Pokazywanie postów oznaczonych etykietą on pisze - ameryka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą on pisze - ameryka. Pokaż wszystkie posty

środa, 23 października 2013

W oczekiwaniu na Salto * (Kąpiąc lwa - Jonathan Carroll)

Tytuł: Kąpiąc Lwa
Autor: Jonathan Carroll
Wydawnictwo: Rebis (dziękuję!)
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 320

Ostatni raz książki Jonathana Carrolla czytałam ładnych kilka lat temu i... przez ten czas zdążyłam zapomnieć, jak bardzo tego autora lubię! I chociaż uważam, że Kraina Chichów nie ma sobie równych, to Kąpiąc lwa jest książką naprawdę godną polecenia. 

Jak to się stało, że w ogóle sięgnęłam po książki Carrolla? Otóż nie był to wybór przypadkowy. Pamiętam, że w liceum przechodziłam ostrą fazę zakochania w realizmie magicznym i ktoś polecił mi właśnie Carrolla jako tego pisarza, u którego realizm magiczny znajdę. Osobiście jednak nie przypisałaby Carrolla do tego nurtu, jednak przenikanie się świata jawy i świata snu, wprowadzenie postaci "z pogranicza", przypisywanie znaczeń pozornie nieznaczącym szczegółom - to jest coś, co u tego pisarza uwielbiam.

Historia przedstawiona w Kąpiąc lwa zaczyna się bardzo niewinnie. Ot, małżeństwo z prawie dziesięcioletnim stażem zaczyna rozważać opcję rozstania. Ona, Vanessa, ma kochanka i uważa się za gwiazdę, gdy tymczasem okazuje się, że większość osób jej nie znosi. On, Dean, wydaje się zupełnie przeciętny. Wyróżnia go może tylko to, że lubi jeździć na sankach. Chwilę później pojawiają się nowi bohaterowi: szefowa Vanessy, współpracownik Deana, starszy człowiek, któremu zmarła żona. Równie ważnymi bohaterami powieści są także mechanicy, czerwona słonica Muba, dziewczynka spacerująca po dachach... Czemu nie, wszak u Carrolla nie takie rzeczy się zdarzały.

Czytając, nie mogłam powstrzymać się od wrażenia, że autor okrutnie sobie ze mną pogrywa. Kreśli obraz jakiegoś bohatera lub wydarzenia, by za moment oznajmić: To nieprawda, nabrałaś się! Przedstawia coś, co bierze się za rzeczywistość, ale okazuje się, że jednak nie, to tylko sen. Co ciekawe, sen, który śni się pięciu osobom w tym samym czasie... 

Zadziwiająca jest fabuła tej książki i z zadziwieniem się ją czyta. Autor zdaje się bawić ludzkimi spekulacjami odnośnie tego, co czeka nas po śmierci i snuje własną wizję, jak to jest. A to przecież takie proste i oczywiste! Pięknie pisze również o tym, w jaki sposób zapamiętujemy własne życie... a raczej jak je zapominamy, przeinaczamy, zakłamujemy.

Kąpiąc lwa nie jest powieścią, którą się "połyka", jej lektura wymaga czasu, uwagi i chyba też nastroju na tego typu tekst. Ja jestem nią szczerze zachwycona i zazdroszczę wszystkim, którzy będą mieli okazję w najbliższym czasie spotkać się z autorem. Po jego autograf stanęłabym nawet w kilometrowej kolejce :)

* kto przeczyta, ten będzie wiedział, co ten tytuł oznacza :)

piątek, 27 września 2013

Wynudziłam się przy Kingu! (Chudszy - Stephen King)

Tytuł Chudszy
Autor: Stephen King
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2003
Liczba stron: 298

Czy Chudszy to dobra książka? Czy może tylko średnia?

W przypadku tej lektury zastanawiam się, jak wiele może zdziałać magia nazwiska jednego z moich ulubionych pisarzy na okładce. I ciekawe,  jakbym na tę powieść spojrzała, gdyby napisał ją ktoś inny, mniej znany. Czy tak samo?

Fabułę Chudszego znałam na długo przed tym, zanim sięgnęłam po lekturę. O książce kilka lat temu w pociągu opowiadała jakaś nieznana mi dziewczyna - a ja wtedy regularnie kursowałam na trasie Poznań - Łódź. Dziewczyna była zachwycona i mówiła z takim entuzjazmem, że postanowiłam, iż "kiedyś" książkę na pewno przeczytam.

To dzięki niej zapamiętałam, że tytuł książki nawiązuje do klątwy rzuconej przez starego Cygana na głównego bohatera. Billy Halleck w pełni na nią zasłużył: śmiertelnie potrącił żonę Cygana, a że był dobrze usytuowanym adwokatem, nie poniósł żadnych konsekwencji. Cygan wymierzył więc sprawiedliwość na własną rękę. Od tej pory Billy, mężczyzna ze sporą nadwagą, niknie w oczach. 

I o ile punkt wyjścia jest dla mnie po prostu genialny, tak w chwili, kiedy mężczyzna zwrócił się o pomoc w zdjęciu klątwy do swojego przyjaciela - gangstera, książka zwyczajnie zaczęła mnie irytować i nudzić. Tym bardziej, że chyba podświadomie trzymałam stronę Cygana, wierząc w (jakby to ująć?) pierwotną sprawiedliwość. Powinna więc mi się spodobać końcówka... ale nie! Końcówka, której oczywiście nie zdradzę, była najsłabsza!

Odkładam więc Chudszego na półkę z uczuciem niedosytu... sporym uczuciem niedosytu. Następna powieść Kinga w kolejce to Cujo. Oby tym razem było lepiej.

czwartek, 10 stycznia 2013

Czym jest "normalność"? (W jednej osobie - John Irving)

Tytuł: W jednej osobie
Autor: John Irving
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka (dziękuję!)
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 515

W jednej osobie - zapamiętajcie ten tytuł, bo to kolejna świetna pozycja, którą otwieram rok 2013!

Wiem, że wiele osób zachwyca się Irvingiem - ja do znawców jego twórczości (jeszcze!) nie należę, ale po dwóch przeczytanych książkach nabieram przeświadczenia, że warto!

Ostania noc w Twisted River, którą czytałam dwa lata temu, podobała mi się bardzo i od tej pory wypatrywałam kolejnej powieści Irvinga. I w końcu jest!

Nie powiem, lektura zajęła mi sporo czasu, nie tylko dlatego, że książka liczy sobie 515 stron. W tę powieść trzeba się po prostu wgryźć, przyzwyczaić do mnogości bohaterów, zapamiętać, kto jest kim, poukładać sobie w głowie wydarzenia chronologiczne, autor bowiem dość swobodnie miesza wydarzenia z życia głównego bohatera i narratora w jednej osobie, Billy'ego Abbotta. 

Czytelnik ma okazję towarzyszyć mu przez siedemdziesiąt lat, chociaż najdokładniej opisana została młodość bohatera, kiedy to kształtowała się jego osobowość i miały miejsca wydarzenia, które naznaczyły go na resztę życia. Billy szybko odkrywa swoją inność, zauważa, że fascynują go zarówno mężczyźni, jak i kobiety. Na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, w małym miasteczku, jest to odkrycie o tyle kłopotliwe, że o ludziach pokroju Billy'ego nie mówi się głośno - co nie oznacza, że samo zjawisko nie istnieje. 

Billy nie ma łatwego życia. Z jednej strony nie ma co liczyć na wsparcie matki, która skrępowana gorsetem drobnomieszczańskich konwenansów, nie dopuszcza do siebie prawdy o orientacji syna. Wiele zamieszania wprowadza ojczym i dziadek. Ten pierwszy reżyseruje spektakle kostiumowe, gdzie płeć odgrywanych postaci bywa ambiwalentna, zaś dziadek z upodobaniem gra kobiece role, wkładając przy tym kobiece ciuszki.

Z drugiej strony Billy jest rozdarty między pociągiem do panny Frost, dużo starszej od niego bibliotekarki, a Kittredgem, "samcem alfa". Dzięki pannie Frost młodzieniec poznaje wiele ważnych książek. To niepozorna bibliotekarka i lektury wskażą mu, że należy walczyć o siebie, chociażby nie podobało się to ludziom takim jak Kittredge. I nie ukrywam, iż jest to jeden z moich ulubionych wątków, bowiem, a co!, wierzę, że literatura może dostarczać nie tylko przyjemności, lecz także kształtować charaktery i postawy. 

Billy Abbott szybko odkrywa także, że samo czytanie książek to za mało. On chce je tworzyć. Niespodziewanie sam dla siebie staje się inspiracją i obiektem godnym opisania. Dzięki temu czytelnik ma szansę obserwować kształtowanie się Abbotta jako autora właśnie, lecz także obserwować rozwój środowiska gejowsko - lesbijskiego, dopiero raczkującego.

Tak, jak to zostało zapowiedziane na okładce, Irving stawia pytania o to, czym jest normalność i czy warto za wszelką ceną do niej dążyć. Penetruje te zakątki ludzkiej duszy, w które nie każdy ma odwagę dotrzeć. I przede wszystkim kreśli cudowny portret człowieka dojrzewającego, poszukującego, stawiającego pytania. 

Trzynasta powieść Irvinga zachwyca: świetnymi bohaterami, świetną fabułą, świetnym pomysłem. I mimo iż do najłatwiejszych nie należy, warto poświęcić jej czas i wysiłek: satysfakcja (ogromna!) z lektury gwarantowana! 




wtorek, 7 sierpnia 2012

Książka jak hollywoodzki film (Dwukrotna śmierć Daniela Hayesa)

Autor: Marcus Sakey
Tytuł: Dwukrotna śmierć Daniela Hayesa
Wydawnictwo: Rebis (dziękuję!)
Rok wydania: 2012
Liczba stron. 410

Za filmami akcji nie przepadam. Nie fascynują mnie pościgi, ucieczki, strzelaniny. Jednak to, co na ekranie wypada kiepsko, w literaturze okazuje się... no własnie: czym? Czytając Dwukrotną śmierć Daniela Hayesa mniej więcej do połowy lektury myślałam, że wychwalę tę książkę pod niebiosa. Jednak w połowie nastąpiło coś takiego, że mój zachwyt gdzieś wyparował. 

A zaczyna się tak: młody mężczyzna budzi się na plaży nagi i zziębnięty... i zupełnie nie pamięta, kim jest. Nie rozpoznaje swoich ubrań, nie ma pojęcia, co w jego samochodzie robi broń. Kiedy przegląda się w lustrze, własna twarz, którą przecież każdy zna najlepiej, wydaje mu się zupełnie obca. Nazwisko "Daniel Hayes", które należy do niego, nic mu nie mówi. Ożywia się natomiast oglądając serial Słodkie dziewczyny, zaś jedna z grających aktorek wydaje mu się dziwnie znajoma. I to przeczucie, że skądś zna Emily Sweet jest jedyną rzeczą, jaka naprowadza go na trop swojego wcześniejszego życia. Kiedy jednak przeszukuje internet dowiaduje się, że odtwórczyni postaci Emily, Laney Thayer, nie żyje. Że prawdopodobnie została zamordowana. Jako pierwszego podejrzanego Daniel typuje siebie... chociaż potem zaczyna mieć coraz więcej wątpliwości. 

Książka Marcusa Sakeya należy do tych powieści, w których ciągle coś się dzieje. Część wydarzeń ma miejsce w świecie realnym, jednak dużo miejsca zajmują też myśli Daniela. A ten ma w głowie prawdziwy chaos! 

Nie ukrywam, że Dwukrotna śmierć... tak porządnie wciągnęła mnie dwa razy: na samym początku oraz pod koniec. Ostatnie pięćdziesiąt stron zaś nie przeczytałam, a pochłonęłam. Chociaż...

Uważam, że w środkowych rozdziałach autor sam sobie strzelił w kolano. Bo jeśli zaczyna się świetnie, plącze wątki, stawia pytania, ma się ambicje napisać coś więcej, niż tylko powieść sensacyjną... to w połowie nie robi się czytelnikowi takiego numeru! Marcus Sakey, w moim odczuciu, trochę za bardzo wczuł się w to, że jedna z jego bohaterek gra w serialu... i sam zastosował motyw rodem wzięty z jakiegoś głupiego tasiemca. I od tego momentu, niestety, powieść nie jest już taka super. 

Dwukrotna śmierć Daniela Hayesa jest powieścią wartą przeczytania, co do tego nie mam wątpliwości. Świetny język, wartka akcja, świetne wstawki w formie scenariusza, które nadają dynamizmu i wprowadzają nowa perspektywę. Zakończenie jest zgrabne, wszystko do siebie pasuje, ja jednak wyobrażałam je sobie trochę inaczej. Z jednej strony czytelnik otrzymuje odpowiedź na wszystkie pytania, jakie zdążył sobie zadać, z drugiej zaś... to zakończenie mogło być lepsze, nie tak ckliwie i "serialowe". 

Wiem, że jest to moja skrajnie subiektywna ocena, ale dla mnie pierwsze rozdziały tej książki mają siłę dynamitu... który stopniowo staje się kolorowymi fajerwerkami. Niby wszystko jest okej, niby przyjemnie się patrzy... ale niedosyt pozostaje. 

środa, 6 czerwca 2012

Jak wychować szczęśliwe dziecko? Odpowiada John Medina!

Tytuł: Jak wychować szczęśliwe dziecko?
Autor: John Medina
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 363.


Książek o tym, jak wychowywać dziecko jest całe mnóstwo. Jednak niewiele jest tak rzetelnych i przekonujących, jak ta napisana przez Johna Medinę. Książka teoretycznie nie jest adresowana do mnie, bo nie mam dzieci, ani też żaden potomek nie rysuje się na horyzoncie. Ostatnio jednak sięgam po tego typu publikacje. Po pierwsze: z racji studiów, po drugie: lubię wiedzieć, na co się przygotować :)

John Medina jest biologiem molekularnym. W swojej pracy badawczej zajmuje się wpływem rozmaitych czynników na rozwój mózgu. Prowadzi wykłady dla rodziców i odpowiada m.in. na pytania w stylu: Co zrobić, by moje nienarodzone dziecko dostało się na Harvard? lub Czy dziecko w brzuchu mamy może nauczyć się francuskiego? 

Głównym założeniem książki Jak wychować szczęśliwe dziecko? jest przedstawiać fakty, fakty i jeszcze raz fakty. Żadnych spekulacji i żadnego "gdybania". Dlatego też zanim autor sformułuje jakąkolwiek opinię czy wyda jakikolwiek sąd, najpierw opowiada o tym, jak rzecz się ma z naukowego punktu widzenia i jakie ma to przełożenie na codzienną praktykę wychowawczą. Należy bowiem dodać, że autor jest ojcem dwóch synów i pewne rzeczy miał okazję osobiście "przerobić". Pisanie z takiej perspektywy, zafascynowanego możliwościami ludzkiego mózgu badacza i ojca, który pragnie jak najlepiej wychować, daje naprawdę świetne wyniki.

Mimo iż w książce nie dało uniknąć się naukowych terminów, to autor przedstawia je w sposób zrozumiały i "ludzki". Do moich ulubionych fragmentów należy zdanie, w którym autor mniej więcej tak charakteryzuje swojego kolegę po fachu: świetny specjalista z uszami elfa, z imponującym dorobkiem naukowym. A już np. pisząc o tym, co ma wpływ na to, jakie stanie się dziecko, gdy dorośnie, Medina używa trafnej metafory ziarenka i gleby. "Ziarenko" to dziecko, które przychodzi na świat z określonym pakietem genów. Troskliwy rodzic może jednak zadbać o to, by ziarenko było silne, by wyrosła z niego mocna i zdrowa roślina. Gleba tymczasem to wychowanie, dom rodzinny, środowisko, w jakim dziecko dorasta. I tutaj wpływ rodzica może być naprawdę duży, chociaż autor ostrzega przed hiperwychowaniem. Jego zdaniem bowiem przestymulowanie jest równie szkodliwe, co zaniedbanie.

A zatem: jak wychować szczęśliwe dziecko? John Medina podaje kilka konkretnych wskazówek, mi jednak do gustu szczególnie przypadła jedna anegdota, która może posłużyć za odpowiedź.

Otóż autor postanowił sprawić swoim synom prezent. Prezent imponujący, bo tor wyścigowy. Prezent leżał zapakowany pod choinką, a autor nie mógł się doczekać, kiedy dzieci wstaną i go otworzą. Gdy w końcu to się stało, maluchy stanęły bezradnie nad torem. Po chwili jednak chłopcy unieśli pudła nad głowy... i zaczęła się zabawa! Pudełko stało się statkiem kosmicznym, w ruch poszły kredki i wyobraźnia. A tor leżał zapomniany...

Dzięki takim przykładom Medina rozprawia się z mitami, które twierdzą, że na rozwój malucha najlepiej wpływają edukacyjne zabawki, muzyka Mozarta i nagrania włoskiego puszczane noworodkowi. Nic z tego. Tak naprawdę wychowując dziecko, rodzic nie potrzebuje żadnych drogich gadżetów. Zwykły karton, dużo empatii, mnóstwo cierpliwości i czas spędzony z dzieckiem wystarczą.

Gorąco polecam!

niedziela, 25 marca 2012

Amerykańska "Zbrodnia i kara" (Mężczyzna z lasu - Scott Spencer)

O tym, że właśnie taki będzie tytuł tej recenzji, wiedziałam właściwie od początku lektury książki Scotta Spencera. Skojarzenie, jakie "Mężczyzna z lasu" budzi z powieścią Dostojewskiego, jest oczywiste. Obie książki opowiadają bowiem o tym, jak zmienia się życie człowieka po dokonaniu zbrodni, jakie myśli mu towarzyszą i jak sobie z nimi radzi. 

Punkt wyjścia powieści jest banalny. Oto Paul przypadkiem napotyka w stanowym parku mężczyznę, który bije psa. Nie katuje, ale próbuje przywołać zwierzę do porządku i wymusić posłuszeństwo. Wiele osób na jego miejscu, w tym mam nadzieję, że ja, zwróciłoby mężczyźnie uwagę, niektórzy pewnie wdaliby się w jakąś kłótnię. Paul jednak idzie o krok dalej: zaczyna bójkę z mężczyzną. Bójkę, która w którymś momencie wymyka się spod kontroli. Jej skutek jest taki, że Paul zabija mężczyznę i ucieka z miejsca zbrodni z psem, który, jak się wydaje, jest jednym świadkiem zdarzenia.

Drugą główną bohaterką utworu jest Kate Ellis - dla mnie postać przedziwna. Była alkoholiczka i ateistka, która odnajduję Jezusa, a potem wydaje książkę o wielce wymownym tytule "Módl się z nami". Książka staje się bestsellerem, a Kate celebrytką, motywującą i inspirującym tysiące ludzi. To właśnie jej, swojej ukochanej kobiecie, Paul powierza tajemnicę. Od tej pory oboje próbują uporać się z tym faktem, zgodnie dochodząc do wniosku, że sekret pozostanie między nimi. Los jednak, jak wiadomo, lubi pisać dziwne scenariusze, więc i w tym przypadku wszystko zaczyna się gmatwać.

Pytania, jakie towarzyszyło mi przez całą lekturę brzmiały: przyzna się, czy nie? Złapią go, a jeśli tak, to w jaki sposób policja wpadnie na jego trop? Wreszcie: co musi się wydarzyć, aby wyrzuty sumienia czy wcześniej wyznawane zasady wzięły górę? Przecież ukrywając zbrodnię, Kate rezygnuje ze wszystkich swoich wartości! Czyżby więc miłość do mężczyzny wzięła górę nad miłością do Jezusa?

"Mężczyzna z lasu" nie ma ciężaru dzieła Fiodora Dostojewskiego, ale książka napisana została w taki sposób, że mając świadomość czynu Paula, z pozoru codzienne wydarzenia i dialogi zaczynają nabierać drugiego dna.  Niby nic się nie dzieje, a atmosfera aż kipi od emocji. Niby nic się na stało, bo przecież nikt nic widział, ale jak dalej żyć z takim obciążeniem?

Zdecydowanie polecam.

S. Spencer, Mężczyzna z lasu, MUZA, 2012, s. 285.

poniedziałek, 13 lutego 2012

Sherlock Holmes ciągle żywy (Sherlockista - G.Moore)

"Sherlockista" jest debiutem powieściowym Graham Moore'a i, przyznaję, debiutem świetnym, w którym prawdziwe wydarzenia z życia autora opowieści o Sherlocku Holmesie przeplatają się z tymi fikcyjnymi. Co mi się od razu rzuciło w oczu i myślę, że się nie mylę, to ogromna fascynacja autora postacią genialnego detektywa, lecz, przede wszystkim, jego twórcą. I to właśnie Arthur Conan Doyle jest jednym z głównych bohaterów tej powieści.

Arthur Conan Doyle oprócz powieści, pisał także dzienniki. Po jego śmierci zaginął jeden jego tom - i właśnie to stało się dla autora punktem wyjścia. Dziennika poszukiwało wielu sherlockistów, natomiast ten, który twierdził, że go odnalazł, został znaleziony martwy w swoim domu. Harold, postać fikcyjna, próbuje nie tylko wyjaśnić okoliczności tej śmierci, lecz także próbuje odnaleźć zaginione zapiski Doyle'a.

Drugą osią powieści stanowią wydarzenia z lat 1893-1901 roku, które przedstawiają pomoc, jakiej udzielił autor Sherlocka Holmesa angielskiej policji. W Londynie dochodzi do tajemniczych zabójstw młodych kobiet. Łączy je to, że znajdowane są nagie, w wannie, a niewiele wcześniej wzięły ślub z tajemniczym, wysokim mężczyzną, o którym jednak nikt nie potrafi powiedzieć nic więcej. Arthur, tak jak Sherlock, wykorzystując umiejętność dedukcji i łączenia faktów, które pozornie nie mają ze sobą związku, wpada na trop mordercy. Po drodze jednak do jego gabinetu zostaje przesłana bomba i musi, w przebraniu, stawić się na spotkaniu sufrażystek, których nie darzy sympatią. W śledztwie towarzyszy mu Bram Stoker, późniejszy autor "Draculi".

To właśnie tych wydarzeń dotyczy zaginiony dziennik, którego, już w 2010 roku poszukuje Harold. Mężczyzna jest młody, jednak posiada ogromną wiedzę na temat życia i dzieł Doyle'a i chociaż wielu przed nim próbowało rozwikłać zagadkę dziennika, to właśnie on dochodzi w swoich poszukiwaniach najdalej.

Powieść "Sherlockista" zachwyca świetnie poprowadzoną fabułą, czytając, odnosiłam wrażenie, że historia Harolda w jakimś stopniu odzwierciedla losy Doyle'a, chociaż jeden szukał mordercy, a drugi dziennika. Ogromnie spodobał mi się nieco dekadencki obraz Londynu przełomu wieków. Czuje się, że coś się zmienia, że "epoka gazowych latarni" ma się ku końcowi, a w dobie elektryczności już nic nie będzie takie samo - stąd też bierze się lekko nostalgiczny wydźwięk tych fragmentów. "Reliktem" XIX wieku zdaje się być również sam twórce Sherlocka: Arthur jest kulturalny, elegancki, kurtuazyjny, a przy tym odważny i prawy (tak, prawy to bardzo dobre słowo).

Najważniejsze jest chyba jednak to, że powieść wciąga od pierwszej do ostatniej strony, czytelnik wraz z bohaterami próbuje rozwikłać zagadkę, ci jednak pozostają o krok przed nim, służą nam za przewodników. Bez wątpienia jest to kryminał wart polecenia: miłośnikom gatunku i nie tylko.

G.Moore. Sherlockista, Prószyński i S-ka, 2011, s. 374.

niedziela, 11 grudnia 2011

"Biorę kurs na dziewicze wody" (Nim zapadnie noc - Michael Cunningham)

Dobre książki to takie, których nie da się opowiedzieć. 
Nie wiem, gdzie przeczytałam to zdanie i nie wiem, czy do końca się z nim zgadzam, ale w przypadku książki "Nim zapadnie noc" na pewno tak. To, że w żaden sposób nie potrafię tej książki streścić, ba!, czuję, że nawet nie do końca potrafię ją scharakteryzować, sprawiło, że z recenzję zwlekałam prawie dwa tygodnie - i nic mądrego nie wymyśliłam. A Cunningham zachwycił mnie kolejny raz.

Kilka lat temu obejrzałam film "Godziny", a zaraz potem przeczytałam powieść. I śmiało mogę stwierdzić, że jest to jedna z "książek mojego życia". Fascynacja była tak silna, że poświęciłam jej i Virginii Woolf znaczną część pracy magisterskiej i nadal zajmuje ona bardzo ważne miejsce na mojej półce. 

Powiedzmy to od razu: "Nim zapadnie noc" jest słabsza od "Godzin", ale nic w tym dziwnego, gdyż "Godziny" to arcydzieło i nie wymagam od autora, by przeskoczył sam siebie. Nie zmienia to jednak faktu, że najnowsza powieść przypomina klimatem "Godziny". Autor drobiazgowo, z pedantyczną dokładnością, opisuje życie Petera - mężczyzny w średnim wieku, właściciela nowojorskiej galerii. Peter jest trochę snobem, wiedzie dość przeciętny żywot wraz z żoną Rebeką, która, mimo iż postronny obserwator może uznać ją za atrakcyjną kobietę, trochę go nudzi. Peter zastanawia się nad swoim życiem, analizuje je, snuje wspomnienia, próbuje dociec, dlaczego pewne sprawy ułożyły się w taki, a nie inny sposób (np. dlaczego nienawidzi go dorosła, jedyna zresztą, córka). Jego egzystencja jest jednak monotonna, przewidywalna. Dopiero dwa wydarzenia przerywają tę rutynę, chociaż trudno stwierdzić, czy sam zainteresowany jest z tego zadowolony, czy też nie.

Pierwszym z tych zdarzeń jest nieoczekiwana wiadomość, że przyjaciółka Petera umiera i na kilka ostatnich miesięcy postanawia całkowicie zerwać ze swoim dawnym życiem. Drugie, ważniejsze, to nieoczekiwane pojawienie się w mieszkaniu Petera Myłka, brata Rebeki. Chłopak fascynuje Petera, wytrąca go z utartych schematów, sprawia, że mężczyzna, nie bacząc na skandal, jest w stanie poświęcić swoje dotychczasowe życie. Nie, do romansu nie dochodzi, ale w głowie bohatera dzieje się prawdziwa rewolucja.

I w zasadzie tyle. "Nim zapadnie noc" to jedna z tych powieści, w których niewiele się dzieje, język jest dość wyważony, jednak z każdej strony aż kipią tajone emocje. Książki nie czyta się łatwo, można pogubić się z zakamarkach umysłu Petera - jednak wysiłek włożony z lekturę procentuje: przez długi czas nie chce wyjść ona z pamięci, a zakończenie nie tylko zaskakuje, lecz daje do myślenia. No i okładka: dawno nie trzymałam w dłoniach czegoś tak ładnego!

M. Cunningham, Nim zapadnie noc, Rebis, 2011, s. 272.

sobota, 29 października 2011

Nocne zwierzęta (Tony i Susan - Austin Wright)

Z dobrymi książkami jest... dziwnie. Najpierw, zachwycony czytelnik - recenzent daje sobie "chwilę" na odsapnięcie, przemyślenie, poukładanie myśli, potem na ta "chwila" przedłuża się do prawie miesiąca... i oto kiedyś zachwycony, a teraz mocno zdezorientowany czytelnik zasiada przed komputerem i nie wie co napisać . Tak mam w tym przypadku.

"Tony i Susan" to powieść, która wbiła mnie w fotel. Poruszyła, zachwyciła, maksymalnie wciągnęła. A gdy skończyłam czytać, zaczęłam kombinować. Czy oby na pewno dobrze ją zrozumiałam? Zaraz, zaraz... jak należy interpretować tę scenę? Hmm, co też autor mógł mieć na myśli? I przekombinowałam. I doszłam do wniosku, że takie pytania nie mają sensu. Że lepiej za jakiś czas przeczytać książkę raz jeszcze i może dojrzy się w niej coś, co przy pierwszej lekturze umknęło. Bo mam wrażenie, że "Tony i Susan" wymaga drugiego podejścia. Kiedy bowiem czyta się pierwszy raz, całkowicie pochłania fabuła. Za drugim razem zaś... no właśnie Za drugim razem można wydobyć to, co mam wrażenie, przy pospiesznej lekturze umyka. 

Tony nie istnieje naprawdę. Jest bohaterem książki, którą napisał Edward, były mąż Susan. Edward prosi kobietę, żeby przeczytała Nocne zwierzęta, które napisał. Susan czyta - i chwilami nie wierzy w to, co czyta. A czytelnik nie wierzy razem z nią.

Głównym bohaterem Nocnych zwierząt jest, jak już wspomniałam, Tony. Tony, wraz z żoną i córką, wybierają się na wakacje. Na drodze dochodzi do przepychanki między dwoma samochodami, Tony jest zmuszony zjechać na pobocze. Pozwala, by dwoje mężczyzn uprowadziło, a następnie zgwałciło i zabiło te dwie najbliższe mu kobiety. Sam nie robi nic, co dla mnie było szokiem. Ale z drugiej strony odniosłam wrażenie, że autor zagrał tu z czytelnikiem: tak przedstawił wydarzenia, że właściwie wychodzi na to, iż nie było dobrego moentu, aby zareagować. Wychodzi na to, że Tony mógł tylko stać i patrzeć na rozgrywającą się tragedię - a przecież to absurd!

Mężczyzny absolutnie nie tłumaczy to, że nie jest typem macho, że jest człowiekiem kulturalnym, brzydzi się przemocą i nigdy wcześniej jej nie stosował. Nie tłumaczy go to też fakt, że nigdy wcześniej nie był w podobnej sytuacji, że jest profesorem, a więc typem intelektualisty a nie mięśniaka i że on był sam, a napastników trzech. Przecież chodziło o jego żonę i córkę! Tony opamiętuję się po fakcie, gdy jest już za późno. Współpracuje z policją, stara się rozpoznać sprawców, na koniec zaś.... no właśnie! Zakończenie tej powieści jest niesamowite i nie zamierzam go zdradzać.

Susan zaś to wszystko czyta, analizuje, a przy okazji rozmyśla o swoim byłym związku z Edwardem, sfrustrowanym pisarzem i, mam wrażenie, takim samym niedojdą jak powieściowy Tony. I nie ukrywam też, że w którymś momencie miałam ochotę huknąć w ucho i ją, i Tony'ego. Za ten marazm, analizowanie wszystkiego, powolność.

Na okładce powieści straszny napis: Zapomniane arcydzieło amerykańskiej literatury. "Straszy", ponieważ ja tych wszystkich "arcydzieł" zawsze mocno się obawiam i do takich haseł podchodzę sceptycznie. Zapewniam jednak, że tu nie ma się czego bać i jeśli którąś z ostatnio czytanych powieści miałabym nazwać arcydziełem, to może właśnie tą? Polecam książkę wymagającemu czytelnikowi, który lubi w powieściach emocje, ale takie, które nie wnikają z szalonej akcji, lecz ze śledzenie mrocznej strony ludzkiej duszy, gdzie bohater zostaje postawiony w sytuacji skrajnie nietypowej i w której zachowuje się zupełnie nie tak, jak byśmy tego oczekiwali. Ale dzięki temu też, przedstawionej historii nie sposób wyrzucić z pamięci.

A. Wright, Tony i Susan, MUZA, Warszawa 2011, s. 381.

sobota, 25 czerwca 2011

Hulaj dusza! (tylko uważaj, żeby nie dowiedziała się żona) - (Każdej niedzieli - Peter Pezzelli)


Nicka Cattaniego zna każdy w małym miasteczku Providence. Inteligentny, zabawny senior rodu Cattanich, którzy każde niedzieli zbierają się na tradycyjnym włoskim obiedzie. To czas zabawy, rozwiązywania problemów, dzień dla najbliższych. Co dzieje się z rodzinną tradycją, gdy Nick umiera?
Czy córki - Maria, Nina i Gina - poradzą sobie bez pomocy ojca?
Jak potoczą się losy Jacka, syna Nicka, któremu ojciec przed śmiercią powierzył trudną tajemnicę?
I - wreszcie - czy rodzina Cattanich przetrwa trudności i uda jej się ocalić bliskość i przyjaźń?

Ci, którzy śledzą wpisy na moim blogu, być może wiedzą, że Peter Pezzelli to jeden z moich ulubionych autorów na odprężenie. Dotychczas czytałam jego trzy książki, wszystkie bardzo mi się podobały, chociaż zdaję sobie sprawę, że nie są to wybitne arcydzieła. Mają jednak w sobie to "coś", dzięki czemu z wytęsknieniem czekam na kolejną pozycję od tego autora. Otwarcie jednak powiem, że "Każdej niedzieli" to powieść, której zupełnie nie skumałam.

Rzadko przytaczam w recenzjach opisy z okładek, tym razem zrobiłam to z premedytacją. Otóż zawartość książki nie ma prawie nic wspólnego z tym, co o niej napisano. Więcej: nawet imię głównego bohatera się nie zgadza. Syn Nicka ma na imię Johnny, nie Jack. Ale to bym jeszcze mogła wybaczyć...

Narratorem powieści jest Nick, czyli senior rodu Cattanich - i to się zgadza. Nick umiera, jednak nadal obserwuje swoich bliskich, komentuje ich decyzje i zachowania - i to już było nieco irytujące, gdyż Nick co chwila popada w moralizatorstwo, na dość niskim poziomie, niestety i zdecydowanie nadużywa zdań w stylu: "Wiecie, co mam na myśli". Ale nic to, zmarłym można wiele wybaczyć.

To, co mi przeszkadzało najbardziej, to "podejście do tematu", już wyjaśniam o co chodzi. Nick uchodził za wspaniałego męża, który całe życie przeżył z jedną kobietą. Otóż nie: zdradzał Teresę, która coś tam wie, ale jednak nie wszystko. Przed śmiercią Nick martwi się o kochankę i prosi syna, aby ją odwiedził i sprawdził, czy wszystko u niej w porządku. Johnny sprawdza i robi to tak skrupulatnie, że od razu zajmuje miejsce ojca. Tak: nawiązuje romans z Vicki, z którą wcześniej sypiał jego ojciec.

I to też bym mogła wybaczyć, no trudno, taki lajf, jak to się mówi. Ale teraz właśnie przejdę do czegoś, co nazywam "podejściem do tematu". Otóż autor przekonuje, że w zdradzie tak naprawdę nie ma nic złego. Można mieć i dziesięć kochanek... byle by żona się o tym nie dowiedziała! Romans, który po śmierci przejmuje syn? Czemu nie, byle się matka nie domyśliła, bo będziesz miał, biedny Johnny, piekło. I to już jest skandal i tego właśnie nie skumałam.

Autor, który co chwila pisze o Bogu, dobrym życiu itd., wydaje powieść z takim przesłaniem? Tak, zgorszyłam się i tak, zdegustowałam się. Ponadto dodam, że ta książka jest właśnie o tym: o manewrach syna, który próbuje ukryć romans, mota się i plącze, przeżywa jakieś tam dylematy. Rozpad rodziny po stracie seniora? Może gdzieś w dalekim tle...w bardzo dalekim.

Pogodna, zabawna i kojąca opowieść o przyjaźni i miłości, która czasem przychodzi w najmniej oczekiwanym momencie - te zdania również można przeczytać na okładce i w świetle tego, co już napisałam, brzmią one nieco dziwacznie i groteskowo.

"Każdej niedzieli" jest więc pierwszą książką Pezzelliego, której polecić nie mogę, natomiast jeśli ktoś ma ochotę, odsyłam do jego wcześniejszych powieści. Sama zaś czekam na "Dom w Italii", mam nadzieję, że zrehabilituje się nią w moich oczach :)

P. Pezzelli, Każdej niedzieli, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011, s. 374.

wtorek, 29 marca 2011

O życiowych zakrętach (Villa Mirabella - Peter Pezzelli)


Peter Pezzelli to autor, którego uwielbiam od pierwszej książki jego autorstwa, jaką udało mi się przeczytać. Pamiętam, że "Kuchnię Franceski" czytałam wylegując się na leżaku i marząc o oliwkach i makaronie. "Lekcje włoskiego" "połknęłam w paskudnej, listopadowej aurze, zaś "Villą Mirabellą" cieszyłam się teraz, gdy dni stają się coraz dłuższe i człowiek ma ochotę zrobić porządek w swoim życiu... zupełnie jak Jason, główny bohater.

Znacie to uczucie, kiedy budzicie się rano i od razu czujecie niejasny niepokój? Zaś gdy sobie uświadomicie, skąd on wynika, robi się jeszcze gorzej: niepokój nie znika, tylko stopniowo przemienia się w ciężar nie pozwalający oddychać pełną piersią, a później przechodzi w panikę. Ja takiego uczucia doznałam kilka razy, zaś pierwszy miał chyba miejsce przed pisemną maturą z historii... ale na szczęście szybko zrzuciłam z siebie ten balast :)

Jason ma problem o wiele większy niż ja z maturą historii, bowiem jednego dnia traci pracę, dziewczynę, być może dziecko, marzenia, przyjaciół, pieniądze. Krótko mówiąc: gorzej być nie może, a jednocześnie chłopak ma świadomość, że sam jest sobie winien. Przed światem chowa się w Rhode Island, gdzie stopniowo zaczyna pomagać w prowadzeniu pensjonatu swojemu tacie i rodzeństwu. I kolejny raz sprawdza się stara prawda, że na duże kłopoty, najlepszym lekarstwem jest dużo roboty.

Jason powoli odzyskuje spokój. Nabiera pewności, że życie jeszcze przed nim, a szczęście leży być może w innym miejscu, niż początkowo go szukał. "Villa Mirabella" to bardzo ciepła, optymistyczna opowieść o wychodzeniu z życiowych zakrętów, pokonywaniu życiowych trudności, najlepiej z rodziną.

Bardzo lubię klimat książek tego autora i nie mogę doczekać się kolejnych, tym bardziej, że wypatrzyłam, że mają pojawić się dwa kolejne tytuły: "Każdej niedzieli" i "Dom w Italii". Już się cieszę na lekturę! Ach, i koniecznie muszę napisać o okładce. Niby nie powinno oceniać się książek na jej podstawie, ale nic nie poradzę, że lubię, kiedy książka po prostu jest ładna - a wszystkie książki tego autora bardzo pięknie prezentują się obok siebie na półce i lubię na nie spoglądać. Ot, taka uwaga.

Czy polecam? Polecam :)

P. Pezzelli, Villa Mirabella, Wydawnictwo Literackie, Warszawa 2011, s. 338.

niedziela, 21 listopada 2010

O mężczyźnie, który uczył się włoskiego (Lekcje włoskiego - Peter Pezzelli)


"Lekcje włoskiego" to druga po "Kuchni Franceski" książka Petera Pezzelliego, jaką mogłam przeczytać. Tym razem jednak do lektury przystąpiłam z bardzo konkretnymi oczekiwaniami: miały być Włochy, miało być włoskie jedzenie, a książka miała być "ciepłą opowieścią". I wszystko to na jej kartach znalazłam, chociaż znów nie jest to dobrze znany typ powieści realizujący schemat: "pojechałam do Rzymu i zakochałam się we włoskim jedzeniu, a potem uwiódł mnie przystojny Włoch".

Po pierwsze, głównym bohaterami tej powieści są mężczyźni: Carter oraz jego nauczyciel włoskiego, Giancarlo. Powieść rozpoczyna się od dość zabawnej rozmowy między dwoma panami. Amerykanin Carter deklaruje, że chce nauczyć się włoskiego, gdyż zafascynowała go włoska kultura (o której tak naprawdę nic nie wie). Na to Giancarlo pyta wprost: "Jak ona ma na imię?".

Otóż "ona" ma na imię Elena, a Carter po kilku minutach rozmowy dochodzi do wniosku, że "ta albo żadna". I wszystko byłoby dobrze, gdyby tajemnicza piękność następnego dnia nie wyjechała do Włoch. Carter postanawia ją odszukać. I, przy okazji, nauczyć się od Giancarlo włoskiego.

Między uczniem a nauczycielem rodzi się coś w rodzaju przyjaźni, która nie jest łatwa, gdyż Giancarlo to samotnik, od trzydziestu lat nie był w swoim rodzinnym kraju, co wiąże się z pewną tajemnicą (a tajemnica ta ma na imię Antonella). Carter wyrusza do Włoch, w poszukiwaniu swojej miłości. Oczywiście zachwyca się pięknem tego kraju, lecz jednocześnie... chyba nie mogę powiedzieć :) Natomiat Giancarlo, który bynajmniej nie miał w planach ruszać się gdziekolwiek z Rhode Island, niespodziewanie odbywa podróż, która zmieni całe jego życie. Na lepsze? Na gorsze? No pewnie, że nie powiem :)

Mnie ta książka wprawiła w świetny nastrój, a przy lekturze chyba z dwieście razy przesłuchałam piosenkę. I bardzo spodobał mi się cytat dotyczący biegania:

- Co sprawia, że wszyscy ci ludzie nabierają ochoty, by gnać dookoła boiska przez cały dzień? - Bo to zdrowe. (...) Dobrze działa na ciało, a jeszcze lepiej na głowę.

Nie wiem, czy rym był zamierzony, ale bardzo ładnie to wyszło :)

P. Pezzelli, Lekcje włoskiego, Wydawnictwo Literackie, Warszawa 2010, s.

czwartek, 5 sierpnia 2010

Run, baby, run!* (Urodzeni biegacze - Christopher McDougall)


Czytałam "Urodzonych biegaczy" i nie wierzyłam. W końcu czytam książkę, która przedstawia fakty, nie fikcję. I okazało się, że jestem człowiekiem małej wiary, gdyż w niektóre akapity, a nawet całe rozdziały, nie byłam w stanie uwierzyć. Ale cóż... jak już ktoś dawno temu mądrze temu powiedział, prawda jest dziwniejsza od fikcji, gdyż fikcja musi być prawdopodobna, a prawda nie.

Słyszeliście kiedyś o plemieniu Tarahumara? Ja przez długi czas też nie, ale nie ma się co dziwić: jego członkowie nie pragną ani rozgłosu, ani kontaktu z cywilizacją. Co ich wyróżnia? Fakt, że prawdopodobnie są najlepszymi biegaczami na świecie. I to było pierwszą rzeczą, w którą ciężko mi było uwierzyć.

Członkowie tego plemienia, bez żadnego przygotowania i treningów potrafią przebiec kilkaset kilometrów, bez zmęczenia i zadyszki. Co więcej: kilka kilometrów przed finiszem przyspieszają. A wszystko to w ekstremalnych warunkach: 3000 km na poziomem morza, w ponad czterdziestostopniowym upale, w górzystym terenie... Niezwykłe!

Dlaczego autor, Christopher McDougall zainteresował się tymi ludźmi i napisał o nich książkę? Otóż w wieku czterdziestu lat, po latach uprawiania sportów ekstremalnych, zaczął biegać. I tutaj spotkała go niemiła niespodzianka: co chwila łapał jakąś kontuzję. O Biegających Ludziach dowiaduje się przypadkiem w Meksyku. Biegają oni boso lub w sandałach własnej konstrukcji i właściwie nie widzą, co oznacza słowo "kontuzja".

Napisanie tej książki stało się dla autora pretekstem, by przedstawić najtrudniejsze maratony świata i najwybitniejszych biegaczy. Jednak zaznaczam: nie mówimy to o sytuacji, jaka czasami przytrafia się każdemu: po wejścia na wagę i załamaniu rąk, wbijamy się w przyciasne dresy i zmuszamy do przebiegnięcia kilku kilometrów, by potem móc założyć ubranie o rozmiar mniejsze. Nie. Z książki wynika, że bieganie może być czymś więcej: oderwaniem się od ziemi, transem, kiedy ciało zaczyna poruszać się samoistnie, właściwie bez udziału i woli biegnącego - i tak, okazuje się, można przebiec setki kilometrów.


To, co jeszcze zwróciło moją uwagę w tej książce to sposób w jaki autor przedstawia bieganie. Dla niego jest to coś, co każdy człowiek ma głęboko zakorzenione. Bieganie to ucieczka przed zagrożeniem i kłopotami. Pokazuje, że np. po 11 września w Stanach ludzie zaczęli masowo biegać: to była ich odpowiedź na zagrożenie. Odpowiedź jak najbardziej pierwotna, być może nawet nieuświadomiona.

Niesamowita lektura, która mi, wiecznie początkującej biegaczce uświadomiła coś oczywistego: w bieganiu nieważne jest to, ile przebiegniesz i ile kalorii spalisz. Ważny jest sam bieg: pierwotny, mający w sobie coś metafizycznego. I mam ochotę spróbować: koniecznie na boso!

* Tytuł jest nawiązaniem do piosenki jednego z moich ulubionych zespołów:


Ch. McDougall, Urodzeni biegacze, wyd. Galaktyka, Łódź 2010, s. 323

wtorek, 13 lipca 2010

Nie oglądaj się za siebie. Nigdy nie jesteś naprawdę sam. (Reguły Moskwy - Daniel Silva)


Źle się dzieje a państwie duńskim - oznajmiłam Ukochanemu niedługo po tym, jak skończyłam czytać "Reguły Moskwy". Bo jest to książka, która w żadnym razie nie miała prawa mi się podobać. Wymieniać w punktach dlaczego?

Po pierwsze: główny bohater jest "asem izraelskiego wywiadu" i planuje udaremnić plany przemytu broni rosyjskiego oligarchy. A ja nigdy nie czytałam o takich bohaterach, z założenia nie oglądam filmów sensacyjnych i w literaturze raczej też nie szukam "sensacji".

Po drugie: rosyjski oligarcha jest, za przeproszeniem, świnią, który zdradza żonę, ma krew niewinnych ludzi na rękach, prowadzi handel bronią na ogromną skalę i przez niego giną ludzie w Afryce. A w dodatku planuje sprzedać wyrzutnie rakietowe Al-Kaidzie, co może doprowadzić do zamachów terrorystycznych potężniejszych niż te 11 września. Takich bohaterów też raczej unikałam.

Po trzecie: Moskwa. Miasto jak z sennego koszmaru, gdzie po ulicach krąży duch Stalina, urzędnicy są skorumpowani, można bezkarnie zabijać i więzić dziennikarzy, a pewnie człowiek nie powinien się czuć nawet we własnym domu. Strach i terror, krew i śmierć.

Wszystko to powinno sprawić, że "Reguły Moskwy" powinnam odłożyć po kilku stronach. Tymczasem, jak już pisałam, źle się dzieje w państwie duńskim i czytałam tę książkę w szaleńczym tempie, byle dowiedzieć się co dalej. Gabriel Allon, główny bohater, zabrał mnie w podróż nie tylko do Moskwy, ale też do świata rosyjskich oligarchów, gdzie ludzie non stop piją szampana i non stop towarzyszy im ochrona - tak jak w przypadku Eleny Charkow, żony głównego "czarnego charakteru" w powieści. Szkoda mi było tej kobiety, która zmieniała kreacje od Diora na kreacje Channel i była więziona w złotej klatce. A najbardziej przerażające jest to, że część rosyjskich kobiet naprawdę tak żyje.

W ogóle ta książka, mimo iż ma cechy sensacyjnego filmu, ciekawie opisuje życie, które dla przeciętnego zjadacza chleba jest niedostępne. Z drugiej jednak strony, nie ma co zazdrościć jachtów i kawioru, gdyż każdy awers ma swój rewers.

A jako ciekawostkę na koniec zadam pytanie: czy wiecie, kogo najbardziej boją się członkowie izraelskiego wywiadu :)? Bo ja wiem :))))

D. Silva, Reguły Moskwy, wyd. MUZA, Warszawa 2010, s. 382.

poniedziałek, 12 lipca 2010

O kobiecie, która nie chciała być starszą panią (Kuchnia Franceski - Peter Pezzelli)


Pozostając w strefie związanej w kuchnią i kulinariami, z wielką przyjemnością rozpoczynam tydzień od recenzji książki "Kuchnia Franceski". A piszę "z przyjemnością", ponieważ to bardzo przyjemna książka :)

Napis na okładce, tuż pod tytułem głosi: "Poczuj atmosferę słonecznej Italii". Od razu pomyślałam sobie, że będzie to książka z popularnego nurtu "zostawiała wszystko i odnalazła sens życia we Włoszech". Otóż nie tym razem.

Główną bohaterką "Kuchni Franceski" jest, jak można się łatwo domyślić, Franceska. Franceska jest kobietą starszą, jej dorosłe dzieci nie mieszkają już z nią, a ona coraz bardziej ubolewa nad tym, że z racji wieku jest mniej aktywna i coraz bardziej wycofuje się z życia. Z drugiej jednak strony Franceska nie jest zramolałą staruszką, o nie! Regularnie jeździ do biblioteki, poszerza swoją wiedzę z zakresu sztuki i uczy się... wietnamskiego. Gdy jednak okazuje się, że to nie wystarcza, decyduje się podjąć pracą w charakterze niani. Zaczyna opiekę nad dwojgiem dzieci, a ta na początku wcale nie przedstawia się pięknie.

I w tym momencie ktoś może zapytać: no dobrze, a gdzie obiecywana "atmosfera słonecznej Italii", skoro akcja rozgrywa się w mroźnej Nowej Anglii? Otóż Franceska ma włoskie korzenie i świetnie opanowała włoską kuchnię. Dzieciaki, którymi się zajmuje, jedzą głównie jedzenie na wynos, gdyż ich zapracowana matka nie ma czasu ani ochoty na gotowanie. Franceska, przygotowując im posiłki, uczy rozmawiać przy wspólnym stole, pokazuje, że jedzenie służy czemuś więcej, niż tylko zaspokojeniu głodu. W ten sposób rodzi się przyjaźń, która zmienia życie co najmniej pięciu osób.

Wielkim zdziwieniem był dla mnie fakt, iż książkę o kuchni, gotowaniu, tworzeniu się więzi, pełną zapachów bazylii i pomidorów, napisał mężczyzna. Przestało mnie to dziwić, gdy trafiłam na taką wypowiedź autora:


Dom jest bardzo szczególnym miejscem, a kuchnia jest sercem każdego domu. To tutaj człowiek kieruje swoje pierwsze kroki po powrocie z pracy lub szkoły. Co może być przyjemniejszego od chwili, gdy przekraczasz próg po ciężkim dniu i czujesz smakowity zapach jedzenia. Na lodówce wiesza się zabawne zdjęcia rodzinne, zostawia krótkie liściki albo przypomnienia, niektórzy wywieszają też rysunki swoich dzieci. W kuchni jest coś ciepłego i magicznego, czemu trudno się oprzeć. Proszę zwrócić uwagę, jak chętnie na domowych przyjęciach goście gromadzą się w kuchni. To zazwyczaj centrum zdarzeń. A co do roli jedzenia w moich powieściach, to zawsze uważałem je za coś, co nas zbliża. Jedzenie jest językiem uniwersalnym. Wspólne przygotowywanie i spożywanie posiłku może być wyrazem głębokiej miłości, sympatii i przyjaźni. Nieważne, jak prosty jest posiłek, najważniejsze, że spotyka się przy nim cała rodzina. Poza tym ja po prostu kocham jeść!


I to mówi facet! Czy muszę dodawać, że zapałałam do niego spontaniczną miłością, podobną do tej, jaką jakiś czas temu obdarzyłam Julię Child :)?

Polecam "Kuchnię Franceski" - może nie do końca za obiecywaną "atmosferę słonecznej Italii", ale ze względu na główną bohaterkę. Franceska to kobieta z charakterem, która odważnie wprowadza w swoim spokojnym życiu zmiany zamiast czekać, aż to przesypie jej się przez palce. A ja właśnie takie odważne kobiety, rzucające wyzwanie otoczeniu, lubię. A jeśli w dodatku potrafią gotować, to już więcej do szczęścia mi nie trzeba :)

I z niecierpliwością czekam na "Lekcje włoskiego" tegoż autora, które wkrótce mają się ukazać!

P. Pezzelli, Kuchania Franceski, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010, s. 378.

czwartek, 8 lipca 2010

To może wydarzyć się naprawdę! (Rick Mofina - Sześć sekund)


Jedno z moich niezbitych przekonań dotyczących czytania, jeszcze do niedawna brzmiało: nie lubię thrillerów, kryminałów i horrorów. A, że jak powiedziała poetka, tyle o siebie wiemy, na ile nas sprawdzono, okazało się, że przez lata tkwiłam w błędzie. Bo lubię ten dreszczyk emocji, lubię, kiedy pozornie niepasujące do siebie watki zaczynają się łączyć, lubię niepewność, czy będzie happy end czy nie i wreszcie lubię po skończonej lekturze zrobić "ufffff".

"Sześć sekund" dostarczyło mi ogromnych emocji. W ogóle emocjonowałam się tą książką już od jakiegoś czasu, a to za sprawą strony, do której adres znajduje się po prawie stronie mojego bloga.

Rick Mofina napisał thriller współczesny i aktualny: mianowicie głównym jego tematem jest terroryzm. Zaczyna się od ataku zamaskowanych żołnierzy, w których Samara, młoda angielska pielęgniarka traci męża i syna. Od tej chwili celem jej życia staje się zemsta.

Kilka miesięcy później Maggie chce odebrać synka ze szkoły, jednak kilka godzin wcześniej zrobił to ojciec chłopca i ślad po nich zaginął.

Mniej więcej w tym samym czasie w górskim potoku ginie zwyczajna amerykańska rodzina z Kalifornii, jednak pewien śledczy nie chce uwierzyć, że to tylko wypadek.

Autor te pozornie niepasujące do siebie wątki wiąże wizytą papieża, na którego planowany jest zamach.

Spociłam się przy tej książce jak mysz. Czytam tego typu lektury od naprawdę niedawna, dlatego nagłe zwroty akcji sprawiają, że co chwila z moich ust wyrywa się "ojej". Tym bardziej, że jak zauważyła już Montgomerry, przestawiona historia w niespokojnym XXI wieku jak najbardziej ma rację bytu i mogłaby się wydarzyć. To, co jeszcze zwróciło moją uwagę, to... miłość. Rick Morfina opisuje z jednej strony ból matki po stracie dziecka i matki, która nie chce pogodzić się z tym, że jej dziecko zginęło. Z drugiej strony jest miłość detektywa do zmarłej żony, która rzutuje na jego życie zawodowe i sposób, w jaki prowadzi śledztwo. Wreszcie mamy mężczyznę, który po powrocie z Iraku rodzinę rozbija... chociaż nie przestaje kochać żony i syna.

Dodam, że do napisania tej historii pisarza natchnęło jego własne doświadczenie, jakie zdobył w pracy dziennikarskiej.

Czy polecam? Oczywiście. Chociaż z drugiej strony uprzedzam: na dworze upały, a mi przy lekturze co chwila robiło się gorąco :)

PS Na stronie książki można zadać pytanie autorowi, jak i poczytać więcej o nim i o książce.

R. Mofina, Sześć sekund, wyd. MIRA, Warszawa 2010, s. 412.

niedziela, 13 czerwca 2010

Życie jak literatura, literatura jak życie ("Ostatnia noc w Twisted River - John Irving)


Długo czytałam "Ostatnią noc w Twisted River" - nie potrafię powiedzieć, z czego to wynikało, gdyż chwalona przez wielu powieść Johna Irvinga podobała mi się i czytałam ją z prawdziwą przyjemnością.

Od razu muszę powiedzieć, iż jest to moje pierwsze spotkanie z tym autorem, dlatego wszystko było dla mnie w niej nowe, pierwsze. Z tego to powodu zainteresowała mnie recenzja Bernadetty Darskiej, która wskazuje na motywy powtarzające się w twórczości autora "Świata według Garpa".

I tak np. nie wiedziałam, iż autor często pisze w swoich powieściach o niedźwiedziach, o kobietach, które posturą przypominają mężczyzn, o śmierci w trakcie stosunku i nieplanowanych morderstwach.

Czytając miałam wrażenie, że jeśli istnieje coś takiego jak "babska literatura", tak książka Irvinga jest powieścią wybitnie męską. Jeśli już opisuje kobiety, to nie grają one pierwszych skrzypiec, lecz stanowią dodatek do życia mężczyzn. A mężczyzn, w moim odczuciu, Irving potrafi portretować bardzo dobrze, ukazując całą złożoność ich psychiki.

Przykład? Ketchum, jeden z bohaterów, którego historia przedstawiona została na przestrzeni pięćdziesięciu lat. Z jednej strony jest hulaką romansującym z żoną najlepszego przyjaciela, z drugiej zaś jest jego Aniołem Stróżem, zawsze gotowym spieszyć z pomocą, nie tylko jemu, ale też rodzinie Dominica. W ogóle bardzo mi się podoba, w jaki sposób Irving opisuje relacje łączące mężczyzn. Z jednej strony gadają oni o kobietach, ojciec i syn fascynują się tą samą osobą, ale jednocześnie łączą ich tak silne więzi, że nic, ani nikt nie jest ich w stanie rozerwać. Irving pokazuje też, jaki wpływ decyzja jednego ma na pozostałych, kiedy zmienia się życie np. Daniela, życie jego ojca i Ketchuma też przestaje być takie jak dotychczas.

Nie ukrywam jednak, iż do moich ulubionych fragmentów tej napisanej z wielkim rozmachem powieści (akcja obejmuje 50 lat, a książka ma 571 stron) należą te o Danielu, od którego niefortunnej pomyłki zaczyna się tułaczka ojca i syna. W wieku 12 lat zabija on żeliwną patelnią kochankę ojca, gdyż bierze ją za... niedźwiedzia. Oboje uciekają z Twisted River, by już nigdy nigdzie nie zagrzać dłużej miejsca. Daniel wszystkie swoje doświadczenia opisuje później w książkach, oczywiście odpowiednio je zmieniając, ale czytając miałam wrażenie, że pisanie ma dla niego moc terapeutyczną, oczyszczającą. A to jest właśnie jedna z tych rzeczy, w które ja głęboko wierzę: że pisanie może być nie tylko sposobem na życie, ale też, przede wszystkim, metodą na radzenie sobie z nim.

Polecam "Ostatnią noc w Twisted River". Wnioskując po recenzji Bernadetty Darskiej, miłośnicy Irvinga odnajdą w tej książce to, co kochają. Natomiast ci, którzy tak jak ja, zaczną poznawać twórczość pisarza od końca, mają szansę tej wiosny na zakochanie się, a już na pewno na silne zauroczenie :)

J. Irving., Ostatnia noc w Twisted River, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2010, s. 507.

niedziela, 28 marca 2010

Woodstock "od kuchni" (Zdobyć Woodstock - Elliot Tiber, Tom Monte)


Miał być weekend tematyczny, ale cóż: nakupowałam styropianowych jajeczek, nakupowałam żółtych kordonków i rozpoczęłam szydełkowe przygotowania do świąt. A że moje umiejętności dziewiarskie są żadne, a tempo dziergania zawrotne - czytanie zeszło na dalszy plan. Na tak daleki, że właśnie kończę czytać pierwszą z trzech zaplanowanych na ten weekend książek. Dlatego dziś, aby przerwać ciszę, jaka od środy zapanowała na blogu, napiszę o książce, którą przeczytałam już jakiś czas temu, a o której jakoś napisać nie było okazji.

"Zdobyć Woodstock" wygrałam w Radiu Zet. I dobrze, bo sama raczej nigdy bym na tę książkę nie trafiła, a na filmie Anga Lee w kinie nie byłam.

Książka opowiada o tym, jak doszło do organizacji największego festiwalu muzycznego - legendarnego Woodstocku w 1969 roku. Nie jest to jednak książka o muzyce i muzykach. Nie jest to nawet książka do końca o miłości i pokoju, nie. To historia młodego mężczyzny, Elliota Tibera, który aby ratować podupadający rodzinny biznes, wpada na pomysł, aby na terenie gdzie stoi motel jego rodziców, zorganizować festiwal. To, że do White Lake zjeżdżają się tysiące osób, zaskakuje wszystkich. Miasteczko i jego mieszkańcy nie są przygotowani na taki najazd młodych ludzi, zablokowane są wszystkie drogi dojazdowe, brakuje jedzenia, a "miasteczko Woodstock" staje się prawdziwym państwem w państwie. A wszystko to dlatego, że jeden młody człowiek chce pomóc rodzicom i wpada na niekonwencjonalny pomysł!

Co ciekawe, w książce tej prawie nie ma muzyki i artystów. Bohater działa na zapleczu wielkiego festiwalu, scena jest gdzieś dalej, nie ma niezapomnianych spotkań np. z Janis Joplin. Paradoksalnie, bohater który przyczynił się do organizacji festiwalu, zdaje się bardziej jego obserwatorem niż uczestnikiem. Dzięki niemu czytelnik ma też okazję poznać przemiany obyczajowe, jakie zachodziły a Ameryce pod koniec lat sześćdziesiątych XX wieku. To czas powstania klubów gejowskich, walk z policją i walką o prawa mniejszości seksualnych. To czas, kiedy swoje niezwykłe zdjęcia tworzy Robert Mapplethorpe, z którym Elliot Tiber ma krótki romans.

Książka bardzo mi się podobała. Teraz, bo pewnie kilka lat temu byłabym zawiedziona. Kilka lat temu jednak zapuszczałam włosy, nosiłam powłóczyste suknie i rzemyki na nadgarstkach oraz byłam na zabój zakochana w Jimie Morrisonie. I wtedy wolałabym, żeby książka opowiadała o jakimś zbzikowanym hippisie, który pali trawkę i gra na gitarze. Teraz jednak takie ujęcie tematu, jakie prezentuje "Zdobyć Woodstock" bardzo mi odpowiada.

A na koniec, bo to jednak skandal, żeby pisać o Woodstocku bez muzyki, jedna z moich ulubionych piosenek "sentymentalnych". Dorotka! Pamiętasz :)?




E. Tiber, T. Monte, Zdobyć Woodstock, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2009, s. 181.


środa, 24 marca 2010

Coż za efektowna...szmira? (Klub Dantego - Matthew Pearl)


Czytałam tę książkę bite trzy tygodnie, namęczyłam się i napociłam nad nią i dochodzę do wniosku, że moje hasło programowe, aby czytać wszystko, jednak się nie sprawdza. Bo czasem, po kilkudziesięciu stronach warto postawić sobie pytanie: po co czytam dalej? Jeśli odpowiedź będzie brzmieć: nie wiem, wtedy należałoby lektury zaprzestać.

Nie wiem dlaczego uparłam się, że "zmorduję" Klub Dantego, skoro najpierw pomylili mi się główni bohaterowie, potem nudziły mnie ich rozmowy, jeszcze później stwierdziłam, że za mało tu "kryminału w kryminale", by prawie na samym końcu dojść do wniosku, że w sumie, to się w trakcie lektury nudzę... A nudziłam się przez bite 505 stron.

"Klub Dantego" zapowiadał się ciekawie: grupa uczonych i poetów prowadzi przekład Dantego, aby wprowadzić go na rynek amerykański. Ktoś jednak próbuje te prace przerwać i popełnia zbrodnie wzorowane na mękach, które w "Piekle" opisuje Dante. Członkowie Klubu próbują rozwikłać zagadkę, która na koniec, po rozpisaniu akacji na kilkaset stron, okazuje się jakaś taka...nijaka.

Dlaczego w tytule użyłam słowa "efektowna"? Bo Boston drugiej połowy XIX wieku opisany został drobiazgowo i naprawdę dobrze. Bo autor naprawdę musiał się do tych opisów przyłożyć. Wreszcie: bo zamysł tej powieści był naprawdę wielki. Dlaczego więc "szmira"? Bo książka jest przegadana, wiele sytuacji absolutnie niczemu nie służy, są, bo są. Wiele wątków autor porzuca w połowie i właściwie nie wiadomo, po co je wprowadzał. Wreszcie: nie jestem znawcą kryminałów. Ale wydaje mi się, że wyjaśnienie wszystkiego w jednym ostatnim rozdziale, "łopatologicznie", żeby czytelnik na pewno wszystko zrozumiał, jest pomysłem chybionym. I jeszcze: aby dojść do tego rozdziału wyjaśniającego, trzeba czytać i czytać i czytać... i to czytanie tak naprawdę niczemu nie służy - ale o tym już pisałam.

Dla mnie katastrofa.

Mam nadzieję, że lektury, które przygotowuję na weekend tematyczny będą milsze :)

M. Pearl, Klub Dantego, Wydawnictwo Literackie, Warszawa 2005, s. 505.

piątek, 29 stycznia 2010

Carrie - Stephen King


Właśnie skończyłam czytać "Carrie" Stephena Kinga. I jedyne, co przychodzi mi na myśl to: "brrrrrr". Książka jest o-kro-pna. Po prostu okropna. I bynajmniej nie oceniam tu umiejętności pisarskich autora, który bez wątpienia jest bardzo dobrym pisarzem, ale warstwę fabularną, która chociaż jest dość prosta, wbija się w pamięć.

Otóż King, na 232 stronach opowiada historię nastolatki, która wyglądała jak typowy kozioł ofiarny, stały cel dowcipów, klasowe pośmiewisko, wiecznie nabierana, oszukiwana i upokarzana - i rzeczywiście taka była. A dowcipy jej rówieśników stają się coraz bardziej okrutne... Do pierwszego incydentu, który nie można uznać za zwykły żart dochodzi w dniu, kiedy dziewczyna na oczach "koleżanek" ze swojej klasy dostaje pierwszą miesiączkę. Tego samego dnia odkrywa w sobie niezwykłą umiejętność: jest telekinetą o olbrzymiej mocy, co oznacza tyle, iż siłą woli potrafi wprawiać w ruch przedmioty. Szansą na przyjęcie do społeczności szkolnej staje się dla niej bal, na który zaprasza ją nie tylko przystojny, ale też wrażliwy chłopak. Niespodziewanie zostają wybrani na królową i króla balu, ale gdy już znaleźli się na scenie, dochodzi do wydarzenia, w wyniku którego Carrie pali nie tylko szkołę, ale i pół miasta.

Tyle fabuły, która naprawdę mną wstrząsnęła. Na osobną uwagę zasługuje tu matka Carrie, która jest fanatyczką religijną i brzydzi się wszystkiego, co ma związek z ciałem (przez szesnaście lat udaje jej się ukrywać przed dziewczyną, że kobiety miesiączkują!) Na córkę nie patrzy inaczej, niż jak na grzesznicę. Krzywdzi ją nie tylko fizycznie, ale i psychicznie; to przez nią Carrie nie jest w stanie normalnie funkcjonować w społeczeństwie. Jednocześnie jest to kolejna powieść po "Titubie, czarownicy z Salem" i "Czarownicach z Salem Falls", w której można przeczytać o tym, jak okrutne potrafią być dorastające dziewczęta - a najbardziej przerażające jest dla mnie to, że to okrucieństwo jest niczym nieuzasadnione, trudno nawet stwierdzić, czy prześladowczynie mają jakąś satysfakcję płynącą z gnębienia ofiary.

Czytając, cały czas miałam w pamięci jedno zdanie, które przeczytałam na blogu zielone-buty: To jedna z tych książek, które czytasz, bo masz nadzieję, że ta okropna historia wreszcie się skończy.

"Carrie" to debiut powieściowy Kinga - zaraz po niej powstało "Miasteczko Salem" - następne w kolejności jest "Lśnienie", za które jakoś boję się zabrać; boję w dosłownym znaczeniu tego słowa: nigdy nie obejrzałam filmu do końca, gdyż po pierwszych dziesięciu minutach chowałam głowę pod koc. Póki co chyba po prostu ją pominę, a wypożyczę sobie "Nocną zmianę", która już nie budzi we mnie takiego przerażenia.

A że właśnie mija tydzień mojego chorowania, położyłam sobie przy poduszce "Podręcznik hipochondryka" i zamierzam zastosować terapię śmiechem - może pomoże ;-)?

A "Piaskowa góra", którą bardzo, ale to bardzo chciałam przeczytać jeszcze miesiąc temu, leży sobie i czeka...

S. King, Carrie, przeł. D. Górska, wyd. Prószyński i S-ka, s. 232.