Hmm... jak tu napisać o książce, która podobała mi się ogromnie i którą mogę z czystym sumieniem polecić każdemu, ale jednocześnie ta sama książka rozczarowała mnie i trochę zdegustowała? Chodzi tu o "Spadek" J.D. Bujak. Powieść tę mocno przedyskutowałam z
Moni i - co ciekawe! - miałyśmy takie same odczucia. Z jednej strony zachwyt, super, och i ach, zaś z drugiej... no właśnie.
Małgorzata zwana Megi, niespodziewanie otrzymuje w spadku kamienicę w Krakowie. Kamienica jak kamienica: dobrze zlokalizowana, część można by wynająć, część przeznaczyć na jakiś sklep i czerpać z tego spore zyski. Tak by zapewne Megi zrobiła, gdyby jej ciotka nie zastrzegła w testamencie, że tak właśnie zrobić nie można. I do tego momentu uwag nie mam, pierwsze kilkadziesiąt stron czyta się rewelacyjnie. Ale idźmy dalej.
Szybko okazuje się, że dom jednak ma w sobie coś niezwykłego i dzieją się w nim różne zastanawiające rzeczy. Przykład? Proszę bardzo! W pokoju nagle robi się zimno, widok z okna zmienia się: można zobaczyć ulicę taką, jaką była kilkadziesiąt lat wcześniej, z piwnicy dochodzą dziwne odgłosy, a klucz, który chwilę wcześniej był zwykłym, chłodnym kluczem, nagle poparzył tego, kto miał zamiar go użyć. I póki co, dla mnie nadal rewelacja: co prawda sama już po kilku pierwszych takich incydentach zwiałabym z tego domu gdzie pieprz rośnie, ale Megi do strachliwych nie należy, tym bardziej, że na podorędziu ma przystojnego Jana, zawsze gotowego jej bronić.
Dalej niestety zaczynają się schody. Dziewczyna postanawia wyjaśnić, co tak naprawdę dzieje się w jej odziedziczonym spadku, kto lub co jest sprawcą tych wszystkich niewytłumaczalnych zdarzeń. I tutaj, moim zdaniem, następuje porażka na całej linii. Duchy w Krakowie - jasne, super! Ezoteryka, czary, wieńce z ziół - żaden problem. I teraz powinnam napisać: wszystko zaakceptuję, ale nie zniosę, nie uwierzę, nie przyjmę...!!! No właśnie, nie powiem co, gdyż nie chcę psuć niespodzianki, wszak na tym wyjaśnieniu opiera się cały sens tej powieści, którego nie chcę zdradzać. A rozczarowuje on ogromnie. Powtarzam: o-gro-mnie!
Uważam, że autorka zwyczajnie zmarnowała świetnie rozpoczętą powieść. Pozaczynała wątki, które wypadałoby doprowadzić do końca, lecz nie zrobiła tego. A szkoda mi tym bardziej, że właśnie te wątki zapowiadały się świetnie i to na nie najbardziej liczyłam. Np. autorka zasugerowała pokrewieństwo między Megi a Marianną, współczesną czarownicą. No właśnie: zasugerowała i co z tym dalej? Jeden z bohaterów zwraca się do Megi "Megan". Jestem wyczulona na takie szczegóły, spodziewałam się, że forma ta, pojawiająca się z całej książce tylko raz, coś wniesie do opowieści, jej użycie zostanie wyjaśnione - ale nie, nic takiego się nie stało. No i ostatnia sielska scena na plaży zmasakrowała (że użyję tego uniwersalnego słowa) cały, skądinąd przecież świetny, utwór.
Mogłabym tak wymieniać dłużej, ale nie chcę, gdyż, zaznaczam to kolejny raz: ta książka naprawdę zasługuje na uwagę i naprawdę czyta się ją z ogromnym zainteresowaniem, fabuła ogromnie wciąga. Marzy mi się jednak, żeby ktoś napisał ją jeszcze raz, z innym zakończeniem. Okej, miałam jakieś swoje oczekiwania, nie wymagam, żeby wszystkie książki kończyły się po mojej myśli... ale niech nie kończą się tak jak ta!
A co mnie tak zdegustowało: proszę sprawdzić. Wiele osób takie zakończenie może jednak mocno ucieszyć :)
J.D. Bujak, Spadek, Prószyński i S-ka, Warszawa 2011.