środa, 20 marca 2013

Powoli osiągniesz wszystko! (Nawyk wytrwałości - Anna Kuraszyńska)


Tytuł: Nawyk wytrwałości. Jak go wykształcić metodą małych kroków
Autor: Anna Kuraszyńska
Wydawnictwo: Sensus
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 108


Lektura książki Anny Kuraszyńskiej zajęła mi nie więcej, niż półtorej godziny, ale bez wątpienia jest to jedna z tych pozycji, do których będę wracać. 


Od dłuższego czasu inspiruje mnie działanie w duchu kaizen, które, mówiąc w dużym skrócie, postuluje o systematyczność i stawianie małych kroków na drodze do wielkiego celu. Chodzi po prostu o to, żeby cały czas iść do przodu i nie zatrzymywać się ani na moment. I chociaż słowo "kaizen" u Anny Kuraszyńskiej nie pada ani razu, to pozycja ta jest właśnie o tym. 


Autorka przekonuje, że aby osiągnąć coś, co często wydaje się niemożliwe do osiągnięcia, wcale nie trzeba zaciskać zębów z wysiłku, odmawiać sobie wszystkiego czy też skupiać całej uwagi na tym jednym celu. Ba! Twierdzi, że takie nastawienie to prosta droga do porażki i rozczarowania!


Jak zatem powinniśmy wyznaczać sobie cele? Przede wszystkim: rozsądnie je zaplanować w czasie. Cudów nie ma. Nic nie stanie się z dnia na dzień, zdobycie szczytów wymaga czasu.


A zatem. 


Weź ołówek i kartkę papieru. 

Dokładnie opisz to, co chcesz osiągnąć. 
Wyznacz pierwszy, malutki krok.
Taki, który na pewno uda ci się wykonać.
Jeśli to możliwe, wykonuj go systematycznie przez dany okres czasu.
Wyznacz kolejne zadanie, równie łatwe. 
A potem jeszcze jedno. I następne, nieco trudniejsze. 
Postępuj tak do chwili, aż osiągniesz to, co chcesz.

UWAGA! Cała zabawa polega na tym, żeby nie wyznaczać sobie nierealistycznych terminów. Niech proces zmiany trwa pół roku czy rok - ale doprowadzając go do końca, pękniesz z dumy!

Książka ta jest więc dla "wiecznie początkujących", którzy teraz dostają do ręki skuteczne narzędzie, by doprowadzić zamierzania do końca.

Autorka skupia się na czterech życiowych sytuacjach, kiedy strategia ta może być skuteczna: wyjście z nałogu, zdobycie idealnego ciała, znalezienie wymarzonej pracy oraz budowanie szczęśliwych związków.


Dodam, że Nawyk wytrwałości napisany jest bardzo prostym językiem, tekst opatrzono mnóstwem inspirujących cytatów i, co ogromnie mi się podoba, nie jest to pozycja teoretyczna. To książka, którą należy przeczytać, a potem przepracować na sobie niektóre rzeczy - tylko wtedy lektura będzie miała większy sens.


Polecam! Bo jest to rzecz niewielka... dzięki której dojść można do rzeczy ogromnych :)


Książkę można kupić w księgarni Gandlaf:


sobota, 16 marca 2013

Tajemnica długowieczności (Sekret drzewa oliwnego - Courtney Miller Santo)

Tytuł: Sekret drzewa oliwnego
Autor: Courtney Miller Santo
Wydawnictwo: Wielka Litera (dziękuję!)
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 363

Uwielbiam książki, które mają ciekawy/zaskakujący/niebanalny punkt wyjścia - i Sekret drzewa oliwnego właśnie taki jest. Bo oto na rajskiej farmie, w otoczeniu drzewek oliwnych, mieszka pięć kobiet: Anna, Bets, Callie, Deb i Erin. Nie są to jednak kobiety przypadkowe. Anna jest matką Bets, Bets to matka Callie, Callie urodziła Deb, a Deb Erin.

Nieźle, co :)?

Cała opowieść zaczyna się, dosłownie i w przenośni, od Anny, która ma 112 lat i ambicję, żeby zostać najstarszą żyjącą osobą na ziemi. Annie daleko do schorowanej staruszki: mimo imponującego wieku, zachowała sprawność fizyczną i umysłową. Od lat dogląda drzewek oliwnych i sprawuje zaszczytną funkcję głowy rodziny. Chociaż inne kobiety z rodu Keller bynajmniej nie dają się zepchnąć na margines życia rodzinnego. Każda z nich jest jakaś, każda ma swoje marzenia, tajemnice.

A tych tajemnic w książce Courtney Miller Santo jest całe mnóstwo. Kilka z nich wychodzi na jaw przez przypadek. Na farmę przybywa bowiem doktor Hashmi, który prowadzi badania nad długowiecznością, mieszkanki Hill House zaś wydają się idealnym przedmiotem badań. Doktor Hashmi przygląda się ich DNA w poszukiwaniu tego czegoś, co odpowiada za ich długowieczność. Przypadkiem jednak znajduje coś jeszcze... o czym kobiety z rodu Kellerów nie do końca chciałyby wiedzieć.

Nie dajcie się zmylić okładce i tytułowi! To nie jest sielska opowieść o tym, że szczęśliwym można być tylko wśród drzewek oliwnych, a oliwki to sekret długowieczności! Na farmie rozgrywają się prawdziwe małe dramaty: Deb wychodzi z więzienia i na nowo musi poukładać sobie relacje z córką, w czym pozostałe kobiety nie do końca jej pomagają. Callie zakochuje się w doktorze Hashmi, wymieniają czułe maile... jednak czy miłość między kobietą, którą całe życie spędziła na farmie, a mężczyzną, który całkowicie oddaje sie pracy naukowej w ogóle ma sens?

Nie było opcji, żeby ta książka mi się nie spodobała. Uwielbiam sagi, historie rodzinne i tajemnice. Uwielbiam książki, które pokazują miejsca z klimatem, ale w nieprzesłodzony sposób. No i bardzo lubię czytać opowieści o relacjach matka - córa, a tutaj dodatkowo mamy jeszcze babcię... i prababcię :)

Polecam! Na miłe, przedwiosenne popołudnie jak znalazł :)

środa, 13 marca 2013

Mroczna strona... każdego (Najmroczniejsza ciemność - Carin Gerhardsen)

Tytuł: Najmroczniejsza ciemność
Autor: Carin Gerhardsen
Wydawnictwo: Rebis (dziękuję!)
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 390

I pomyśleć, że jeszcze dwa, trzy lata temu prawie w ogóle nie czytałam kryminałów. Uważałam je za schematyczne, irytujące, głupie i nudne. A wszystko to na podstawie... sama nie wiem czego, bo jak można sobie wyrobić zdanie na temat czegoś, co omija się szerokim łukiem?

Za to teraz... ach! :) Nie ma to jak wyłączać się na kilka godzin, z dobrze napisanym kryminałem w dłoni :)

Carin Gerhardsen miałam okazję poznać już wcześniej, jako autorkę świetnego Domku z piernika - KLIK, oczekiwania wobec Najmroczniejszej ciemności miałam więc dość wysokie. Co mogę powiedzieć po lekturze? Autorka trzyma  bardzo dobry poziom, chociaż, mimo wszystko, pierwsza część cyklu o komisarzu Sonnym Sjobergu podobała mi się ciut bardziej - zaznaczam "ciut".

Akcja Najmroczniejszej ciemności bowiem także została świetnie pomyślana. Ekipa posterunku z Hammarby pracuje równolegle nad dwiema sprawami. Jedna z nich dotyczy nastolatki zamordowanej na promie płynącym ze Szwecji do Finlandii. Ofiarą jest Jennifer, dziewczyna z patologicznej rodziny. Czytelnik poznaje ją na kilkadziesiąt godzin przed śmiercią i wydaje mu się, że wie, kto dokonał mordu.

Druga sprawa jest o wiele bardziej tajemnicza: policjantka znajduje porzucone w krzakach niemowlę, a kawałek dalej zwłoki jego matki. Działania koncentrują się wokół ustalenia tożsamości ofiary, w tym samym czasie jednak pewna rezolutna trzylatka budzi się sama w pustym mieszkaniu... i nie bardzo wie, co powinna robić. 

Już za pierwszym razem, w przypadku Domku z piernika, przede wszystkim doceniłam to, że Carin Gerhardsen w swoich kryminałach pokazuje więcej, niż tylko działania policji. Jej bohaterowie są "jacyś", a sytuacje i dylematy, w jakich zostają postawieni, do najłatwiejszych nie należą. 

Tutaj jest podobnie. Uwagę przykuwa Elise, czternastoletnia siostra zamordowanej Jennifer, która nagle zostaje zupełnie sama i zdaje się tak samo nieporadna, jak trzyletnia Hanna, którą pozostawiano bez opieki. 

Równie ciekawą postacią jest Jocke, chłopak ofiary. Na pierwszy rzut oka wydaje się pewnym siebie mężczyzną, jednak kiedy zajrzeć pod maskę "macho", za którą się skrywa... 

Zaskakuje także prowadzący śledztwo komisarz Conny, do tej pory przykładny mąż i ojciec piątki dzieci. Pozornie niby nic się nie zmienia... skąd jednak w jego snach nagle pojawia się rudowłosa kobieta, od której nijak nie może się uwolnić, także na jawie?

W przypadku tej książki tytuł bardzo adekwatnie oddaje jej treść - może on bowiem dotyczyć zarówno zbrodni, z jakimi mamy do czynienia, jak i ludzkiej natury. Wychodzi bowiem na to, że każdy coś ukrywa, każdy ma swoje "demony", swoją ciemną stronę.

Tak jak po lekturze Domku z piernika, tak i teraz z niecierpliwością będę wypatrywać ciągu dalszego. Autorka bowiem nie doprowadziła do końca wielu wątków, zostawiając sobie otwartą furtkę na interesujący ciąg dalszy.

A ja z przyjemnością mogę jej książki polecić: naprawdę wciągająca lektura!

piątek, 8 marca 2013

Uwielbiam! (Mieć siedem lat - Alexander McCall Smith)

Tytuł: Mieć siedem lat
Autor: Alexander McCall Smith
Wydawnictwo: MUZA (dziękuję!)
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 295

Pytań o ulubioną książkę nie lubię, podobnie jak ciężko jest mi wskazać jednego ulubionego pisarza. Jednak z określeniem na które tytuły wyczekuję - tu już nie mam problemu. W 2010 roku pisałam recenzję 44 Scotland Street, pierwszego tomu serii Alexandra McCall Smith. I od tej pory nic się nie zmieniło: uwielbiam czytać o mieszkańcach Edynburga, uwielbiam styl autora, pełen anegdot i zaskakujących wydarzeń, po lekturze kolejnych części z niecierpliwością czekam na jeszcze.

Wkręciłam się w tą serię, naprawdę się wkręciłam. Poszczególne rozdziały książki na początku ukazywały się w gazecie, jako powieść w odcinkach. Ja odnoszę wrażenie, że wraz z powstawaniem kolejnych części, autora nabrał wiatru w żagle. Mogę się mylić, ale mam wrażenie, że pozytywne komentarze czytelników (a sam przyznaje, że często się z takim pozytywnym odzewem spotyka) dały mu pewność siebie, zachęciły do pracy nad bohaterami... i przez to każdy kolejny tom jest coraz lepszy. Naprawdę: lektura kolejnych części sprawia mi coraz większą frajdę i coraz bardziej przywiązuję się do bohaterów.

Moim faworytem nieustannie jest sześcioletni Bertie i nadal twierdzę, że chciałabym kiedyś takiego synka :) W tym tomie o chłopcu możemy poczytać całkiem sporo, podobnie jak o jego wkurzającej matce Irene - Panie Autorze: ta postać to mistrzostwo świata!

Dużo miejsca poświęcone zostaje Matthew i jego żonie, którzy to spodziewają się dziecka i kupują dom. Nie zabrakło też mojego ulubionego psa Cyrila ze złotym zębem, jego ekscentrycznego właściciela Angusa i Dominiki - postaci, którą coraz bardziej lubię.

Mieć siedem lat to szósty tom serii, ja jednak niezmiennie polecam całość. Alexander McCall Smith pisze książki lekkie, ale nie głupie, ze świetnymi bohaterami, którym przydarzają się zaskakujące, acz codzienne rzeczy. A po lekturze pozostaje to, mimo wszystko, przyjemne uczucie niedosytu i oczekiwanie na jeszcze. I mam nadzieję, że to "jeszcze" nastąpi - bo niestety nie znalazłam zapowiedzi kolejnego tomu na okładce :(

wtorek, 5 marca 2013

Rozwiązanie konkursu z księgarnią Gandalf! :)

Przepraszam! Rozwiązanie konkursu miało być wczoraj, będzie dzisiaj - mam nadzieję, że wybaczycie :)

W roli maszyny losującej, tradycyjnie, moja mama, która zadecydowała:

Bon o wartości 40 zł do wykorzystania w księgarni Gandalf wędruje do osoby, która podpisała się jako MaJa, która zostawiała komentarz jako osiemnasta ("18 - bo tyle stopni pokazał dzisiaj nasz termometr w najbardziej nasłonecznionym miejscu") i Sophie, której komentarz był dwudziesty pierwszy - "bo 21 marca zaczyna się wiosna".

Dziewczyny: gratuluję i poproszę o kontakt mailowy (slowoczytane@gmail.com), żebym mogła skontaktować Was z osobami z księgarni.

Czekam do piątku! Proszę również o kontakt zwyciężczynie z pierwszej odsłony konkursu - bony czekają! :)


poniedziałek, 4 marca 2013

Depresja komisarza (Z pustymi rękami - Valerio Varesi)

Tytuł: Z pustymi rękami
Autor: Valerio Varesi
Wydawnictwo: Rebis (dziękuję!)
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 262

Podobały mi się Pokoje do wynajęcia Valerio Varesi, Z Pustymi rękami zaś to godna kontynuacja - być może nawet lepsza od pierwszego tomu.

Akcja, podobnie jak wcześniej, rozgrywa się w Parmie. I o ile w Pokojach do wynajęcia była do Parma zasnuta mgłą, tak tutaj przedstawione zostało miasto o nagrzanych murach, lepkie od potu, dogorywające w upale. A piszę o tym już na początku, gdyż niewiele jest powieści, w których opisywana przestrzeń jest pełnoprawnym bohaterem utworu, a nie tylko tłem dla przedstawianych wydarzeń. Powieść tę wypadałoby czytać z mapą miasta na kolanach, co chwila bowiem pada nazwa ulicy, placu, budynku, przywołane zostają szczegóły z topografii miasta. Miasta, które komisarz Soneri w równym stopniu kocha, co i nienawidzi. 

Z jaką sprawą tym razem przychodzi zmierzyć się komisarzowi, gdy na początku wiadomo niewiele?

- Właśnie zbyt wiele - poprawił go Soneri. - Nie wiem, od którego miejsca zacząć. Co to było? Zwykła kradzież, która się skończyła nieoczekiwanymi komplikacjami, męska prostytutka, konflikt między praczami brudnych pieniędzy, sprawa długów czy rozwścieczone rodzeństwo?

Komisarz, swoim zwyczajem, nie lubi siedzieć za biurkiem. W pracy częściej niż z dowodów znalezionych na miejscu zbrodni, korzysta z rozmów z osobami nawet luźno związanymi ze sprawą, którą prowadzi. Ta aktualna zaś jest wyjątkowo paskudna, okazuje się bowiem, że przestępcami nie są ludzie z półświatka, lecz osoby, które na co dzień noszą garnitury i zajmują wysokie stanowiska. A wobec nich Soneri jest bezsilny. 

Tym razem więc zamknięciu sprawy nie towarzyszy ulga, że  udało się wyjaśnić wszystkie zagadki i ukarać tych, którzy na to zasłużyli. Soneri jest głęboko rozczarowany, rzekłabym nawet, że przechodzi coś w rodzaju kryzysu wartości, jego praca bowiem nagle traci sens. Komisarz ma poczucie misji: fakt, tapla się we wszystkich niegodziwościach, jakie spotykają Parmę, bezpośrednio dotyka zła, jednak zawsze była nadzieja, że dzięki rzetelnie poprowadzonemu śledztwu, zwycięstwo przechyli się na stronę dobra. Tym razem jest inaczej... i to rozczarowanie komisarza naprawdę udziela się czytelnikowi.

Wiadomo, że książka ta musiała mi się spodobać. Oprócz świetnie poprowadzonej intrygi kryminalnej, jest tu cały szereg rzeczy, które przykuły moją uwagę: wspomniana już duszna Parma, motyw skradzionego akordeonu (kto mógł połasić się na akordeon starego człowieka?!), romans z Angelą. Najciekawsza jednak tym razem wydała mi się postać głównego bohatera, który nieco przypomina mi Don Kichota walczącego z wiatrakami. Jednak odpowiedzi na to, czy ta walka ma sens czy nie proponuję poszukać samodzielnie, bo do tego właśnie zdaje się zachęcać autor. 

piątek, 1 marca 2013

Nowy konkurs z Gandalfem + rozwiązanie poprzedniego :)

Dziś obiecany drugi konkurs, w którym do wygrania kolejne dwa bony do wykorzystania w księgarni Gandalf, o wartości 40 i 30 zł.

Zadanie prościutkie:

Proszę o wskazanie jednej książki z oferty księgarni, którą mielibyście ochotę przeczytać w weekend - chętnie się zainspiruję nowymi tytułami :)

Na propozycje czekam do końca niedzieli, w komentarzach, zwycięzców podam w poniedziałek.

Powodzenia! :)



Szybko i bez zbędnych ceregieli ogłaszam również, że bon o wartości 50 zł do wykorzystania w księgarni Gandalf wygrała Oladios (komentarz nr 17), a bon o wartości 30 zł wędruje do Izfy (komentarz nr 24).

Gratuluję! :)

Bardzo proszę o kontakt mailowy, tak, abym mogła skontaktować Was z osobą z księgarni Gandalf (slowoczytane@gmail.com)

Zwycięzców wyłoniłam za pomocą strony random.org

czwartek, 28 lutego 2013

Wypchnąłbyś? (Zgubieni - Charlotte Rogan)

Tytuł: Zgubieni
Autor: Charlotte Rogan
Wydawnictwo: Znak Literanova
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 300

Ze Zgubionymi było tak:

Kiedy przeczytałam króciutką recenzję Marty Mizuro opublikowaną w Zwierciadle, wiedziałam, że muszę tę książkę mieć. Już, teraz, natychmiast! Książkę zamówiłam obwąchałam, ustawiłam na półce... i tak sobie na niej stała przez prawie pół roku. Przedwczoraj sięgnęłam po nią od niechcenia... i kilka nieprzespanych godzin później byłam już po lekturze.

Charlotte Rogan postawiała swoich bohaterów w sytuacji ekstremalnej. Oto po zatonięciu ogromnego statku, części osób udaje się dostać do szalup ratunkowych. W szalupie nr 14 jest ich ewidentnie zbyt dużo, jest przeciążona, co zmniejsza szanse na ocalenie. I tu zaczynają się dylematy, a niewinnie brzmiące "odciążyć łódź", nabiera zupełnie nowego znaczenia.

Główną bohaterką jest dwudziestodwuletnia Grace Winter. Przebieg wydarzeń poznajemy ze spisanych przez nią wspomnień, które to tworzy na potrzeby procesu, jaki się przeciwko niej toczy. I właśnie dlatego chwilami trudno uwierzyć w jej prawdomówność. Bo chociaż dziennik nie został włączony do akt sprawy, to jednak wiadomo: jest to forma obrony. Stąd Grace często pisze: "nie wiem", "nie pamiętam dokładnie", "spałam wtedy".

Z drugiej strony książka właśnie przez to jest tak fascynująca. Nie wiem, co Grace przemilcza, nie wiem, które fakty próbuje ukryć... lecz wydaje mi się to jak najbardziej ludzkie. Nie każdy bowiem jest kapłanem, które decyduje się wyskoczyć za burtę, by ocalić swoje owieczki.

Charlotte Rogan wykorzystuje pozornie prostą historię o katastrofie statku, aby zbadać naszą, aż nazbyt ludzką, zdolność do samooszukiwania się - tak o książce pisze J.M. Coetzee. 

Wiem, że to slogan, ale Zgubieni naprawdę skłaniają do refleksji. Nie dowiemy się, co tak naprawdę wydarzyło się na szalupie, ale też sama zaczęłam kombinować. A co, gdyby ja się tam znalazła? Patrzyłabym biernie na to, co robią inni, bardziej zdecydowani, poparłabym ich, zaprotestowała? A potem? Jakbym się broniła i czy broniłabym się w ogóle? Przekręcałabym fakty, czy może mówiła wyłącznie prawdę? Zresztą: co jest prawdą w tym przypadku? Nie wiem, ale po lekturze nie mogłam się od tych pytań uwolnić. 

I właśnie za to daję tej książce ogromnego plusa. Nie można jej ot tak przeczytać, miło spędzić czas, napisać recenzję, zapomnieć. Fakt, nie jest to arcydzieło na miarę Zbrodni i kary, ale bez wątpienia stawia pytania, na które trudno odpowiedzieć. A że sama historia jest niesztampowa i wciąga od początku do końca - tym milej jest mi tę książkę zarekomendować :)

poniedziałek, 25 lutego 2013

Gandalf rozdaje bony na zakupy! - czyli konkurs urodzinowy :)

Księgarnia Gandalf - znacie, lubicie? Mnie już chyba do końca życia będzie kojarzyła się z ogromnym Gandalfem przechadzającym się na krakowskich Targach Książki dwa lata temu. 

 A piszę o tym, ponieważ Gandalf obchodzi dziewiąte urodziny i z tej okazji rozdaje bony na zakupy - nie tylko książkowe.

Ja mam przyjemność rozdać cztery: dziś dwa i dwa w piątek.

Co zrobić, aby wygrać? 

Bardzo proszę o złożenie życzeń w komentarzu szanownemu Jubilatowi... czyli Czarodziejowi Gandalfowi :)
Albo po prostu o wyrażenie chęci otrzymania bonu... chociaż wiadomo: życzenia milej widziane :)

W piątek wylosuję dwie osoby: do jednej powędruje bon o wartości 50 zł, do drugiej o wartości 30 zł. Na życzenia czekamy (ja i Gandalf!) do czwartku, do północy.

Powodzenia! :)


Po kliknięciu w baner, zostaniecie przeniesieni na stronę księgarni - z okazji urodzin można znaleźć całkiem przyjemne rabaciki :)

niedziela, 17 lutego 2013

Powieść pozytywistyczna (W cudzym domu - Hanna Cygler)

Tytuł: W cudzym domu
Autor: Hanna Cygler
Wydawnictwo: Rebis - dziękuję!
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 356

W cudzym domu skończyłam czytać dosłownie przed chwilą, więc będzie to relacja na gorąco :)

Pierwsze wrażenia? Powieść pozytywistyczna! Całe mnóstwo podobnych czytałam na trzecim roku polonistyki, kiedy to na tapecie był właśnie pozytywizm. O tak! Dobrze pamiętam panny o dumnych podbródkach i hultajów, którzy dybali na ich honor, a także guwernantki, dworki na wsi, bokobrody, dyliżansy i wywózki na Sybir. Oczywiście wszystkie te elementy W cudzym domu znalazłam. 

Hanna Cygler opowiada historię Luizy Sokołowskiej, Polki, która dorasta we Francji. Dość szybko jednak ją opuszcza, nie godzi się bowiem na poślubienie człowieka, którego wybrała dla niej matka (o tym wątku jeszcze napiszę). Luiza myśli, że w Polsce będzie czekał na nią ojciec, jednak na miejscu okazuje się, że ten zmarł, a dziadek, delikatnie mówiąc, nie jest zachwycony wizytą wnuczki. Luiza dostaje pracę guwernantki na dworku na wsi... a dalej już wiadomo: niesforna podopieczna, wielkie uczucie, spisek, zdrada, zsyłka na Sybir, nieślubne dziecko, zły Rosjanin i dobrzy Polacy - jak to w powieści pozytywistycznej bywa.

Drodzy Czytelnicy, niech Was nie zmyli mój lekko kpiący ton. Mimo tego, że nieco rozbawił mnie ten misz-masz wątków jakby żywcem przeniesiony z powieści Orzeszkowej (które swojego czasu przeczytałam co do jednej!), W cudzym domu czyta się naprawdę dobrze, autorka połączyła je w zgrabną całość i wyszła całkiem przyjemna lektura.

Co się Hannie Cygler nie udało, to postać pierwszoplanowa, wspomniana już Luiza, która jest zwyczajnie nudna. Dużo natomiast dzieje się na drugim planie. Bardzo podobała mi się sylwetka ukochanego Luizy, Joachima, który, a jakże!, bardzo przypominał mi mojego ukochanego Wokulskiego. Świetny jest radca Szuszkin, który "nienawidzi wszystkiego, co polskie", jednak jest on postacią wyrazistą i złożoną. Zdecydowanie to on najbardziej przypadł mi do gustu, chociaż przez długi czas pełni rolę czarnego charakteru. Bardzo miło też czyta się o Rozalii, "niesfornej podopiecznej" Luizy, emancypantce, która ma inne priorytety, niż dobre wyjście za mąż. Rozalia to kolejny mocny punkt tej powieści... chociaż skojarzenie z Madzią z "Emancypantek" jest znów nieuniknione. Na koniec muszę wspomnieć o mamie Luizy i narzeczonym, którego wybrała dla córki - jest to tak niedorzeczny wątek, że nie sposób traktować go inaczej, niż żart ze strony autorki. Takich mocno naciąganych sytuacji jest więcej, ale te taktownie przemilczę.

Plusy? Powieść "się czyta"! Kolejne miejsca, kolejni bohaterowie, nagłe zwroty akcji, spore emocje - to wystarczyło, aby (tfu, tfu, tfu - nie chcę zapeszyć) przełamać impas czytelniczy, jaki towarzyszy mi od dłuższego czasu. Jeśli ktoś poprosi mnie o polecenie lekkiej lektury, którą miło czyta się przed zaśnięciem, to z pewnością wskażę na tę powieść. No i polecam wszystkim, którzy lubią dziewiętnastowieczne klimaty :)

poniedziałek, 4 lutego 2013

Co pięć Natalii... to nie jedna! (Drugi przekręt Natalii - Olga Rudnicka)


Tytuł: Drugi przekręt Natalii
Autor: Olga Rudnicka
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka (dziękuję!)
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 496 (mało!)

Drugi przekręt Natalii - wow! :)

Dawno, dawno temu czytałam pierwszy tom o siostrach Sucharskich, książka była świetna, ale kontynuacji się nie spodziewałam. A tu proszę! Jaka miła niespodzianka! 

Autorka pisze tak: (...) nie powinno Was dziwić, że nie mogłam rozstać się z Nataliami i druga część napisała się sama. Rzecz jasna, przy aktywnym współudziale bohaterek, które robią co chcą i zupełnie nie liczą się z moim zdaniem. 

No tak! :)

Jedyne, co łączy siostry Sucharskie to imię i nazwisko - tak, tak: ojciec nazwał je tak samo. Cała reszta zaś to różnice charakterów i poglądów, pozornie nie do pogodzenia. Chociaż może nie. Wszystkie mają zadziwiającą zdolność do pakowania się w kłopoty, łatwość w mijaniu się z prawdą i skłonność do stawiania na swoim. Nie potrafią słuchać, kłócą się, prawią sobie uszczypliwości... a jednocześnie jedna bez drugiej żyć nie potrafi, łączy je dziwna symbioza, która komuś z zewnątrz może wydawać się niezrozumiała.

Dla mnie siostry Sucharskie są literackim zjawiskiem: autorce udało się stworzyć wyraziste, zapadające w pamięć postaci kobiece, które jednocześnie irytują, bawią, imponują. Autorka jest także mistrzynią dialogów. Uważam, że prawdziwą sztuką jest napisać dobry dialog. Taki, który nie jest sztuczny, "książkowy", z drugiej zaś strony nie razi zbytnią kolokwialnością. Tutaj proporcje są zachowane, a ja czytając pogawędki Natalii, umierałam ze śmiechu.

Nie zapominajmy: książka Olgi Rudnickiej to nie tylko Natalie, chociaż ich bujne osobowości sprawiają, że to one wysuwają się na pierwszy plan. Na drugim planie bowiem, w tle ich rozmów, również bardzo dużo się dzieje: jest trup bez głowy, zwłoki w aucie, pięćdziesiąt brylantów, śledztwo, przesłuchania, kolejne trupy, kolejne domysły, kto też może być sprawcą... I nie powiem, cała historia kryminalna i tym razem została sprawnie i interesująco opisana... ale jak wspomniałam, to zaledwie tło, sióstr Sucharskich nic nie jest w stanie przebić.

I teraz muszę się do czegoś przyznać.
Nie przeczytałam tej książki.
Ja ją połknęłam, co nie zdarzyło mi się od bardzo, bardzo dawna, gdyż ostatnio cierpię na czytelniczy zastój, o czym już zresztą informowałam. 

Polecam obie części: ubaw po pachy gwarantowany! :)

sobota, 2 lutego 2013

Czytelniczy niechciej

Zaniedbałam tego bloga straszliwie. 
Od dłuższego czasu nie mam ochoty ani na czytanie, ani na pisanie. Wyjątek robię dla książek psychologicznych i dotyczących samorozwoju, ale o nich piszę gdzie indziej (przy okazji: zapraszam na mojego drugiego bloga - KLIK!)

Szczerze? Nie wiem, co się stało. Podobny okres zniechęcenia do słowa pisanego miałam zaraz po studiach, ale wtedy moja niechęć dotyczyła tylko książek, że tak powiem, mądrych. Rzuciłam się wtedy na literaturę popularną... i tak powstał ten blog. 

Nie wiem, kiedy ten kryzys minie. Plan na najbliższe dni jest taki: wrócić do pisania, bo kilka pozycji jednak na recenzję czeka. Co będzie potem: zobaczymy :)

Sama jednak po cichu liczę na to, że przyjdzie wiosna, słońca zaświeci i na nową złapię ochotę na wygrzewania się w jego promieniach... oczywiście z książką w ręce :)

A póki co... dziękuję za maile z pytaniem, co z blogiem :) Naprawdę! Nie sądziłam, że ktoś zauważy moją nieobecność... a tu proszę! Miło mi, naprawdę miło! :)

Przy okazji... świetny obrazek! :)


czwartek, 10 stycznia 2013

Czym jest "normalność"? (W jednej osobie - John Irving)

Tytuł: W jednej osobie
Autor: John Irving
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka (dziękuję!)
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 515

W jednej osobie - zapamiętajcie ten tytuł, bo to kolejna świetna pozycja, którą otwieram rok 2013!

Wiem, że wiele osób zachwyca się Irvingiem - ja do znawców jego twórczości (jeszcze!) nie należę, ale po dwóch przeczytanych książkach nabieram przeświadczenia, że warto!

Ostania noc w Twisted River, którą czytałam dwa lata temu, podobała mi się bardzo i od tej pory wypatrywałam kolejnej powieści Irvinga. I w końcu jest!

Nie powiem, lektura zajęła mi sporo czasu, nie tylko dlatego, że książka liczy sobie 515 stron. W tę powieść trzeba się po prostu wgryźć, przyzwyczaić do mnogości bohaterów, zapamiętać, kto jest kim, poukładać sobie w głowie wydarzenia chronologiczne, autor bowiem dość swobodnie miesza wydarzenia z życia głównego bohatera i narratora w jednej osobie, Billy'ego Abbotta. 

Czytelnik ma okazję towarzyszyć mu przez siedemdziesiąt lat, chociaż najdokładniej opisana została młodość bohatera, kiedy to kształtowała się jego osobowość i miały miejsca wydarzenia, które naznaczyły go na resztę życia. Billy szybko odkrywa swoją inność, zauważa, że fascynują go zarówno mężczyźni, jak i kobiety. Na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, w małym miasteczku, jest to odkrycie o tyle kłopotliwe, że o ludziach pokroju Billy'ego nie mówi się głośno - co nie oznacza, że samo zjawisko nie istnieje. 

Billy nie ma łatwego życia. Z jednej strony nie ma co liczyć na wsparcie matki, która skrępowana gorsetem drobnomieszczańskich konwenansów, nie dopuszcza do siebie prawdy o orientacji syna. Wiele zamieszania wprowadza ojczym i dziadek. Ten pierwszy reżyseruje spektakle kostiumowe, gdzie płeć odgrywanych postaci bywa ambiwalentna, zaś dziadek z upodobaniem gra kobiece role, wkładając przy tym kobiece ciuszki.

Z drugiej strony Billy jest rozdarty między pociągiem do panny Frost, dużo starszej od niego bibliotekarki, a Kittredgem, "samcem alfa". Dzięki pannie Frost młodzieniec poznaje wiele ważnych książek. To niepozorna bibliotekarka i lektury wskażą mu, że należy walczyć o siebie, chociażby nie podobało się to ludziom takim jak Kittredge. I nie ukrywam, iż jest to jeden z moich ulubionych wątków, bowiem, a co!, wierzę, że literatura może dostarczać nie tylko przyjemności, lecz także kształtować charaktery i postawy. 

Billy Abbott szybko odkrywa także, że samo czytanie książek to za mało. On chce je tworzyć. Niespodziewanie sam dla siebie staje się inspiracją i obiektem godnym opisania. Dzięki temu czytelnik ma szansę obserwować kształtowanie się Abbotta jako autora właśnie, lecz także obserwować rozwój środowiska gejowsko - lesbijskiego, dopiero raczkującego.

Tak, jak to zostało zapowiedziane na okładce, Irving stawia pytania o to, czym jest normalność i czy warto za wszelką ceną do niej dążyć. Penetruje te zakątki ludzkiej duszy, w które nie każdy ma odwagę dotrzeć. I przede wszystkim kreśli cudowny portret człowieka dojrzewającego, poszukującego, stawiającego pytania. 

Trzynasta powieść Irvinga zachwyca: świetnymi bohaterami, świetną fabułą, świetnym pomysłem. I mimo iż do najłatwiejszych nie należy, warto poświęcić jej czas i wysiłek: satysfakcja (ogromna!) z lektury gwarantowana! 




wtorek, 8 stycznia 2013

Genialne! (Wybór Zofii - William Styron)

Tytuł: Wybór Zofii
Autor: William Styron
Audiobook (www.audeo.pl)
Czas: 1877 minut

Słuchałam, słuchałam... i wysłuchałam.
I naprawdę cieszę się, że nowy rok zaczynam właśnie od zrecenzowania tej pozycji: Wyboru Zofii

Powieść Williama Styrona jest ogromna, audiobook zaś, którego słuchałam, jest najdłuższym audiobookiem z jakim miałam do czynienia: 1877 minut! Ale szczerze? Nie żałuję ani jednej chwili, którą z nim spędziłam.

Przede wszystkim: brawa dla lektora, Zbigniewa Moskala. Zdarzało mi się już zrezygnować ze słuchania jakiejś pozycji tylko dlatego, że interpretacja była dla mnie zupełnie nie do przyjęcia ("klasycznym" przypadkiem jest Cheri, powieść Colette czytana przez Annę Dereszowską - brrrrr!). Tymczasem tutaj lektor jest dla mnie, jakby to ująć?, przezroczysty, neutralny, głos, który słyszałam, nie odwracał mojej uwagi od treści, co uważam za ogromny, ogromny plus!

Co do samej powieści Styrona... Z pewnością najważniejszy jest w niej wątek tytułowy. O tym, czego dotyczy "wybór", z pewnością wielu wie, ja sama wiedziałam, zanim jeszcze sięgnęłam po powieść. Nie zmienia to jednak faktu, że warto przyjrzeć się samej Zofii - w moim odczuciu jednej z ciekawszych kobiecych postaci, jakie można spotkać na kartach literatury. Zofia jest fascynująca: z jednej strony beztroska, wyzwolona, świadoma własnej wartości, świetnie wpisująca się w amerykański krajobraz... Z drugiej zaś czytelnik dowiaduje się, że przeżyła piekło w obozie w Auschwitz i przeszła rzeczy niewyobrażalne... Świetnym uzupełnieniem Zofii jest Natan - jej druga połówka, mężczyzna opętany rządzą zemsty, w dodatku chory psychicznie, z którym tworzy pełen emocji związek.

Nic dziwnego, że para ta fascynuje Stingo (narratora) - razem zaś trójka bohaterów tworzy niezwykłe trio, których równie wiele łączy, co dzieli.

Wybór Zofii to jedno z tych dzieł, wobec których czytelnik staje nieco bezradny. Książka ma bowiem swój specyficzny klimat, który trudno oddać słowami. Autor porusza tyle wątków, że zamiast o nich pisać, lepiej poznać je samemu, żadne streszczenie bowiem nie jest w stanie oddać geniuszu i złożoności tej powieści.

Z pewnością na audiobooku nie poprzestanę, marzy mi się bowiem, za jakiś czas, kilka dni, które będę mogła poświęcić wyłącznie na lekturę tej powieści. No i został mi jeszcze do obejrzenia film: jeden z niewielu z Maryl Streep, jakich nie widziałam.

I oczywiście polecam wpisanie tej książki na listę lektur obowiązkowych: u mnie figurowała na niej kilka lat i bardzo się cieszę, że w końcu jestem "po" :)

Za możliwość przeczytania dziękuję Audeo

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Idą święta - będzie uczta! (Kuchnia świąteczna - Marzena Wasilewska)

Tytuł: Boże Narodzenie. Kuchnia świąteczna
Autor: Marzena Wasilewska
Wydawnictwo: Świat Książki (dziękuję!)
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 128

Uff... połowa grudnia minęła, a ja piszę pierwszą recenzję w tym miesiącu. Do tej pory zajęta byłam głównie gorączkowaniem, smarkaniem i wycinaniem gwiazdek z papieru, ale mam nadzieję, że te atrakcje już za mną. Poza tym... stęskniłam się za blogowaniem, stęskniłam solidnie!

Książka, o której chcę napisać dzisiaj, jest najczęściej kartkowaną przeze mnie pozycją w ostatnim czasie. Oglądam, czytam, zachwycam się, głodnieję, biegnę do lodówki, myślę o Wigilii. Kuchnia świąteczna wprawiła mnie w bożonarodzeniowy nastrój miesiąc przed świętami i stwierdzam, że jednak zdecydowanie wolę wywoływać magię świąt przywołując świąteczne smaki, aniżeli słuchając w radiu tandetnej świątecznej muzyki.

W książce Marzeny Wasilewskiej znalazły się przepisy zarówno na świąteczne "klasyki"(makowiec, kutia, łazanki z kapustą), jak i potrawy nieco bardziej oryginalne (zupa krem z porów i łososia - mniam!, knedle z bułki, rosół z winem porto - kolejne mniam!).

Autorka podzieliła przepisy na przystawki zimne i gorące, sosy i dodatki do mięs i ryb, zupy, dania główne i dodatki do nich, surówki i potrawy z warzyw, desery i wypieki. Oczywiście zwróciłam uwagę na listę składników: wszystkie bez problemu można dostać w markecie czy na bazarku.

Na osobą uwagę zasługuje szata graficzna. Fakt: brakuje mi zdjęć do wszystkich przepisów, te znajdują się mniej więcej na co drugiej stronie, ale to nic. Szata graficzna zachwyca! Zresztą: tylko spójrzcie:










Brakowało mi takiej książki. Do tej pory przepisów na świąteczne dania szukałam na blogach i w magazynach kulinarnych, teraz postanowiłam zaufać Kuchni świątecznej. Oczywiście mam swoje przepisy, z których nie zrezygnuję na pewno, ale książka ta jest świetną isnpiracją. Póki co: polecam! I mam nadzieję, że będę mogła polecić ją także po wypróbowaniu receptur na chociaż część prezentowanych przysmaków :)