niedziela, 30 września 2012

Annuszka już rozlała olej słonecznikowy (Studnia bez dnia - Katarzyna Enerlich)

Tytuł: Studnia bez dnia
Autor: Katarzyna Enerlich
Wydawnictwo: MG (dziękuję!)
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 245

Książki Katarzyny Enerlich uwielbiam. I chociaż nigdy nie poznałam autorki osobiście, mam wrażenie, że to, jaka jest i to, jak pisze jest bardzo spójne, a przez to prawdziwe. Co mnie najbardziej zachwyca w jej powieściach? Sposób, w jaki portretowane są kobiety - nie inaczej jest w przypadku Studni bez dnia.

Książka zaczyna się mocno i myślę, że ten początek mogę zdradzić. Marcelina, główna bohaterka, zupełnie przypadkiem słyszy, jak jej mąż zdradza ją z inną kobieta. Pisząc, że "słyszy", nie mam na myśli tego, że ktoś jej donosi na niewiernego małżonka. To on sam, w trakcie miłosnych uniesień, przez przypadek wybiera jej numer telefonu. Los bywa jednak... ironiczny: mężczyzna wracając od kochanki ma wypadek, w którym traci życie, a Marcelina, po drugiej stronie słuchawki, bezradnie się temu przysłuchuje. 

Katarzyna Enerlich kreśli portet kobiety na rozdrożu. Z jednej strony Marcelina musi zupełnie na nowo poukładać klocki, jakie składają się na jej życie, z drugiej zaś znajduje się sytuacji patowej. Bo jak tu opłakiwać zmarłego męża, skoro wie, że ten nie był jej wierny i być może tego dnia, kiedy miał miejsce wypadek, chciał jej powiedzieć o rozstaniu? Zostaje jeszcze Natalia Anna, kochanka męża. Niespodziewanie obie kobiety stają się sobie bliskie, kochały bowiem tego samego mężczyznę. Zresztą: czy można winić kogoś za to, że się zakochał?

W Studni bez dnia oczywiście jest o wiele więcej wątków, np. ten związany z tytułową, średniowieczną studnią, która skrywa w swoim wnętrzu niezwykłą tajemnicę. Wydarzenia prawdziwe mieszają się z fikcyjnymi, autorka umieszcza także zdjęcia współczesnego Torunia, które stanowią tło dla opowieści. Jednak mnie najbardziej przyciągnęły te fragmenty, które opowiadały o codzienności Marceliny i jej zmaganiach, by zacząć żyć na innych zasadach, niż miało to miejsce wcześniej.

Wszystkim miłośnikom prozy Katarzyny Enerlich tej książki polecać nie trzeba, odnoszę jednak wrażenie, że po tej powieści może znaleźć kolejnych odbiorców - i bardzo dobrze! :)

wtorek, 25 września 2012

Opowieść o końcu świata (Dobra krew - Magdalena Skopek)

Tytuł: Dobra krew
Autor: Magdalena Skopek
Wydawnictwo: PWN (dziękuję!)
Liczba stron: 379
Rok wydania: 2012

Jamał - ręka do góry kto wie, gdzie to jest. 
Ja przyznaję: musiałam sprawdzić i lokalizacja tego półwyspu mocno mnie zaskoczyła. Teraz zaś, jeśli miałabym wskazać koniec świata, tym bardziej po przeczytaniu Dobrej krwi, to chyba pokazałabym właśnie to miejsce. 

Mimo iż książkę przeczytałam od deski do deski, z dużym zainteresowaniem, to mimo wszystko nie mam pojęcia, dlaczego autorka właśnie Jamał wybrała na cel swojej wyprawy. Jedyne logiczne wytłumaczenie, jakie przychodzi mi na myśl to to, że po prostu MUSIAŁA, chociaż wielu jej to odradzało. Atrakcji turystycznych brak, cywilizowanych warunków brak, dziwów przyrody brak. Są za to puste, dla mnie nieco upiorne przestrzenie, jest tundra, jest wiatr i komary. 

Jednak to nie surowość krajobrazu mnie przeraziła na początku najbardziej, lecz surowość... obyczajów? Nieńcy, mieszkańcy Jamału, trudnią się m.in. wypasem reniferów. Zwierzęta towarzysza im na każdym kroku, jednak tutaj relacja ta zostaje ukazana w sposób pierwotny, obcy i być może szokujący dla nas, Europejczyków. Renifery nie tylko fajnie się głaszcze, lecz także zabija się, otula ich skórami, na surowo zjada wnętrzności... W książce pełno jest zdjęć martwych zwierząt, krwi, podrobów. W tym przypadku wymowny jest jednak tytuł: Dobra krew. Zwierząt nie zabija się dla przyjemności. Zwierzęta pozwalają ludziom przetrwać.

Szczerze? Książka nie epatuje okrucieństwem, wymazane krwią dziecko na okładce nie budzi we mnie obrzydzenia, jednak doskonale zdaję sobie sprawę, że sama za bardzo jestem nasiąknięta cywilizacją i z jednej strony podziwiam autorkę za zdolność dopasowania się do obcej kultury, nie negowania jej... z drugiej zaś wiem, że sama bym tak nie potrafiła. Cały czas jednak miałam świadomość, że nie czytam fikcji, że Nieńcy naprawdę są i żyją, że autorka pisze prawdę. Myśl ta była dla mnie równie egzotyczna jak fakt, że na drugiej półkuli jest teraz dzień. Zresztą, zobaczcie sami:



Pisałam kiedyś, że nie jestem miłośniczką literatury podróżniczej, Dobrą krew jednak z całym przekonaniem rekomenduję. Wiem, z całą pewnością wiem, że nigdy nie znajdę się w świecie, o którym pisze autorka. Ba! Przed lekturą nie miałam pojęcia, że ludzie jeszcze mogą żyć w taki sposób. Nie bez znaczenia jest dla mnie bowiem to, ze Magdalena Skopek wybrała się na Jamał... bo i tak stać się musiało. Wiele osób podróżuje po świecie, wiele osób pisze potem książki... ale ta relacja zafascynowała mnie w dużej mierze dlatego, że autorka nie tylko obserwowała, ale starała się wejść w rzeczywistość zupełnie dla siebie odmienną, co zresztą świetnie oddaje cytat z Lapidarium IV Ryszarda Kapuścińskiego: 

Żyjąc, jesteśmy otoczeni mnóstwem niedostępnych gołym okiem światów, o których istnieniu nawet nie wiemy i do których najprawdopodobniej nigdy nie dotrzemy. Nasza wyobraźnia jest  zbyt uboga, nasza intuicja zbyt zawodna, a wiedza cząstkowa i ograniczona. Toteż najczęściej nie   jesteśmy świadomi, że, przynajmniej teoretycznie, moglibyśmy poznać wiele bogactw i niezwykłości istniejących w zasięgu naszej ręki. Tyle, że chęć takiego poznania mają tylko nieliczni, jest to przygoda uprawiana przez niewielu, namiętność, która rzadko pojawia się w człowieku.

Serdecznie polecam!

niedziela, 23 września 2012

To jest książka dla tych, co się lubią bać! (Pamiętam Cię - Yrsa Sigurdardottir)

Tytuł: Pamiętam Cię
Autor: Yrsa Sigurdardottir
Wydawnictwo: MUZA (dziękuję!)
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 318

Dawno żadna fabuła nie napędziła mi takiego stracha.
Dawno nie czytałam książki... którą czytałam tylko w dzień i broń Boże nie wtedy, gdy byłam sama!
Wreszcie: dawno nie zdarzyło mi się spać przy zapalonym świetle i bać się wstać w nocy do łazienki!

O Pamiętam Cię było jakiś czas temu głośno na blogach, książka zebrała bardzo dobre recenzje - i słusznie, chociaż kolejny raz mam wrażenie, że mój głos nie jest tu do końca wiarygodny, gdyż należę do osób raczej strachliwych i wcale nie trzeba nie wiadomo czego, żebym się bała. 

Autorka, której nazwiska nie jestem w stanie zapamiętać, opowiada dwie równoległe historie. Pierwsza z nich toczy się w niewielkim islandzkim miasteczku. Freyr, psychiatra, którego dziecko ginie w tajemniczych okolicznościach, zostaje wezwany do dziwnej sprawy: ktoś zdemolował przedszkole. Freyer odkrywa, że podobna historia wydarzyła się kilkadziesiąt lat wcześniej: wtedy też zaginął chłopiec i jakiś "wandal" również zdemolował sale. Wydarzenia te są dziwnie do siebie podobne, a Freyer, chcąc nie chcąc, znajduje się w ich centrum. Mało tego. O psychiatrach często mówi się, że upodabniają się do swoich pacjentów i przestają być zupełnie normalni - chociaż w tym przypadku normalność to pojęcie względne. Tymczasem Freyer zaczyna słyszeć i widzieć więcej niż by chciał.

Podobnie dzieje się w przypadku trójki przyjaciół - bohaterów drugiej historii. Małżeństwo Katrin i Gardar oraz ich przyjaciółka Liv, lądują w miejscu zapomnianym przez Boga i ludzi. Chcą wyremontować dom, ale szybko przekonują się, że jest to niemożliwe. Fragmenty dotyczące tych postaci podobały mi się najbardziej i dlatego, przewrotnie, napiszę o nich najmniej. Ale też zaznaczam, że to właśnie tutaj mój lęk osiągnął apogeum.

W jaki sposób obie historie się łączą - tajemnica!

Yrsa Sigurdardottir stosuje znane motywy: zemsta zza grobu, skrzypiące podłogi, grupa przyjaciół na pustkowiu, ale też tworzy z nich naprawdę dobrą całość. Okej: nieco naciągane wydało mi się zakończenie, a konkretnie wyjaśnienie motywu zaginionych dzieci. Jednak tak naprawdę w tym przypadku niewiele to znaczy: książka ma świetny klimat, duszną, a jednocześnie lodowatą atmosferę, przez długi czas trudno się domyślić, o co w tym wszystkim chodzi.

Jednocześnie, przyznaję, że Pamiętam Cię dało mi do myślenia. Nie potrafię odnaleźć tego fragmentu, ale Freyer zastanawia się w nim, co, jeśli jego pacjenci naprawdę słyszą głosy. Co, jeśli naprawdę widzą coś, czego inni nie są w stanie zobaczyć - a on, jako lekarz, wmawia im, że nie ma się czym przejmować. Kto wtedy jest bardziej normalny?

Gorąco polecam tę powieść! To lektura dla tych, co się lubią bać! 

czwartek, 13 września 2012

Drugiej takiej nie będzie (Zbyt dumna, zbyt krucha - Alfonso Signorini)

Tytuł: Zbyt dumna, zbyt krucha
Autor: Alfonso Signorini
Wydawnictwo: Świat Książki (dziękuję!)
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 283


Marią Callas od kilku dni przeżywam ciężką fascynację, a to za sprawą książki Alfonso Signorini Zbyt dumna, zbyt krucha. 

Do zbeletryzowanych biografii z założenia podchodzę nieufnie, po tym, jak kilka lat temu przeczytałam książkę o Fridzie Kahlo... nie mając świadomości, że czytam powieść, a nie biografię. Jakież było moje rozczarowanie, gdy na końcu przeczytałam, że część przedstawionych wydarzeń... jest tylko wytworem wyobraźni autora! Alfonso Signorini podaje jednak źródła, z których korzystał, więc czytałam z nieco mniejszą dozą nieufności, niż mam to w zwyczaju przy tego typu książkach.

Marii Callas nie trzeba nikomu przedstawiać, słyszeli o niej wszyscy. Jednak co tak naprawdę wiemy o jej życiu oprócz tego, że miała cudowny głos oraz spotykała się z Arystotelesem Onasisem? Ja nie wiedziałam nawet tego, że była z pochodzenia Greczynką i że zmarła 35 lat temu (aż 35 lat temu!).

Życie Marii Callas zdeterminowane było przez jej fenomenalny głos. Sztuce poświęciła najpiękniejsze lata życia, najpierw trenując dzień w dzień, potem jeżdżąc po świecie. Odniosła niebywały sukces, ale też była ogromnie samotna. Nie miała wsparcia w rodzinie, trudno nazwać miłością uczucie, jakim darzyła pierwszego męża, zaś ukochany Aristo złamał jej serce, poślubiając Jackie Kennedy.

To, co napisałam, to tak naprawdę banały, które można odnieść do wielu artystów. W życiu bowiem rzadko jest tak, że ma się wszystko. Coś za coś - kolejny banał. Wierzcie mi jednak, że o Marii Callas można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że była banalna. Zbyt dumną, zbyt kruchą czyta się wspaniale, jest to bowiem opowieść o kobiecie zdeterminowanej, by odnieść sukces, która na scenie nie grała swojej roli, lecz stawała się osobą, która grała. Zniosła wiele, ale sama też potrafiła bez skrupułów ranić i kończyć relacje, które jej nie odpowiadały. 

Autor opowiada o Marii - dziewczynce i Marii - nastolatce, kreśli jej skomplikowane relacje z matką i siostrą, pokazuje, jak stopniowo wspinała się po szczeblach sławy. Dla mnie jednak najbardziej poruszające były te fragmenty, w których jest mowa o bólu po stracie dziecka - Callas przypominała mi Medeę, w którą zresztą się wcielała.  

Czytając, zakreśliłam sobie kilka zdań, które, moim zdaniem, świetnie charakteryzują Callas:

Zamknęła oczy i udawała, że śpi. Nie miała ochoty na dyskusje z mężem. Lepiej pobyć trochę samej z własnymi myślami. Myślała o tym, jak bardzo czuje się stara. Miała dopiero trzydzieści pięć lat, a jednak całkowicie pozbawiona była energii. Była kobietą wyczerpaną. Oddała się bez reszty publiczności i stała się zwiędła, jak zbyt wcześnie ścięty kwiat. Nie miała życia prywatnego. (...)Rozmawiała z Tittą wyłącznie o pracy, o tournee, wywiadach albo o gazetach. Z seksem skończyła jakiś czas temu. Nie było to wielkim wyrzeczeniem, z Tittą nigdy niczego nie odczuwała. Niepokoił ją jednak brak entuzjazmu, jakim charakteryzowały się jej dni. Czas mijał wciąż w takim sam sposób (...). Miała ochotę odzyskać samą siebie. (s. 172 - 173)

Taka była "Callas". Jaka była "Maria"? Sprawdźcie, naprawdę warto!
A ja już szykuję się na kolejną książkę tego autora, tym razem o Marilyn Monroe, która planuję sobie kupić (czemu, ach czemu, nie wzięłam do recenzji, gdy dawali!). Bardzo bowiem podoba mi się sposób, w jaki autor pisze i mam ochotę na pogłębienie tej znajomości. 

niedziela, 9 września 2012

Kobieto, rusz... 4 litery :) (Bieganie i odchudzanie dla kobiet - Barbara i Jeff Dalloway)

Tytuł:Bieganie i odchudzanie dla kobiet
Autor: Barbara i Jeff Dalloway
Wydawnictwo: Septem.pl (dziękuję!)
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 184

Ostatnio rzadziej piszę na blogu, a jedną z "winowajczyń" jest ta książka: Bieganie i odchudzanie dla kobiet Jeffa i Barbary Dalloway. Ćwiczyć chciałam od dawna i to wcale nie dlatego, żeby schudnąć. Po prostu czułam, że aktywność fizyczna jest najbardziej zaniedbanym aspektem mojego życia, z czym wcale nie czułam się dobrze. Jednocześnie bliżej nieokreślone "coś" sprawiało, że zamiast iść pobiegać albo zrobić kilka brzuszków... myślałam o tym, jak fajnie byłoby to zrobić. Głupie, wiem. 

Książka, o której chcę napisać, towarzyszy mi od czerwca. To wtedy "coś" poprzestawiało mi się w głowie i najpierw zaczęłam delikatnie truchtać w miejscu, walczyć ze skakanką i umierać po zrobieniu 10 brzuszków. Teraz mogę śmiało napisać, że ćwiczę regularnie. Fakt, nie biegam, ale książka ta dała mi kopa, by codziennie wieczorem zamiast pakować się do łóżka z miską żelków, rozłożyć matę i zmierzyć się ze sobą samą. Efektem tych zmagań z własnym lenistwem jest mój drugi blog, na który kolejny raz serdecznie zapraszam - KLIK.

Barbara i Jeff Dalloway są małżeństwem. Przez wiele lat układali plany treningowe i przekonali setki osób do biegania i zdrowego stylu życia. 

W tej książce stawiają sprawę jasno: to TY decydujesz! Jedynym wymogiem, jedynym warunkiem, jaki należy spełnić, by rozpocząć zmianę, jest mocne postanowienie, że chce się przejąć kontrolę nad własną aktywnością fizyczną i własną dietę.Te dwie rzeczy bowiem idą w parze: same ćwiczenia, bez odpowiedniej diety, niewiele dadzą. Z drugiej strony, dieta bez wsparcia w postaci treningów też jest mniej warta, niż w duecie z nim.

Autorzy nie namawiają do restrykcyjnych zmian. Nie namawiają do morderczego wysiłku siedem dni w tygodniu i nie nakazują narzucenia sobie żywieniowego reżimu. Pokazują jednak, że wysportowane ciało, karmione w odpowiedni sposób, może być naszym sojusznikiem, a nie wrogiem. Pokazują, co zrobić, by nasze komórki zamieniły się w małe piece do spalania tłuszczu, jak uniknąć pułapek dietetycznych i że nie ma czegoś takiego jak dieta - cud. 

Co mi się spodobało w tej książce? Zdrowe podejście do tematu. Jeśli, jak ja, przez całe życie unikało się ćwiczeń i jadło pizzę, to nie powinnam oczekiwać, że w ciągu miesiąca naprawię błędy, jakie popełniłam. Autorzy przytaczają historię kobiety, która schudła 44 kilogramy. Zajęło jej to dwa lata - powtarzam: dwa lata ciężkiej pracy i codziennej walki ze sobą. Daje to niecałe dwa kilogramy mniej na miesiąc. Na miesiąc, nie na tydzień! Cudów bowiem nie ma. Nie ma magicznych eliksirów, które pomogą szybko osiągnąć nam cel. 

Książka pokazuje, jak nie wpaść w zaklęte koło diet, jak wytrwać w podjętym postanowieniu, jak sobie radzić z podstawowymi problemami, jakie spotkamy na drodze ku zmianie.

Na mnie ta pozycja podziałała tak, jak podziałać miała: zmotywowała mnie, zmobilizowała, teraz również regularnie ją sobie podczytuję, żeby w swoich postanowieniach wytrwać.

Gorąco ją polecam, jednocześnie mając świadomość, że nie każdemu zrobi taką rewolucją w głowie jak mi. Dotychczas czytałam wiele książek o dietach i zdrowym stylu życiu, owszem, podobały mi się i inspirowały, ale ta zadziałała najlepiej. 

Miłej lektury zatem... a ja idę sobie poćwiczyć! :)

sobota, 8 września 2012

Literacka lobotomia (A jeśli ciernie - Virginia C. Andrews)

Tytuł: A jeśli ciernie
Autor: Virginia C. Andrews
Wydawnictwo: Świat Książki (dziękuję!)
Rok wydania: 2011
Liczba stron: 446

Po przeczytaniu książki A jeśli ciernie poczułam prawdziwą ulgę. Przyznaję: ta książka wyczerpała mnie emocjonalnie. Niezłą przeprawą były wcześniejsze tomy sagi o Dollangerach... ale tutaj zmęczyłam się jeszcze bardziej. Z drugiej jednak strony, to chyba najbardziej mroczna i najlepsza książka Virginii C. Andrews, jaką do tej pory czytałam.

Znani z wcześniejszych tomów Cathy i Chris żyją w domu otoczonym murem, starając się odizolować od społeczeństwa i jak najmniej rzucać w oczy. Kto czytał wcześniej tomy, ten wie dlaczego.

Wydarzenia opisane w A jeśli ciernie przedstawione zostały z perspektywy dwóch synów Cathy: Barta i Jory'ego. Obserwują oni swoich opiekunów i czują się coraz bardziej zaniepokojeni tym, co widzą. Bo historia rodziny, jaka została im przekazana jest niespójna, pojawia się w niej coraz więcej białych plam i zdarzeń, które nie pasują do pozostałych. Mało tego: sąsiadami rodziny zostają kobieta zasłaniająca twarz woalką oraz jej posępny lokaj. Młodszy z chłopców, Bart, szybko zaprzyjaźnia się z damą i lokajem, ci zaś szepczą mu do ucha dziwne opowieści, a do serca sączą jad...

O samej fabule więcej powiedzieć nie chcę i nie mogę. Jeśli ktoś zna twórczość autorki to wie, że pisze ona w sposób niezwykle emocjonalny, a jej specjalnością są dialogi, w których bohaterowie wzajemnie się oskarżają, zadając sobie głębokie rany. W przypadku Cathy i Chrisa - mimo pozornego szczęścia - nie mają się one nigdy zabliźnić, bo niczym ponury cień podąża za nimi przeszłość, lata spędzone na poddaszu.

Czytając, chwilami miałam wrażenie, że autorka dokonuje lobotomii na ich mózgach i przeprowadza operację na otwartym sercu, wyciągając wszystkie nerwy na wierzch... Sama do końca nie wiem, czy lubię takie grzebanie w emocjach i myślach, ale jedno muszę przyznać: mimo zimnych dreszczy na plecach, mimo tego, że chciałam, aby lektura już się skończyła, ostatnią stronę powitałam ze wspomnianą ulgą, ale też ze świadomością, że na podobne emocje pewnie długo przyjdzie mi poczekać.

Polecam: saga o Dollangerach z pewnością warto znać!

czwartek, 6 września 2012

Seksi życie policjantki (Wiadomość ze Sztokholmu - Janusz Grabowski)

Tytuł: Wiadomość ze Sztokholmu
Autor: Janusz Grabowski
Wydawnictwo: Marginesy
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 302


Pisałam już o tym wielokrotnie: od jakiegoś czasu kryminały są tym gatunkiem, który towarzyszy mi najczęściej. Kryminały polskich autorów czytam jednak dość rzadko, ale zawsze ogromnie się cieszę, kiedy jakiś wpadnie mi w ręce.

Ten Janusza Grabowskiego zapowiadał się świetnie. "Zapowiadał", gdyż książka ma jeden malutki feler... w postaci głównej bohaterki, nadkomisarz Ewy Wichert. Napiszę to od razu: Ewa Wichert wyjątkowo działała mi na nerwy, chociaż prawdopodobnie właśnie tak wygląda ucieleśnienie męskich fantazji na temat policjantki. 
Ewa przede wszystkim jest kobietą, jest seksowna, pewna siebie i doskonale wie, jakie wrażenie robi na mężczyznach. 
Ewa uprawia jogging, dres seksownie opina jej pośladki, a biust zachęcająco kołysze się z każdym krokiem. 
Ewa jest wyrafinowana, pije cosmopolitana, co wieczór jada w drogich restauracjach, a nawet śpi z kobietą. 
Ewa jest wreszcie tak pretensjonalna i irytująca, że kilka razy miałam ochotę rzucić książkę w kąt i dać sobie spokój z czytaniem. Jeśli tak wygląda praca w policji, że ma się czas na wszystko, przychodzi się do pracy na którą się chce i zarabia się całkiem sporo, to chyba poważnie się zastanowię, czy przypadkiem nie jest to jakiś plan na przyszłość. 

Dlaczego więc nie zrezygnowałam z lektury? Ponieważ wątek kryminalny, mimo wkurzającej Ewy, zaciekawił mnie ogromnie. 

Książka zaczyna się od sceny, w której "ktoś" morduje młodą kobietą, tnie jej ciało nożem, a później wyrzuca w portowym basenie. Wszystko bez emocji, z zimną krwią. Wkrótce znalezione zostają kolejne zwłoki kobiet, którym śmierć zadano w identyczny sposób. To, co łączy ofiary to płeć oraz czerwone plecionki na nadgarstkach. I tutaj moja wyobraźnia zaczęła pracować: kto to zrobił? Kim jest ten szaleniec? Bo przecież tylko szaleniec może zrobić coś tak potwornego!

Janusz Grabowski oprowadza czytelnika po Gdyni, ale nie takiej, jaką znajdziemy w przewodnikach. Jego Gdynia, mimo iż świeci w niej słońce i morze jest na wyciągnięcie ręki, jest brudna, mroczna i zła, pełna lewych interesów, niezbyt przyjemnych biznesmenów i niezbyt moralnych kobiet. Dla mnie jest to czytelne nawiązanie, udane, do skandynawskich kryminałów, zresztą: akcja na chwilę przenosi się do Szwecji. Urozmaiceniem jest także wycieczka po gdyńskich burdelach, co zmusza do zastanowienia się nad sensem lub bezsensem legalizacji prostytucji oraz refleksji nad przedmiotowym traktowaniem ludzi, zwłaszcza kobiet.

Śledztwo toczy się w książce niespiesznie, ale logicznie. Przesłuchiwani zostają kolejni świadkowie, dochodzą nowe wątki, w końcu następuje rozwiązanie... dla mnie zupełnie zaskakujące.

Ciekawa też wydała mi się postać autora, który zostaje opisany tak:

Janusz Grabowski - urodzony w Gdańsku, mieszka w Sztokholmie. Do Szwecji wyjechał na studia, a robił prawie wszystko: myl okna, prowadził restauracje, był kelnerem księżniczek na przyjęciach noblowskich. Na promach zaczynał jako kelner, w końcu awansował na szefa obsługi pasażerskiej całej floty. Jest kucharzem z dyplomem Szwedzkiej Akademii Gastronomicznej. Zwiedził prawie cały świat, zarządzają znana marką w Europie Centralnej, Afryce, na Bliskim Wschodzie, w Indiach i byłym Związku Radzieckim. Dopiero zostawszy prezesem oddziału międzynarodowego koncernu, znalazł czas na pisanie kryminałów.

Książkę zaliczam do lektur udanych. Może nie poleciłabym jej w pierwszej kolejności, ale z pewnością warto śledzić dalszą karierę literacką jej autora. 

środa, 29 sierpnia 2012

Tytuł mówi sam za siebie :) (Wyznania upiornej mamuśki - Jill Smokler)

Tytuł: Wyznania upiornej mamuśki
Autor: Jill Smokler
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka (dziękuję!)
Liczba stron: 190
Rok wydania: 2012


Książka Jill Smoker najpierw prawie miesiąc czekała na półce na odpowiedni moment... a potem pochłonęłam ją za jednym zamachem, w dwie godziny! Jest to bowiem jedna z tych lektur, od których nie można się oderwać. Jak już człowiek zacznie czytać, to człowiek przestanie dopiero wtedy, gdy dojdzie do ostatniej strony.

Jill Smokler jest matką trójki dzieci: jednej dziewczynki i dwóch chłopców. Przed ich urodzeniem pracowała jako architekt wnętrz, spędzając wolny czas głównie na zakupach. Pierwsza ciąża była dla niej kompletnym zaskoczeniem, czuła się zupełnie nieprzygotowana na to, co ma ją spotkać. Dwie następne... no cóż. Dwie następne wcale nie sprawiły, że nagle zaczęła spełniać się w roli perfekcyjnej mamy, zawsze uśmiechniętej, piekącej domowe ciasteczka i angażującej się w życie szkoły. 

Autorka kilkakrotnie podkreśla, że nie jest pisarką, a Wyznania upiornej mamuśki powstały na podstawie bloga, którego zaczęła prowadzić między czytaniem książeczek, a przygotowywaniem dzieciom obiadu. 

Nie jestem mamą, ale nawet mi jest łatwo zauważyć, że kwestie, o których pisze autorka są często przemilczane. Stwierdza ona bowiem, że macierzyństwo to nie sama słodycz, że zdarza jej się mieć serdecznie dość swoich pociech i czasem na obiad podaje im chleb z masłem orzechowym.

Jill Smokler pisze w sposób lekki i zabawny, przytacza wiele komentarzy czytelników swojego bloga, przy których prawie umarłam ze śmiechu. Nie mam pojęcia jednak, dlaczego nazywa się "upiorną". Dla mnie jest po prostu szczera, a to, że czasem najchętniej wysłałaby swoje pociechy w kosmos... zdarza się najlepszym, prawda :)?

Książkę serdecznie polecam mamom, które będą miały okazję skonfrontować swoje doświadczenia z doświadczeniami autorki. Myślę jednak, że w tym przypadku posiadanie dzieci nie jest konieczne, aby świetnie się bawić przy lekturze - książka stanowi świetny antydepresant, w dodatku wydawany bez recepty! :)

Polecam! :)

niedziela, 26 sierpnia 2012

Mongolia dla początkujących (Wszyscy jesteśmy Nomadami - Małgorzata Dzieduszycka - Ziemilska)

Tytuł: Wszyscy jesteśmy Nomadami
Autor: Małgorzata Dzieduszycka - Ziemilska
Wydawnictwo: Świat Książki (dziękuję!)
Liczba stron: 279
Rok wydania: 2012

Po książki podróżnicze sięgam baaaardzo rzadko, żeby nie powiedzieć wcale.
Nie lubię ich... ponieważ rzadko znajduję w nich coś ciekawego.

Niektóre książki podróżnicze za bardzo przypominają mi sprawozdania w stylu: ile kilometrów, jaki środek transportu, jaka pogoda itd. A co mnie to obchodzi?

Inne znowu niebezpiecznie zbliżają się do podręcznika historii i skupiają się na takich rzeczach jak daty, miejsca, postaci historyczne... z ja po lekturze i tak nic z tego nie pamiętam.

Wkurzają mnie też wynurzenia w stylu: "Przybyłem na Świętą Górę, pokłoniłem się bóstwom i och!, ach!, ależ jestem uduchowiony".

Co więc musi się stać, abym sięgnęła po książkę będącą relacją z podróży :)?

Musi ona np. opowiadać o kraju, o którym nie wiem zupełnie NIC.

I tak jest w przypadku Mongolii.
Stolica Mongolii? Yyyyyy....eeee...Ułan Bator?
Znani ludzie z Mongolii? 
Zespoły? Filmy? Artyści?
Nie mam pojęcia!

A że mam obsesję na punkcie, mówiąc dosadnie, bycia mniej głupią niż jestem, bardzo chętnie skorzystałam z możliwości przeczytania książki o Mongolii właśnie.

Nasze kontakty z przypadkowo spotkanymi Mongołami są pozorne. Na ogół nic z nich nie wynika. Ani nie wzbogacamy wiedzy o napotkanych ludziach, ani nie wzbudzamy ich zainteresowania nami. Żadnych bliższych przyjaźni ani relacji na przyszłość z tych spotkań nie będzie. Przyglądamy się sobie - bardziej my im niż oni nam, bo my znaleźliśmy się tutaj także i po to, żeby im się przyglądać. Jesteśmy zadowoleni, gdy są ubrani w tradycyjne stroje, krzywimy się, gdy mają na sobie T-shirty z nadrukiem. A jeśli zatrzymamy się w jakiejś jurcie na dłużej, zjemy z gospodarzami posiłek, wypijemy kumys, słoną herbatę albo przywiezioną przez nas wódkę, czy wtedy dochodzi między nami do jakiejś wymiany? (s. 182)

Dla mnie powyższe słowa są kwintesencją książki Wszyscy jesteśmy Nomadami. I naprawdę doceniam ich szczerość. Bo czym tak naprawdę jest podróżowanie? Zmianą miejsca, przerwaniem rutyny, oderwaniem się od codzienności. Chociaż tego ostatniego nie jestem pewna, w dobie Internetu i komórek... Nie do końca też chce mi się wierzyć w to, że ktoś pobył tydzień w jakimś mało uczęszczanym miejscu, przespał się w namiocie i od tej pory "nic w jego życiu nie było takie samo". Nie twierdzę, że nie może się tak stać, ale też sądzę, że takie sytuacje są naprawdę rzadkie. 

Autorka nie dorabia do swojej podróży żadnej ideologii. Albo nie wyłapałam tego momentu, albo słowem nie wspomina o tym, dlaczego zdecydowała się na podróż. Kilka razy natomiast pisze, że przez jakąś salę muzealną przeszła nie zatrzymując się przy eksponatach, albo zwyczajnie darowała sobie jakąś atrakcję turystyczną.

Wiele miejsca natomiast poświęca na subiektywne opisy przyrody, nastroju swoich kompanów (a miała ich wyjątkowo niedobranych) czy ludzi mijanych po drodze. Są to jednak tylko opisy, migawki, coś, co ja odbieram jako literackie pocztówki z wakacji, które tworzy się, aby nie zapomnieć nastrojów, wrażeń, ulotnych myśli. 

Dla mnie ta książka jest przede wszystkim bardzo szczera. Małgorzata Dzieduszycka - Ziemilska w żaden sposób nie upiększa tego, co mija po drodze. Z drugiej jednak strony nie sposób nie zachwycić się zdjęciami, które prezentuje: nie miałam pojęcia, że krajobrazy Mongolii są tak piękne! No i zdjęcia mongolskich zdjęci: cudo!

Czy jestem po tej lekturze mądrzejsza? Na pewno, ale nie jest to wiedza, którą mogłabym zdobyć czytając notkę w Wikipedii. 

Książkę szczerze polecam. Absolutnie nie jest ona sztampowym przewodnikiem - i właśnie ten nieprzewodnikowy charakter uważam za jej największą zaletę. 

A autorka o książce opowiada TUTAJ.

A przecież może być tak pięknie - zapraszam na nowego bloga! :)

Część z Was już pewnie wie, cześć jeszcze nie, ale od ponad miesiąca prowadzę drugiego bloga, którego motto brzmi:

A przecież może być tak pięknie!

O czym? O wszystkim innym niż książki :)
Początkowo blog miał służyć mi do motywowania się, zapisywania dobrych rzeczy, jakie mnie spotykają, do dzielenia się przemyśleniami i inspiracjami, do pisania o zdrowym odżywianiu, pozytywnym myśleniu, muzyce itd.

Teraz widzę, że skręca on nieco w stronę, której nie przewidziałam: w stronę sportu, który zaczynam po amatorsku uprawiać, w stronę zdrowego stylu życia, wreszcie: podejrzewam, że często będą pojawiać się posty o makijażu, gdyż połknęłam malarskiego bakcyla.

A zatem: serdecznie zapraszam!




wtorek, 21 sierpnia 2012

Zbrodnia i kawa! (Handlarz śmiercią - Sara Blædel)

Tytuł: Handlarz śmiercią
Autor: Sara Blædel
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka (dziękuję!)
Liczba stron: 365
Rok wydania: 2012

Pamiętam, jak jeszcze kilka miesięcy temu krygowałam się przed napisaniem recenzji kryminału. Bo się nie znam, bo rzadko czytam, bo mogę przecenić albo nie docenić. Tymczasem od dłuższego czasu nadrabiam kryminalne zaległości i czytam ich naprawdę dużo. W sumie nie ma się specjalnie czym chwalić, ale z dumą zaznaczam, że moja opinia staje się coraz bardziej wiarygodna :)

Ale do rzeczy. Handlarz śmiercią Sary  Blædel zalicza się do popularnego nurtu "skandynawskich kryminałów", które osobiście całkiem lubię. Nie ma tu jednak siarczystej zimy, szybko zapadającego zmroku i przejmującego wiatru. Tak często eksponowane w tego typu powieściach zjawiska atmosferyczne schodzą na dalszy plan, może nawet trochę ze stratą dla książki, która traci przez to  ów "skandynawski" klimat. Za to, co z satysfakcją odnotowałam, bohaterowie piją wprost niewyobrażalne ilości kawy. Kawa naprawdę leje się tu strumieniami!

Handlarz śmiercią zaczyna się świetnie, całkowicie dałam się porwać historii, która przedstawiona zostaje z prawdziwym impetem. Na wstępie bowiem mamy dwa trupy: młodej dziewczyny uduszonej w parku oraz dziennikarza kryminalnego, który interesował się handlarzami narkotyków w Kopenhadze. 

Wydarzenie przedstawione są z dwóch perspektyw: Louise i Camilli. Ta pierwsza jest asystentką kryminalną, druga zaś pracuje jako dziennikarz i nie przestaje węszyć w poszukiwaniu tematów na pierwszą stronę. Louise i Camilla w którymś momencie zaczynają prowadzić równoległe dochodzenie, z takim samym zaangażowaniem.

Niestety, po kilkudziesięciu stronach śledztwo staje w martwym punkcie i w powieści robi się nieco mniej ciekawie. W moim odczuciu, autorka do końca nie odzyskuje impetu, z jakim wystartowała. Właściwie nie do końca potrafię stwierdzić, czy mi się to podoba, czy nie. Błyskawicznie przestępców łapie się bowiem tylko w filmach akcji, książka, opisując np. bezskuteczne działania policji, ma szansę nieco bardziej zbliżyć się do rzeczywistości.

Trochę rozczarowało mnie także zakończenie. Fakt, wszystkie wątki zostały wyjaśnione, niby nie ma nieścisłości, a jednak... czegoś mi zabrakło. Nie chcę zdradzać za dużo, bo moje rozczarowanie dotyczy w dużej mierze tego, kto zabił, ale jednak końcówka wydała mi się trochę niedopracowana.

Nie zmienia to jednak faktu, że Handlarz śmiercią jest powieścią, która czyta się szybko i z przyjemnością. Ciekawa jest relacja między dwiema przyjaciółki, Louise i Camille, który niby się przyjaźnią, ale jednak można wyczuć rywalizację miedzy nimi, ciekawie został zarysowany wątek dotyczący życia prywatnego Louise i z chęcią sprawdzę, jak zostanie od pociągnięty w dalszych tomach.

Czy polecam? Powiem tak: czytałam kryminały zarówno lepsze, jak i gorsze, ten plasuje się gdzieś po środku. Gdybym miała określić go jednym słowem, byłoby to słowo "poprawny". Ale, jak wiadomo, gusta są różne i najlepiej samemu sprawdzić, czy Camilla Lackberg nie przesadza twierdząc, że uwielbia kryminały Sary Blædel.

sobota, 18 sierpnia 2012

Jeśli chcesz zabić człowieka... (Zakładnik - Pierre Lemaitre)

Tytuł: Zakładnik
Autor: Pierre Lemaitre
Wydawnictwo: MUZA (dziękuję!)
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 357

Pisałam ostatnio na Facebooku, że im mniej mam czasu na czytanie, tym więcej fajnych książek wpada mi w ręce. Zakładnik jest kolejnym przykładem na potwierdzenie mojej tezy. To książka brawurowa, oparta na świetnym pomyśle, w której od pewnego momentu wszystko dzieje się w zawrotnym tempie. I ma wszystko to, czego zabrakło mi w trakcie lektury TEJ książki: fakt, przypomina nieco hollywoodzki film, ale bez tandetnych zwrotów akcji i łzawych zakończeń.

Książka zaczyna się bardzo spokojnie, czytelnik poznaje głównego bohatera, Alaina Delambre. To miły i spokojny człowiek, który od dłuższego czasu pozostaje na bezrobociu. Każdy, kto kiedykolwiek szukał pracy dłużej niż pół roku, wie, jak przygnębiający to stan. Wie, z jaką zazdrością patrzy się na osoby, które wstają rano i na osiem godzin pogrążają się w "pracowych" sprawach. Wie, jak frustrujące są wizyty w Urzędzie Pracy, wie, jak przygnębiające jest odpowiadanie na kolejne oferty, które pozostają bez odpowiedzi. 

Alain zna to aż za dobrze, jego frustracja rośnie z każdym dniem. Mało tego, pracodawca, który za marne pieniądze zatrudnia go na kilka godzin dziennie, wytacza mu proces. Dlatego też nie należy sie dziwić, że mężczyzna jest w stanie zrobić wszystko, kiedy na horyzoncie pojawia się szansa na otrzymanie zatrudnienia na reprezentacyjnym stanowisku w wielkiej korporacji, gdzie jego wiedza i doświadczenie mają szansę znowu się przydać. 

Alian przygotowuje się do rozmowy, godzi się także na dziwny pomysł firmy rekrutacyjnej, która chce przeprowadzić symulację wzięcia zakładników. Zakładnikami w tym przypadku mają być pracownicy firmy, a Alain miałby ich przesłuchać... Podejrzewam, że mężczyzna zgodziłby się nawet na ich torturowanie, gdyby go o to poproszono - jego desperacja jest tak wielka. 

Tymczasem dowiaduje się... że w grze zwanej "rekrutacja" jest tylko figurantem, a stanowisko otrzyma ktoś inny. Od tej pory wypadki zaczynają toczyć się przerażającym tempie, a sam Alain, kiedy idzie na rozmowę z naładowaną bronią, nie do końca jest w stanie przewidzieć, co z tego wyniknie.

Może świadczy to mnie o źle... ale rozumiem emocje Alaina, który ustawia potencjalnego pracodawcę pod ścianą i celuje do niego... Autentycznie to rozumiem i myślę, że chyba zrozumie to większość bezrobotnych. Książka jest więc z jednej strony powieścią sensacyjną, z pogoniami, więzieniem i złym facetem w kominiarce. Z drugiej jednak strony, to znakomite studium człowieka doprowadzonego do ostateczności.

Alain nie jest zdemoralizowany, nie ma w sobie duszy zabójcy, nie chce nikogo skrzywdzić. Chce po prostu godnie żyć - i dlatego jest w stanie postawić na jedną kartę i zaryzykować... właściwie wszystko.

Zakładnika czyta się szybko i w napięciu. Fakt, jest kilka momentów, które wydają się trochę naciągane, ale też można to wybaczyć, bo nie są zupełnie nieprawdopodobne. Świetne jest to, że autor nie zafundował czytelnikowi na koniec taniego happy endu, że nie wszystko kończy się dobrze. Fantastyczny jest także sposób, w jaki autor przedstawia miłość głównego bohatera do żony i córek. I niech mi ktoś powie, że nie jest to siła, która napędza i daje nieprawdopodobną siłę. 

I na koniec motto, które bardzo zapadło mi w pamięć i które może stanowić nieco ironiczne podsumowanie recenzji oraz Zakładnika:

Jeśli chcesz zabić człowieka, zacznij od dania mu wszystkiego, o czym marzy. Najczęściej to wystarczy.

Gorąca polecam: powieść sensacyjna na najwyższym poziomie!

Jednocześnie tak oto znalazłam kolejnego autora, którego twórczość będę z uwagą śledzić, to już druga, po Ślubnej sukni, powieść tego autora i obie uważam za rewelacyjne!

czwartek, 16 sierpnia 2012

Książka, którą napisano dla mnie! (Przyjaciółki - Lisa Verge Higgins)

Tytuł: Przyjaciółki
Autor: Lisa Verge Higgins
Wydawnictwo: Świat Książki (dziękuję!)
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 334


Doskonale zdaję sobie sprawę, że wiele osób po lekturze tej notki może stwierdzić, że moja entuzjastyczna recenzja jest na wyrost i przesadzam z zachwytem. Tyle... że ja nie przesadzam. Przyjaciółki to jedna z tych książek, o której, gdybym przeczytała ją w innym czasie, napisałabym, że jest dobrym czytadłem, na odprężenie, które co prawda niczego nowego nie wnosi, ale miło spędza się z nią czas.

Tymczasem Przyjaciółki mogę zaliczyć do tej samej kategorii, do której kiedyś zaliczyłam Jedz, módl się, kochaj. Wiem, że na pisarstwo Elizabeth Gilbert wiele osób reaguje wysypka, ja jednak na jej książkę trafiłam w dobrym momencie... Można powiedzieć, że to nie ja znalazłam lekturę, lecz ona znalazła mnie. Tak jest i tutaj: Przyjaciółki nie są arcydziełem, jednak czytałam je o szóstej rano w zatłoczonym autobusie z wypiekami na twarzy... bo to był właśnie mój moment na tę książkę!

Tyle tytułem wstępu. Lisa Verge Higgins opowiada w swoje powieści historię czterech przyjaciółek. Poza przyjaźnią - dzieli je wszystko. A jednak... 

Prawdziwy przyjaciel zna nas lepiej, niż my sami siebie znamy - i tak jest w tym przypadku.

Rachel umiera i wie o tym. Przed śmiercią jednak wykazuje się wielką przenikliwością i każdej z bohaterek przydziela zadanie, które ta ma wykonać po jej śmierci.

Kate - moja absolutna ulubienica, dzięki której zakochałam się w tej książce! - ma skoczyć z samolotu na spadochronie. Brzmi super... tylko Kate nie ma duszy ryzykantki, nie lubi wyzwań, wychowuje trójkę dzieci i to im poświęca się bez reszty. Skoki ze spadochronem nie mieszczą się w jej rozkładzie dnia.

Takie zadanie bardziej pasowałoby do Jo, kobiety sukcesu, która nie lubi stabilizacji, zmienia facetów jak rękawiczki i pnie się po szczeblach drabiny zawodowej. Tyle że Jo... ma zająć się osieroconą córką Rachel. A na małych dziewczynkach Jo zna się tak, jak kura na pieprzu.

Zostaje jeszcze Sarah, która za sprawą Rachel leci do Indii, żeby... spotkać się ze swoją miłością sprzed lat. No własnie: "sprzed lat". Czy mężczyzna, którego Sarah przez lata idealizowała, spełni jej oczekiwania?

Dla mnie Przyjaciółki to książka mówiąca o tym, co w życiu ważne. Czasem jednak okazuje się, że ważne jest wcale nie to, co przez lata za takie uważaliśmy. Albo wręcz przeciwnie, może się okazać, że to, co najważniejsze, mieliśmy na wyciągnięcie ręki i żeby to odkryć, wcale nie trzeba było podróżować na druga półkulę czy robić inne, równie zwariowane rzeczy.

Nie wiem, czy na kogoś ta książka będzie miała podobny wpływ, ale dla mnie była jak... terapia. W miejscu, gdzie absolutnie się tego nie spodziewałam, znalazłam wskazówki, których od dawna szukałam. Znalazłam kilka sytuacji, przez które jakiś czas temu przechodziłam...

I dla mnie właśnie na tym polega magia książek w ogóle. Dokładnie na tym! 

Przyjaciółki uważam bowiem za pozycję napisaną specjalnie dla mnie... i nie ma znaczenia, że pewnie przeczytają ją tysiące osób na całym świecie!

wtorek, 7 sierpnia 2012

Książka jak hollywoodzki film (Dwukrotna śmierć Daniela Hayesa)

Autor: Marcus Sakey
Tytuł: Dwukrotna śmierć Daniela Hayesa
Wydawnictwo: Rebis (dziękuję!)
Rok wydania: 2012
Liczba stron. 410

Za filmami akcji nie przepadam. Nie fascynują mnie pościgi, ucieczki, strzelaniny. Jednak to, co na ekranie wypada kiepsko, w literaturze okazuje się... no własnie: czym? Czytając Dwukrotną śmierć Daniela Hayesa mniej więcej do połowy lektury myślałam, że wychwalę tę książkę pod niebiosa. Jednak w połowie nastąpiło coś takiego, że mój zachwyt gdzieś wyparował. 

A zaczyna się tak: młody mężczyzna budzi się na plaży nagi i zziębnięty... i zupełnie nie pamięta, kim jest. Nie rozpoznaje swoich ubrań, nie ma pojęcia, co w jego samochodzie robi broń. Kiedy przegląda się w lustrze, własna twarz, którą przecież każdy zna najlepiej, wydaje mu się zupełnie obca. Nazwisko "Daniel Hayes", które należy do niego, nic mu nie mówi. Ożywia się natomiast oglądając serial Słodkie dziewczyny, zaś jedna z grających aktorek wydaje mu się dziwnie znajoma. I to przeczucie, że skądś zna Emily Sweet jest jedyną rzeczą, jaka naprowadza go na trop swojego wcześniejszego życia. Kiedy jednak przeszukuje internet dowiaduje się, że odtwórczyni postaci Emily, Laney Thayer, nie żyje. Że prawdopodobnie została zamordowana. Jako pierwszego podejrzanego Daniel typuje siebie... chociaż potem zaczyna mieć coraz więcej wątpliwości. 

Książka Marcusa Sakeya należy do tych powieści, w których ciągle coś się dzieje. Część wydarzeń ma miejsce w świecie realnym, jednak dużo miejsca zajmują też myśli Daniela. A ten ma w głowie prawdziwy chaos! 

Nie ukrywam, że Dwukrotna śmierć... tak porządnie wciągnęła mnie dwa razy: na samym początku oraz pod koniec. Ostatnie pięćdziesiąt stron zaś nie przeczytałam, a pochłonęłam. Chociaż...

Uważam, że w środkowych rozdziałach autor sam sobie strzelił w kolano. Bo jeśli zaczyna się świetnie, plącze wątki, stawia pytania, ma się ambicje napisać coś więcej, niż tylko powieść sensacyjną... to w połowie nie robi się czytelnikowi takiego numeru! Marcus Sakey, w moim odczuciu, trochę za bardzo wczuł się w to, że jedna z jego bohaterek gra w serialu... i sam zastosował motyw rodem wzięty z jakiegoś głupiego tasiemca. I od tego momentu, niestety, powieść nie jest już taka super. 

Dwukrotna śmierć Daniela Hayesa jest powieścią wartą przeczytania, co do tego nie mam wątpliwości. Świetny język, wartka akcja, świetne wstawki w formie scenariusza, które nadają dynamizmu i wprowadzają nowa perspektywę. Zakończenie jest zgrabne, wszystko do siebie pasuje, ja jednak wyobrażałam je sobie trochę inaczej. Z jednej strony czytelnik otrzymuje odpowiedź na wszystkie pytania, jakie zdążył sobie zadać, z drugiej zaś... to zakończenie mogło być lepsze, nie tak ckliwie i "serialowe". 

Wiem, że jest to moja skrajnie subiektywna ocena, ale dla mnie pierwsze rozdziały tej książki mają siłę dynamitu... który stopniowo staje się kolorowymi fajerwerkami. Niby wszystko jest okej, niby przyjemnie się patrzy... ale niedosyt pozostaje. 

środa, 1 sierpnia 2012

Zapomnij o serniku z proszku! (Ciasta bez pieczenia Dr. Oetker)

Tytuł: Ciasta bez pieczenia od A do Z
Wydawca: Weltbild (dziękuję!) 
Liczba stron: 320
Rok wydania: 2012

Książki z logo "Dr. Oetker" kupuję w ciemno i jest to swoisty wyjątek. Bardzo nieufnie bowiem podchodzę do książek kucharskich, których autorem nie jest Polak. Nieufności tej nauczyła mnie Julia Child, która dowodziła, że np. miary w poszczególnych krajach się różnią. I tak np. "szklanka mąki" napisana w przepisie stworzonym przez Francuza, może oznaczać zupełnie inną ilość niż ta sama "szklanka mąki" z przepisu z książki amerykańskiej.

Ciasta bez pieczenia są moim wakacyjnym hitem i właściwie odkąd pojawiły się na straganach pierwsze truskawki, nie wynoszę jej z kuchni. I pewnie jeszcze długo w niej pozostanie, zawiera bowiem aż 220 przepisów. Powtarzam: 220! Podejrzewam więc, że przez następne 10 lat nie będę musiała szukać inspiracji na zimne słodkości gdzie indziej :)



Mocną stroną tej książki są przede wszystkim zdjęcia. Jak to zwykle w "etkerowskich" publikacjach bywa, ciasta pożera się oczami. Zdjęcia są kolorowe i radosne, a ciasta przepięknie wystylizowane (o ile mogę użyć tego słowa). 



I chyba nie znajdzie się osoba, która nie znajdzie tu propozycji dla siebie. Są bowiem przepisy i na wykwintne torty, i na ciasta, które przygotowuje się (dosłownie!) w 15 minut.  Są ciasta z truskawkami, malinami, brzoskwiniami, jagodami, jabłkami... Są serniki i ciasta z bezą. Są propozycje dla dzieci i dla smakoszy, z alkoholem. Mamy ciasta klasyczne jak i takie, przy których na pewno usłyszycie pytanie: A co to jest?

Kolejną rzeczą, na którą zawsze zwracam uwagę, jest dostępność składników. W tym przypadku jest okej. Fakt, może być kwestią problematyczną zdobycie wafelków z kształcie serduszek, ale cała reszta jest jak najbardziej osiągalna. Opis przygotowania również jak najbardziej przejrzysty, czytając i przygotowując, nie miałam dylematów w stylu "co do czego i jak". 



Gorąco polecam tę książkę! Zarówno tym osobom, które zrobiły już w życiu setki serników na zimno, jak i tym, które dopiero rozpoczynają przygodę z gotowaniem. Kopalnia pomysłów i inspiracji, a książkę naprawdę można oglądać godzinami!

PS Zdjęcia pochodzą z TEJ strony.