Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klasyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klasyka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 lipca 2013

Klasyki się nie recenzuje, ale... (Misery - Stephen King)

Tytuł: Misery
Autor: Stephen King
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2009
Liczba stron: 367

Klasyki się nie recenzuje - takie zdanie często słyszałam na studiach i całkowicie się z nim zgadzam. Nie wyobrażam sobie, żeby pisać recenzję np. Lalki (kocham!) czy Potopu (nie przebrnęłam). Podobny problem miałam też z Misery Kinga. Książkę wydano w 1987 roku, na jej podstawie powstał film z fenomenalną Kathy Bates w roli szalonej Annie Wilkes.

Misery jest jedną z tych pozycji, o której sporo wiedziałam, zanim jeszcze po nią sięgnęłam. Ot, ktoś o niej mówił, przeczytałam gdzieś recenzję filmu, rzuciła mi sie w oczy na bibliotecznej półce - podejrzewam, że być może sporo osób też tak z tą książką ma.

I tak naprawdę miałam o niej nie pisać, chociaż być może nie jest to "klasyka" w potocznym rozumieniu tego słowa.

Z drugiej jednak strony... jest to jeden z najlepiej napisanych thrillerów, jakie czytałam. To niesamowite, jaki efekt można uzyskać, ograniczając liczbę bohaterów w zasadzie do dwóch osób,  a miejsce akcji do jednego pokoju. To niesamowite, że przez ponad 350 stron można pisać z perspektywy człowieka unieruchomionego w łóżku, oszołomionego środkami przeciwbólowymi... i ani przez moment nie nudzić! I wreszcie: to niesamowite, że czytając tę książkę, w której tak naprawdę przez większość czasu niewiele się działo, miałam wypieki na twarzy i poszłam przez nią spać dużo później niż zwykle. 

Świetna rzecz, naprawdę polecam! 

wtorek, 9 sierpnia 2011

Nostalgia Rosjanina po utraconej miłości (Maszeńka - V. Nabokov)


Gdybym miała możliwość nadania "Maszeńce" innego tytułu niż "Maszeńka" właśnie, to zatytułowałabym tę powieść pretensjonalnie: "Nostalgia" lub "Tęsknota", gdyż te właśnie uczucia tchną z tej niewielkiej, debiutanckiej powieści Nabokova. Niezwykle udanej powieści, dodam.

Maszeńka - tak miała na imię ukochana głównego bohatera powieści, Ganina. Ganin kochał ją, gdy miał 16 lat, mieszkał w Rosji i całe życie było przed nim. Kilka lat później znajduje się w Berlinie, z Rosji musiał emigrować, trudno powiedzieć, czy jeszcze kiedykolwiek do niej wróci. Ima się różnych prac, miewa przelotne miłostki, planuje wyjechać do Paryża - lecz cały czas brakuje mu impulsu, by popchnąć swoje życie na nowe tory.

Ganin mieszka w pensjonacie zamieszkałym także przez innych Rosjan. Przypadkowo, jeden z nich informuje go, że za kilka dni przyjedzie do niego żona, Maria. Gdy pokazuje Ganinowi zdjęcie, okazuje się, że Maria to Maszeńka. Ganin ma więc okazję spotkać swoją utraconą przeszłość... i oddaje się wspomnieniom. Nagle okazuje się, że nic w jego życiu nie miało aż takiego znaczenia, jak te kilka dni spędzonych z Maszeńką, że żadne pocałunki nie były tak ważne, jak te składane na jej chłodnych obojczykach, a jazda rowerem na jej spotkanie urasta do rangi najważniejszego wydarzenia w jego dotychczasowym życiu.

Piękna książka i przyznaję, że tak zupełnie po babsku się wzruszyłam. Kolejna rzecz: nie wiem, czy to jakaś prawidłowość u Nabokova, ale powoli zaczynam go postrzegać jako mistrza zaskakujących zakończeń. Tym razem również byłam mocno zdziwiona, gdy dotarłam do ostatniej strony, gdyż powieść urwała się jakoś tak... niespodziewanie, acz jest to sensowne.

I tak sobie myślę, chociaż zdaję sobie sprawę, że jeszcze za mało Nabokova przeczytałam, że gdyby ktoś zapytał mnie, od której powieści przygodę z autorem radzę zacząć, to moim zdaniem właśnie od tej, pierwszej, gdyż o ile "Czarodziej" mnie nieco ostudził, tak po lekturze "Maszeńki" mam ochotę sięgnąć po kolejne powieści:"Król, dama, walet", "Obrona Łużyna", "Splendor"...

I jeszcze jedno: nie proszę zwrócić uwagę na okładkę i makijaż damy na niej widniejącej. Czyżby wyobrażenie o "mejkapach" Rosjanek przez prawie dwadzieścia lat nie uległo zmianie :)?

V. Nabokov, Maszeńka, PIW, Warszawa 1993, s. 112.

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

A magii w tym za grosz, o! ("Czarodziej" - Vladimir Nabokov)


To, że Nabokov wielkim pisarzem był, to jedna kwestia. Natomiast to, że "Czarodziej" mnie JEDNAK nie zachwycił, to kwestia numer dwa. Upłynęło kilka dni, odkąd skończyłam czytać "Czarodzieja" i z pewnego dystansu czasowego mam odwagę to przyznać: nie zachwycił.

"Czarodziej" to taka swoista zapowiedź "Lolity". Tu też mamy podstarzałego erotomana gustującego w małych dziewczynkach, który poślubia schorowaną wdowę, aby być bliżej jej mocno nieletniej córki. Owszem: doceniam kunszt, z jakim Nabokov przedstawia Kordelię, doceniam zdolność do ujęcia szczegółów. Doceniam sposób, w jaki autor przestawia chore uczucie lęgnące się w głowie głównego bohatera. Ostatnia scena, w której pedofil, leżąc nad półnagim dzieckiem, spłoszony jego krzykiem, uświadamia sobie, jak wielką krzywdę chciał wyrządzić, także robi wrażenie i na długo zapada w pamięć. Doceniam także to, że opowieść ta, mimo tematyki, jest jednak dość subtelna i w którymś momencie, co już zupełnie mi się nie podoba, zaczęłam nawet współczuć bohaterowi.

Mimo to jednak... "Czarodziej" nie zachwycił. Zadałam sobie bowiem proste pytanie: jakbym oceniła tę książkę, gdyby na okładce nie widniało nazwisko "Nabokov". Ano właśnie. Powiedziałabym, że jest to mimo wszystko opowiadanie ciekawe, lecz stanowiące zaledwie preludium do czegoś większego. Powiedziałabym również, że od tej ostatniej, zapadającej w pamięć sceny, jednak mnie odrzuca za każdym razem, gdy widzę starego satyra nad niewinną dziewczynką...

Cóż, czytam właśnie "Maszeńkę" i ta podoba mi się o wiele bardziej. Widocznie z "tą" tematyką poruszaną przez Nabokova nadal mi mocno nie po drodze i zwyczajnie nie potrafię się do niej przekonać.

V. Nabokov, Czarodziej, MUZA, Warszawa 2006, s. 111.

środa, 3 sierpnia 2011

"Oko", czyli pośmiertna wizja świata ("Oko" - Vladimir Nabokov)


O tym, że mam ochotę czytać Nabokova kilka razy już pisałam, pisałam również, że "Lolity", mimo szczerych chęci, skończyć mi się nie udało - a podejść było kilka. Nie mogę i już, chociaż rezygnować też nie mam zamiaru i jeszcze nie do końca wiem, jak rozwiązać ten problem :) W każdym razie będąc w ostatnim czasie w bibliotece, wypożyczyłam sobie m.in "Oko" oraz "Czarodzieja" tegoż autora. I dodam jeszcze, że przy wyborze wyjątkowo kierowałam się objętością, gdyż - o tym też już wspominałam - dojazd do pracy zajmuje mi półtorej godziny w jedną stronę, więc poszukuję głównie cienkich książek do torebki. Ale do rzeczy, czyli do "Oka".

Krótka, lecz dziwna to powieść. Główny bohater doznaje czegoś, co można nazwać rozdwojeniem osobowości i chyba nie zdradzę wielkiej tajemnicy jeśli powiem, że jest jednocześnie narratorem i bohaterem tej powieści, lecz jako narrator patrzy na siebie z boku. I z pewnym wstydem przyznaję, że zupełnie mi to w trakcie lektury umknęło. Owszem, coś było nie tak, ale co, wyjaśniło mi dopiero świetne posłowie Leszka Engelkinga. No cóż, po prostu chciałam "Oko" przeczytać za szybko i taki jest tego skutek.

Moją uwagę skupiła jednak zupełnie inna rzecz, mianowicie sposób, w jaki autor przedstawia życie po śmierci. Nabokov stawia w "Oku" tezę, że po śmierci nasze myśli jeszcze przez jakiś czas, niejako siłą rozpędu, nadal biegną, projektując dalsze życie. Inna kwestia, że bohater tej książki tak naprawdę nie umiera po nieudanej próbie samobójczej, lecz wydaje mu się, że tak właśnie się stało. A to, że żyje, oddycha, może rozmawiać, to tylko projekcja, coś nierealnego. Lub inaczej: to wizja świata szaleńca, który nie zdaje sobie sprawy z tego, że jest szalony.

Nabokova nie trzeba nikogo polecać, ale czytać bez wątpienia go warto, gdyż jednego odmówić mu nie można: oryginalności.

A póki co, zmykam czytać "Czarodzieja", który opisywany jest jako "pra-Lolita". Może chociaż tyle mi się uda :)?

V. Nabokov, Oko, MUZA, posłowie L. Engelking, Warszawa 2005, s. 96.

wtorek, 21 czerwca 2011

"Nuda" jest super! :) ("Nuda" - Alberto Moravia


Na "Nudę" narobiłam sobie ochoty kilka miesięcy temu, po przeczytania recenzji na którymś z blogów (chyba jednak powinnam sobie notować rzeczy w stylu: co, gdzie i kiedy, bo na swoją dobrą pamięć nie mam co liczyć). Potem przeczytałam pięćdziesiąt innych książek, by w końcu zapoznać się z tą (podobno) najbardziej znaną powieścią Alberta Moravii. I cieszę się, że w końcu po nią sięgnęłam, gdyż naprawdę dawno nie czytałam niczego w podobnym klimacie.

Główny bohater "Nudy", 35-letni Dino, cierpi na dolegliwość, którą nazywa nudą. Sam tłumaczy ją jako stan, w którym nie czuje się łączności między sobą a otaczającą rzeczywistość. Stawiam diagnozę, że pewnie przestałby się "nudzić", gdyby zabrał się za jakąkolwiek pracę - ale Dino nie musi. Jest on bowiem obrzydliwie bogaty i uważa to za jedno z największych przekleństw w swoim życiu. Co więcej: Dino jest niespełnionym malarzem, a jak wiadomo, artyści (niespełnieni), w dodatku przed czterdziestką, mają skłonność do stwarzania sobie nieco wydumanych problemów.

W życiu Dina wszystko przywraca się do góry nogami, gdy poznaje siedemnastoletnią Cecilię, która wcześniej romansowała z 65-letnim malarzem... Poznaje, czym jest zazdrość, nie może pozbyć się obsesyjnych myśli o dziewczynie, która wydaje się osobą autystyczną i nieco, no cóż, przygłupią (proszę poczytać jej wypowiedzi i dopiero wtedy powiedzieć mi, że przesadzam!)

Cała książka Moravii to przemyślenie zblazowanego dekadenta, który nigdy nie musiał troszczyć się o pieniądze, ani też zdaje się, że nigdy zbytnio nie martwił się o relacje z innymi ludźmi. Mimo iż wypytuje Cecilię o różne rzeczy, tak naprawdę chyba nie do końca go one interesują. Tym, co go interesuje jest seks, sprowadzony do fizycznego aktu, nie mający nic wspólnego z miłością.

Całość, zapewniam, czyta się świetnie i robi ona ogromne wrażenie. Tym bardziej, że "Nuda" powstała w roku 1960, sprawdziłam, a więc już po "Wielkim Gatsbym", ale jeszcze na długo przed utworami takich pisarzy jak np. Houellebecq. Autor opisuje tu w gruncie rzeczy typowego przedstawiciela zamożnej warstwy "cywilizacji Zachodu", przedstawiając Dina, charakteryzuje całą społeczność, tym samym wystawiając im niezbyt pochlebny obraz.

Zachęcam, tym bardziej, że książka jest świetnie wydana i kilkadziesiąt lat od jej ukazania się we Włoszech, nie była w Polsce dostępna. A poza tym, to zdziwienie, kiedy na pytanie "Co czytasz?", można odpowiedzieć, że "Nudę" - bezcenne! :)

A za mój egzemplarz serdecznie dziękuję księgarni prus24.pl

A Moravia, Nuda, W.A.B., Warszawa 2010, s. 288.

niedziela, 10 kwietnia 2011

Zielonooki potwór (Sonata Kreutzerowska - Lew Tołstoj)

Przed napisaniem recenzji "Sonaty Kreutzerowskiej" zrobiłam sobie krzywdę. Taką mianowicie, że zamiast usiąść i napisać to, co mam do napisania, naczytałam się recenzji i opinii o tej książce i teraz sama już nie wiem, co jest myślą moją własną, a co myślą nabytą przez ostatnią godzinę.

Początkowo chciałam napisać, że "Sonata" jest książką... głupią (przepraszam za słowo, wszak o Tołstoju tak nie wypada), ale jednocześnie wywód autora jest tak logiczny, że w którymś momencie zaczęłam się wkręcać w jego myślenie i nie sposób mu było nie przyznać racji. 

O czym jest "Sonata"?  To pociągowa opowieść mordercy, który z zazdrości zabił własną żonę. Swoje dzieje przedstawia zupełnie obcemu człowiekowi. Zanim jednak dochodzi do sedna, opisuje swoje poglądy na małżeństwo, naturę kobiet i mężczyzn, na miłość i pożądanie. Pozdnyszew nie wierzy w czyste uczucie. Uważa, że w każdym związku chodzi tak naprawdę o jedno, czyli o seks. Przy czym "winne" są tak samo kobiety, jak i mężczyźni. Miłość jako taka nie istnieje. To nie "to coś" decyduje o tym, że ludzie się zakochują, ale np. odpowiednio dobrana sukienka i podkreślona talia. Małżeństwo zaś jest czymś obrzydliwym, gdyż ludzie, którzy po jakimś czasie zaczynają się nienawidzić, są ze sobą po to, żeby kopulować. 

"Sonata" to przerażające studium psychiki ludzkiej, psychiki szaleńca. Bo i jak inaczej można nazwać człowieka, który zabija żonę i matkę swoich dzieci tylko dlatego, że jest chory z zazdrości i wmówił sobie, że partnerka go zdradza? No właśnie: zdradziła czy nie? Trudno powiedzieć, ale mam wrażenie, że cała ta zdrada miała miejsce wyłącznie w głowie głównego bohatera.

Naczytałam się trochę o Tołstoju i narzuca się jedna myśl: pisze on o sobie i wie, co pisze. A skoro wie, to pewnie faktycznie tak jest. Z drugiej jednak strony nie wierzę, żeby mój Piotr zakochał się we mnie tylko dlatego, że dżinsy, które miałam na sobie w czasie naszego pierwszego spotkania, opinały mnie tu i ówdzie. Dlatego też książki zdecydowanie nie polecam zakochanym i romantykom, chociaż przyznaję, że do niedzielnej kawy czytało mi się wyśmienicie i pochłonęłam ją w godzinę, chociaż ciśnienie mi podniosła. A poza tym cieszę się, że w końcu udało mi się przeczytać coś z klasyki. Agnieszko, dziękuję! :)

L. Tołstoj, Sonata Kreutzerowska, Znak, Kraków 2010, s. 138.