poniedziałek, 26 września 2011

Jak (nie) dobrze mieć sąsiada! (Dyskretny urok Fernet Branca - James Paterson - Hamilton)


Od dawna miałam ochotę właśnie tak rozpocząć recenzję i właśnie nadarzyła się okazja. A więc: polecam, polecam, polecam! A co? "Dyskretny urok Fernet Branca"! James Hamilton - Paterson napisała książkę z taką swadą, z takim polotem, że proszę mi wierzyć, iż rzadko się coś takiego w literaturze spotyka!

Czym jest tytułowy Fernet Branca? Alkoholem, a jakże! I tak się jakoś dziwnie składa, że dwoje głównych bohaterów, Gerald i Marta, spotykają się zawsze wtedy, gdy butelka tego zacnego trunku znajduje się w pobliżu. Z tego to też powodu ona ma go za skończonego alkoholika, a on ją postrzega jako wyuzdaną pijaczkę. Ale od początku.

Toskania. Ona i on kupują dwa sąsiadujące ze sobą domy, po to, by oddawać się pracy twórczej. Oboje są artystami, lecz artystami skrajnie różnymi. On, ghostwriter piszący biografie sławnych osób, sfrustrowany esteta z wyrafinowanym gustem. Ona, kompozytorka, fatalnie mówiąca po angielsku, z kompleksem Europy Wschodniej. Oboje wprowadzając się, mieli nadzieję, że sąsiadów nie będzie. Oboje mają o sobie jak najgorsze zdanie... ale przecież wiadomo, że kto się czubi, ten się lubi!

Książkę i filmów o Toskanii czytałam wiele, ale to, co mamy tutaj, zupełnie zrywa ze schematem, jaki znałam. No bo z czym kojarzy się Toskania? Z pięknymi widokami? No owszem, są, ale gdzieś na drugim planie, bohaterowie jakoś specjalnie nie zawracają sobie nimi głowy. Dobre jedzenie? W tym przoduje Gerald, który przygotowuje potrawy... z kociego mięsa, stosuje dziwne proporcje, a na powitanie przynosi Marcie lody czosnkowe (które, nawiasem mówiąc, nie robią na niej wrażenia, gdyż okazują się mdłe!). Marta natomiast raczy swojego sąsiada "szonką" i brejowatą kaszą - a wszystko to dyskretnie podlane Fernet Branca. No i cóż: sąsiedzi początkowo wcale nie pałają do siebie sympatią, chociaż sporo energii wkładają w to, by udawać, że jednak trochę się lubią.

A zakończę tak, jak zaczęłam: polecam, polecam, polecam! "Dyskretny urok Fernet Branca" dostarczył mi świetnej rozrywki na kilka godzin... no i ten styl. I ta Toskania. I Fernet Branca (co to może być?) - ach! :)

J. Hamilton - Paterson, Dyskretny urok Fernet Branca, wyd. Bona, Kraków 2011, s. 316.

wtorek, 20 września 2011

Rozweselacz doskonały! (Morderstwo niedoskonałe - Agnieszka Krawczyk)


Pracowaliście kiedyś w wydawnictwie? Albo inaczej: chcielibyście pracować w wydawnictwie? Bo ja tak! To znaczy: tak, chciałabym pracować w wydawnictwie, chociażby dlatego, żeby mieć dostęp do nowych książek, pracować z tekstem, czytać pozycje nadesłane przez debiutantów... ach :)

Bohaterowie Agnieszki Krawczyk mają to szczęście. Jednak ich miejsce pracy jest dość nietypowe. Przede wszystkim wyznaje się tam zasadę, że wydawać należy dużo i szybko, z czego wynikają komiczne sytuacje np. książka, która jest gotowa do wydruku, zapisana została w całości jako jedno długie zdanie. Albo też prezes chce wydać "dobrze rokującego autora", którego powieść to kompletna chała. Ale nic to, tu do akcji wkraczają dzieli redaktorzy: Mareczek, Adela, Mizera i Marta.

Autorowi powieść nie wyszła? Poprawi się, a właściwie napisze od nowa, żaden problem! Jest konkurs literacki, w którym można wygrać pieniądze i wycieczkę? Redaktorzy na poczekaniu tworzą team zwany Lady Zgagą i obmyślają fabułę kryminału. Brakuje pomysłów? A czemu by nie przebrać jednego z nich za wielką czerwoną mysz i ustawić pod bankiem? Inspiracja jak się patrzy! Mało tego: autor książki-chały-która-ma-być-bestsellerem zaginął? Pragnie zmienić płeć? Paraduje w damskich ciuszkach? Tym śmieszniej!

"Morderstwo niedoskonałe" to świetna powieść na smutki małe i duże. I baaardzo przypomina mi klimatem książki Joanny Chmielewskiej, to ten sam typ dowcipu! Jeśli lubicie zabawnych, nieco "ciapowatych" bohaterów (Mareczek) - polecam! Jeśli wolicie wiecznie roztargnionych intelektualistów (Mizera) - polecam! A szczególnie polecam Adelę w dziwacznych swetrach, która w roli detektywa - amatora spisuje się świetnie :)

W notce o autorce można przeczytać: Pisze wyłącznie zabawne książki, które mają przynieść czytelnikowi uśmiech i chwilę odpoczynku. Trzymam kciuki za tą misję!

A. Krawczyk, Morderstwo niedoskonałe, SOL, 2011, 285.

poniedziałek, 19 września 2011

O tym co czytam, gdy nie chce mi się nawet czytać :)

Generalnie miałam napisać recenzję prześmiesznej książki Agnieszki Krawczyk "Morderstwo niedoskonałe", ale dygresja do tekstu wyszła mi tak długa, że dzisiaj zaprezentuję dygresję, a jutro recenzję :)

Recenzje w ostatnim czasie dodaję w tempie zawrotnym, ale, jak to już na FB pisałam, dopadła mnie pierwsza jesienna chandra, której z jednej strony nie miałam się zamiaru poddawać, a z drugiej zaowocowała ona tym, że nie chciało mi się czytać. Co oczywiście nie oznacza, że nie czytałam zupełnie nic, bo i owszem, czytałam, ale raczej gazety niż książki, a jeśli już książki, to raczej takie, które powieściami nie są.

Co więc czytałam? Przede wszystkim kupiłam sobie dwie książki Bożeny Żak-Cyran, które gorąco polecam osobom, które chcą się zdrowo i niekoniecznie skomplikowanie odżywiać. Pierwsza z nich, "Energia życia, energia pożywienia" to książka poradnikowa, traktująca o tym, iż zdrowie nie zawsze oznacza tyle, co brak chorób. I wbrew pozorom jest to bardziej książka filozoficzno - psychologiczna, niż typowo kulinarna. Nie mądruję się jeszcze za dużo, gdyż zostało mi kilkadziesiąt stron do końca, ale refleksjami na pewno się podzielę.

Natomiast "Odnowa na talerzu" to już nie teoria, a praktyka, czyli ogromny zbiór przepisów. Efektem zakupu jest to, iż dziś w pracy jadłam sobie pieczywo razowe z pasztetem z czerwonej soczewicy - własnej roboty, a co! :) Książkę w tej chwili testuje moja mama i mam nadzieję załapać się na efekt tych testów :)
A jeśli ktoś ma ochotę na dwa w jednym, czyli teorie i przepisy, polecam skromniutką, jeśli chodzi o objętość, "Kuchnię zdrowia i młodości": to ona narobiła mi ochoty, żeby jeść gruszki z kaszą jaglaną, potrawy z warzyw sezonowych i uważnie obserwować swój organizm.

A co planuję sobie kupić? Wpadły mi w oko dwa tytuły, na które natrafiłam w sierpniowym "Sensie" (z pięknymi portretami Beaty Pawlikowskiej w środku). Chodzi mi o "Sztukę prostoty" i "Sztukę umiaru" Dominique Loreau (swoją drogą polecam blog: http://minimalist-ka.blogspot.com/ - szkoda, że autorka tak rzadko dodaje posty, ale z drugiej strony... umiar, umiar, umiar).
Autorka książek od kilku lat mieszka w Japonii i jest zachwycona tamtejszym minimalistycznym sposobem życia. W "Sensie" przedstawiono to bardzo obrazowo: miseczka ryżu zamiast pizzy XXL. I piszę to ja, z do połowy zjedzonym Lionem w ręce, ale nic to, wszak lekturę mam dopiero przed sobą, a nie za :)

I tak właśnie wygląda moja "dygresja" do "Morderstwa niedoskonałego", które oczywiście zrecenzuję. I tak sobie myślę, że chyba jednak częściej będę pisać o tym, co chcę przeczytać - od razu czuję się bardziej zmotywowana! :)

wtorek, 13 września 2011

O mężczyźnie, który może wszystko (Ostatni taki Amerykanin - Elizabeth Gilbert)


Elizabeth Gilbert jak dotąd przeczytałam wszystko, co zostało wydane w Polsce i jest to jedna z moich ulubionych autorek. Oczywiście jedne książki podobały mi się mniej ("Ludzie z wysp"), jedne bardziej ("I że Cię nie opuszczę..."), a w innych po prostu się zakochałam, chociaż teraz akurat tę książkę nazywa się kiczowatą i pseudo-uduchowioną (dobrze wiemy, o której mówię). "Ostatni taki Amerykanin" jest bez wątpienia jedną z najciekawszych powieści w tym rankingu i właściwie trudno mi powiedzieć, czy bardziej podobało mi się to tzw. "pseudo-uduchowienie" z jej pierwszej znanej mi powieści, czy biografia, którą tyle co skończyłam czytać.

Nie ukrywam, że z człowiekiem o imieniu Eustace Conway (polecam wpisanie imienia i nazwiska w wyszukiwarkę) pierwszy raz spotkałam się właśnie w tej książce, chociaż w Ameryce jest to postać powszechnie znana. Kim jest Eustace? Człowiekiem, który "jako siedemnastolatek zamieszkał w głuszy i trzydzieści lat później wciąż tam jest". To człowiek, który żyje jak nomada, mieszka w swoim indiańskim tipi i jest tytanem pracy. Eustace ma misję: namówić ludzi, żeby nie żyli w pudełkach, nie jeździli pudełkami, nie odwiedzali się w pudełkach innych ludzi. Jego życiowym celem było, chociaż może jest nadal, nakłonienie jak największej liczby osób, żeby żyli jak najbliżej przyrody, korzystali z rozwiązań, które wieki temu zostały wymyślone przez ich przodków. W tym celu tworzy swój raj, swoją utopię, Żółwią Wyspę. Jest to ogromna połać lasu, gdzie Eustace hoduje warzywa, zwierzęta, poluje, pije wodę ze strumienia, a kolejni hipisi, idealiści i ekolodzy przyłączają się do niego... by równie szybko odejść. Eustace nie jest bowiem człowiekiem, który co rano zrywa się o świecie i biega po mokrej trawie. O świecie Eustace pracuje, ciężko pracuje.

Eustace jest człowiekiem, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych. Konno, wraz z dwójką przyjaciół przemierza w poprzek Amerykę, w takim czasie, jakiego nikt przed nim nie osiągnął. Kiedy spotykani na jego drodze ludzie deklarowali, że również chcieliby zdobyć się na coś tak szalonego, odpowiadał bez cienie wątpliwości w głosie: "Możesz!".

Najbardziej jednak ucieszyły mnie ostatnie rozdziały, kiedy to autorka przestała opisywać Eustace jako niemalże boga w ludzkiej skórze, lecz przedstawiła go jako zwykłego, zagubionego człowieka. Eustace miał fatalne relacje z ojcem, nie utrzymywał bliższych kontaktów z rodzeństwem, mimo wielu kobiet, które przyciągał jak magnes, nigdy nie założyć rodziny i nie doczekał się upragnionej gromadki dzieci. Praktykanci, którzy zjawiali się w jego raju, rzadko wytrzymywali dłużej niż kilka miesięcy.

Pod tym względem Eustace jest postacią tragiczną, idealistą, na którego przykładzie jasno widać, że nigdy nie można mieć wszystkiego i w życiu zawsze jest coś za coś. Eustace jest wcieleniem wolności, o której tak wiele osób marzy, ale czy jest naprawdę wolny? Ja doszłam do wniosku, że jednak nie, a o pardoks zakrawa fakt, że im bardziej wolny pragnął być, tym większy ciężar go przytłaczał.

Polecam, gdyż jest to świetnie napisała nietuzinkowej postaci, niezwykłego człowieka, ostatniego takiego dzikiego Amerykanina.

E. Gilbert, Ostatni taki Amerykanin, Rebis, 2011, s. 392.

niedziela, 11 września 2011

Wszystkie będziemy Czarownicami! (Życie jest bajką - Dubravka Ugresic)


Życie jest bajką, bo... chcemy wierzyć w szczęśliwe zakończenia.

Życie jest bajką, bo... wierzymy, że dobro zawsze zwycięża.

Życie jest bajką, bo... ciągle czekamy na pięknego księcia na różowym koniu, który zabierze nas do swojego zamku i uwolni od szarej codzienności.

Życie jest bajką, bo... w którejś pocałowanej żabie musi kryć się ten jedyny!

Życie jest bajką, bo... istnieje cała armia starych czarownic, których nie dostrzegamy!

Dubravka Ugresic dołączyła do pisarzy, którzy obrali sobie za cel opisanie tego, jak współcześnie funkcjonują pradawne mity (ja miałam przyjemność przeczytać tylko "Penelopiadę" Margaret Atwood). Napisała książkę o Babie Jadze, której w tekście... nie ma. To znaczy jest, ale zakamuflowana. I jakże mi się to zakamuflowanie podobało!

Książka podzielona jest na trzy części. W pierwszej obserwujemy skomplikowane relacje dorosłej córki ze starzejącą się matką. Część druga to opowieść o trzech starszych paniach, które przybywają do ekskluzywnego uzdrowiska. Wreszcie, ostania część, opowiada o tym, jak mit o Babie Jadze funkcjonował w różnych kulturach na przestrzeni wieków. I właściwie dopiero ta część wyjaśnia, w jaki sposób dwie poprzednie powiązane są z "babojagologią".

A powiązania te są tak subtelne, że dla niewprawnego (mojego) oka z początku niedostrzegalne. Owszem, bohaterkami są staruszki, ale nie popadajmy w paranoję: przecież nie każda miła lub niemiła starsza pani to od razu czarownica! Dopiero po lekturze ostatniej części, detale na które wcześniej nie zwróciłam uwagi, nabrały znaczenia. Przykłady? Jedna z bohaterek była ginekolożką, a przecież Baba Jaga często pomagała przychodzić na świat niemowlętom. Kolejna miała skłonność do echolalii i wymawiania wyrazów od tyłu, co także przypisuje się czarownicom. Jeszcze inna praktycznie nie opuszczała swojego mieszkania, które staje się substytutem chatki na kurzej nóżce. I tak dalej, te szczegóły można mnożyć.

"Życie jest bajką" to jednak przede wszystkim książka o starości, która niesie za sobą samotność, bezradność, niezgodę na własne, starzejące się ciało. Autorka porusza także wątki związane z odwiecznym pragnieniem przez człowieka długowieczności, strachu przed śmiercią oraz samym umieraniem - a ja jestem w tę tematykę od czasów pracy magisterskiej mocno wkręcona. W tym też przejawia się "babojagologizm" bohaterek: reprezentują to, czego wszyscy się boimy, co spychamy w najdalsze zakątki umysłu, co odpychamy od siebie, marginalizujemy. Tak samo izolowało się kiedyś czarownice, a obecnie starsze, niepotrzebne kobiety.

W zasadzie nie ma w tej powieści rzeczy, która mi się nie podobała, a już końcowy "coming out" jednej z bohaterek - re-we-la-cja, którą przeczytałam trzy razy! Polecam!

D. Ugresic, Życie jest bajką, Znak, Kraków 2011, s. 302.

wtorek, 6 września 2011

Czytacie poezję?


Jak w tytule? Czytacie? Bo ja od jakiegoś czasu nie.
Kiedyś, gdy chodziłam do liceum, owszem. Czytanie poezji bardzo nobilitowało mnie we własnych oczach, że niby taka romantyczna i uduchowiona jestem. Wtedy to zaczytywałam się Poświatowską, Pawlikowską - Jasnorzewską, Przerwą - Tetmajerem, Leśmianem. Oczywiście lubiłam poezję młodopolską (de-ka-den-cja - to słowo robiło na mnie niesamowite wrażenie) i wszelkie awangardy (bo kto by nie chciał należeć do a-wan-gar-dy?).
A przeszło mi na studiach, gdy najpierw rozbierałam wiersze na czynniki pierwsze (Lucylla Pszczołowska - brrrr...) oraz gdy czytałam je na akord, np. zbiór liczący sobie trzysta strona pokonywałam w jeden wieczór, nie zapamiętując z niego zupełnie nic, że o jakimkolwiek zrozumieniu tego, co czytam, nie wspomnę.
A zmierzam do tego, że trochę mnie jednak to moje nieczytanie poezji uwiera. Uwaga, uderzam w patetyczne tony: jeśli poloniści nie będą czytać Szymborskiej, Grochowiaka czy Tuwima... to kto ich będzie czytał?
Próbowałam sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz zachwycił mnie jakiś wiersz i chyba był to Miłosz, z tomu "To" z 200o roku (jedenaście lat temu!!!).

Przeczytajcie. Podoba się?

Jasności promieniste,
Niebiańskie rosy czyste,
Pomagajcie każdemu
Ziemi doznającemu.

Za niedosiężną zasłoną
Sens ziemskich spraw umieszczono.
Gonimy dopóki żywi,
Szczęśliwi i nieszczęśliwi.

To wiemy, że bieg się skończy
I rozłączone się złączy
W jedno, tak jak być miało:
Dusza i biedne ciało.

niedziela, 4 września 2011

Marudzenie o "Mordercy bez twarzy" Mankella


Recenzji nie będzie. O książce "Morderca bez twarzy" Henninga Mankella nie chcę pisać po pierwsze dlatego, że przeczytałam ją już ponad miesiąc temu i nieco zatarły mi się wrażenia, po drugie zaś te wrażenia były mocno letnie.

Do lektury Mankella przymierzałam się już od dłuższego czasu, "Mordercę bez twarzy" zabrałam na urlop, przeczytałam, odłożyłam, zamierzałam o książce napisać, ale "tak jako wyszło", że piszę dopiero teraz.

Co Was urzeka w Mankellu? Kurt Wallander? Mnie nie urzekł: ot, kolejna postać, która tropi zabójców, borykająca się z problemami osobistymi. Klimat Skandynawii? No tak, ten rzeczywiście był: krótkie dni, długie wietrzno - śnieżne noce, ma to swój urok, ale bez przesady. Fabuła? Hmmm... dobrze przemyślana, to fakt. Zbrodnia, którą opisuje autor robi wrażenie (dwoje zmasakrowanych staruszków, którzy wiedli spokojne życie i nie mieli wrogów, więc komu nagle przyszło do głowy by ich zabić?), ale też nie jest znowu jakiś literackim ewenementem. W Wikipedii doczytałam, że autor"Sympatię czytelników zjednuje sobie rzeczowością stylu i dążeniem do maksymalnie prawdziwego opisu rzeczywistości." To akurat się zgadza: drobiazgowe analizowanie dokumentów, żmudne przesłuchania, codzienny trud wkładany w pracę - ale czy na pewno to stanowi o popularności książek tego autora? Więc co?

A może po prostu trafiłam nie na tą książkę Mankella, którą warto czytać? Postanowiłam zacząć chronologicznie, stąd mój wybór, ale może jest tak, że w kolejnych tomach autor dopiero się rozkręca? Albo po prostu "nie czuję tych" powieści...

A notka ta powstała po to, iż próbuję rozgryźć fenomen, którego nie rozumiem. A zrozumieć bym chciała :)

piątek, 2 września 2011

Gdy życie zatoczy krąg... rozpocznij następny! (Dom w Italii - Peter Pezzelli)


Uff... po wielkim rozczarowaniu, jakim była książka "Każdej niedzieli", miło spędziłam czas z "Domem w Italii". Peter Pezzelli zawarł w niej wszystko to, co podobało mi się w jego wcześniejszych książkach. Mamy więc człowieka, na którego barki nagle spada ciężar, z którym nie bardzo wie, jak sobie poradzić. Mamy niepowtarzalnym klimat małego włoskiego miasteczka, bohaterowie jedzą dobre, włoskie jedzenie (ależ miałam ochotę na spaghetti w trakcie lektury!) i wszystko, mimo początkowych niepowodzeń kończy się dobrze. Od autora "Kuchni Franceski" naprawdę nie oczekuję niczego więcej :)

Autor tym razem opowiada w gruncie rzeczy banalną historię. Peppi, główny bohater, traci żonę. po tym zdarzeniu nie może znaleźć sobie miejsca w Ameryce, więc postanawia wrócić do korzeni, a więc do Włoch właśnie. Planuje zamieszkać w swoim rodzinnym mulino, czyli młynie, ale z tych planów nic nie wychodzi, gdyż budynek został kompletnie zniszczony. Dlatego też Peppi zmuszony jest zamieszkać u swojego przyjaciela z dzieciństwa, Luci. Początkowo Włochy nie przynoszą mu spodziewanej ulgi. Aby zabić smutek i przygnębienie, mężczyzna oddaje się swoim dwóm pasjom: jeździ na rowerze i uprawia ogród (ach, jakże mi się zamarzyły pomidory zrywane z własnych krzaczków!). Szybko jednak okazuje się, że to nie wystarcza, Peppi popada w jeszcze większą chandrę, a może już nawet w depresję.

Aleeeee... jak już zaznaczyłam, wszystko kończy się dobrze. Peppi poznaje Lucrezię, samotną kobietę, która kilka lat wcześnie straciła męża. I teraz wystarczy umieć dodać dwa do dwóch: samotny mężczyzna + samotna kobieta =... wiadomo :)

Peter Pezzelli opowiada w "Domu w Italii" historię dwojga ludzi, których życie zatoczyło krąg. Nie oznacza to jednak, że już nic ich nie czeka oprócz wegetacji w oczekiwaniu na koniec życia. Zawsze przecież można rozpocząć kolejne koło - co stoi na przeszkodzie? Jest to prosta życiowa prawda, jednak podana w naprawdę przyjemny sposób. W dodatku książki tego autora mają tę właściwość, że czyta się je błyskawicznie: właściwie nie wiadomo kiedy człowieka przewraca ostatnią stronę!

P. Pezzelli, Dom w Italii, Wydawnictwo Literackie, 2011, s. 295.

środa, 31 sierpnia 2011

Gdy rozum śpi, budzą się demony (Wichrołak - Paweł Szlachetko)


Proszę wyobrazić sobie taki oto obrazek. Góry. Owieczki pasące się na halach. Wioska schowana gdzieś między szczytami, a tam góralskie chaty, kościółek, piejące rano koguty. Fajnie, prawda? Otóż nigdy w życiu! Niefajnie! Podejrzewam, że sielskie górskie krajobrazy przez długi czas nie będą mi się dobrze kojarzyć, a to za sprawą "Wichrołaka" - powieści, którą zachciało mi się czytać późnym wieczorem, a potem bałam się zgasić światło.

Proszę sobie bowiem wyobrazić spokojną wioseczkę, w dokładnie Szremle Małe, która ma wioskowego znachora. Nie jest to jednak miły staruszek znający się na ziołach, lecz postać, którą straszy się niegrzeczne dzieci, ale do której chodzi się nocami po leki i rady. W którymś momencie tytułowy Wichrołak, zwany również Onym, zaczyna przeszkadzać, razić pewnego zagorzałego katolika, który szczuje przeciwko niemu mieszkańców wioski. Z Wichrołakiem robi się więc, oględnie mówiąc, porządek. Jednak już wkrótce pozorny ład zostaje zburzony: mieszkańcom Szremli zaczyna pojawiać się tajemnicza postać Onego, a ci, którzy go zobaczą, jakiś czas potem popełniają samobójstwa (na pewno samobójstwa?).

Do tych wydarzeń dociera Roman, młody chłopak z miasta marzący o karierze dziennikarskiej. Wszystko jednak od początku idzie nie tak, jak powinno. Przede wszystkim gościnę zapewnia mu sołtys, z którego córką... ma nieślubne dziecko. W dodatku Marta straciła pamięć i nie jest świadoma faktu, że oto znajduje się pod jednym dachem z ojcem swojego dziecka. Ponadto górale w wiosce wcale nie są przyjaźnie nastawieni: to ludzie twardzi, nie stroniący od kieliszka, szukający swojego zysku, brat oszukuje brata, a sąsiad sąsiadowi wilkiem.

Paweł Szlachetko napisał powieść kryminalno - społeczną i oba te wątki udały mu się wyśmienicie. Mimo oczywistych wskazówek przyznaję, że do końca nie potrafiłam ustalić, skąd brały się kolejne trupy, a te w książce ścielą się gęsto. Ponadto jest to wspaniałe studium tego, jak rodzi się nienawiść oraz do czego mogą doprowadzić niczym nieuzasadnione uprzedzenia. Powieść ta spokojnie mogłaby stanowić ilustrację zdania: "Gdy rozum śpi, budzą się demony". Autor pokazuje również, że małe społeczności, gdzie wszyscy wszystkich znają od dziecka, wcale nie są gwarantem bezpieczeństwa. Zimny dreszcz przeszedł mnie po plecach, gdy czytałam o tym, że kobiety w Szremlach Małych paliły na noc w oknach świece, gdyż ktoś pod nimi spacerował i próbował zajrzeć do środka...

Lubię ostatnio porównania literackie, więc jeśli miałabym porównać "Wichrołaka" do jakiejś innej powieści, to tylko do "Łąki Umarłych". Obie świetne. I polskie! :)

P. Szlachetko, Wichrołak, MUZA, Warszawa 2011, s. 336.

wtorek, 30 sierpnia 2011

Stracone złudzenia (Jasper Jones - Craig Silvey)


"Jasper Jones" to książka porównywana do "Zabić drozda". Nie wiem, czy to prawda, gdyż nie czytałam "oryginału", natomiast "Jasper" podobał mi się od początku do końca, chociaż książka należy raczej do dzieł cięższego kalibru.

Tytułowy Jasper Jones to chłopiec z tzw. marginesu. Przypięto mu łatkę chuligana i złodzieja, który wałęsa się po okolicy i który posądzany jest o wszystko, co najgorsze. Już na początku powieści Jasper puka w okno Charlesa Bucktina, aby zaprowadzić go w swoje miejsce. Chce mu pokazać... no właśnie. Jasper znajduje zwłoki koleżanki ze szkoły, Laury Wishart. Jasper wie, że jeśli zgłosi ten fakt policji, będzie głównym, jeśli nie jedynym podejrzanym. Wie, że zostanie osądzony bez sądu, mimo iż nie zabił Laury. Dlatego też razem z Charlesem topią zwłoki i w ten sposób łączą się makabryczną tajemnicą.

W tym samym momencie kończy się dzieciństwo Bucktina. Chłopiec odkrywa, że świat wokół niego nie jest sprawiedliwy. Na przykładzie swojego wietnamskiego przyjaciela obserwuje, że nie wystarczy być w czymś dobrym i bardzo czegoś chcieć, aby marzenia, nawet te najprostsze, się spełniły. Odkrywa, że dorośli nie są sprawiedliwi, przeciwnie: kierują się uprzedzeniami, są nietolerancyjni i okrutni, okłamują i krzywdzą najbliższe osoby. Tym samym świat przestaje być bezpiecznym miejscem, a ci, którym dotąd się ufało, okazują się słabi i tchórzliwi.

Charles tak naprawdę z tymi problemami jest sam, nie ufa nikomu, ale też nikt nie zasługuje na jego zaufanie... i przyznam, że nie wiem, co więcej napisać. "Jasper Jones" porusza tyle zagadnień, łączy wiele historii różnych ludzi, a wszystkie przefiltrowane zostały przez pryzmat, jakby nie patrzeć, dziecka. Dla mnie przede wszystkim jest to powieść o tym, jak traci się złudzenia, jedno po drugim, nie otrzymując nic w zamian. Dlatego tak wzruszające wydają mi się plany Charlesa, które snuje z siostrą zmarłej Laury: o tym, że wyprowadzą się ze swojego miasteczka, że wyjadą daleko, że spotkają się w Ameryce, gdzie on będzie sławnym pisarzem... W ogóle literaturze w tej powieści poświęca się sporo miejsca, a ja takie wątki uwielbiam. A jeśli miałabym porównać "Jaspera" do jakiejś innej książki, to chyba tylko do moich ukochanych "Przekleństw niewinności". Chociaż ich tematyka jest zupełnie inna, to jednak klimat ten sam.

Polecam, gdyż mimo chaotycznej recenzji, w moim rocznym zestawieniu najlepszych powieści, ta znajdzie się baaardzo wysoko.

C. Silvey, Jasper Jones, Rebis, Warszawa 2011, 400.

niedziela, 28 sierpnia 2011

Matka, córka, matka (Sekretna córka - S.S. Gowda)


Do książek, które "stały się międzynarodowym bestsellerem przetłumaczonym na 17 języków" z założenie podchodzę nieufnie, gdyż najczęściej za szumnymi hasłami kryje się wielkie NIC. Nie zmienia to jednak faktu, że niektóre z nich z założenia również czytam, co by wiedzieć, czym zachwycił się świat (albo też która z książek miała najlepszą promocję i najwięcej pieniędzy przeznaczono na reklamę).

Za "Sekretną córką" na szczęście nie kryje się wielkie NIC i czytałam ją nawet nie tyle z przyjemnością, co ze wzruszeniem. Jest to bowiem opowieść o pragnieniu macierzyństwa, stracie dziecka, poszukiwaniu własnej tożsamości. Ale od początku.

1984 rok, Indie, kraj kontrastów, w którym wskaźniki urodzeń stają na głowie. Rodzice, a raczej ojcowie, chcą mieć synów, gdyż wiadomo, że z dziewczynek jest niewielki pożytek, a gdy dorosną, trzeba kombinować, jak uzbierać dla nich posag. Dlatego też bardziej pożądani są synowie. Kavita nie miała szczęścia: pierwszy poród zakończył się wydaniem na świat dziewczynki, którą jej zabrano i kobieta nigdy nie dowiedziała się, co stało się z dzieckiem. Przy drugiej ciąży była bardziej ostrożna: chociaż znów urodziła córeczkę, oddała ją do sierocińca, czego przez resztę życie nie mogła sobie wybaczyć i co ją prześladowało, lecz przynajmniej wiedziała, że dziecko żyje.

W tym samym czasie, a Ameryce, młoda lekarka Somer traci kolejne ciąże, w końcu słyszy diagnozę, która brzmi dla niej jak wyrok: nie będzie mogła mieć dzieci. Po fali rozpaczy zaczyna myśleć o adopcji. Jako iż jej mąż pochodzi z Bombaju, adoptują indyjską dziewczynkę, Ashę. I tylko pozornie mogłoby się wydawać, że wszyscy są zadowoleni: Kavita ocaliła dziecko od śmierci, Somer dostaje upragnionego bobasa, a "bobas" dostaje kochających rodziców, którzy mogą mu zapewnić przyszłość. Jest jednak zupełnie inaczej: Somer ma poczucie, że nie sprawdza się jako matka, nie czuje, że dziecko jest "jej", szybko okazuje się, że nie potrafi znaleźć wspólnego języka z dorastającą córką. Asha tymczasem dostrzega, że jest inna. Nikt nie ukrywa przed nią, że jest adoptowana, ale ciągnie ją do Indii i gdy tylko nadarza się szansa, by tam pojechać na staż dziennikarski, natychmiast korzysta z okazji, co Somer odczytuje jako zdradę i atak wymierzony w siebie. Kavita tymczasem, której za trzecim razem udaje się urodzić synka, zauważa, że syn nie jest spełnieniem jej ambicji, tęskni za córką, odwiedza nawet sierociniec, w którym zostawiła dziecko... A Asha w tym samym sierocińcu, dowiaduje się, kim byli jej rodzice...

Ogromnie się cieszę, że autorka nie poszła w kierunku melodramatu i nie doprowadziła do "spotkania po latach", gdzie matka i córka padają sobie w ramiona i spowiadają z lat rozłąki. Cieszę się również, że nie stało się tak, iż Asha po spotkaniu z indyjską rodziną ze strony ojca przywdziewa sari i rezygnuje ze swojego życia w Ameryce. Autorka ustrzegła się w tej książce wielu łatwych, lecz irytujących rozwiązań i naprawdę chwała jej za to. I tym samym napisała naprawdę dobrą powieść o uczuciach, jakie nierozerwalnym łańcuchem łączą kobiety z różnych kultur, kolejny raz udowadniając, że może i różni nas kolor skóry czy religia, ale w środku wszyscy jesteśmy tacy sami.

A, i plus za słowniczek na końcu książki oraz to, że tłumacz pozostawił w tekście kilka indyjskich słów. Bardzo dobrze wpływa to na styl i klimat książki.

Polecam, warto!

S.S. Gowda, Sekretna córka, Prószyński i S-ka, Warszawa 2011, s. 404.

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Prawda nas wyzwoli! (Lustro czasu - Anna Piega)


Na podstawie "Lustra czasu" można by stworzyć kilka odcinków telenoweli - tak pomyślałam sobie czytając książkę o pięknej, czarno-białej okładce. Zaraz jednak odrzuciłam tę myśl: nie, nie można, mimo że książka obfituje w dramatyczne historie rodzinne, mocne uczucia i tajemnice sprzed lat, które zmieniają życie bohaterów. Więc w sumie można, aleee... Anna Piega nie napisała książki sentymentalnej i płytkiej, co przy takiej fabule wydaje się wręcz nieprawdopodobne.

Daria Sulima ma 28 lat i jest piosenkarką. Gdy staje na scenie, publiczność zamiera. Jednak sukces artystyczny dziewczyna przypłaciła zerwaniem stosunków z ojcem, który stanowczo sprzeciwił się temu, aby jego córka porzuciła studia medyczne i profesjonalnie zajęła się muzyką. Daria jednak się uparła, chociaż sprzeciwu ojca nie rozumiała. I właśnie odpowiedź na pytanie, dlaczego Krzysztof Sulima zaprotestował, stanowi kanwę tej opowieści. Oczywiście nie mogę jej opowiedzieć, gdyż potencjalnym czytelnikom zabrałabym całą przyjemność lektury, ale zapewniam, że motywy postępowania Krzysztofa Sulimy warto poznać.

Co mogę napisać to na pewno to, że sposób narracji przypominał mi czytane dawno temu książki Krystyny Siesickiej. Zbieżny wydaje mi się sposób, w jaki autorka pisze o emocjach i myślach bohaterów oraz sami bohaterowie, którzy mają czas na analizę tego, co w ich wnętrzu.

Podoba mi się również to, że bohaterowie "Lustra czasu" to idealiści, kierujący się w życiu jasnymi zasadami, chociaż ich wybory nie zawsze są proste i oczywiste. Zaraz na początku książki można znaleźć takie zdanie:

Dla mnie człowiek ma talent, a nie potencjał. Jak tworzy, to konkretnie - obraz, muzykę, film. A nie projekt. Przecież projekt to tylko plan. Co z realizacją? Projekty tworzą w swoich pracowniach architekci, ale zbudowany dom już projektem nie jest. Kiedyś artyści mieli osobowość, ba, czasem nawet charyzmę. Dziś muszą mieć wizerunek o pomysł na siebie. Jak nie mają, to nie mogą zaistnieć.

I bohaterowie tej książki są właśnie tacy: silni i bezkompromisowi, a do tego uparci. Rodzinie Sulimów przyjdzie się zmierzyć z wydarzeniami sprzed lat jednak to, co teoretycznie powinno ich powalić, tylko ich wzmacnia. Daria, która na początku wydała mi się rozkapryszoną diwą (od razu powiem: jest to ciekawa bohaterka, ale nie z tych, które można polubić), wraz z rozwojem akcji dojrzewa, staje się mniej kategoryczna, przyznaje sobie i innym prawo do błędów. Właśnie dojrzewa, a nie tylko dorasta.

Jednocześnie jest to książka, która można stanowić sfabularyzowaną wersję hasła "Prawda nas wyzwoli", to powieść o odkrywaniu bolesnej prawdy właśnie i o tym, że nie da się od niej uciec.

A jeśli już przy prawdzie jesteśmy, to zgodnie z prawdą dodam, że chyba napisanie żadnej recenzji do tej pory nie zajęło mi tak dużo czasu, jak właśnie tej :)

A. Piega, Lustro czasu, Prószyński i S-ka, Warszawa 2011, s. 383.

czwartek, 18 sierpnia 2011

Opowieści o smutnych ludziach (Czerwona róża, biała róża - Eileen Chang)


Opowiadań Eileen Chang nie czyta się łatwo, chociaż, paradoksalnie, słowa, jakie do nich pasują, to "prostota", "minimalizm", "przemilczenia". O Eileen Chang było głośno kilka lat temu, kiedy to Ang Lee nakręcił film "Ostrożnie, pożądanie" - właśnie na podstawie jej opowiadania.

Zawsze mam pewien problem, by napisać o opowiadaniach, gdyż trudno streszczać fabułę każdego z nich osobna (tym bardziej, że w przypadku tomu "Czerwona róża, biała róża" fabuła jest szczątkowa), a potem dopisać kilka słów podsumowania. Zawsze więc staram się poszukać czegoś, co je łączy - i tym razem się to udało: są to smutni ludzie. Tak, wiem, nie brzmi to dobrze, ale u Eileen Chang nie ma jednej osoby, która byłaby zadowolona z życia. Mężczyźni są słabi, kobiety uzależnione od ich zmiennych humorów. Stara kultura i stare tradycje zostają wypierane przez nowe, które z jednej strony kusi, z drugiej zaś wydaje się obce, dziwne, egzotyczne.

Eileen Chang, niczym nasz swojski Mickiewicz w "Panu Tadeuszu", opisuje świat, którego już prawie nie ma, ale to nowe na dobre jeszcze się nie zadomowiło. Chińczycy zostają bez masek, które zakładali przez wieki, autorka pokazuje ich "nagich". I cóż? Okazuje się, że są małymi, zagubionymi, niepewnymi ludźmi, którzy zupełnie nie potrafią się odnaleźć w nowym świecie.

Każde opowiadanie to wiele historii, ludzie bowiem spotykają się i rozmawiają ze sobą: na nieudanym weselu, w poczekalni u masażysty, w domu mężczyzny, który co noc sprowadza sobie inną kobietę. I z historii tych bije beznadzieja, poczucie bezsensu i przede wszystkim ogromna samotność doświadczana w wielotysięcznym mieście.

Polecam, gdyż opowiadania te łączą w sobie dwie skrajności: z jednej strony niedomówienia, surowe opisy, minimalistyczny język, z drugiej strony zaś, obrazy te są tak sugestywne, tak boleśnie realistyczne, że niemalże bolą.

Polecam raz jeszcze, wymagającym czytelnikom, którzy w książkach nie szukają tylko rozrywki. Może nie jest to idealna książka na plażę, ale na pewno jest to książka, którą warto znać. Ja sięgnęłam po nią również dlatego, iż pochodzi z serii "Nowy Kanon" wydawany przez W.A.B, który bardzo sobie cenię.

E. Chang, "Czerwona róża, biała róża", W.A.B, Warszawa 2009, s. 293.

Książkę "Czerwona róża, biała róża" otrzymałam od księgarni internetowej Prus24.pl

czwartek, 11 sierpnia 2011

Na początku była Kobieta! (Szczelina - Doris Lessing)


Na początku było słowo. Potem Bóg stworzył świat, mężczyznę, a z jego żebra kobietę.

Mniej więcej tak, w dużym skrócie, rysuje się historia ludzkości. Otóż nie! Na początku była Kobieta, która rodziła córki, a świat zamieszkiwały same istoty płci żeńskiej. Żyły one w idealnej harmonii na skałach, nad brzegiem morza. Ich żywiołem była woda, a dnie płynęły im w powolnym rytmie. Kobiety czciły Szczelinę - świętą skałę, raz na jakiś czas poświęcały którąś ze swoich sióstr i składały ją w ofierze. Aby począć, potrzebowały wody i wiatru.

Aż któregoś dnia... stało się! Zamiast małej Szczeliny (tak mówiły o sobie pierwsze kobiety), na świat przyszedł Potwór, z którym dorosłe kobiety nie wiedziały co zrobić, więc z nim i z następnymi rozprawiono się dość brutalnie: zabijając lub okaleczając. Potworów rodziło się coraz więcej, aż w którymś momencie zainterweniowały orły, przenosząc dzieci do lasu. Tak powstały dwa obozy, które przez długi czas niewiele o sobie wiedziały: obóz Szczelin, na skałach, i obóz Potworów, w lesie. A potem kobiety zaczęły przychodzić do mężczyzn, zatraciły zdolność "samopoczęcia". I tak, aby rasa ludzka nie zginęła, Szczeliny i Potwory, których zaczęto określać mianem Tryskaczy, musieli nauczyć się żyć ze sobą.

... i chciałoby się powiedzieć, że do dziś Szczeliny - Kobiety i Tryskacze - Mężczyźni, żyją sobie długo i szczęśliwie, ale jak wiadomo, z tym bywa również :) Doris Lessing w każdym razie napisała powieść, która ma w sobie coś z mitu, z dawnych legend, z ustnie przekazywanych opowieści. Jednocześnie pisarka w pełni wykorzystuje możliwości, jakie daje literatura: stwarza ludzi zupełnie od nowa, prezentuje swoją wizję i, jak napisano na okładce, jest to "zabawna seria rozważań na temat co by było gdyby". A podobała mi się książka tym bardziej, że cała opowieść snuta jest przez rzymskiego kronikarza, historyka, który ma dostęp do najdawniejszych źródeł i w trakcie pisania nie może się powstrzymać od komentarzy, w których porównuje ludzi pierwotnych do sobie współczesnych. Fantastyczna mieszanka!

Nie polecam... bo czy Doris Lessing trzeba polecać :)?

D. Lessing, Szczelina, Świat Książki, Warszawa 2008, s. 270.

wtorek, 9 sierpnia 2011

Nostalgia Rosjanina po utraconej miłości (Maszeńka - V. Nabokov)


Gdybym miała możliwość nadania "Maszeńce" innego tytułu niż "Maszeńka" właśnie, to zatytułowałabym tę powieść pretensjonalnie: "Nostalgia" lub "Tęsknota", gdyż te właśnie uczucia tchną z tej niewielkiej, debiutanckiej powieści Nabokova. Niezwykle udanej powieści, dodam.

Maszeńka - tak miała na imię ukochana głównego bohatera powieści, Ganina. Ganin kochał ją, gdy miał 16 lat, mieszkał w Rosji i całe życie było przed nim. Kilka lat później znajduje się w Berlinie, z Rosji musiał emigrować, trudno powiedzieć, czy jeszcze kiedykolwiek do niej wróci. Ima się różnych prac, miewa przelotne miłostki, planuje wyjechać do Paryża - lecz cały czas brakuje mu impulsu, by popchnąć swoje życie na nowe tory.

Ganin mieszka w pensjonacie zamieszkałym także przez innych Rosjan. Przypadkowo, jeden z nich informuje go, że za kilka dni przyjedzie do niego żona, Maria. Gdy pokazuje Ganinowi zdjęcie, okazuje się, że Maria to Maszeńka. Ganin ma więc okazję spotkać swoją utraconą przeszłość... i oddaje się wspomnieniom. Nagle okazuje się, że nic w jego życiu nie miało aż takiego znaczenia, jak te kilka dni spędzonych z Maszeńką, że żadne pocałunki nie były tak ważne, jak te składane na jej chłodnych obojczykach, a jazda rowerem na jej spotkanie urasta do rangi najważniejszego wydarzenia w jego dotychczasowym życiu.

Piękna książka i przyznaję, że tak zupełnie po babsku się wzruszyłam. Kolejna rzecz: nie wiem, czy to jakaś prawidłowość u Nabokova, ale powoli zaczynam go postrzegać jako mistrza zaskakujących zakończeń. Tym razem również byłam mocno zdziwiona, gdy dotarłam do ostatniej strony, gdyż powieść urwała się jakoś tak... niespodziewanie, acz jest to sensowne.

I tak sobie myślę, chociaż zdaję sobie sprawę, że jeszcze za mało Nabokova przeczytałam, że gdyby ktoś zapytał mnie, od której powieści przygodę z autorem radzę zacząć, to moim zdaniem właśnie od tej, pierwszej, gdyż o ile "Czarodziej" mnie nieco ostudził, tak po lekturze "Maszeńki" mam ochotę sięgnąć po kolejne powieści:"Król, dama, walet", "Obrona Łużyna", "Splendor"...

I jeszcze jedno: nie proszę zwrócić uwagę na okładkę i makijaż damy na niej widniejącej. Czyżby wyobrażenie o "mejkapach" Rosjanek przez prawie dwadzieścia lat nie uległo zmianie :)?

V. Nabokov, Maszeńka, PIW, Warszawa 1993, s. 112.