czwartek, 28 lutego 2013

Wypchnąłbyś? (Zgubieni - Charlotte Rogan)

Tytuł: Zgubieni
Autor: Charlotte Rogan
Wydawnictwo: Znak Literanova
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 300

Ze Zgubionymi było tak:

Kiedy przeczytałam króciutką recenzję Marty Mizuro opublikowaną w Zwierciadle, wiedziałam, że muszę tę książkę mieć. Już, teraz, natychmiast! Książkę zamówiłam obwąchałam, ustawiłam na półce... i tak sobie na niej stała przez prawie pół roku. Przedwczoraj sięgnęłam po nią od niechcenia... i kilka nieprzespanych godzin później byłam już po lekturze.

Charlotte Rogan postawiała swoich bohaterów w sytuacji ekstremalnej. Oto po zatonięciu ogromnego statku, części osób udaje się dostać do szalup ratunkowych. W szalupie nr 14 jest ich ewidentnie zbyt dużo, jest przeciążona, co zmniejsza szanse na ocalenie. I tu zaczynają się dylematy, a niewinnie brzmiące "odciążyć łódź", nabiera zupełnie nowego znaczenia.

Główną bohaterką jest dwudziestodwuletnia Grace Winter. Przebieg wydarzeń poznajemy ze spisanych przez nią wspomnień, które to tworzy na potrzeby procesu, jaki się przeciwko niej toczy. I właśnie dlatego chwilami trudno uwierzyć w jej prawdomówność. Bo chociaż dziennik nie został włączony do akt sprawy, to jednak wiadomo: jest to forma obrony. Stąd Grace często pisze: "nie wiem", "nie pamiętam dokładnie", "spałam wtedy".

Z drugiej strony książka właśnie przez to jest tak fascynująca. Nie wiem, co Grace przemilcza, nie wiem, które fakty próbuje ukryć... lecz wydaje mi się to jak najbardziej ludzkie. Nie każdy bowiem jest kapłanem, które decyduje się wyskoczyć za burtę, by ocalić swoje owieczki.

Charlotte Rogan wykorzystuje pozornie prostą historię o katastrofie statku, aby zbadać naszą, aż nazbyt ludzką, zdolność do samooszukiwania się - tak o książce pisze J.M. Coetzee. 

Wiem, że to slogan, ale Zgubieni naprawdę skłaniają do refleksji. Nie dowiemy się, co tak naprawdę wydarzyło się na szalupie, ale też sama zaczęłam kombinować. A co, gdyby ja się tam znalazła? Patrzyłabym biernie na to, co robią inni, bardziej zdecydowani, poparłabym ich, zaprotestowała? A potem? Jakbym się broniła i czy broniłabym się w ogóle? Przekręcałabym fakty, czy może mówiła wyłącznie prawdę? Zresztą: co jest prawdą w tym przypadku? Nie wiem, ale po lekturze nie mogłam się od tych pytań uwolnić. 

I właśnie za to daję tej książce ogromnego plusa. Nie można jej ot tak przeczytać, miło spędzić czas, napisać recenzję, zapomnieć. Fakt, nie jest to arcydzieło na miarę Zbrodni i kary, ale bez wątpienia stawia pytania, na które trudno odpowiedzieć. A że sama historia jest niesztampowa i wciąga od początku do końca - tym milej jest mi tę książkę zarekomendować :)

poniedziałek, 25 lutego 2013

Gandalf rozdaje bony na zakupy! - czyli konkurs urodzinowy :)

Księgarnia Gandalf - znacie, lubicie? Mnie już chyba do końca życia będzie kojarzyła się z ogromnym Gandalfem przechadzającym się na krakowskich Targach Książki dwa lata temu. 

 A piszę o tym, ponieważ Gandalf obchodzi dziewiąte urodziny i z tej okazji rozdaje bony na zakupy - nie tylko książkowe.

Ja mam przyjemność rozdać cztery: dziś dwa i dwa w piątek.

Co zrobić, aby wygrać? 

Bardzo proszę o złożenie życzeń w komentarzu szanownemu Jubilatowi... czyli Czarodziejowi Gandalfowi :)
Albo po prostu o wyrażenie chęci otrzymania bonu... chociaż wiadomo: życzenia milej widziane :)

W piątek wylosuję dwie osoby: do jednej powędruje bon o wartości 50 zł, do drugiej o wartości 30 zł. Na życzenia czekamy (ja i Gandalf!) do czwartku, do północy.

Powodzenia! :)


Po kliknięciu w baner, zostaniecie przeniesieni na stronę księgarni - z okazji urodzin można znaleźć całkiem przyjemne rabaciki :)

niedziela, 17 lutego 2013

Powieść pozytywistyczna (W cudzym domu - Hanna Cygler)

Tytuł: W cudzym domu
Autor: Hanna Cygler
Wydawnictwo: Rebis - dziękuję!
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 356

W cudzym domu skończyłam czytać dosłownie przed chwilą, więc będzie to relacja na gorąco :)

Pierwsze wrażenia? Powieść pozytywistyczna! Całe mnóstwo podobnych czytałam na trzecim roku polonistyki, kiedy to na tapecie był właśnie pozytywizm. O tak! Dobrze pamiętam panny o dumnych podbródkach i hultajów, którzy dybali na ich honor, a także guwernantki, dworki na wsi, bokobrody, dyliżansy i wywózki na Sybir. Oczywiście wszystkie te elementy W cudzym domu znalazłam. 

Hanna Cygler opowiada historię Luizy Sokołowskiej, Polki, która dorasta we Francji. Dość szybko jednak ją opuszcza, nie godzi się bowiem na poślubienie człowieka, którego wybrała dla niej matka (o tym wątku jeszcze napiszę). Luiza myśli, że w Polsce będzie czekał na nią ojciec, jednak na miejscu okazuje się, że ten zmarł, a dziadek, delikatnie mówiąc, nie jest zachwycony wizytą wnuczki. Luiza dostaje pracę guwernantki na dworku na wsi... a dalej już wiadomo: niesforna podopieczna, wielkie uczucie, spisek, zdrada, zsyłka na Sybir, nieślubne dziecko, zły Rosjanin i dobrzy Polacy - jak to w powieści pozytywistycznej bywa.

Drodzy Czytelnicy, niech Was nie zmyli mój lekko kpiący ton. Mimo tego, że nieco rozbawił mnie ten misz-masz wątków jakby żywcem przeniesiony z powieści Orzeszkowej (które swojego czasu przeczytałam co do jednej!), W cudzym domu czyta się naprawdę dobrze, autorka połączyła je w zgrabną całość i wyszła całkiem przyjemna lektura.

Co się Hannie Cygler nie udało, to postać pierwszoplanowa, wspomniana już Luiza, która jest zwyczajnie nudna. Dużo natomiast dzieje się na drugim planie. Bardzo podobała mi się sylwetka ukochanego Luizy, Joachima, który, a jakże!, bardzo przypominał mi mojego ukochanego Wokulskiego. Świetny jest radca Szuszkin, który "nienawidzi wszystkiego, co polskie", jednak jest on postacią wyrazistą i złożoną. Zdecydowanie to on najbardziej przypadł mi do gustu, chociaż przez długi czas pełni rolę czarnego charakteru. Bardzo miło też czyta się o Rozalii, "niesfornej podopiecznej" Luizy, emancypantce, która ma inne priorytety, niż dobre wyjście za mąż. Rozalia to kolejny mocny punkt tej powieści... chociaż skojarzenie z Madzią z "Emancypantek" jest znów nieuniknione. Na koniec muszę wspomnieć o mamie Luizy i narzeczonym, którego wybrała dla córki - jest to tak niedorzeczny wątek, że nie sposób traktować go inaczej, niż żart ze strony autorki. Takich mocno naciąganych sytuacji jest więcej, ale te taktownie przemilczę.

Plusy? Powieść "się czyta"! Kolejne miejsca, kolejni bohaterowie, nagłe zwroty akcji, spore emocje - to wystarczyło, aby (tfu, tfu, tfu - nie chcę zapeszyć) przełamać impas czytelniczy, jaki towarzyszy mi od dłuższego czasu. Jeśli ktoś poprosi mnie o polecenie lekkiej lektury, którą miło czyta się przed zaśnięciem, to z pewnością wskażę na tę powieść. No i polecam wszystkim, którzy lubią dziewiętnastowieczne klimaty :)

poniedziałek, 4 lutego 2013

Co pięć Natalii... to nie jedna! (Drugi przekręt Natalii - Olga Rudnicka)


Tytuł: Drugi przekręt Natalii
Autor: Olga Rudnicka
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka (dziękuję!)
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 496 (mało!)

Drugi przekręt Natalii - wow! :)

Dawno, dawno temu czytałam pierwszy tom o siostrach Sucharskich, książka była świetna, ale kontynuacji się nie spodziewałam. A tu proszę! Jaka miła niespodzianka! 

Autorka pisze tak: (...) nie powinno Was dziwić, że nie mogłam rozstać się z Nataliami i druga część napisała się sama. Rzecz jasna, przy aktywnym współudziale bohaterek, które robią co chcą i zupełnie nie liczą się z moim zdaniem. 

No tak! :)

Jedyne, co łączy siostry Sucharskie to imię i nazwisko - tak, tak: ojciec nazwał je tak samo. Cała reszta zaś to różnice charakterów i poglądów, pozornie nie do pogodzenia. Chociaż może nie. Wszystkie mają zadziwiającą zdolność do pakowania się w kłopoty, łatwość w mijaniu się z prawdą i skłonność do stawiania na swoim. Nie potrafią słuchać, kłócą się, prawią sobie uszczypliwości... a jednocześnie jedna bez drugiej żyć nie potrafi, łączy je dziwna symbioza, która komuś z zewnątrz może wydawać się niezrozumiała.

Dla mnie siostry Sucharskie są literackim zjawiskiem: autorce udało się stworzyć wyraziste, zapadające w pamięć postaci kobiece, które jednocześnie irytują, bawią, imponują. Autorka jest także mistrzynią dialogów. Uważam, że prawdziwą sztuką jest napisać dobry dialog. Taki, który nie jest sztuczny, "książkowy", z drugiej zaś strony nie razi zbytnią kolokwialnością. Tutaj proporcje są zachowane, a ja czytając pogawędki Natalii, umierałam ze śmiechu.

Nie zapominajmy: książka Olgi Rudnickiej to nie tylko Natalie, chociaż ich bujne osobowości sprawiają, że to one wysuwają się na pierwszy plan. Na drugim planie bowiem, w tle ich rozmów, również bardzo dużo się dzieje: jest trup bez głowy, zwłoki w aucie, pięćdziesiąt brylantów, śledztwo, przesłuchania, kolejne trupy, kolejne domysły, kto też może być sprawcą... I nie powiem, cała historia kryminalna i tym razem została sprawnie i interesująco opisana... ale jak wspomniałam, to zaledwie tło, sióstr Sucharskich nic nie jest w stanie przebić.

I teraz muszę się do czegoś przyznać.
Nie przeczytałam tej książki.
Ja ją połknęłam, co nie zdarzyło mi się od bardzo, bardzo dawna, gdyż ostatnio cierpię na czytelniczy zastój, o czym już zresztą informowałam. 

Polecam obie części: ubaw po pachy gwarantowany! :)

sobota, 2 lutego 2013

Czytelniczy niechciej

Zaniedbałam tego bloga straszliwie. 
Od dłuższego czasu nie mam ochoty ani na czytanie, ani na pisanie. Wyjątek robię dla książek psychologicznych i dotyczących samorozwoju, ale o nich piszę gdzie indziej (przy okazji: zapraszam na mojego drugiego bloga - KLIK!)

Szczerze? Nie wiem, co się stało. Podobny okres zniechęcenia do słowa pisanego miałam zaraz po studiach, ale wtedy moja niechęć dotyczyła tylko książek, że tak powiem, mądrych. Rzuciłam się wtedy na literaturę popularną... i tak powstał ten blog. 

Nie wiem, kiedy ten kryzys minie. Plan na najbliższe dni jest taki: wrócić do pisania, bo kilka pozycji jednak na recenzję czeka. Co będzie potem: zobaczymy :)

Sama jednak po cichu liczę na to, że przyjdzie wiosna, słońca zaświeci i na nową złapię ochotę na wygrzewania się w jego promieniach... oczywiście z książką w ręce :)

A póki co... dziękuję za maile z pytaniem, co z blogiem :) Naprawdę! Nie sądziłam, że ktoś zauważy moją nieobecność... a tu proszę! Miło mi, naprawdę miło! :)

Przy okazji... świetny obrazek! :)


czwartek, 10 stycznia 2013

Czym jest "normalność"? (W jednej osobie - John Irving)

Tytuł: W jednej osobie
Autor: John Irving
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka (dziękuję!)
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 515

W jednej osobie - zapamiętajcie ten tytuł, bo to kolejna świetna pozycja, którą otwieram rok 2013!

Wiem, że wiele osób zachwyca się Irvingiem - ja do znawców jego twórczości (jeszcze!) nie należę, ale po dwóch przeczytanych książkach nabieram przeświadczenia, że warto!

Ostania noc w Twisted River, którą czytałam dwa lata temu, podobała mi się bardzo i od tej pory wypatrywałam kolejnej powieści Irvinga. I w końcu jest!

Nie powiem, lektura zajęła mi sporo czasu, nie tylko dlatego, że książka liczy sobie 515 stron. W tę powieść trzeba się po prostu wgryźć, przyzwyczaić do mnogości bohaterów, zapamiętać, kto jest kim, poukładać sobie w głowie wydarzenia chronologiczne, autor bowiem dość swobodnie miesza wydarzenia z życia głównego bohatera i narratora w jednej osobie, Billy'ego Abbotta. 

Czytelnik ma okazję towarzyszyć mu przez siedemdziesiąt lat, chociaż najdokładniej opisana została młodość bohatera, kiedy to kształtowała się jego osobowość i miały miejsca wydarzenia, które naznaczyły go na resztę życia. Billy szybko odkrywa swoją inność, zauważa, że fascynują go zarówno mężczyźni, jak i kobiety. Na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, w małym miasteczku, jest to odkrycie o tyle kłopotliwe, że o ludziach pokroju Billy'ego nie mówi się głośno - co nie oznacza, że samo zjawisko nie istnieje. 

Billy nie ma łatwego życia. Z jednej strony nie ma co liczyć na wsparcie matki, która skrępowana gorsetem drobnomieszczańskich konwenansów, nie dopuszcza do siebie prawdy o orientacji syna. Wiele zamieszania wprowadza ojczym i dziadek. Ten pierwszy reżyseruje spektakle kostiumowe, gdzie płeć odgrywanych postaci bywa ambiwalentna, zaś dziadek z upodobaniem gra kobiece role, wkładając przy tym kobiece ciuszki.

Z drugiej strony Billy jest rozdarty między pociągiem do panny Frost, dużo starszej od niego bibliotekarki, a Kittredgem, "samcem alfa". Dzięki pannie Frost młodzieniec poznaje wiele ważnych książek. To niepozorna bibliotekarka i lektury wskażą mu, że należy walczyć o siebie, chociażby nie podobało się to ludziom takim jak Kittredge. I nie ukrywam, iż jest to jeden z moich ulubionych wątków, bowiem, a co!, wierzę, że literatura może dostarczać nie tylko przyjemności, lecz także kształtować charaktery i postawy. 

Billy Abbott szybko odkrywa także, że samo czytanie książek to za mało. On chce je tworzyć. Niespodziewanie sam dla siebie staje się inspiracją i obiektem godnym opisania. Dzięki temu czytelnik ma szansę obserwować kształtowanie się Abbotta jako autora właśnie, lecz także obserwować rozwój środowiska gejowsko - lesbijskiego, dopiero raczkującego.

Tak, jak to zostało zapowiedziane na okładce, Irving stawia pytania o to, czym jest normalność i czy warto za wszelką ceną do niej dążyć. Penetruje te zakątki ludzkiej duszy, w które nie każdy ma odwagę dotrzeć. I przede wszystkim kreśli cudowny portret człowieka dojrzewającego, poszukującego, stawiającego pytania. 

Trzynasta powieść Irvinga zachwyca: świetnymi bohaterami, świetną fabułą, świetnym pomysłem. I mimo iż do najłatwiejszych nie należy, warto poświęcić jej czas i wysiłek: satysfakcja (ogromna!) z lektury gwarantowana! 




wtorek, 8 stycznia 2013

Genialne! (Wybór Zofii - William Styron)

Tytuł: Wybór Zofii
Autor: William Styron
Audiobook (www.audeo.pl)
Czas: 1877 minut

Słuchałam, słuchałam... i wysłuchałam.
I naprawdę cieszę się, że nowy rok zaczynam właśnie od zrecenzowania tej pozycji: Wyboru Zofii

Powieść Williama Styrona jest ogromna, audiobook zaś, którego słuchałam, jest najdłuższym audiobookiem z jakim miałam do czynienia: 1877 minut! Ale szczerze? Nie żałuję ani jednej chwili, którą z nim spędziłam.

Przede wszystkim: brawa dla lektora, Zbigniewa Moskala. Zdarzało mi się już zrezygnować ze słuchania jakiejś pozycji tylko dlatego, że interpretacja była dla mnie zupełnie nie do przyjęcia ("klasycznym" przypadkiem jest Cheri, powieść Colette czytana przez Annę Dereszowską - brrrrr!). Tymczasem tutaj lektor jest dla mnie, jakby to ująć?, przezroczysty, neutralny, głos, który słyszałam, nie odwracał mojej uwagi od treści, co uważam za ogromny, ogromny plus!

Co do samej powieści Styrona... Z pewnością najważniejszy jest w niej wątek tytułowy. O tym, czego dotyczy "wybór", z pewnością wielu wie, ja sama wiedziałam, zanim jeszcze sięgnęłam po powieść. Nie zmienia to jednak faktu, że warto przyjrzeć się samej Zofii - w moim odczuciu jednej z ciekawszych kobiecych postaci, jakie można spotkać na kartach literatury. Zofia jest fascynująca: z jednej strony beztroska, wyzwolona, świadoma własnej wartości, świetnie wpisująca się w amerykański krajobraz... Z drugiej zaś czytelnik dowiaduje się, że przeżyła piekło w obozie w Auschwitz i przeszła rzeczy niewyobrażalne... Świetnym uzupełnieniem Zofii jest Natan - jej druga połówka, mężczyzna opętany rządzą zemsty, w dodatku chory psychicznie, z którym tworzy pełen emocji związek.

Nic dziwnego, że para ta fascynuje Stingo (narratora) - razem zaś trójka bohaterów tworzy niezwykłe trio, których równie wiele łączy, co dzieli.

Wybór Zofii to jedno z tych dzieł, wobec których czytelnik staje nieco bezradny. Książka ma bowiem swój specyficzny klimat, który trudno oddać słowami. Autor porusza tyle wątków, że zamiast o nich pisać, lepiej poznać je samemu, żadne streszczenie bowiem nie jest w stanie oddać geniuszu i złożoności tej powieści.

Z pewnością na audiobooku nie poprzestanę, marzy mi się bowiem, za jakiś czas, kilka dni, które będę mogła poświęcić wyłącznie na lekturę tej powieści. No i został mi jeszcze do obejrzenia film: jeden z niewielu z Maryl Streep, jakich nie widziałam.

I oczywiście polecam wpisanie tej książki na listę lektur obowiązkowych: u mnie figurowała na niej kilka lat i bardzo się cieszę, że w końcu jestem "po" :)

Za możliwość przeczytania dziękuję Audeo

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Idą święta - będzie uczta! (Kuchnia świąteczna - Marzena Wasilewska)

Tytuł: Boże Narodzenie. Kuchnia świąteczna
Autor: Marzena Wasilewska
Wydawnictwo: Świat Książki (dziękuję!)
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 128

Uff... połowa grudnia minęła, a ja piszę pierwszą recenzję w tym miesiącu. Do tej pory zajęta byłam głównie gorączkowaniem, smarkaniem i wycinaniem gwiazdek z papieru, ale mam nadzieję, że te atrakcje już za mną. Poza tym... stęskniłam się za blogowaniem, stęskniłam solidnie!

Książka, o której chcę napisać dzisiaj, jest najczęściej kartkowaną przeze mnie pozycją w ostatnim czasie. Oglądam, czytam, zachwycam się, głodnieję, biegnę do lodówki, myślę o Wigilii. Kuchnia świąteczna wprawiła mnie w bożonarodzeniowy nastrój miesiąc przed świętami i stwierdzam, że jednak zdecydowanie wolę wywoływać magię świąt przywołując świąteczne smaki, aniżeli słuchając w radiu tandetnej świątecznej muzyki.

W książce Marzeny Wasilewskiej znalazły się przepisy zarówno na świąteczne "klasyki"(makowiec, kutia, łazanki z kapustą), jak i potrawy nieco bardziej oryginalne (zupa krem z porów i łososia - mniam!, knedle z bułki, rosół z winem porto - kolejne mniam!).

Autorka podzieliła przepisy na przystawki zimne i gorące, sosy i dodatki do mięs i ryb, zupy, dania główne i dodatki do nich, surówki i potrawy z warzyw, desery i wypieki. Oczywiście zwróciłam uwagę na listę składników: wszystkie bez problemu można dostać w markecie czy na bazarku.

Na osobą uwagę zasługuje szata graficzna. Fakt: brakuje mi zdjęć do wszystkich przepisów, te znajdują się mniej więcej na co drugiej stronie, ale to nic. Szata graficzna zachwyca! Zresztą: tylko spójrzcie:










Brakowało mi takiej książki. Do tej pory przepisów na świąteczne dania szukałam na blogach i w magazynach kulinarnych, teraz postanowiłam zaufać Kuchni świątecznej. Oczywiście mam swoje przepisy, z których nie zrezygnuję na pewno, ale książka ta jest świetną isnpiracją. Póki co: polecam! I mam nadzieję, że będę mogła polecić ją także po wypróbowaniu receptur na chociaż część prezentowanych przysmaków :)

wtorek, 27 listopada 2012

Nowa książka Małgorzaty Musierowicz... hmm (McDusia - Małgorzata Musierowicz)

Tytuł" MaDusia
Autor: Małgorzata Musierowicz
Wydawnictwo: Akapit Press
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 296


Jestem jedną z tych czytelniczek, które na książkach Małgorzaty Musierowicz się wychowały. Ba! Jeśli miałabym ułożyć swoją subiektywną listę ulubionych pisarek, to poznańska autorka znalazłaby się na pewno w pierwszej piątce.

Za co uwielbiam Jeżycjadę? Chyba za to wszystko, o co czasem tak trudno w życiu. Za czytających bohaterów. Za szaloną Idusię, moją ukochaną Natalię (czemu, czemu, czemu nie poślubiła Nerwusa?), za Genowefę, zupełnie niedzisiejszego Ignacego Borejko, za Aurelię, za Bobcia, za cytat Józinka o "pompocie", za Kłamczuchę i kwieciste wypowiedzi Bernarda. Oczywiście nie mogę nie wspomnieć o tym, że książki Musierowicz niosą w sobie taką dawkę ciepła i dobrych uczuć, że powinny być przepisywane jako lek na depresję. Nie, dla mnie te książki absolutnie nie są przesłodzone, wyczekuję na każdy kolejny tom, niektóre z pozycji czytałam po siedem, o ile nie więcej razy. W związku z powyższym nie wiem, jak mam napisać to, że "McDusia" jest... taka sobie, żeby nie powiedzieć słaba.

Pozornie wszystko jest okej. Są znani bohaterowie (chociaż Natalii jest mi za mało!), jest kamienica na Jeżycach, jest stół, przy którym pije się herbatkę. Mamy grudzień, Boże Narodzenie, ślub Laury. Do Poznania przyjeżdża Magdusia, wnuczka profesora Dmuchawca, w której z miejsca zakochuje się jeden z młodszych bohaterów, chociaż ona sama strzela oczami w kierunku kogoś innego. 

Fakt, czytałam z rumieńcami na twarzy. Fakt, z radością witałam pojawienie się kolejnych bohaterów.  Fakt, udzielił mi się klimat. Jednak kiedy dobrnęłam do ostatniej strony, poczułam się dziwnie rozczarowana. Jak to? To już? Tylko tyle? Tyle czekania... na to?

"McDusia" jest dla mnie książką o niczym. Perypetie miłosne głównej bohaterki biegną sobie przewidywalnym szlakiem, ślub Laury jakoś specjalnie mnie nie zainteresował, jeśli będę myśleć o innych bohaterach, to raczej w kontekście wcześniejszych tomów. W książce tej nie ma niczego, co by wysuwało się na pierwszy plan. Nie ma szczególnie zabawnych dialogów, odniosłam też wrażenie, ze niektóre sceny to typowe, przepraszam za słowo, "zapchaj dziury" - w końcu trzeba dobić do tych 300 stron...

I na tym poprzestanę. Z sentymentu, z miłości i przywiązania do Borejków nie chcę źle o kolejnej części Jeżycjady pisać. Zamiast tego oczekuję na kolejny tom, Wnuczkę do orzechów... i mam nadzieję, że ta, w pozytywnym sensie, powali mnie na kolana :)

wtorek, 20 listopada 2012

Trzecie urodziny!

Ha! Kolejny raz prawie przegapiłam urodziny mojego dziecka!

Dokładnie trzy lata temu powstało Słowo Czytane... i nie wierzę, naprawdę nie wierzę, że tak długo wytrwałam w blogowaniu! :)


Oj, zjadłoby się taki... :)

środa, 14 listopada 2012

Książka zamiast antykoncepcji? (Marek Susdorf - Dziennik znaleziony w piekarniku)

Autor: Marek Susdorf
Tytuł: Trzy śmiertelne historie. Dziennik znaleziony w piekarniku
Wydawnictwo: Novae Res
Liczba stron: 96
Rok wydania: 2012


No nic... nie ma co udawać, że nie przeczytałam tej książki i odkładać napisanie recenzji w nieskończoność. Minęło bowiem kilka dni... a ja nawet nie potrafię powiedzieć, czy lektura mi się podobała, czy nie. Nie wiem, czy ocenić ją pozytywnie, czy negatywnie. Wiem natomiast, że raczej się tej ambiwalencji uczuć nie pozbędę - więc taka niezdecydowana przystępuję do pisania. 

Powieść Marka Susdorfa utrzymana jest w dość popularnym ostatnio nurcie, który ja nazywam  "macierzyństwo bez lukru". Książka stanowi "autohagiografię Magdaleny D." Magdalena D. ma półrocznego-męża-Krzyśka, malutkie dziecko i wielką złość... na wszystko. Na siebie, na byłego narzeczonego (czy może raczej na współlokatora), na męża, na pary, które wyglądają na szczęśliwe, na "to dziecko", na teściów, na niezapłacone rachunki... i na tym bynajmniej lista się nie kończy. 

Magdalena, aby wyładować gdzieś swoją frustrację, zaczyna pisać dziennik. I w tym momencie przypomina mi się fragment innej książki, który mówi o tym, jak bezradni są współcześni dwudziestolatkowie. Z jednej strony pokazuje im się kolorowe życie, które jest tuż, tuż... na wyciągnięcie ręki. Z drugiej zaś często nie mają oni szans na wyprowadzenie się od rodziców, założenie własnej rodziny, usamodzielnienie się... bo ich zwyczajnie na to nie stać.

Tematyka, musicie więc przyznać, że ciekawa, acz wtórna. Fakt, że książkę napisał mężczyzna - również intryguje. Ale. A raczej: ALE. Tego "ALE" nie mogłam się pozbyć w trakcie czytania i właśnie to "ALE" sprawia, że nie potrafię tej książki ocenić dobrze.

Magdalena nie snuje narracji, Magdalena nie opowiada, Magdalena wrzeszczy. Z przekleństwami, z nazywaniem siebie spasioną świnią, z pretensjami do całego świata. Nie ma takiej rzeczy, z której Magdalena byłaby zadowolona. Sposób, w jaki pisze o sobie po porodzie, o samym porodzie i potem o macierzyństwie sprawia, że książkę tę można by przepisywać jako środek antykoncepcyjny. Może taki był zamysł, może tak miało być... ale chwilami zwyczajnie odechciewało mi się czytać. Książka nie jest gruba, liczy zaledwie 94 strony, a ja po lekturze czułam się autentycznie wyczerpana. 

Główna bohaterka neguje bowiem wszystko. Czepia się najmniejszych drobiazgów, które stają się dla niej pretekstem do wylania z siebie żalu, złości. rozgoryczenia. I może gdyby ta złość czemuś służyła, gdyby bohaterka potrafiła "coś" z nią zrobić, gdyby próbowała cokolwiek zmienić... ale nie. Magdalena D. kreuje samą siebie na męczennicę, której życie daje w kość. Jednocześnie też rezerwuje dla siebie rolę "prawdziwej kobiety", bowiem ta, która nie doświadczyła ciąży, rozstępów, karmienia piersią i podcierania tyłka niemowlęciu kobietą nie jest. Jest do bólu skupiona na sobie, na swoim ciele, na losie, który ją spotkał... a ja takiej postawy nienawidzę, mam na nią alergię. Zamiast jej współczuć, zwyczajnie mnie wkurzała.

Warto tutaj wspomnieć o języku. Lubię wszelkie eksperymenty i zabawę słowem - a tutaj mamy tego bez liku. Potrafię docenić to, jak zręcznie autor posługuje sie strumieniem świadomości, miesza style, używa na przemian polszczyzny literackiej i podwórkowej. Ale absolutnie nie potrafię przekonać się do bohaterki i takiego kreowania rzeczywistości, jakie ma tutaj miejsce. 

Będę kolejne tomy "śmiertelnych historii". Czy sięgnę? Raczej tak, z ciekawości. Chociaż po "Dziennik znaleziony w piekarniku" z pewnością ponownie nie sięgnę.

czwartek, 8 listopada 2012

Z rodziną najlepiej (na zdjęciach) (Szopka - Zośka Papużanka)

Tytuł: Szopka
Autor: Zośka Paużanka
Wydawnictwo: Świat Książki (dziękuję!)
Liczba stron: 205
Rok wydania: 2012

Do książki Zośki Papużanki nastawiłam się pozytywnie... zanim jeszcze zaczęłam ją czytać. A wszystko przez informację o autorce, którą można znaleźć na okładce:

Zośka Papużanka (ur. 1978 r.) Z wykształcenia jest teatrologiem, pracuje jako nauczyciel języka polskiego. Robi doktorat z literaturoznawstwa. Autorka tekstów piosenek wykonywanych w krakowskich kabaretach i spektaklach Teatru Lalki i Aktora Parawan. Mieszka w Krakowie, ma dwóch synów, tańczy flamenco, czyta po nocach i bardzo jej w życiu dobrze.

"I bardzo jej w życiu dobrze" - ależ mnie to ucieszyło! Tak rzadko można usłyszeć, że ktoś jest zadowolony z życia, częściej spotyka się osoby, które mają jakieś "ale" i mogą o sobie powiedzieć wszystko, tylko nie to, że jest im dobrze. Pani Zośko! Gratuluję i zazdroszczę! :)

O czym jest Szopka? O rodzinie, jakich wiele. Prym w niej wiedzie matka - "maszynka do narzekania". Matce nie zamykają się usta. Gada, żeby gadać. Chociaż nie: wiele jej wypowiedzi służy temu, by zatruć życie domownikom. Matka szczyci się tym, że wali prawdę prosto w oczy. Sączy tę prawdę niczym truciznę: dzień po dniu, godzinę po godzinie, chyba nawet nie do końca zdając sobie sprawę, jaką moc ma to jej gadanie.

Nikt nie potrafiłby powiedzieć, dlaczego się z nią ożenił - tak do powieści wprowadzony zostaje mąż i ojciec, głowa rodziny. To mężczyzna cichy, uciekający z domu, który przez lata wypracował sobie strategię niesłuchania i unikania gderliwej małżonki. Żonie postawił się tylko raz: uparł się, że ich córka będzie miała na imię Wanda. 

Wanda zaś wrodziła się w ojca: również tańczy, jak matka jej zagra i nie potrafi uwolnić się spod jej wpływu nawet jako dorosła kobieta, co znów ma wpływ na jej rodzinę. Wanda od dziecka żyje w poczuciu winy i zupełnie dosłownie próbuje zniknąć: całe dnie spędza schowana pod stołem, marząc o lepszym życiu. Przypadła jej rola gorszej, bo młodszej: starszy brat Maciuś nie dopuszcza jej do głosu. Dla niego Wanda pięćdziesięcioletnia to ta sama "gówniara", której dokuczał, gdy miała lat dziesięć.

Maciuś jest równie ciekawy: niby zdolny, ale rzucił studia. Niby przez moment prowadził normalne życie, a żona szybko się z nim rozwiodła i od tej pory Maciuś nie przestaje pić, tułać się i co jakiś czas odwiedzać rodzinę, aby pożyczyć pieniądze.

Książka Zośki Papużanki nie opisuje rodziny patologicznej: nikt nikogo nie bije, nie ma biedy, dorosłe dzieci opuszczają gniazdo, Wanda stawia się na niedzielnych obiad, nieco problemów jest z Maciusiem, ale w każdej rodzinie trafi się czarna owca. 

Jakby jednak nie patrzeć, każda z przedstawionych postaci jest postacią tragiczną. Z jednej strony nie potrafią żyć ze sobą, ale też nie potrafią się rozdzielić. Z jednej strony zdają się nienawidzić nawzajem, ale też coś ich trzyma razem, nikt nie potrafi przeciąć "więzów rodzinnych", które zaciskają się niczym pętla, nie pozwalając złapać głębszego oddechu. 

Autorka w sposób naprawdę wyczerpujący opisuje losy zwykłej rodziny, w której niby wszystko jest okej... ale czytając, chwilami miałam gulę w gardle. Na 200 stronach udaje jej się nakreślić nie tylko świetne studium relacji międzyludzkich, ale też naprawdę dobre portrety. I teraz dochodzimy do sedna: do języka.

Przyznaję: nie czytało mi się tej książki łatwo, chociaż lektura nie zajęła mi wiele czasu. Autorka oddaje głos swoim bohaterom, to nie ona ich charakteryzuje, lecz charakteryzują się sami. Kiedy czytałam fragmenty opisujące ojca, czułam jego łagodność i niepewność, potrafiłam sobie wyobrazić tego zakrzyczanego mężczyznę. Kiedy czytałam fragmenty wypowiadane przez matkę, słyszałam jej wrzaskliwy i pełen pretensji ton. Owszem, można książce zarzucić, że to nic nowego, że są pisarze, które w podobny sposób pisali wcześniej. Mnie jednak ten język: mocny, soczysty, chwilami wulgarny, całkowicie "kupił" i nie wyobrażam sobie sytuacji, żeby historię tę przedstawić za pomocą pięknej, poprawnej polszczyzny. 

Że lekturę polecam - to oczywiste. Mocna, choć zwyczajna historia, która nie chce mi wyjść z pamięci. Od razu po lekturze nasunęła mi się też myśl, że ta powieść wkrótce znajdzie się na liście lektur szkolnych - ciekawe, czy mam rację :)?

poniedziałek, 5 listopada 2012

Perfekcyjna pani domu (Niewidzialna pani domu - Jeanne Ray)

Tytuł: Niewidzialna pani domu
Autor: Jeanne Ray
Wydawnictwo: Wielka Litera (dziękuję!)
Liczba stron: 256
Rok wydania: 2012

Macie tak czasem? Kiedy czytacie, wszystko wydaje się w porządku. Niesztampowy temat, oryginalni bohaterowie, wciągająca fabuła. Zadowoleni z lektury dochodzicie do ostatniej strony. Dajecie książce kilka godzin na "uleżenie się" w głowie. Owe godziny mijają, wasze zadowolenia zaś zmienia się lekkie rozczarowanie. Na tyle lekkie, że książkę cały czas uważacie za dobrą i godną uwagi, ale... Ale sami napisalibyście ją inaczej!

Ja, gdybym mogła, chętnie zmieniłabym fabułę Niewidzialnej pani domu. Książka wydała mi się interesująca w chwili, kiedy ją zobaczyłam i wiedziałam, że chcę ją przeczytać. Zaintrygowała mnie główna bohaterka, Clover... która któregoś dnia znika. I nie jest to żadna przenośnia: kobieta znika dosłownie, tam, gdzie kiedyś była jej głowa, znajduje się pusta przestrzeń. I teraz najlepsze: jej bliscy niczego nie zauważają! Mąż rozmawia z niewidzialną żoną... i nie dostrzega, że ręka, która stawia przed nim obiad... Jaka ręka? Nie dostrzega, że nie ma ręki! Clover próbuje sobie tłumaczyć zachowanie męża tym, że zna ją tak dobrze, że patrzył na nią tyle razy... że jego umysł wypełnia pustkę jej obrazem. Jak jednak wytłumaczyć to, że nie widzą jej także dzieci?

Czego się spodziewałam po tej książce? Mocnej powieści feministycznej, mówiącej o tym, że kobieta, która za wszelką cenę próbuje być perfekcyjną panią domu i zatraca się w czyszczeniu fug w łazience, po jakimś czasie staje się dla domowników sprawnie działającą maszyną, traci swoje człowieczeństwo. Tymczasem Clover dziwnie łatwo godzi się ze swoją niewidzialnością. To, że spotyka inne niewidzialne kobiety zdaje się tylko utwierdzać ją w przekonaniu, że takie rzeczy po prostu się dzieją. I chociaż na końcu pojawia się bunt i masowy zryw... to jest on skierowany zupełnie nie w tę stronę, w którą ja bym go skierowała.

Po Niewidzialną panią domu można sięgać bez obaw: książkę czyta się przyjemnie, ale też nie jest to typowe babskie czytadło, o którym zapomina się chwilę po tym, jak lektura powędruje na półkę. Powieść wciąga, zapada w pamięć, widać, że autorka miała na tę książkę pomysł. A że był to pomysł inny niż mój... no cóż, wszystko przede mną :)


niedziela, 4 listopada 2012

Inicjały: MM (Marilyn. Żyć i umrzeć z miłości - Alfonso Signorini)

Tytuł: Marilyn. Żyć i umrzeć z miłości
Autor: Alfonso Signorini
Wydawnictwo: Świat Książki (dziękuję!)
Liczba stron: 219
Rok wydania: 2012

Po książkę o Marilyn Monroe nie planowałam sięgać, przede wszystkim dlatego, że mam złe doświadczenia związane z jej biografiami (vide: Ostatnie seanse, przy których prawie umarłam). Zauroczyła mnie jednak książka o Marii Callas (KLIK) autorstwa Alfonso Signorini - dlatego stwierdziłam, że co mi tam i przeczytam także zbeletryzowaną biografię Marilyn - co też uczyniłam.

O czym jest Żyć i umrzeć z miłości, wiadomo: o wcale nie takim kolorowym życiu MM. Uwielbiana przez miliony - żyła samotnie, chociaż mężczyzn w jej życiu było wielu. Ukochana kobieta Ameryki, której ciągle brakowało miłości. Ucieleśnienie słowa "gwiazda" - a jednak stale musiała sobie udowadniać, że jest kimś, że potrafi zachwycać. Oklaskiwana na scenie - w życiu prywatnym niepewna. Jednym słowem: kobieta pełna sprzeczności.

Pisząc powyższe zdania nie mogę pozbyć się wrażenia, że piszę banały. MM jest postacią tak znaną, jest "ikoną", że właściwie trudno napisać o niej coś, czego nikt jeszcze nie napisał/nie powiedział. 

Z drugiej jednak strony zastanawiam się... ile osób tak naprawdę potrafi powiedzieć o niej coś więcej, czy jest to w ogóle możliwe. Zachowały się setki zdjęć MM, pisało o niej tak wiele osób, narosło tak wiele legend... a mimo to odnoszę wrażenie, że kobieta ta nadal pozostaje tajemnicą. 

Książka Alfonso Signorini dostarczyła mi wielu nowych faktów z życia MM, których nie znałam. Nie wiedziałam np. że jej matka połowę życia spędziła w szpitalu psychiatrycznym i że ona sama obawiała się, że kiedyś też popadnie w szaleństwo. Nie wiedziałam, że jako mało dziewczynka była zamykana w szafie. Nie miałam pojęcia, że przez jakiś czas mieszkała w sierocińcu.

Nie zmienia to jednak faktu - i tego porównania nie jest w stanie uniknąć - że książka o Callas podobała mi się bardziej, co bynajmniej nie oznacza, że ta o Marilyn jest zła. Absolutnie nie jest gorsza pod względem warsztatowym, wciąga od pierwszej do ostatniej strony, historia o wielkich ambicjach i wielkich uczuciach nie straciła nic na swojej aktualności. Jednak czytając Żyć i umrzeć z miłości chwilami odnosiłam wrażenie, że czytam plotkarski magazyn. Ale znowu: czego ja się czepiam? Skoro autor pisze o takiej bohaterce, to jest to rzeczy nieunikniona. 

Polecam więc obie pozycje - dla porównania :)

niedziela, 28 października 2012

Nie oceniaj książki po okładce! (Do następnych mistrzostw - Eshkol Nevo)

Tytuł: Do następnych mistrzostw
Autor: Eshkol Nevo
Wydawnictwo: MUZA
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 375

Nie jestem i nigdy nie byłam fanką piłki nożnej - toteż książka z "mistrzostwami" w tytule odleżała swoje na półce. I to był błąd!

Do następnych mistrzostw jest bowiem powieścią opowiadająca o męskiej przyjaźni, która bynajmniej nie ogranicza się do picia piwa przed telewizorem. Owszem: bohaterowie regularnie spotykają się przed odbiornikiem, jednak spotkania te pełnią podobną funkcję co babskie sabaty przy winie.

Churchill, Amichaj, Ofir i Juwal chodzili razem do szkoły w Hajfie, potem wszyscy przeprowadzili się do Tel Awiwu, jednak dorastanie bynajmniej nie sprawiło, że oddalili się od siebie, przeciwnie: czytając miałam wrażenie, że żaden z nich nie byłby kompletny.

W 1998 roku, podczas finału Pucharu Świata wpadają na ciekawy pomysł. Każdy z nich zapisuje na kartce trzy życzenia, które chciałby zrealizować... do następnych mistrzostw właśnie. To, w jaki sposób zostaną (lub nie zostaną) one zrealizowane, stanowi dla mnie jeden z najlepszych momentów tej książki. 

O Do następnych mistrzostw trafnie pisze wydawca na okładce: Czterej kumple i mecz w telewizji? Banał i stereotyp? Zdziwicie się. 

Książka, którą przeczytałam, nie jest ani banalna, ani stereotypowa. Ba! Dotyka spraw najważniejszych, takich jak strata, miłość, szukanie sensu życia czy wreszcie przyjaźń. Bohaterowie zaś... nie wiem, może to nadinterpretacja z mojej strony, ale noszą w sobie pierwiastek tragizmu. Natomiast fakt, że tematykę podano w chwilami zabawnej (nie mylić z "głupawej) formie, świadczy tylko na korzyść autora.

I jeszcze jedno. Mnie zawsze zaskakują sytuacje, kiedy autorowi udaje się tak rozpisać dobrze znane motywy, że wychodzi z tego coś, co zapada w pamięć, co nie jest sztampowe, co czyta się z przyjemnością. Może to właśnie jest talent? Pisać o czymś znanym tak... żeby czytelnik miał wrażenie, że czyta o tym po raz pierwszy? Nie wiem... w każdym razie: serdecznie polecam.

***

Od dłuższego czasu cierpię na nadmiar książek, które są wszędzie: na podłodze, na parapecie, na łóżku, na szafkach, w szafkach i pod szafkami... Fakt, marzę o wielkiej bibliotece, ale też nie do wszystkich książek jestem tak samo przywiązana.

Zatem jeśli ktoś ma ochotę na nowe książki, płacąc tylko za koszt przesyłki, zapraszam na profil bloga na Facebooku - KLIK. Co jakiś czas będę dodawać tam książki do oddania, na pierwszy ogień idzie właśnie ta recenzowana powyżej oraz powieść Magdaleny Kordel, której recenzja znajduje się  TUTAJ

Zapraszam! :)