środa, 20 lutego 2019

Filmowa środa (XX): Jane Fonda razy dwa i zakręcony serial Netflixa

Nie mam ostatnio szans na oglądanie nowości - gips do kolana i kule raczej uniemożliwiają wyprawę do kina. Stąd wszystkie moje dzisiejsze polecajki pochodzą z Netflixa - cale szczęście, że jest Netflix!





Kiedy kilka tygodni temu Netflix zaczął emitować trzeci sezon Grace and Frankie, nagle na Instagramie zaczęłam dosłownie potykać się o ten tytuł. 
- O co chodzi? - pomyślałam... i odpaliłam pierwszy odcinek. 
No i zaczęło się: pokochałam tę historię od pierwszych minut. 

Króciutko dla tych, którzy nie wiedzą o co chodzi: tytułowe bohaterki to panie po siedemdziesiątce. Z dnia na dzień dowiadują się, że ich mężowie postanowili je zostawić... bo od dawna się kochają i pragną resztę życia spędzić razem.

Proszę to sobie zwizualizować. Dwie starsze kobiety: jedna poprawna i elegancka, druga o duszy hipiski, zostają porzucone po kilkudziesięciu latach małżeństwa, bo okazuje się, że ich mężowie właśnie zdecydowali się na coming out.

Karkołomny pomysł, który łatwo przerodzić w farsę... ale nie! Jest dowcipnie, ale też smutno, refleksyjnie i buntowniczo. Panie Fonda i Tomlin tworzą na ekranie taki duet, że nie mogłam od nich oderwać wzorku i zupełnie nie dziwi mnie, że ten serial został tak ciepło przyjęty i ma tylu fanów.

Plus oczywiście wielki plus za oddanie pierwszego planu aktorom 70+. Chociaż patrząc na to, co wyprawiają na ekranie, wigoru można im pozazdrościć.



Na fali fascynacji Jane Fondą, na którą to fascynację złożył się obszerny artykuł w Wysokich Obcasach Extra oraz właśnie rola Grace, o której pisałam wyżej, obejrzałam film Nasze noce. Jane pojawia się tam u boku Roberta Redforda, w kameralnej, prostej, banalnej wręcz, a przy tym przeuroczej opowieści o szukania bratniej duszy na ostatnie dekady życia.

I tak, jak naprawdę rzadko film oceniam wyżej niż książkę, tak tym razem tak jest. Powieść autorstwa Kenta Harufa, którą pochłonęłam niemalże za jednym posiedzeniem jest dobra, nie powiem, ale to duet Fonda-Redford tchnęli w tą historię życie. 

A morał płynie z niej taki, że nic nie zastąpi drugiego człowieka, który decyduje się być obok. 
Ładne to jest, naprawdę ładne.



W ostatnim czasie obejrzałam również jedną z nowszych produkcji Netflixa - Russian Doll
Szukałam czegoś, co:

a) nie będzie miało miliona sezonów
b) odcinki będą trwały max pół godziny
c) nie będzie komedią
d) będzie miało pokręconą fabułę.

Trafiłam idealnie: Russian Doll można spokojnie obejrzeć w jeden dzień: osiem odcinków, każdy po około 25 minut. 

Jeśli oglądaliście chociaż jeden odcinek Orange is the new black, to z pewnością pamiętacie szalonowłosą więźniarkę, graną przez Natashę Lyonne. W Russian Doll jej fryzura jest szalona jeszcze bardziej, zaś ona sama gra postać, której decyzje chwilami trudno zrozumieć, ale od której nie sposób oderwać wzroku.

Fabuła tego serialu przypomina Dzień świstaka: Nadia, główna bohaterka, w dniu swoich 36. urodzin wpada pod samochód i ginie, po czym, jakby nigdy nic, znów znajduje się w łazience, za której drzwiami w najlepsze trwa impreza urodzinowa. A potem Nadia spada ze schodów i umiera jeszcze raz. A potem jeszcze raz... i jeszcze raz. 

Po co? Dlaczego? Jak to? 

Szczerze? Kiedy Nadia kolejny raz staje przed lustrem, bo chwilę wcześniej umarła, doskonale rozumiem jej wkurzenie. 

Czytałam różne opinie na temat serialu, skrajne. Że oryginalny i warto, a z drugiej strony, że słaby i wtórny. Dla mnie Russian Doll jest takim obrazem, przy którym trzeba kombinować. Dlaczego tak i co to oznacza? A mam wrażenie, że nie na wszystkie pytania da się wprost odpowiedzieć. I za to polubiłam go najbardziej.

Co fajnego oglądacie? Co polecacie?

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza