonów, anegdotek i refleksji. Mój egzemplarz książki pochodzi z biblioteki i teraz mam dwa wyjścia: albo kupić sobie swój, albo po prostu nigdy go nie zwrócić. Nie ulega bowiem wątpliwości, że chcę mieć tę książkę na półce.
Madzia Samozwaniec, która utożsamiana jest głównie z tekstami satyrycznymi, miała to szczęście i przyszła na świat jako córka Wojciecha Kossaka - malarza "od koni". To otworzyło jej wiele drzwi, dzięki temu znała właściwie wszystkich krakowskich "wielkich". Jej młodość przypadała na dwudziestolecie międzywojenne, okres, który bardzo lubię, więc książka tym bardziej była dla mnie ciekawa. Samozwaniec wspomina swoje dzieciństwo, wspomina pracownię "tatki", opowiada o Jacku Malczewskim i "Boyu" Żeleńskim. Wiele smakowitych anegdotek dotyczy jej siostry - poetki, Marii Pawlikowskiej - Jasnorzewskiej, której wierszy, młodym dziewczęciem będąc, uczyłam się na pamięć.
Wspomnienia dotyczące domu i beztroskiego życia w Kossakówce, urywają się po wojnie. Ta bowiem zabrała Madzi wszystkich, których kochała: Mamidło, Tatkę, Marię, zwaną Lilką. Dalej autorka snuje opowieść o modzie, o wychowywaniu dzieci, o Paryżu i paryżankach i wielu innych sprawach. Nie brak w tym moralizatorstwa, ale zostaje ono zrównoważone ironią i poczucie humoru, której Samozwaniec nie brakowało.
"Z pamiętnika nie młodej już mężatki" jest również opowieścią o samej autorce: osobie śmiałej, utalentowanej, zrywającej ze schematami i stereotypami, szczerze przywiązanej do swojej rodziny, a przy tym nieco szalonej. Chciałabym mieć taką ciocię, oj chciałabym... No i ogromny plus za fotografie. Właściwie wszystkie osoby i miejsca, o których jest mowa, zostały przedstawione na zdjęciach - ogromny, ogromy plus. Szczególnie długo wpatrywałam się w zdjęcie małej Madzi i Lilki. Nie mam pojęcia, z czego to wynika, ale dzieci urodzone prawie wiek temu wydają mi się... jakieś inne, od tych współczesnych - przynajmniej na zdjęciach.
I w tym miejscu powinnam skończyć, ale nie mogę się powstrzymać od przytoczenia jednej z historyjek, które Magdalena Samozwaniec przytacza. Otóż któregoś dnia w kotce Madzi odezwały się "hormony", Madzia pożyczyła więc od swojej znajomej kota, który, co cóż, na wysokości zadania się stanął. Madzia swoim oburzeniem, korzystając z ogólnie dostępnego na mieście telefonu, podzieliła się z przyjaciółką słowami: - Coś ty mi za samca przysłała? Najadł się, wyspał... i nic!". I skandal gotowy! Chciałabym zobaczyć miny osób, które przysłuchiwały się tej rozmowie :)
M. Samozwaniec, Z pamiętnika niemłodej już mężatki, W.A.B, 2009.
sobota, 12 listopada 2011
Zamieszkaj w Casablance, po sąsiedzku z dżinnami (Dom Kalifa - Tahir Shah)i
"Cudownie zabawna" - tak napisała o "Domu Kalifa" Doris Lessing - i ma rację! Często zdarza mi się spisywać co lepsze/mądrzejsze/zabawniejsze fragmenty powieści - tutaj jednak miałabym problem, co wybrać, zabawnych momentów jest bowiem mnóstwo. Ale od początku.
Tahir Shah pochodzi z angielsko - afgańskiej rodziny, jest podróżnikiem, reżyserem, pisarzem. Kiedy rodzi mu się pierwsze dziecko, osiada w Anglii... i wpada w depresję. Nudzi go mieszczański styl życia, przeszkadza mu angielska pogoda, czuje, że marnuje życie. I wtedy... a co tam! Postanawia wszystko zmienić i przeprowadza się... a co tam! Do Casablanki, do podupadającego Domu Kalifa. I zaczyna się.
Tahir nie zna marokańskiej kultury. Jego przewodnikami zostają trzej dozorcy, których "nabył" wraz z z domem, oraz Kamal, jego asystent, typ mocno niepewny, za to świetnie znający się na wszelkiego rodzaju przekrętach, sztuczkach i półprawdach, bez których w Maroku ani rusz.
Jest prześmiesznie i strasznie jednocześnie. Tahir, aby przywrócić dom do dawnej świetności, zmaga się nie tylko z różnicami kulturowymi, ale i np. dżinnami, bez których zgody nie można nic zrobić, a w których obecność święcie wierzą dozorcy. To, czy jakieś przedsięwzięcie ma szansę na powodzenie, czy też nie, zależy od "baraka", czyli... dobrej energii, jaką dana rzecz lub osoba musi posiadać. Jak wyczuć "baraka"? Ot, tajemnica. To nie wszystko. Tahir zupełnie nie potrafi zrozumieć, że w Maroku nic nie odbywa się w sposób, do jakiego on jest przyzwyczajony. Już same zakupy to dla niego ogromne wyzwanie, gdyż np. owoców nie kupuje się na sztuki. Jeśli ma się ochotę na pomarańczę, to kupuje się ich od razu 20 kilo. Tak samo jest z mięsem. Marzy Ci się pieczony kurczak? Pokaż palcem który, a sprzedawca na miejscu ukręci mu głowę.
Między innymi o takich sprawach traktuje "Dom Kalifa". Autor równie skrupulatnie przedstawia prace, jakie zostały wykonane na jego posiadłości, dzięki czemu czytelnik może sporo dowiedzieć się o marokańskiej sztuce. Jest to również książka o tym, że nie należy bać się zmian, iść za głosem serca i realizować swoje marzenia. Banał? W tej książce absolutnie banałów nie ma! Gorąco polecam jej lekturę! 460 stron przeczytałam w dwa wieczory, z bananem na ustach, zachwycona dialogami, zachwycona Marokiem i Casablanką i, przede wszystkim, zachwycona książką! Polecam!
PS Na zdjęciu autor z rodziną.
T. Shah "Dom Kalifa", Wydawnictwo Literackie, 2011, s. 461.
wtorek, 27 września 2011
O książce pisanej dla pieniążków (Kartki z pamiętnika młodej mężatki - Magdalena Samozwaniec)

Książek Magdaleny Samozwaniec nie czytam za często. Ba! Czytam je rzadko i jest to mój kolejny czytelniczy paradoks, gdyż "szaloną Madzię" uwielbiam, imponuje mi jej poczucie humoru, lubię czytać o jej koligacjach rodzinnych, lubię jej sposób pisania. Dlatego też z ogromną przyjemnością dorwałam się dziś rano do "Kartek z pamiętnika młodej mężatki" i równie dziś rano je skończyłam.
"Kartki z pamiętnika młodej mężatki" to lektura króciutka, poprzedzona przedmową Rafała Podrazy, uzupełniona przezabawnym tekstem "Trudności z doktorem" i zakończona posłowiem Jana Wróbla oraz chronologią wypadków majowych w Warszawie, o których za chwilę.
Wieści gminne niosą, że młodziutka Magdalena Samozwaniec, mimowolny świadek przewrotu majowego, postanowiła wykorzystać sprzyjające okoliczności i zaistnieć na scenie literackiej (a przy okazji zarobić trochę pieniążków). Inna geneza tego dziełka brzmi następująco: Madzi i Lilce owych pieniążków zabrakło i poratował je dobry znajomy rodziny, Marian Sztajnsberg, zlecając napisanie, w ciągu jednej nocy, satyry o tym, co działo się w maju 1926 roku. Oczywiście za pieniądze, których siostrom ciągle brakowało.
Jakby nie było, powstała książeczka przezabawna. Główną bohaterką jest Mimi Bigourdan, Polka, która jakiś czas mieszkała w Paryżu. Młodziutka mężatka trafia do swojej ukochanej Warszawy, nie ma jednak pojęcia, jak wygląda w niej życie i jej spostrzeżenia są mocno... niecodzienne. Mimi sama o sobie mówi, że jest "śliczną blondynką", której ślicznie w różowym i która "jest zapracowana wyglądaniem", a marzy o tym, żeby "móc raz odpocząć choć chwilę od wyglądania w ogóle". Dziewczyna nigdy nie interesowała się polityką, toteż zupełnie nie rozumie, co się dzieje na ulicy. A, tak jak autorka książki, staje się mimowolnym świadkiem przewrotu majowego, którego wypadki ogląda z okien hotelu "Bristol". Zginęły w nich wówczas 379 osoby.
Mimi nie rozumie nic z tego, co dzieje się za oknami hotelu "Bristol". Padają strzały - ale kto strzela, po co strzela i do kogo strzela, tego już Mimi nie wie - i właśnie w tej jej niewiedzy tkwi istota komizmu. Ach, no i może jeszcze w Kaziu - talizmanie, który jednak po tym, co Mimi przeżyła, dziwnie traci na atrakcyjności.
Ważnym uzupełnieniem relacji Mimi, jest posłowie Jana Wróbla, który niewtajemniczonemu w historię czytelnikowi tłumaczy, jak to w maju 1926 roku naprawdę było.
Równie dobrze wypada króciutki tekst "Trudności z doktorem". Mówi on o tym, że przed lekarzem lepiej nie zdradzać, co tkwi w zakamarkach kobiecej duszy, gdyż ten zaraz znajdzie na to odpowiedni paragraf w swojej tyleż mądrej, co uwłaczającej kobiecej wyjątkowości księdze medycznej - komedia!
Polecam czytanie Magdaleny Samozwaniec. Co prawda sama za znawczynię jej twórczości absolutnie się nie uważam, jednak nie rozczarowała mnie żadna z jej dotychczas przeczytanych książek, a podobno najlepsze jeszcze przede mną. Mam nadzieję, że uda mi się to sprawdzić w najbliższym czasie! :)
M. Samozwaniec, Kartki z pamiętnika młodej mężatki, W.A.B., Warszawa 2011, s. 111.
Etykiety:
do śmiechu,
Magdalena Samozwaniec,
na jeden wieczór,
ona pisze - polska,
perełki
poniedziałek, 26 września 2011
Jak (nie) dobrze mieć sąsiada! (Dyskretny urok Fernet Branca - James Paterson - Hamilton)

Od dawna miałam ochotę właśnie tak rozpocząć recenzję i właśnie nadarzyła się okazja. A więc: polecam, polecam, polecam! A co? "Dyskretny urok Fernet Branca"! James Hamilton - Paterson napisała książkę z taką swadą, z takim polotem, że proszę mi wierzyć, iż rzadko się coś takiego w literaturze spotyka!
Czym jest tytułowy Fernet Branca? Alkoholem, a jakże! I tak się jakoś dziwnie składa, że dwoje głównych bohaterów, Gerald i Marta, spotykają się zawsze wtedy, gdy butelka tego zacnego trunku znajduje się w pobliżu. Z tego to też powodu ona ma go za skończonego alkoholika, a on ją postrzega jako wyuzdaną pijaczkę. Ale od początku.
Toskania. Ona i on kupują dwa sąsiadujące ze sobą domy, po to, by oddawać się pracy twórczej. Oboje są artystami, lecz artystami skrajnie różnymi. On, ghostwriter piszący biografie sławnych osób, sfrustrowany esteta z wyrafinowanym gustem. Ona, kompozytorka, fatalnie mówiąca po angielsku, z kompleksem Europy Wschodniej. Oboje wprowadzając się, mieli nadzieję, że sąsiadów nie będzie. Oboje mają o sobie jak najgorsze zdanie... ale przecież wiadomo, że kto się czubi, ten się lubi!
Książkę i filmów o Toskanii czytałam wiele, ale to, co mamy tutaj, zupełnie zrywa ze schematem, jaki znałam. No bo z czym kojarzy się Toskania? Z pięknymi widokami? No owszem, są, ale gdzieś na drugim planie, bohaterowie jakoś specjalnie nie zawracają sobie nimi głowy. Dobre jedzenie? W tym przoduje Gerald, który przygotowuje potrawy... z kociego mięsa, stosuje dziwne proporcje, a na powitanie przynosi Marcie lody czosnkowe (które, nawiasem mówiąc, nie robią na niej wrażenia, gdyż okazują się mdłe!). Marta natomiast raczy swojego sąsiada "szonką" i brejowatą kaszą - a wszystko to dyskretnie podlane Fernet Branca. No i cóż: sąsiedzi początkowo wcale nie pałają do siebie sympatią, chociaż sporo energii wkładają w to, by udawać, że jednak trochę się lubią.
A zakończę tak, jak zaczęłam: polecam, polecam, polecam! "Dyskretny urok Fernet Branca" dostarczył mi świetnej rozrywki na kilka godzin... no i ten styl. I ta Toskania. I Fernet Branca (co to może być?) - ach! :)
J. Hamilton - Paterson, Dyskretny urok Fernet Branca, wyd. Bona, Kraków 2011, s. 316.
Etykiety:
do śmiechu,
książki po których ma się dobre sny
wtorek, 20 września 2011
Rozweselacz doskonały! (Morderstwo niedoskonałe - Agnieszka Krawczyk)

Pracowaliście kiedyś w wydawnictwie? Albo inaczej: chcielibyście pracować w wydawnictwie? Bo ja tak! To znaczy: tak, chciałabym pracować w wydawnictwie, chociażby dlatego, żeby mieć dostęp do nowych książek, pracować z tekstem, czytać pozycje nadesłane przez debiutantów... ach :)
Bohaterowie Agnieszki Krawczyk mają to szczęście. Jednak ich miejsce pracy jest dość nietypowe. Przede wszystkim wyznaje się tam zasadę, że wydawać należy dużo i szybko, z czego wynikają komiczne sytuacje np. książka, która jest gotowa do wydruku, zapisana została w całości jako jedno długie zdanie. Albo też prezes chce wydać "dobrze rokującego autora", którego powieść to kompletna chała. Ale nic to, tu do akcji wkraczają dzieli redaktorzy: Mareczek, Adela, Mizera i Marta.
Autorowi powieść nie wyszła? Poprawi się, a właściwie napisze od nowa, żaden problem! Jest konkurs literacki, w którym można wygrać pieniądze i wycieczkę? Redaktorzy na poczekaniu tworzą team zwany Lady Zgagą i obmyślają fabułę kryminału. Brakuje pomysłów? A czemu by nie przebrać jednego z nich za wielką czerwoną mysz i ustawić pod bankiem? Inspiracja jak się patrzy! Mało tego: autor książki-chały-która-ma-być-bestsellerem zaginął? Pragnie zmienić płeć? Paraduje w damskich ciuszkach? Tym śmieszniej!
"Morderstwo niedoskonałe" to świetna powieść na smutki małe i duże. I baaardzo przypomina mi klimatem książki Joanny Chmielewskiej, to ten sam typ dowcipu! Jeśli lubicie zabawnych, nieco "ciapowatych" bohaterów (Mareczek) - polecam! Jeśli wolicie wiecznie roztargnionych intelektualistów (Mizera) - polecam! A szczególnie polecam Adelę w dziwacznych swetrach, która w roli detektywa - amatora spisuje się świetnie :)
W notce o autorce można przeczytać: Pisze wyłącznie zabawne książki, które mają przynieść czytelnikowi uśmiech i chwilę odpoczynku. Trzymam kciuki za tą misję!
A. Krawczyk, Morderstwo niedoskonałe, SOL, 2011, 285.
Etykiety:
do śmiechu,
kryminał,
ona pisze - polska
wtorek, 2 sierpnia 2011
Najsampierw żywot człowieka... okropnego (Pod dwiema kosami, czyli przedśmiertne zapiski Żywotnego Mariana - Danuta Noszczyńska)

Wielkie brawa należą się pani Noszczyńskiej - pozwolę sobie zacytować Prowincjonalną Nauczycielkę. Cytuję i także przyłączam się do braw. Dawno bowiem nie czytałam książki, która podobała mi się tak bardzo, a jednocześnie główny bohater nie podobał mi się... też bardzo.
Tytułowy Marian Żywotny osiąga sędziwy wiek 77 lat i postanawia spisać wspomnienia. Wszak właśnie znalazł się "pod dwiema kosami" oraz przeszedł poważną operację (spokojnie: Marianowi ma się na życie, nie śmierć!).
Z owych wspomnień jawi się obraz człowieka... strasznego. Marian bowiem uosabia te wszystkie cechy, których nienawidzę: jest absolutnie zawsze przekonany o własnej racji, przy czym charakteryzuje się wyjątkową ciasnotą umysłową. Tradycjonalista to mało powiedziane, Marian "tradycję" doprowadził do absurdu: w jego rodzinie nie rozmawia się przy stole, żona i dzieci nie mają prawa się odezwać także po wstaniu od posiłku. Marian jako głównego argumentu używa skórzanego paska, którym zdarza mu się potraktować także pośladki swojej żony Apolonii - a wszystko "bo tak każe Pismo". Marian jest zawistny, wredny, zazdrosny, wszystko tłumaczy na swoją rację, lubi żyć na pokaz, nie liczy się z potrzebami innych, swoją żonę, niegdyś inteligentną i piękną kobietę, tłamsi tak, że trudno uwierzyć, że to ta sama osoba...
O Marianie źle mogłabym pisać w nieskończoność, nie zmienia to jednak faktu, że książka pani Danucie udała się wyjątkowo. Stworzyła bowiem bohatera charakterystycznego, który długo po odłożeniu powieści nie chce wyjść z pamięci. No i język, który podobał mi się ogromnie i który charakteryzuje "ten typ" tak samo dobrze, jak poczynania Mariana. "Najsampierw", "niepociumana żona", "weszłem", "poszłem", "zaszłem", "rozkraczyła się na pół izby" - boki zrywać!
Autorka na wstępie książki stwierdza, że "takiego Mariana" zna chyba każdy: może to być sąsiad, członek rodziny, ktoś, o kim słyszało się w opowieściach - i ja przyznaję jej rację, tyle tylko, że osoba z mojego otoczenia, która nieco Mariana przypomina, jest kobietą - ale to ten sam typ!
Gorąco polecam i odsyłam do książki - w prawdziwym życiu spotkania z Marianem nie życzę, zaś w literaturze jest ono jak najbardziej wskazane :)
No i plus za okładkę - bardzo miło się na nią patrzy!
D. Noszczyńska, Pod dwiema kosami, czyli przedśmiertne zapiski Żywotnego Mariana, SOL, s. 320.
Etykiety:
do przemyślenia,
do śmiechu,
ona pisze - polska
niedziela, 17 kwietnia 2011
Hania Bania, proszek do prania!

Dziś będzie o książce, która rozłożyła mnie na łopatki... i taka już rozłożona chyba zostanę :) Znacie Hanię Banię? Ja nie znałam, ale poznałam... i się zakochałam (rym niezamierzony).
Hania Bania jest dorastającą grubaską, która ma problem z chłopakami, bo się nią nie interesują. Potem, gdy zaczynają się interesować, też ma problem, bo nie wiem, którego wybrać. Hania Bania ze strachu przed sprawdzianem z matmy idzie na operację wyrostka, w szpitalu chudnie 8 kilo i czuje się piękną i pożądaną kobietą. A potem znowu przybiera rozmiary zdrowego hipopotama. Hania Bania rozpycha mamie wszystkie sweterki w biuście, chciałaby zostać poetką, ot, np. taką Pawlikowską - Jasnorzewską, ale jednocześnie nie dopuszcza do siebie myśli, że powinna mieć jedną nogę krótszą. Hania Bania czyta nieprzyzwoite książki, w okładce "Krzyżaków" i jest interesującą rozmówczynią dla Antoniego Słonimskiego. Wreszcie: Hania Bania, mimo całego swojego oczytania i rozsądku, jest głupia jak każda egzaltowana pannica w jej wieku - i przez to jest zupełnie cudowna :)
"Tornado seksualne" to kolejny tom przygód biuściastej nastolatki i już poluję na te wcześniejsze, bo oczywiście lekturę rozpoczęłam od ostatniego tomu. Hania Bania przypomina mi mnie samą w jej wieku, chociaż moja fizjonomia, dzięki Bogu, nie była aż tak rozbuchana. I nie latałam za chłopakami, bo to oni mieli latać za mną. Inna kwestia, że nie latali, ale to ich strata.
Na okładce zostaje podkreślone, że to opowieść zabawna, jak poprzednie tomy, ale też zawiera wiele trafnych obserwacji o czasach Gomułki. Szczerze? Nie zauważyłam, gdyż Hania przesłoniła mi wszystko i pokochałam ją tak spontanicznie, jak kiedyś, dawno temu, Anię z Zielonego Wzgórza, chociaż to postacie z dwóch różnych bajek. Polecam, polecam, polecam: starszym, młodszym, wszystkim! Ubaw po pachy gwarantowany! :)
PS W środku są świetne kolaże, podobne do tego, który widać na okładce. Dla mnie mistrzostwo świata :)
Hania Bania jest dorastającą grubaską, która ma problem z chłopakami, bo się nią nie interesują. Potem, gdy zaczynają się interesować, też ma problem, bo nie wiem, którego wybrać. Hania Bania ze strachu przed sprawdzianem z matmy idzie na operację wyrostka, w szpitalu chudnie 8 kilo i czuje się piękną i pożądaną kobietą. A potem znowu przybiera rozmiary zdrowego hipopotama. Hania Bania rozpycha mamie wszystkie sweterki w biuście, chciałaby zostać poetką, ot, np. taką Pawlikowską - Jasnorzewską, ale jednocześnie nie dopuszcza do siebie myśli, że powinna mieć jedną nogę krótszą. Hania Bania czyta nieprzyzwoite książki, w okładce "Krzyżaków" i jest interesującą rozmówczynią dla Antoniego Słonimskiego. Wreszcie: Hania Bania, mimo całego swojego oczytania i rozsądku, jest głupia jak każda egzaltowana pannica w jej wieku - i przez to jest zupełnie cudowna :)
"Tornado seksualne" to kolejny tom przygód biuściastej nastolatki i już poluję na te wcześniejsze, bo oczywiście lekturę rozpoczęłam od ostatniego tomu. Hania Bania przypomina mi mnie samą w jej wieku, chociaż moja fizjonomia, dzięki Bogu, nie była aż tak rozbuchana. I nie latałam za chłopakami, bo to oni mieli latać za mną. Inna kwestia, że nie latali, ale to ich strata.
Na okładce zostaje podkreślone, że to opowieść zabawna, jak poprzednie tomy, ale też zawiera wiele trafnych obserwacji o czasach Gomułki. Szczerze? Nie zauważyłam, gdyż Hania przesłoniła mi wszystko i pokochałam ją tak spontanicznie, jak kiedyś, dawno temu, Anię z Zielonego Wzgórza, chociaż to postacie z dwóch różnych bajek. Polecam, polecam, polecam: starszym, młodszym, wszystkim! Ubaw po pachy gwarantowany! :)
PS W środku są świetne kolaże, podobne do tego, który widać na okładce. Dla mnie mistrzostwo świata :)
H. Baukała, Hania Bania Tornado seksualne, MUZA, Warszawa 2010, s. 301.
Etykiety:
być kobietą,
dla młodzieży,
do śmiechu,
ona pisze - polska
poniedziałek, 11 kwietnia 2011
Trzy żywoty absurdalne (Trzy żywoty świętych - Eduardo Mendoza)
Mendoza jest dla mnie autorem -zagadką. Wcześniej czytałam "Brak wiadomości od Gurba" i przypięłam mu (Mendozie) łatkę żartownisia i kpiarza. Potem przeczytałam recenzję "Lekkiej komedii", która nieco mi ten wizerunek zburzyła, a teraz "Trzy żywoty świętych", które nijak się mają do moich wcześniejszych sądów o autorze.
"Trzy żywoty świętych" to trzy opowiadania, których wcale nie czytało mi się lekko, łatwo i przyjemnie, ale czytałam je z wielkim zainteresowaniem. Jak podkreśla autor, powstały one w różnych okresach jego życia, nie mają zbyt wiele cech wspólnych, można jednak dostrzec między nimi pewien związek. Tyle że ja, jeśli już koniecznie miałabym łączyć je tytułem, to brzmiałby on: "Trzy żywoty absurdalne".
Bohaterem "Wieloryba" jest biskup. Na skutek różnych okoliczności traci on swój majestat i stacza się do półświatka. Potem jednak na nowo przywdziewa dostojne szaty i wraca w stan świętości. Tytułowy bohater "Finału Dubslava" jest postacią w równym stopniu dziwną, co nijaką. Swoje pięć minut dostaje na chwilę przed śmiercią, kiedy to wygłasza w imieniu zmarłej matki przemówienie na rozdaniu nagród Nobla. Przemówienie, które oświetlone blaskiem reflektorów, wygłoszone na scenie, stanowi podsumowanie dość marnego i przypadkowego (dosłownie) życia Dubslava. I wreszcie ostatnie, moje ulubione, opowiadanie "Pomyłka". Ulubione z tej racji, że głównym bohaterem jest pisarz, który z wcześniej był przestępcą i trafił do więzienia. Tam zaczyna poznawać literaturę, dochodzi do wniosku, że nie jest ona niczym więcej, jak tylko formą, i nagle staje się sławny. To, że w ogóle zainteresował się słowem pisanym zawdzięcza swojej nauczycielce, której nigdy nie okazał wdzięczności, a która sama zdaje się być lekko zażenowana faktem, że jej uczeń odniósł niespodziewany sukces.
I tylko tyle - albo aż tyle. Bez wątpienia opowiadania te bardzo pozytywnie zaskoczyły mnie nieco ironicznym tonem, jaki z nich przebija. Po lekturze można bowiem zadać sobie pytanie: po co to wszystko, skoro życie ludzkie tak naprawdę jest śmiechu warte? Bohaterowie Mendozy nie mają w sobie wielkości, która na ogół idzie w parze ze świętością. Są zwykłymi ludźmi, którzy błądzą, działają po omacku. Dla mnie w tej książce świetne jest to, że Mendoza kpiąc i na prawo i lewo szastając czarnym humorem, tak naprawdę skłania do refleksji nad ludzką egzystencją. I w którymś momencie, gdy pojawia się pytanie: "A jacy tam oni, bohaterowie, święci?", pojawia się też moment zawahania: "A może jednak?".
Gorąco polecam, bo lektura to niebanalna, a sama dochodzę do wniosku, że Mendozę warto czytać.
"Trzy żywoty świętych" to trzy opowiadania, których wcale nie czytało mi się lekko, łatwo i przyjemnie, ale czytałam je z wielkim zainteresowaniem. Jak podkreśla autor, powstały one w różnych okresach jego życia, nie mają zbyt wiele cech wspólnych, można jednak dostrzec między nimi pewien związek. Tyle że ja, jeśli już koniecznie miałabym łączyć je tytułem, to brzmiałby on: "Trzy żywoty absurdalne".
Bohaterem "Wieloryba" jest biskup. Na skutek różnych okoliczności traci on swój majestat i stacza się do półświatka. Potem jednak na nowo przywdziewa dostojne szaty i wraca w stan świętości. Tytułowy bohater "Finału Dubslava" jest postacią w równym stopniu dziwną, co nijaką. Swoje pięć minut dostaje na chwilę przed śmiercią, kiedy to wygłasza w imieniu zmarłej matki przemówienie na rozdaniu nagród Nobla. Przemówienie, które oświetlone blaskiem reflektorów, wygłoszone na scenie, stanowi podsumowanie dość marnego i przypadkowego (dosłownie) życia Dubslava. I wreszcie ostatnie, moje ulubione, opowiadanie "Pomyłka". Ulubione z tej racji, że głównym bohaterem jest pisarz, który z wcześniej był przestępcą i trafił do więzienia. Tam zaczyna poznawać literaturę, dochodzi do wniosku, że nie jest ona niczym więcej, jak tylko formą, i nagle staje się sławny. To, że w ogóle zainteresował się słowem pisanym zawdzięcza swojej nauczycielce, której nigdy nie okazał wdzięczności, a która sama zdaje się być lekko zażenowana faktem, że jej uczeń odniósł niespodziewany sukces.
I tylko tyle - albo aż tyle. Bez wątpienia opowiadania te bardzo pozytywnie zaskoczyły mnie nieco ironicznym tonem, jaki z nich przebija. Po lekturze można bowiem zadać sobie pytanie: po co to wszystko, skoro życie ludzkie tak naprawdę jest śmiechu warte? Bohaterowie Mendozy nie mają w sobie wielkości, która na ogół idzie w parze ze świętością. Są zwykłymi ludźmi, którzy błądzą, działają po omacku. Dla mnie w tej książce świetne jest to, że Mendoza kpiąc i na prawo i lewo szastając czarnym humorem, tak naprawdę skłania do refleksji nad ludzką egzystencją. I w którymś momencie, gdy pojawia się pytanie: "A jacy tam oni, bohaterowie, święci?", pojawia się też moment zawahania: "A może jednak?".
Gorąco polecam, bo lektura to niebanalna, a sama dochodzę do wniosku, że Mendozę warto czytać.
E. Mendoza, Trzy żywoty świętych, wyd. Znak Literanova, Kraków 2011, s. 180.
Etykiety:
do przemyślenia,
do śmiechu
sobota, 19 lutego 2011
Uśmiałam się jak norka :)*

"Mariola, moje krople" to książka, którą skończyłam czytać już jakiś czas temu... i nie wiedziałam, jak o niej napisać, jest (bowiem) FANTASTYCZNA. I taką też recenzję (FANTASTYCZNĄ) chciałam stworzyć, ale że ostatnio cierpię na znaczny deficyt kreatywności, to po prostu będę w każdym akapicie powtarzać, że powieść JEST FANTASTYCZNA i mam nadzieję, że przyniesie to zamierzony rezultat (mianowicie taki, że po książkę sięgniecie :) )
Rzecz dzieje się w listopadzie 1981 roku, znamienny czas, w prowincjonalnym teatrze. Jeśli jednak ktoś spodziewa się uduchowionej atmosfery, wyrafinowanych rozmów o sztuce - zawiedzie się i to srodze. Mamy za to wiecznie plączącego się w zeznaniach dyrektora Zbytka i jego wyuzdaną, którąś już, żonę Paulinę. Mamy Mariolę, która zajmuje się parzeniem kawy, podawaniem tytułowych kropli i romansowaniem z dyrektorem. Mamy kolejki w sklepach, nielegalne pędzenie bimbru i świnkę Małgosię w teatralnym składziku... Mamy też zawrotną akcję, która sprawia, że książka do łatwych w odbiorze nie należy. Autorka bowiem gmatwa te wątki, które pozorne wydają się proste. Komplikuje życie bohaterom, którzy co chwila znajdują się w jakiś nieprawdopodobnych tarapatach i nie daje czytelnikowi chwili wytchnienia: ledwo kończy się jedna "akcja", a już rozpoczyna się następna...
Celowo nie streszczam fabuły "Marioli", tej bowiem streścić się nie da, ale czyta się ją ("Mariolę") FANTASTYCZNIE. Łatwo jest mnie rozbawić, ale tutaj w rechotaniu i chichotaniu przeszłam samą siebie, na koniec zaś co lepsze rozdziały, przeczytałam sobie raz jeszcze.
Marzy mi się, że zobaczyć "Mariolę" na scenie, na deskach prawdziwego teatru. Miałam moment zachowania i doszłam do wniosku, że tego przedstawić się nie da, że nie wiem, który reżyser podjąłby się "ogarnięcia" tego wszystkiego, natomiast zaraz skarciłam się w duchu. Bo skoro można wystawić np. "Dziady", to i "Mariolę" można (z Kasią Figurę w roli dyrektorowej!).
Ci, którzy regularnie czytają mojego bloga wiedzą, że uwielbiam "Cukiernię pod Amorem" tej autorki. Śmiem jednak twierdzić, że "Mariola" ją przebiła i baaardzo po cichu liczę, że może będzie jakiś ciąg dalszy? Oj, chciałabym, bo to przecież... FANTASTYCZNA książka, którą polecam, polecam, polecam! O tak: polecam! :)
PS Czekałam na książkę, której recenzję będę mogła zatytułować właśnie w ten sposób, gdyż ogromnie mi się podoba, a nie mam zbyt wielu okazji, by go używać :)
M. Gutowska - Adamczyk, Mariola, moje krople, wyd. Świat Książki, Warszawa 2011, s. 303.
Rzecz dzieje się w listopadzie 1981 roku, znamienny czas, w prowincjonalnym teatrze. Jeśli jednak ktoś spodziewa się uduchowionej atmosfery, wyrafinowanych rozmów o sztuce - zawiedzie się i to srodze. Mamy za to wiecznie plączącego się w zeznaniach dyrektora Zbytka i jego wyuzdaną, którąś już, żonę Paulinę. Mamy Mariolę, która zajmuje się parzeniem kawy, podawaniem tytułowych kropli i romansowaniem z dyrektorem. Mamy kolejki w sklepach, nielegalne pędzenie bimbru i świnkę Małgosię w teatralnym składziku... Mamy też zawrotną akcję, która sprawia, że książka do łatwych w odbiorze nie należy. Autorka bowiem gmatwa te wątki, które pozorne wydają się proste. Komplikuje życie bohaterom, którzy co chwila znajdują się w jakiś nieprawdopodobnych tarapatach i nie daje czytelnikowi chwili wytchnienia: ledwo kończy się jedna "akcja", a już rozpoczyna się następna...
Celowo nie streszczam fabuły "Marioli", tej bowiem streścić się nie da, ale czyta się ją ("Mariolę") FANTASTYCZNIE. Łatwo jest mnie rozbawić, ale tutaj w rechotaniu i chichotaniu przeszłam samą siebie, na koniec zaś co lepsze rozdziały, przeczytałam sobie raz jeszcze.
Marzy mi się, że zobaczyć "Mariolę" na scenie, na deskach prawdziwego teatru. Miałam moment zachowania i doszłam do wniosku, że tego przedstawić się nie da, że nie wiem, który reżyser podjąłby się "ogarnięcia" tego wszystkiego, natomiast zaraz skarciłam się w duchu. Bo skoro można wystawić np. "Dziady", to i "Mariolę" można (z Kasią Figurę w roli dyrektorowej!).
Ci, którzy regularnie czytają mojego bloga wiedzą, że uwielbiam "Cukiernię pod Amorem" tej autorki. Śmiem jednak twierdzić, że "Mariola" ją przebiła i baaardzo po cichu liczę, że może będzie jakiś ciąg dalszy? Oj, chciałabym, bo to przecież... FANTASTYCZNA książka, którą polecam, polecam, polecam! O tak: polecam! :)
PS Czekałam na książkę, której recenzję będę mogła zatytułować właśnie w ten sposób, gdyż ogromnie mi się podoba, a nie mam zbyt wielu okazji, by go używać :)
M. Gutowska - Adamczyk, Mariola, moje krople, wyd. Świat Książki, Warszawa 2011, s. 303.
Etykiety:
do śmiechu,
małgorzata gutowska-adamczyk,
ona pisze - polska
niedziela, 30 stycznia 2011
Marcel - kumpel Mikołajka (Marcel Pagnol - Chwała mojego ojca...)

W Marcelu Pagnolu zakochałam się już w trakcie lektury jego pierwszej książki pt. "Żona piekarza". Teraz moje zakochanie przerodziło się w prawdziwą miłość :)
Zanim zabrałam się za czytanie "Chwały", przeczytałam kilka recenzji na blogach. Większość z nich zwraca uwagę na ciepło bijące ze stron tej książki, z czym nie sposób się nie zgodzić. Autor opisuje swoje zabawy w Indian, spacery po parku z ciotką Różą, którą gdy miała dwadzieścia sześć lat uznawał za bardzo starą, wspomina szkołę, gdzie nauczycielka była bardzo ładna (i miała wąsik). I już po tym, co napisałam można wywnioskować, że wspomnienia zebrane w tej przeuroczej książce są nie tylko "ciepłe", ale też przezabawne. Upłakałam się ze śmiechu, czytając o tym, jak mały Marcel zaplanowałam sobie, że ukatrupi kaczora, płakałam ze śmiechu czytając o tym, jak Marcel udawał, że się myje.
Opowieści Marcela Pagnola o "sielskim, anielskim" dzieciństwie bardzo przypominała mi książki o Mikołajku. W obu przypadkach dzieci mają swoje problemy, które dorosłym wydają się niezrozumiałe, ale znów dorośli także zachowują się tak, że można mieć problem z ich zrozumieniem. No i jeszcze te rysunki, które wykonał Jean Jacques Sempé...
Proszę się jednak nie dać zwieść pozorom. Zakończenie tej książki przerywa ten błogostan i sama nie wiem, czy to dobrze, czy źle
Nie wiem też, czy "Chwała mojego ojca..." będzie miała ciąg dalszy, ale wyczytałam, że to dopiero dwie pierwsze części ze wspomnień Marcela Pagnola. I nie ukrywam, że bardzo liczę na jakiś ciąg dalszy - po prostu ciekawa jestem, co będzie dalej :)
Książkę oczywiście gorąco polecam, a dla fanów Mikołajka to lektura obowiązkowa!
M. Pagnol, Chwała mojego ojca, Zamek mojej matki, wyd. Esprit, Kraków 2010, s. 410.
Etykiety:
(auto)biografie,
do śmiechu,
Marcel Pagnol,
on pisze - europa
Subskrybuj:
Posty (Atom)













