poniedziałek, 19 grudnia 2011

Gdańska chryja! (Gdański depozyt - Piotr Schmandt)

Kryminał w kolorze sepii? Czemu nie! Bardzo lubię wszelkie książki w klimacie retro, więc do "Gdańskiego depozytu" podeszłam z dużym entuzjazmem. I nie zawiodłam się. Bo i wspomniany klimat fajny, i historia pasjonująca, i z zapartym tchem przewracałam kolejne kartki, pytając: "co dalej, co dalej?".

Autor książkę napisał tak, że czytelnik przez długi czas nie wie, kto jest kim. Władysław Osowski któregoś dnia otrzymuje tajemniczy list, którego treścią natychmiast dzieli się z dyrektorem Noskowskim (dyrektorem poważnym, bo Komisariatu Generalnego Rządu RP w Wolnym Mieście Gdańsk) i wybuchowym majorem Szalewskim. Autorem listu jest Georg Rook - o ile to jego prawdziwe imię i nazwisko. Informuje on, że posiada wiadomości o wielkim skarbie, którym strona polska powinna być zainteresowana. "Strona polska" oczywiście zainteresowana jest - i zaczyna się.

Georg Rook wkrótce, we własnym mieszkaniu, czuje delikatny dotyk ostrza noża na szyi i schodzi ze sceny. Kto go zabił i tak naprawdę za co? Na razie nie wiemy. Jakim jednam cudem kilka dni później Osowski dostaje kolejny list od... Georga Rooka? Tego również dowiadujemy się później,

Poszukiwanie skarbu trwa w najlepsze. W tym celu Osowski, Szalewski i Noskowski spotykają się z kolejnymi osobami, odbywają kolejne tajemnicze spotkania i narady, padają kolejne strzały i czytelnik co chwila ma przed sobą nową zagadkę, której rozwiązania byłam tak ciekawa, że przeczytałam "Gdański depozyt" w trzy godziny. I zdarzyło mi się w trakcie lektury nie tylko uśmiechać pod nosem, lecz także roześmiać. Jest to bowiem powieść, hmm, szpiegowska pełną gębą, ale też nie brakuje w niej komizmu, przede wszystkim wynikającego z charakteru bohaterów, a raczej bohaterek.

Stasia Królikowska, maszynistka w Komisariacie, szuka męża i nawet specjalnie się z tym nie kryje. Ma jednak kompleksy związane z pochodzeniem, chociaż stara się je ukrywać. Stasia jest zalotna, powabna, dziewczęca... i śmieszna. Tym bardziej, kiedy autor przedstawia, jak widzą ją inni, w tym kandydaci na potencjalnego małżonka.

Drugą postacią kobiecą, która wprawiła mnie w absolutny zachwyt, jest Wilhelmina van Clijs, zażywna matrona z nadwagą, która męża szukać nie musi, ponieważ już go ma. Nie przeszkadza jej to jednak szukać, a jakże, miłości, co sprawdza na jej głowę prawdziwe nieszczęście. Ale jakże pięknie ta kluska się za to odgrywa! Jakże piękną i krwawą zemstę obmyśla! 

"Gdański depozyt" łączy w sobie cechy komedii i tragedii jednocześnie. Jest to powieść, która zaskakuje dokładnością w opisie topografii przedwojennego Gdańska, ale też świetnie obmyśloną intrygą. Czytając, miałam dość dalekie skojarzenie z moim ulubionym serialem "Allo, Allo", ale też z klimatem filmów o Sherlocku Holmesie. W każdym razie: miłośnikom gatunku, choć nie tylko, powinno się spodobać. 

P. Schmandt, Gdański depozyt, Officynka, 2011, s. 310.