wtorek, 27 sierpnia 2013

Zabiorę Ci wszystko! (Jad - S.B.Hayes)

Tytuł: Jad. Chcę ukraść twoje życie!
Autor: S.B. Hayes
Wydawnictwo: Zielona Sowa
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 398

Jad czytałam na raty. Pierwsze sto stron... takie sobie. Środek - rewelacja! Zakończenie - sama nie wiem.

Punkt wyjścia zapowiadał się bardzo ciekawie. Katy, główna bohaterka, któregoś dnia, zupełnie przypadkiem, spotyka dziewczynę łudząco do siebie podobną. A potem ta dziewczyna, Genevieve, odnajduje ją i zapowiada, że - jakkolwiek to brzmi - chce zabrać jej życie. 

Katy, a czytelnik wraz z nią, jest w szoku: Genevieve zdaje się być wszędzie. Odgaduje myśli Katy. Wyprzedza jej ruchy. Można powiedzieć, że rośnie w siłę, tymczasem Katy szarzeje i blaknie... Nic dziwnego, że dziewczyna - a czytelnik wraz z nią - przypisuje Genevieve nadnaturalne zdolności. Katy podejmuje śledztwo, badając przeszłość wroga - i to były zdecydowanie najciekawsze momenty tej książki, które przeczytałam migiem, gdyż nie mogłam się doczekać rozsupłania zagadki. 

Jad to powieść dla młodzieży, ale przyznaję: ja, dorosła baba, uwierzyłam we wszystko, co autorka zasugerowała. Dlatego też trudno jest mi wypowiedzieć się o zakończeniu, które jest zupełnie inne, niż się spodziewałam. W ogóle Jad jest jedną z tych książek, o których trudno pisać, żeby przypadkiem nie napisać zbyt wiele - ale ja właśnie takie powieści lubię :) 

Jak na powieść dla młodzieży przystało, oprócz wątku głównego, znajdziemy tu typowe "młodzieżowe" tematy: pierwsza miłość, przyjaźnie, szkoła. Nietypowy natomiast  jest mroczny klimat powieści i to, w jaki sposób autorka przedstawiała wzajemne relacje dziewcząt, które bynajmniej nie mają nic wspólnego z charakterystycznym dla tego wieku plotkowaniem o chłopakach i kosmetykach.

Co mnie raziło i utrudniało lekturę to styl. Tłumaczenie może nie jest wyjątkowo toporne, ale też książka wiele przez nie traci: całkiem ciekawa historia napisana została bowiem w sposób mało ciekawy - a szkoda!

Mój egzemplarz powędruje do młodszej kuzynki i jestem mocno ciekawa, jak powieść odbierze siedemnastolatka :)

wtorek, 20 sierpnia 2013

Atomówki (Dziewczyny atomowe - Denise Kiernan)

Tytuł: Dziewczyny atomowe
Autor: Denise Kiernan
Wydawnictwo: Otwarte (dziękuję!)
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 449

Projekt Manhattan - czy komuś coś to mówi? Mnie jeszcze kilka dni temu nie mówiło nic, podobnie jak nazwisko Roberta Oppenheimera czy Klausa Fuchsa. Natomiast nie ma chyba osoby, który nie słyszałaby o zrzuceniu bomby atomowej na Hiroszimę i Nagasaki - a właśnie do tego wspominany projekt doprowadził.

Nad bombą, wiadomo, pracowali najwybitniejsi fizycy, lecz nie tylko. Spory udział w tym, że bombę udało się skonstruować miały, a jakże, kobiety. Kobiety w różnym wieku, z różnym wykształceniem i różnym stanem cywilnym.

Autorka, Denise Kierenan, kilkadziesiąt lat po wojnie dotarła do nich... i napisała książkę niezwykłą. Dlaczego? Otóż to, co można by ująć w nudnych tabelach, raportach i badaniach socjologów, przedstawiła przez pryzmat historii kobiet, które w jakiś sposób wzięły udział w Projekcie Manhattan. Należy zaznaczyć, że wszystko, co związane z rozszczepieniem atomu utrzymywane było w wielkiej tajemnicy. Decydując na etat "Atomówki" nie wiedziały, gdzie będą mieszkać i czemu tak naprawdę ma służyć ich praca. Nie przeszkodziło im to jednak z pełne zaangażowanie się.

Na potrzeby projektu powstało miasteczko Oak Ridge - wybudowane praktycznie od zera. Na ogromnej powierzchni wzniesiono ogromne fabryki, laboratoria, lecz także bursy i hotele. Autorka odsłania też wstydliwą stronę tego projektu: w Oak Ridge na porządku dziennym była segregacja rasowa, od razu założono też, że "kolorowa" część mieszkańców będzie żyła w warunkach przypominających slumsy.

Zdaję sobie sprawę, że piszę o książce nieco chaotycznie, ale próbuję jak najlepiej oddać to, co Denise Kierenan zawarła na 440 stronach. Dziewczyny atomowe mają wszystkie cechy świetnej książki popularnonaukowej: bardzo obszernie przedstawiają wybrany temat, napisane zostały lekkim językiem, czyta się je jak powieść. I naprawdę doceniam trud autorki, która, po latach, dotarła do kobiet, które właściwie zepchnięto na margines historii i o których dziś niewiele osób pamięta.

Warto mieć na uwadze tę książkę przy wyborze prezentu dla osoby, która interesuje się historią II wojny światowej - a wiadomo, że takich osób nie brakuje. Polecam ją również takim ignorantom jak ja, z historią (i co z tego, że zdawałam maturę z tego przedmiotu?) i fizyką są nieco na bakier :)

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Chuliganka i Czeczen (Chuliganka - Izabela Jung)

Tytuł: Chuliganka
Autor: Izabela Jung
Wydawnictwo: Czarna Owca (dziękuję!)
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 286

Na Chuligankę narobiłam sobie ochoty ze względu na... tytuł. Chuliganka - to brzmi dumnie :)

A potem zaczęłam czytać i przyznaję, że kilka razy w trakcie lektury zdarzyło mi się jęknąć... bynajmniej nie z zachwytu. Historie cudzych miłości, z niewielkimi wyjątkami, na ogół są ciekawe tylko dla tych, którzy je przeżywają. Był czas, kiedy uwielbiałam wszelkiego rodzaju romansidła i komedie romantyczne - ale mi przeszło. Nadal lubię opowieści z wątkiem miłosnym w tle - z naciskiem na słowo "tło". I teraz być może wyjdę na osobę bez serca, ale na wszelkie wynurzenia w stylu, jak to on na mnie spojrzał i co ja wtedy poczułam, niestety, mam alergię. Podobnie zresztą jak na smęcenie o tym, co on mi powiedział, a co ja mu na to odpowiedziałam...

A Chuliganka jest właśnie o tym: o miłości totalnej. Izabela Jung nie pozostawiła w niej miejsca na nic innego. Ewa, matka dzieciom i żona mężowi, zakochuje się na zabój. W dwudziestoletnim chłopaku, Czeczenie, który pracuje przy remoncie u niej w domu. Co więcej: ze strony Ewy nie jest to zachwyt nad młodym ciałem, nie jest to też wyłącznie znudzenie mężem. To jest MIŁOŚĆ - nierozsądna, zachłanna i taka, w której nie może być mowy o happy endzie. 

Chuliganka to zapis rozmów kochanków, opisy schadzek, dywagacje Ewy na temat Zeliema - i tak przez 286 stron. Zmęczyła mnie ta intymna narracja, bo autorka do fabuły prawie nie wprowadza "przerywników". Początkowo bardzo czekałam na akapity, w których mowa będzie o mężu Ewy, o jej dzieciach, pracy... To, że ich nie ma, mimo wszystko, uważam za minus. Bo to, co ciekawe dla Ewy... niekoniecznie jest ciekawe, w takiej ilości, dla czytelników.

Warto też przez chwilę przyjrzeć się Zeliemowi. Nigdy w życiu nie miałam do czynienia z żadnym Czeczenem... ale odnoszę wrażenie, że Izabela Jung też nie miała. Zeliem jest uosobieniem tego, co dzikie, nieokiełznane, pierwotne. A Ewa nie może się temu oprzeć i podąża za instynktem. Autorka kilka razy podkreśla jego więź z rodziną, sygnalizuje, że z racji swojego pochodzenia chłopak patrzył na rzeczy, których żaden człowiek oglądać nie powinien, ale kwestie te są jedynie zarysowane, zero pogłębienia.

Powieść Izabeli Jung bez wątpienia mierzy się z ciekawą tematyką, jednak uważam, że nie wykorzystuje w pełni jej potencjału. Bo w taki sposób, w jaki opowiedziana została historia Polki i Czeczena, równie dobrze mogłaby zostać przedstawiona historia dwóch osób tej samej narodowości. 

Czytać? Nie czytać? Nie wiem :) Ja osobiście czasu poświęconego na książkę nie żałuję, z drugiej jednak strony... chciałoby się od tej książki chociaż trochę więcej.

wtorek, 23 lipca 2013

No future! (Koniec punku w Helsinkach - Jaroslav Rudis)

Tytuł Koniec punku w Helsinkach
Autor: Jaroslav Rudis
Wydawnictwo: Czeskie Klimaty
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 293

Koniec punku w Helsinkach - kolejna książka, która musiała odleżeć swoje na półce, gdyż po kilku stronach stwierdziłam, że niby jest niezła, ale jakoś nie mam na nią nastroju. A potem, gdy zostało 10 stron do końca, było mi szkoda, że to już i że na drugą część tej powieści raczej nie ma co liczyć.

Ole ma 40 lat i kiedyś był punkiem. Razem z kolegą założył punkową kapelę Automat, chociaż żaden z nich tak naprawdę nie potrafił grać. Ale przecież w punku nie o to chodzi. Punk to hałas i bunt, punk to idea i styl życia. Tylko... cóż z tego zostaje po latach? Fakt, czterdziestoletni Ole prowadzi bar, w którym wolno palić, gdzie serwuje sie solankę i gdzie matki z wózkami nie mają wstępu. Z drugiej jednak strony prowadzi całkiem wygodne życie, zalicza kolejne panienki, w końcu zaś chce już tylko spokoju. Tyle zostało z jego buntu.

Historia Olego przeplatana jest dziennikiem zbuntowanej punkówy, która dorasta w Czechosłowacji. Hasło "no future" może traktować dosłownie: po wywaleniu ze szkoły jej przyszłość raczej nie wygląda zbyt wesoło, dodatkowo gdzieś z tyłu głowy ma świadomość, że mieszka w strefie skażonej przez Czarnobyl, czego konsekwencje trudno jest przewidzieć.

Dziewczyna "ma wywalone" na wszystko: nie czuje żadnego związku ze swoim krajem, z rodziną tylko mieszka, a chłopak, dla którego zrobiłaby wszystko, raz ją kocha, a raz chyba kocha - tak sama pisze w swoim dzienniku. 

Te dwie postaci łączy więcej, niż na początku czytelnik zdaje sobie sprawę. Dziewczyna, której dziennik poznajemy, to taki trochę Ole z lat młodości. Z drugiej strony patrząc na Olego, młodej punkówy zrobiło mi się po prostu szkoda...

Koniec punku w Helsinkach jest książką nostalgiczną, ale w żaden sposób nie przygnębia - osławiony czeski humor i tu dochodzi do głosu. Wokół knajpy Olego kręcą się różni ludzie, jednak tych z jego pokolenia jest już coraz mniej i właściwie trudno powiedzieć, co się z nimi stało. Dlatego ogromne wrażenie zrobiła na mnie scena, kiedy Ole ogląda stare filmy pornograficzne zastanawiając się, jak potoczyły się losy ludzi, którzy w nich grali. Sam Ole bowiem sprawia wrażenie postaci z dawnej epoki, która nijak nie potrafi odnaleźć się we współczesności.

Bardzo dobre podsumowanie tej powieści napisał Jarosław Czechowicz, autor bloga Krytycznym Okiem. Dlaczego takiej książki nie wydał jeszcze żaden polski autor? Takiej, gdzie o niełatwej przeszłości mówiłoby się z humorem, niemalże ciepło? Jaroslav Rudis pokazuje, że naprawdę jest to możliwe.

czwartek, 18 lipca 2013

Klasyki się nie recenzuje, ale... (Misery - Stephen King)

Tytuł: Misery
Autor: Stephen King
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2009
Liczba stron: 367

Klasyki się nie recenzuje - takie zdanie często słyszałam na studiach i całkowicie się z nim zgadzam. Nie wyobrażam sobie, żeby pisać recenzję np. Lalki (kocham!) czy Potopu (nie przebrnęłam). Podobny problem miałam też z Misery Kinga. Książkę wydano w 1987 roku, na jej podstawie powstał film z fenomenalną Kathy Bates w roli szalonej Annie Wilkes.

Misery jest jedną z tych pozycji, o której sporo wiedziałam, zanim jeszcze po nią sięgnęłam. Ot, ktoś o niej mówił, przeczytałam gdzieś recenzję filmu, rzuciła mi sie w oczy na bibliotecznej półce - podejrzewam, że być może sporo osób też tak z tą książką ma.

I tak naprawdę miałam o niej nie pisać, chociaż być może nie jest to "klasyka" w potocznym rozumieniu tego słowa.

Z drugiej jednak strony... jest to jeden z najlepiej napisanych thrillerów, jakie czytałam. To niesamowite, jaki efekt można uzyskać, ograniczając liczbę bohaterów w zasadzie do dwóch osób,  a miejsce akcji do jednego pokoju. To niesamowite, że przez ponad 350 stron można pisać z perspektywy człowieka unieruchomionego w łóżku, oszołomionego środkami przeciwbólowymi... i ani przez moment nie nudzić! I wreszcie: to niesamowite, że czytając tę książkę, w której tak naprawdę przez większość czasu niewiele się działo, miałam wypieki na twarzy i poszłam przez nią spać dużo później niż zwykle. 

Świetna rzecz, naprawdę polecam! 

środa, 17 lipca 2013

I love books! (I)

Ostatnio więcej działam, niż myślę... więc niewiele myśląc inicjuję nowy, środowy cykl na blogu :)

I love books! jest odpowiednikiem tego, co robię na moim drugim blogu, w każdy poniedziałek (po szczegóły zapraszam TU). Czyli: będzie o inspirujących blogach, o nowościach książkowych, o książkach, które właśnie czytam albo czytałam kiedyś, o pisarzach, o pisaniu, o wszystkim, co w jakiś sposób wiążę się z książkami i co mnie kręci :)

Drogi odwiedzający! Znalazłeś coś/kogoś ciekawego, związanego z książkami/czytaniem? Założyłeś bloga i chcesz się nim pochwalić? Organizujesz fajny konkurs? Napisz mi o tym: slowoczytane@gmail.com. Chętnie przekażę info dalej własnie w środę :)

A zatem: START! :)

Właśnie przeczytałam:


Bardzo przyjemna książka o tym, jak zerwać z bylejakością.

Właśnie czytam:


I pomyśleć, że jeszcze dwa lata temu PWN kojarzył mi się tylko z encyklopediami... Głupia ja! :)

Chcę przeczytać:


Nowe wydanie książki o Jane, którą czytałam wieki temu (ręka do góry: która z was też zadurzyła się panu Rochesterze?). Nabrałam ogromnej ochoty, żeby sobie tę powieść odświeżyć. 

Ciekawe na blogach:

- blog, dzięki któremu dowiaduję się o książkach, o których w inny sposób bym sie pewnie nie dowiedziała. No i niezmiennie irytuje mnie systematyczność i wysoki poziom tekstów autorki :)
Zapraszam na stronę A to książka właśnie!  Naprawdę warto!

- chociaż Martyny Wojciechowskiej od jakiegoś czasu jest wszędzie dużo (za dużo!), to na tę książkę mam ochotę się skusić. Recenzja Dzieciaków świata u Pauliny - KLIK.

- Karolina wyprzedaje książki. Za pół ceny! :) KLIK

- któremu pisarzowi składamy życzenia w sierpniu? A może zamiast życzeń... przeczytajmy którąś z książek sierpniowych jubilatów? Lista tutaj - KLIK.

- smażing i leżing - Dominika o zjawisku, które i mnie zaczyna powoli wkurzać - KLIK

Wygraj książkę:

- o jodze, na portalu dlalejdis.pl - KLIK
- coś dla miłośników ostrego grania na blogu Klaudyny - KLIK
- pikantną na stronie Czarnej Owcy - KLIK

Miłego! :)

poniedziałek, 8 lipca 2013

W tej książce możliwe jest wszystko! (Rytuał babiloński - Tom Knox)

Tytuł: Rytuał babiloński
Autor: Tom Knox
Wydawnictwo: Rebis (dziękuję!)
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 390

Tytułem wstępu: jestem strachliwą istotą. Nie chadzam sama na cmentarze po zmroku (w towarzystwie zresztą też nie), odgłos skrzypiących drzwi przyprawia mnie o palpitacje serca i zakrywam oczy w trakcie oglądania horrorów (rzadka sytuacja). Dlatego absolutnie nie potrafię wejść w skórę bohaterów, którzy kpią sobie z ryzyka i sami nadstawiają karku. Gdybym to ja wylądowała w Peru jako badaczka pradawnego ludu, który lubował się makabrycznych praktykach i gdyby to mi miejscowy szaman najpierw założył worek na głowę, a potem rytualnie umazał krwią jaszczurki - to jeszcze tego samego dnia rozejrzałabym się za najbliższym lotniskiem. Gdyby to moja siostra skończyła z poderżniętym gardłem, a mi samej groziło realne niebezpieczeństwo - to z pewnością skorzystałabym z ochrony, jaką oferuje policja i nie szukałabym rozwiązania przerażającej zagadki. I tak dalej. Dlatego absolutnie nie może być mowy o zrozumieniu motywów postępowania bohaterów powieści Rytuał Babiloński

Wiele "kwiatków" znalazłam też w samej fabule, ale z drugiej strony... Rytuał babiloński to powieść w stylu tych, które pisze Dan Brown. Chodzi w nich nie tyle o logikę i fakty, co o to, żeby "się działo". I "się dzieje", to fakt. Wielu bohaterów, wiele miejsce, wiele trupów. Oprócz tego pokręcona historia plemienia Moche, żyjącego dawno, dawno temu w Peru, dwie zwalczające się grupy narkotykowe, rodzące się uczucie, templariusze, zieloni ludzie, miejsca kultu... i dużo, dużo więcej :) 

I teraz powinnam przejść chociaż do krótkiego naszkicowania fabuły, ale w przypadku Rytuału babilońskiego jest to zadanie naprawdę karkołomne. Generalnie chodzi o rozwiązanie pewnego pilnie strzeżonego sekretu. Tak ważnego, że kolejno giną ludzie, którzy są z nim w jakikolwiek sposób związani... a resztę doczytajcie sobie sami :)

Ja do tej lektury uczucia mam mocno mieszane. Z jednej strony przez trzy czwarte książki nie mogłam się od niej oderwać. W którymś momencie jednak za bardzo zaczęła mi ona przypominać hollywoodzkie kino akcji, gdzie wszystko, a nawet więcej, jest możliwe. Wiadomo: bohaterowie uratowani dosłownie w ostatniej chwili, skontaktowanie się z najpotężniejszym bossem narkotykowym, ot tak, z marszu, to żaden problem. Mało tego: można z nim zawrzeć niemalże dżentelmeńską umowę! W jednej scenie udo bohatera zostaje głęboko rozcięte, ale chwilę później biegnie on jak młoda łania, a co! I tak dalej.

Niewątpliwą zaletą Rytuału babilońskiego jest to, że książka wciąga, że czytelnik naprawdę nie może się doczekać rozwiązania zagadki. Sama tajemnica została dość zgrabnie obmyślona, nawet jeśli związek między plemieniem Moche a templariuszami nie jest dla mnie do końca jasny. Jakby nie było: przeczytałam, nie żałuję. A fanom powieści Dana Browna książka na 100% się spodoba.

środa, 3 lipca 2013

Ikoną stylu jest...(Sophia Loren. Życie jak film - Silvana Giacobini)

Tytuł: Sophia Loren. Życie jak film
Autor: Silvana Giacobini
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2013
Ilość stron: 288

Sophia Loren ikoną światowego kina jest. I na tym moja wiedza o pięknej Włoszce się kończy - a raczej kończyła. Zanim przystąpiłam do lektury książki Życie jak film nie potrafiłam wymienić ani jednego obrazu (!) w jakim Sophia zagrała. Gdzieś tam kołatało mi się mgliści po głowie, że chyba nawet dostała Oscara... ale kiedy? za co? Nie miałam pojęcia! :)

Swoją drogą, absolutnie nie jest to powód do dumy, ale wiele mam takich postaci, o których wiem, że "wielce byli"... i tyle. Aktorskie przykłady pierwsze z brzegu: Charlie Chaplin, James Dean, Catherine Deneuve czy Audrey Hepburn - tak, o życiu Audrey też wiem NIC. 

W biografii Loren znajduje się wszystko to, czego po tego typu książkach można się spodziewać: przedstawiona zostaje droga do słowy, autor prześledził, jak z ubogiej, acz pięknej dziewczyny, Sophia stała się kobietą, której twarz rozpoznawana jest na całym świecie. Mnie ogromnie zaimponował jej upór: kilkadziesiąt konkursów piękności, w których nigdy nie udawało jej się zająć pierwszego miejsca... a jednak uparcie brała w nich udział wierząc, że się wybije.

A potem, wiadomo: rola za rolą, coraz większa sława, coraz większe pieniądze... i coraz większe problemy w życiu osobistym. Być może osoby bardziej ogarnięte niż ja wiedziały, że aktorka w wieku 15 lat związała się ze starszym od siebie o 22 lata Carlem Ponti, który w dodatku był żonaty. Przez ten związek od Sophii odwrócili się prawie wszyscy, także mieszkańcy jej ukochanych Włoch... ale więcej szczegółów doczytajcie w książce :)

Być może to moje subiektywne odczucie, bo znawczynią tematu nie jestem, ale czytając odnosiłam wrażenie, że autor nieco historię Loren wybielił. Absolutnie nie chodzi mi o szukanie skandali w jej prywatnym życiu, ale też nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jednak biografia ta nie jest pełna - a szkoda. Z pewnością jednak sięgnąć po nią warto - chociażby po to, by wiedzieć, dlaczego Sophia Loren "ikoną światowego kina jest" :)

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Zrób sobie PRL! (Nasz mały PRL - Izabela Meyza i Witold Szabłowski)

Tytuł: Nasz mały PRL
Autorzy: Izabela Meyza i Witold Szabłowski
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 317

Książki nie przestają mnie zadziwiać. Tym razem okazało się, że wcale nie trzeba czytać relacji podróżnika z Zanzibaru czy Chile, by poczuć powiew egzotyki i mieć wrażenie, że opisywany jest świat, w którym nigdy nie przyjedzie nam się znaleźć. 

Ja PRL-u nie pamiętam, moje dzieciństwo przypada na lata dziewięćdziesiąte. Fakt, mam w pamięci meblościanki i panie z trwałą na głowie, jeździłam maluchem. Ale stania w kolejkach nie pamiętam, pomarańcze nie kojarzą mi się z towarem luksusowym, a Wojciech Jaruzelski nie jest dla mnie "groźnym generałem". 

Małżeństwo dziennikarzy, Iza Meyza i Witold Szabłowski, postanowili przenieść się do epoki sprzed trzydziestu lat. Dosłownie. Zrezygnowali z komórek, internetu, szynki parmeńskiej i pieluch jednorazowego użytku dla swojej córki Marianny. Iza zrobiła trwałą i zaczęła korzystać z porad umieszczanych w "Przyjaciółce", Witold zapuścił wąsy i zapomniał, że istnieje coś takiego jak związek partnerski. Co jeszcze? Kawa plujka, mieszkanie w bloku z wielkiej płyty, fiat 126 p, próby sąsiedzkich wizyt i rozmów w kolejkach, które coraz trudniej znaleźć...

Zresztą: o tym pomyśle i jego realizacji swojego czasu było dość głośno i myślę, że większość z Was o nim słyszała. U mnie książka musiała odstać na półce prawie rok, żebym po nią sięgnęła i naprawdę nie wiem, dlaczego zrobiłam to tak późno!

To jest hard core! Fakt, rodzice często wspominają te czasy, ale jakoś nigdy nie przyszło mi na myśl, że nie było wtedy antyperspirantów, kremów odpowiednich do rodzaju cery, żeli pod prysznic o stu zapachach i odżywek do włosów... brrr :)

Czytając Nasz mały PRL doszłam jednak do wniosku, że moje pokolenie wiele zyskało, ale też... równie wiele straciło, głównie na płaszczyźnie relacji międzyludzkich. Nie wyobrażam sobie wpaść do kogoś bez zapowiedzi, o tym, co dzieje się u znajomych dowiaduję się przez FB, a na ulicach jest coraz mniej osób, którym można powiedzieć "cześć" - wszyscy siedzą przed laptopami i żeby z kimś pogadać, wcale nie muszą wychodzić z domu - sama również do tej kategorii się zaliczam.

Książkę nie przeczytałam, a pochłonęłam, teraz podsunęłam ją mojej mamie - ciekawe, jak ją skomentuje :)

środa, 5 czerwca 2013

Bo to zła kobieta była...? (Zła kobieta - Amanda Prowse)

Tytuł: Zła kobiet
Autor: Amanda Prowse
Wydawnictwo: Wielka Litera (dziękuję!)
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 382

Pamiętam, że jeszcze kilka lat temu, aby wywołać mój szacunek/zachwyt/podziw, wystarczyło napisać książkę/nakręcić film na jakiś kontrowersyjny temat, najlepiej związany z gwałtem, przemocą wobec kobiet/dzieci, samobójstwem etc. I już: w myślach gratulowałam autorowi odwagi i w zależności od sposobu ukazania zjawiska, subtelności lub ciętego języka. Automatycznie uznawałam też książkę za dobrą, tylko z uwagi na temat, zupełnie pomijając jej walory literackie.

Od jakiegoś czasu natomiast do wszelkich tego typu opowieści podchodzę nieufnie, pewnie dlatego, że mam już wiele takich lektur za sobą. I czasem jest tak, że oprócz kontrowersyjnego tematu nie otrzymujemy nic więcej... ale to już temat na osobne rozważania.

Zła kobieta skusiła mnie okładką i tym, że wydała ją Wielka Litera (od kilku miesięcy moje ulubione wydawnictwo). Zaczyna się ostro: Kathryn Brooker patrzyła, jak z męża uchodzi życie. Pierwsze nasuwające się pytanie to: dlaczego? Po przeczytaniu kilkudziesięciu stron zmieniło się ono na: dlaczego tak późno?

Amanda Prowse napisała opowieść o kobiecie, której mąż zmienił życie piekło. A piekło to rozgrywało się każdej nocy w idealnie czystym domu, z dziećmi śpiącymi za ścianą, w rodzinie, która wydawała się idealna. Nie lubię epatowania przemocą i nie przepadam za brutalnymi scenami, dlatego chwała autorce, że jest ich w Złej kobiecie niewiele. Akurat tyle by zrozumieć, dlaczego Kathryn zabiła Marka.

Jednak to morderstwo i pobyt w więzieniu to dopiero początek historii o tym, jak po bolesnych doświadczeniach wyjść na prostą. Kathryn to się udaje, choć za swoją wielką porażkę uważa to, że zupełnie straciła kontakt z dziećmi - a przecież to dla syna i córki znosiła lata upokorzeń.

Złą kobietę oceniłabym bardzo dobrze, bo i jest to historia przedstawiona z talentem, gdyby nie pewne "ale". Zakończenie. No jak tak można! Nie mam absolutnie nic przeciwko happy endom, zresztą opowieść o Kathryn zasługiwała na szczęśliwe rozwiązanie. Ale nie takie... nie aż tak słodkie, żeby nie powiedzieć: infantylne. Prawdę mówiąc staram się jak najszybciej wymazać je z pamięci i skupić tylko na tym, co w tej książce godne uwagi... chociaż lekki zawód i tak pozostaje.

wtorek, 28 maja 2013

Opisać rozpacz (Chemia łez - Pater Carey)

Tytuł: Chemia łez
Autor: Peter Carey
Wydawnictwo: Wielka Litera (dziękuję!)
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 318

Matthew umiera, a Katherine szaleje z rozpaczy. Jej szaleństwo ma jednak wymiar "kameralny", wszak nie była stateczną żoną Matthew, a jedynie kochanką. Publiczne obnoszenie się ze swoim bólem nie wchodzi więc w grę. Kobieta leczy się z samotności wódką, narkotykami i pracą.

A pracę ma niezwykle ciekawą, jest bowiem specjalistką od konserwacji zegarów. Jeden z współpracowników, wtajemniczony w jej romans, podsuwa kobiecie do poskładania niezwykłą maszynę. Jednak nie tylko maszynę...

Mały chłopiec umiera. Co prawda jego serce jeszcze bije, jednak zostało mu niewiele czasu. Henry Brandling, jego ojciec, jest w stanie zrobić wszystko, aby ocalić mu życie. W którymś momencie zaczyna wierzyć, że jeśli jego synek otrzyma niezwykłą zabawkę, mechaniczną kaczkę, która będzie zachowywać się jak żywe stworzenie, to uda się go ocalić. Zostawia więc dziecko w domu, a sam wyrusza w niezwykłą podróż do XIX-wiecznych Niemiec, aby znaleźć osobę, która podejmie się skonstruowania zabawki. Zaczyna prowadzić dziennik - 150 lat później, wraz z kaczką (tudzież łabędziem) trafia on w ręce Katherine.

Te dwie postaci, Henry'ego i Katherine, pozornie różni wszystko: płeć, wiek, sytuacja życiowa, charakter, dystans czasowy. Kobieta jednak sama kilkakrotnie zastanawia się, czy sporządzając swoje notatki, Henry przeczuwał jej obecność, czy myślał o tym, że kiedyś ktoś je przeczyta. Okazuje się bowiem, że w obliczu sytuacji, jakiej się znaleźli, te wszystkie różnice nie mają znaczenia, strata jest uczuciem tak, rzec by można, uniwersalnym, że łączy to, co pozornie nie ma punktów stycznych.

Nie wiem, czy spotkaliście się wcześniej z nazwiskiem autora - ja nie. Swojego czasu wywołał on skandal, odmawiając spotkania z królową Elżbietą, dwukrotnie nagrodzono go nagrodą Bookera, uważany jest za najwybitniejszego żyjącego pisarza z Australii - jednak ja dopiero teraz miałam przyjemność go poznać. 

Tak właśnie: przyjemność. Mimo, że książka nie należy do łatwych, mimo że szybko można pogubić się z zapiskach Henry'ego - powieść czyta się z ogromną satysfakcją. Dopracowana jest w każdym calu. Zachwyca już okładka: niby prosta, broszurowa, ale tłoczone kwiaty są po prostu urocze. Dalej: mroczny klimat panujący w zapiskach Henry'ego, niczym z baśni braci Grimm, zestawiony z chaotycznym, pospiesznym, londyńskim życie Katherine - mistrzostwo świata. No i postaci drugoplanowe: przemądrzała Amanda, asystująca przy rekonstrukcji kaczki (tudzież łabędzia) i Sumper, zatruwający swoim gadulstwem życie Brandlingowi... Polecam!

czwartek, 23 maja 2013

Hej ho! Jeszcze żyję! :) + kto chce książkę Chodakowskiej?

Czytam mnóstwo - chociaż nie pisałam, jak na mnie, od dawna.
Ale wiecie co?
To milczenie to nie żaden wypadek przy pracy.

Kilka miesięcy temu dopadł mnie impas: zarówno czytelniczy, jak i recenzencki.
Kilka razy myślałam, że udało mi się go przezwyciężyć - ale nie, wtedy się nie udało. O ile coś tam jeszcze czytałam, tak już sama myśl, żeby podzielić się wrażeniami z lektury... no nie bardzo.

Za to teraz znów mi się chce pisać - i mam nadzieję, że nie jest to chwilowe. 

Ktoś tu jeszcze zagląda? :)

Jutro nowe recenzje, a dziś zapytuję: komu książkę Ewy Chodakowskiej?

Szczegóły na moim drugim blogu, o TUTAJ.

Do jutra! :)


wtorek, 30 kwietnia 2013

Listy do... nikogo (Zgubione szczęście - Tom Winter)

Tytuł: Zgubione szczęście
Autor: Tom Winter
Wydawnictwo: Wielka Litera (dziękuję!)
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 287

Czasem tak jest. Kończy się jedną książkę, która głęboko wryła się w pamięć i potem chce się już tylko przeczytać coś lekkiego, niezobowiązującego, "na przeczekanie".

Czasem bywa jednak tak, że ta kolejna książka okazuje się perełką, chociaż spodziewaliśmy się zupełnie czegoś innego. Nie jest książką "na przeczekanie", a lekturą, o której potem się myśli i poleca innym.

Ja tak miałam w przypadku Zgubionego szczęścia. Opis na okładce brzmi tak:

Carol czuje, że jej nieudane małżeństwo jest pułapką bez wyjścia. Jak wiele kobiet, cały czas próbuje zadowolić innych, a tymczasem własne życie przecieka jej przez palce. Bierze więc papier, długopis i wypisuje swoje rozczarowanie w listach do... nikogo. Jednak trafiają one w ręce Alberta pracującego na poczcie w dziale niedoręczonych przesyłek. Staje się on mimowolnym powiernikiem jej sekretów i zwierzeń. 

Brzmi niewinnie, prawda? Ot, będzie to kolejna historia o sfrustrowanej kurze domowej z przedmieścia, której źle się żyje w uroczym domku z ogródkiem.

Tymczasem nie. W tej książce jest coś, co chwyta za gardło: sytuacja, w jakie znalazła się Carol i jej chory mąż, bezradność i smutek starego człowieka, którego jedynym towarzystwem jest kot z zagipsowanymi łapami, wizja świata, w którym człowiek staje się zbędny, bo szybciej i bardziej wydajnie pracują za niego maszyny.

Trudno mi określić nastrój tej książki. Z jednej strony jest on melancholijny i duszny, z drugiej zaś autor podszedł do swoich bohaterów z tak dużą dozą empatii i wrażliwości, przedstawił ich historie w taki sposób, że chyba bardziej niż ich smutek, czułam... sympatię? 

Nie jestem tylko pewna, czy do końca podoba mi się happy end, który znajdziemy w ostatnim rozdziale, jednocześnie zaś wydaje mi się to rozwiązanie najlepszym z możliwych. 

Polecam i będę wypatrywać kolejnych książek Toma Wintera. A po Zgubione szczęście, jego debiut, warto sięgnąć.

piątek, 26 kwietnia 2013

Love story do zaczytania (Szmaragdowa tablica - Carla Montero)

Tytuł: Szmaragdowa Tablica
Autor: Carla Montero
Wydawnictwo: Rebis (dziękuję!)
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 672

Szmaragdową tablicę czytałam długo, bo ponad dwa tygodnie. Nie wątpię jednak w to, że można przeczytać ją w kilka dni, błyskawicznie - bo moim zdaniem jest to właśnie jedna z tych książek do połknięcia, które czyta się z wypiekami na twarzy i od których nie można się oderwać. 

Tak naprawdę fabułę tej rozpisanej na prawie 670 stron powieści mogłabym streścić w kilku zdaniach. Konrad, bogaty biznesmen, zleca swojej dziewczynie odnalezienie obrazu, o którym nie wiadomo nic... nie ma nawet dowodów na to, że kiedykolwiek istniał. Ana podejmuje się tego zadania, jednak w którymś momencie ważniejsi od samego obrazu stają się ludzie z nim związani. I właśnie opowieść o tych ludziach najbardziej wciąga i zapada w pamięć. 

Sarah Bauer i Georg von Bergheim - para, której miłość rozłożyła mnie na łopatki. Szczerze: myślałam, że jestem za stara na takie historie. Ona - Żydówka, on - nazista. On poluje na nią, a raczej na obraz, który, jak domniema, jest w jej posiadaniu. Ona traci całą rodzinę w obozach koncentracyjnych, sama cudem unika śmierci, potem aktywnie działa w ruchu oporu. Nienawidzi Niemców, jednak dla tego jednego robi wyjątek... On zaś dla niej oszukuje samego Himmlera, narażając życie swoje i swojej rodziny. Dawno, bardzo dawno nie zdarzyło mi się wciągnąć do tego stopnia w jakąś love story i chyba też dawno aż tak mocno nie trzymałam kciuków za szczęśliwe zakończenie.

Carla Montero napisała swoją drugą powieść z rozmachem: mnóstwo tu opisów, mnóstwo wątków pobocznych i postaci drugoplanowych, ale też, mimo tej epickiej rozlewności, dużo w tej książce się dzieje. 

I teraz tak: do tytułów, o których pisze się, że to światowe bestsellery, że sprzedano dziesięć milionów egzemplarzy i zachwyciły sto milionów czytelników, podchodzę sceptycznie. Podobnie jak z założenia nieufnością darzę książki, na których reklamę natykam się na każdym kroku - a tak właśnie jest ze Szmaragdową Tablicą. Średnio też kręcą mnie lektury, które na okładce mają taki oto tekst: 

Historia i współczesność, miłość i wojna, zakazany romans i dzika zazdrość, tajemniczy obraz i opętanie chciwością - ta wspaniała powieść zachwyca, przeraża i wciąga bez reszty. 

ALE! Nie żałuję ani jednej minuty, którą spędziłam z tą powieścią. Wierzcie mi: jest świetna! Mimo iż nastawiona na masowego czytelnika, naprawdę napisana została wyśmienicie, a autorce udało się mistrzowsko połączyć dwie historie, które na koniec odnajdują piękny wspólny mianownik. 

Polecam! Ja właśnie za to kocham czytanie. Za historie, które wciągają tak, że na kilka godzin tracę kontakt z rzeczywistością :)


piątek, 12 kwietnia 2013

I że Was nie opuszczę... (Teraz i zawsze - Carolyn Egan)

Tytuł: Teraz i zawsze
Autor: Carolyn Egan
Wydawnictwo: ZNAK (dziękuję!)
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 240

Pierwsze skojarzenie, jakie wzbudziła we mnie książka Teraz i zawsze? Film Moje życie beze mnie, który swojego czasu bardzo mi się podobał. W filmie Ann wie, że odchodzi i próbuje ułożyć życie swojej rodzinie. W książce Maia zapada na nieuleczalną chorobę, jednak udaje jej się, jakkolwiek absurdalnie to brzmi, zamieszkać w ciele kobiety, która nie chce żyć i u której także rozwija się choroba. Ten karkołomny zabieg posłużył temu, aby Maia, już po śmierci, mogła obserwować swoich bliskich - jednak nie jako duch, a istota, że tak powiem, materialna. W nawiązaniu kontaktu z najbliższymi pomaga jej pies Barney... który przychodzi nie wiadomo skąd.

Maia osieroca synka, który zostaje z ojcem. Nie ingeruje jednak w ich życie, wie, że jej czas minął. Zostaje na ziemi i, trzymając dystans, obserwuje życie swojej rodziny - i właśnie to jest głównym tematem tej książki. Steven, początkowo nieco zagubiony w roli ojca, stopniowo zaczyna całkiem nieźle sobie radzić, chociaż trudnych momentów nie brakuje. Wychodząc z synem do parku, spotyka kobietę samotnie wychowującą córkę... i więcej chyba nie muszę pisać :)

Teraz i zawsze przeczytałam błyskawicznie i z dużą przyjemnością. Od razu jednak zaznaczam: nie jest to wyciskacz łez, jak sugerują opinie przedstawione na okładce. Czytałam i płakałam - pisze Anna Ficner - Ogonowska. Wiem, że każdy ma inną wrażliwość, ale autorka na szczęście "łzawych" rozwiązań unika. Nie do końca jest to też książka o "drugiej szansie"... ale w dywagacje na ten temat nie chcę się wdawać, żeby nie ujawniać za dużo treści :)

Na Teraz i zawsze warto zwrócić uwagę także dlatego, iż wchodzi ona w skład serii "dobre strony", której ambasadorką została Małgorzata Kożuchowska. Co prawda żaden to dla mnie autorytet w kwestii czytania, co nie zmienia faktu, że sama seria zapowiada się bardzo przyjemnie. Więcej informacji tutaj: KLIK.