poniedziałek, 17 czerwca 2013

Zrób sobie PRL! (Nasz mały PRL - Izabela Meyza i Witold Szabłowski)

Tytuł: Nasz mały PRL
Autorzy: Izabela Meyza i Witold Szabłowski
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 317

Książki nie przestają mnie zadziwiać. Tym razem okazało się, że wcale nie trzeba czytać relacji podróżnika z Zanzibaru czy Chile, by poczuć powiew egzotyki i mieć wrażenie, że opisywany jest świat, w którym nigdy nie przyjedzie nam się znaleźć. 

Ja PRL-u nie pamiętam, moje dzieciństwo przypada na lata dziewięćdziesiąte. Fakt, mam w pamięci meblościanki i panie z trwałą na głowie, jeździłam maluchem. Ale stania w kolejkach nie pamiętam, pomarańcze nie kojarzą mi się z towarem luksusowym, a Wojciech Jaruzelski nie jest dla mnie "groźnym generałem". 

Małżeństwo dziennikarzy, Iza Meyza i Witold Szabłowski, postanowili przenieść się do epoki sprzed trzydziestu lat. Dosłownie. Zrezygnowali z komórek, internetu, szynki parmeńskiej i pieluch jednorazowego użytku dla swojej córki Marianny. Iza zrobiła trwałą i zaczęła korzystać z porad umieszczanych w "Przyjaciółce", Witold zapuścił wąsy i zapomniał, że istnieje coś takiego jak związek partnerski. Co jeszcze? Kawa plujka, mieszkanie w bloku z wielkiej płyty, fiat 126 p, próby sąsiedzkich wizyt i rozmów w kolejkach, które coraz trudniej znaleźć...

Zresztą: o tym pomyśle i jego realizacji swojego czasu było dość głośno i myślę, że większość z Was o nim słyszała. U mnie książka musiała odstać na półce prawie rok, żebym po nią sięgnęła i naprawdę nie wiem, dlaczego zrobiłam to tak późno!

To jest hard core! Fakt, rodzice często wspominają te czasy, ale jakoś nigdy nie przyszło mi na myśl, że nie było wtedy antyperspirantów, kremów odpowiednich do rodzaju cery, żeli pod prysznic o stu zapachach i odżywek do włosów... brrr :)

Czytając Nasz mały PRL doszłam jednak do wniosku, że moje pokolenie wiele zyskało, ale też... równie wiele straciło, głównie na płaszczyźnie relacji międzyludzkich. Nie wyobrażam sobie wpaść do kogoś bez zapowiedzi, o tym, co dzieje się u znajomych dowiaduję się przez FB, a na ulicach jest coraz mniej osób, którym można powiedzieć "cześć" - wszyscy siedzą przed laptopami i żeby z kimś pogadać, wcale nie muszą wychodzić z domu - sama również do tej kategorii się zaliczam.

Książkę nie przeczytałam, a pochłonęłam, teraz podsunęłam ją mojej mamie - ciekawe, jak ją skomentuje :)

środa, 5 czerwca 2013

Bo to zła kobieta była...? (Zła kobieta - Amanda Prowse)

Tytuł: Zła kobiet
Autor: Amanda Prowse
Wydawnictwo: Wielka Litera (dziękuję!)
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 382

Pamiętam, że jeszcze kilka lat temu, aby wywołać mój szacunek/zachwyt/podziw, wystarczyło napisać książkę/nakręcić film na jakiś kontrowersyjny temat, najlepiej związany z gwałtem, przemocą wobec kobiet/dzieci, samobójstwem etc. I już: w myślach gratulowałam autorowi odwagi i w zależności od sposobu ukazania zjawiska, subtelności lub ciętego języka. Automatycznie uznawałam też książkę za dobrą, tylko z uwagi na temat, zupełnie pomijając jej walory literackie.

Od jakiegoś czasu natomiast do wszelkich tego typu opowieści podchodzę nieufnie, pewnie dlatego, że mam już wiele takich lektur za sobą. I czasem jest tak, że oprócz kontrowersyjnego tematu nie otrzymujemy nic więcej... ale to już temat na osobne rozważania.

Zła kobieta skusiła mnie okładką i tym, że wydała ją Wielka Litera (od kilku miesięcy moje ulubione wydawnictwo). Zaczyna się ostro: Kathryn Brooker patrzyła, jak z męża uchodzi życie. Pierwsze nasuwające się pytanie to: dlaczego? Po przeczytaniu kilkudziesięciu stron zmieniło się ono na: dlaczego tak późno?

Amanda Prowse napisała opowieść o kobiecie, której mąż zmienił życie piekło. A piekło to rozgrywało się każdej nocy w idealnie czystym domu, z dziećmi śpiącymi za ścianą, w rodzinie, która wydawała się idealna. Nie lubię epatowania przemocą i nie przepadam za brutalnymi scenami, dlatego chwała autorce, że jest ich w Złej kobiecie niewiele. Akurat tyle by zrozumieć, dlaczego Kathryn zabiła Marka.

Jednak to morderstwo i pobyt w więzieniu to dopiero początek historii o tym, jak po bolesnych doświadczeniach wyjść na prostą. Kathryn to się udaje, choć za swoją wielką porażkę uważa to, że zupełnie straciła kontakt z dziećmi - a przecież to dla syna i córki znosiła lata upokorzeń.

Złą kobietę oceniłabym bardzo dobrze, bo i jest to historia przedstawiona z talentem, gdyby nie pewne "ale". Zakończenie. No jak tak można! Nie mam absolutnie nic przeciwko happy endom, zresztą opowieść o Kathryn zasługiwała na szczęśliwe rozwiązanie. Ale nie takie... nie aż tak słodkie, żeby nie powiedzieć: infantylne. Prawdę mówiąc staram się jak najszybciej wymazać je z pamięci i skupić tylko na tym, co w tej książce godne uwagi... chociaż lekki zawód i tak pozostaje.

wtorek, 28 maja 2013

Opisać rozpacz (Chemia łez - Pater Carey)

Tytuł: Chemia łez
Autor: Peter Carey
Wydawnictwo: Wielka Litera (dziękuję!)
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 318

Matthew umiera, a Katherine szaleje z rozpaczy. Jej szaleństwo ma jednak wymiar "kameralny", wszak nie była stateczną żoną Matthew, a jedynie kochanką. Publiczne obnoszenie się ze swoim bólem nie wchodzi więc w grę. Kobieta leczy się z samotności wódką, narkotykami i pracą.

A pracę ma niezwykle ciekawą, jest bowiem specjalistką od konserwacji zegarów. Jeden z współpracowników, wtajemniczony w jej romans, podsuwa kobiecie do poskładania niezwykłą maszynę. Jednak nie tylko maszynę...

Mały chłopiec umiera. Co prawda jego serce jeszcze bije, jednak zostało mu niewiele czasu. Henry Brandling, jego ojciec, jest w stanie zrobić wszystko, aby ocalić mu życie. W którymś momencie zaczyna wierzyć, że jeśli jego synek otrzyma niezwykłą zabawkę, mechaniczną kaczkę, która będzie zachowywać się jak żywe stworzenie, to uda się go ocalić. Zostawia więc dziecko w domu, a sam wyrusza w niezwykłą podróż do XIX-wiecznych Niemiec, aby znaleźć osobę, która podejmie się skonstruowania zabawki. Zaczyna prowadzić dziennik - 150 lat później, wraz z kaczką (tudzież łabędziem) trafia on w ręce Katherine.

Te dwie postaci, Henry'ego i Katherine, pozornie różni wszystko: płeć, wiek, sytuacja życiowa, charakter, dystans czasowy. Kobieta jednak sama kilkakrotnie zastanawia się, czy sporządzając swoje notatki, Henry przeczuwał jej obecność, czy myślał o tym, że kiedyś ktoś je przeczyta. Okazuje się bowiem, że w obliczu sytuacji, jakiej się znaleźli, te wszystkie różnice nie mają znaczenia, strata jest uczuciem tak, rzec by można, uniwersalnym, że łączy to, co pozornie nie ma punktów stycznych.

Nie wiem, czy spotkaliście się wcześniej z nazwiskiem autora - ja nie. Swojego czasu wywołał on skandal, odmawiając spotkania z królową Elżbietą, dwukrotnie nagrodzono go nagrodą Bookera, uważany jest za najwybitniejszego żyjącego pisarza z Australii - jednak ja dopiero teraz miałam przyjemność go poznać. 

Tak właśnie: przyjemność. Mimo, że książka nie należy do łatwych, mimo że szybko można pogubić się z zapiskach Henry'ego - powieść czyta się z ogromną satysfakcją. Dopracowana jest w każdym calu. Zachwyca już okładka: niby prosta, broszurowa, ale tłoczone kwiaty są po prostu urocze. Dalej: mroczny klimat panujący w zapiskach Henry'ego, niczym z baśni braci Grimm, zestawiony z chaotycznym, pospiesznym, londyńskim życie Katherine - mistrzostwo świata. No i postaci drugoplanowe: przemądrzała Amanda, asystująca przy rekonstrukcji kaczki (tudzież łabędzia) i Sumper, zatruwający swoim gadulstwem życie Brandlingowi... Polecam!

czwartek, 23 maja 2013

Hej ho! Jeszcze żyję! :) + kto chce książkę Chodakowskiej?

Czytam mnóstwo - chociaż nie pisałam, jak na mnie, od dawna.
Ale wiecie co?
To milczenie to nie żaden wypadek przy pracy.

Kilka miesięcy temu dopadł mnie impas: zarówno czytelniczy, jak i recenzencki.
Kilka razy myślałam, że udało mi się go przezwyciężyć - ale nie, wtedy się nie udało. O ile coś tam jeszcze czytałam, tak już sama myśl, żeby podzielić się wrażeniami z lektury... no nie bardzo.

Za to teraz znów mi się chce pisać - i mam nadzieję, że nie jest to chwilowe. 

Ktoś tu jeszcze zagląda? :)

Jutro nowe recenzje, a dziś zapytuję: komu książkę Ewy Chodakowskiej?

Szczegóły na moim drugim blogu, o TUTAJ.

Do jutra! :)


wtorek, 30 kwietnia 2013

Listy do... nikogo (Zgubione szczęście - Tom Winter)

Tytuł: Zgubione szczęście
Autor: Tom Winter
Wydawnictwo: Wielka Litera (dziękuję!)
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 287

Czasem tak jest. Kończy się jedną książkę, która głęboko wryła się w pamięć i potem chce się już tylko przeczytać coś lekkiego, niezobowiązującego, "na przeczekanie".

Czasem bywa jednak tak, że ta kolejna książka okazuje się perełką, chociaż spodziewaliśmy się zupełnie czegoś innego. Nie jest książką "na przeczekanie", a lekturą, o której potem się myśli i poleca innym.

Ja tak miałam w przypadku Zgubionego szczęścia. Opis na okładce brzmi tak:

Carol czuje, że jej nieudane małżeństwo jest pułapką bez wyjścia. Jak wiele kobiet, cały czas próbuje zadowolić innych, a tymczasem własne życie przecieka jej przez palce. Bierze więc papier, długopis i wypisuje swoje rozczarowanie w listach do... nikogo. Jednak trafiają one w ręce Alberta pracującego na poczcie w dziale niedoręczonych przesyłek. Staje się on mimowolnym powiernikiem jej sekretów i zwierzeń. 

Brzmi niewinnie, prawda? Ot, będzie to kolejna historia o sfrustrowanej kurze domowej z przedmieścia, której źle się żyje w uroczym domku z ogródkiem.

Tymczasem nie. W tej książce jest coś, co chwyta za gardło: sytuacja, w jakie znalazła się Carol i jej chory mąż, bezradność i smutek starego człowieka, którego jedynym towarzystwem jest kot z zagipsowanymi łapami, wizja świata, w którym człowiek staje się zbędny, bo szybciej i bardziej wydajnie pracują za niego maszyny.

Trudno mi określić nastrój tej książki. Z jednej strony jest on melancholijny i duszny, z drugiej zaś autor podszedł do swoich bohaterów z tak dużą dozą empatii i wrażliwości, przedstawił ich historie w taki sposób, że chyba bardziej niż ich smutek, czułam... sympatię? 

Nie jestem tylko pewna, czy do końca podoba mi się happy end, który znajdziemy w ostatnim rozdziale, jednocześnie zaś wydaje mi się to rozwiązanie najlepszym z możliwych. 

Polecam i będę wypatrywać kolejnych książek Toma Wintera. A po Zgubione szczęście, jego debiut, warto sięgnąć.

piątek, 26 kwietnia 2013

Love story do zaczytania (Szmaragdowa tablica - Carla Montero)

Tytuł: Szmaragdowa Tablica
Autor: Carla Montero
Wydawnictwo: Rebis (dziękuję!)
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 672

Szmaragdową tablicę czytałam długo, bo ponad dwa tygodnie. Nie wątpię jednak w to, że można przeczytać ją w kilka dni, błyskawicznie - bo moim zdaniem jest to właśnie jedna z tych książek do połknięcia, które czyta się z wypiekami na twarzy i od których nie można się oderwać. 

Tak naprawdę fabułę tej rozpisanej na prawie 670 stron powieści mogłabym streścić w kilku zdaniach. Konrad, bogaty biznesmen, zleca swojej dziewczynie odnalezienie obrazu, o którym nie wiadomo nic... nie ma nawet dowodów na to, że kiedykolwiek istniał. Ana podejmuje się tego zadania, jednak w którymś momencie ważniejsi od samego obrazu stają się ludzie z nim związani. I właśnie opowieść o tych ludziach najbardziej wciąga i zapada w pamięć. 

Sarah Bauer i Georg von Bergheim - para, której miłość rozłożyła mnie na łopatki. Szczerze: myślałam, że jestem za stara na takie historie. Ona - Żydówka, on - nazista. On poluje na nią, a raczej na obraz, który, jak domniema, jest w jej posiadaniu. Ona traci całą rodzinę w obozach koncentracyjnych, sama cudem unika śmierci, potem aktywnie działa w ruchu oporu. Nienawidzi Niemców, jednak dla tego jednego robi wyjątek... On zaś dla niej oszukuje samego Himmlera, narażając życie swoje i swojej rodziny. Dawno, bardzo dawno nie zdarzyło mi się wciągnąć do tego stopnia w jakąś love story i chyba też dawno aż tak mocno nie trzymałam kciuków za szczęśliwe zakończenie.

Carla Montero napisała swoją drugą powieść z rozmachem: mnóstwo tu opisów, mnóstwo wątków pobocznych i postaci drugoplanowych, ale też, mimo tej epickiej rozlewności, dużo w tej książce się dzieje. 

I teraz tak: do tytułów, o których pisze się, że to światowe bestsellery, że sprzedano dziesięć milionów egzemplarzy i zachwyciły sto milionów czytelników, podchodzę sceptycznie. Podobnie jak z założenia nieufnością darzę książki, na których reklamę natykam się na każdym kroku - a tak właśnie jest ze Szmaragdową Tablicą. Średnio też kręcą mnie lektury, które na okładce mają taki oto tekst: 

Historia i współczesność, miłość i wojna, zakazany romans i dzika zazdrość, tajemniczy obraz i opętanie chciwością - ta wspaniała powieść zachwyca, przeraża i wciąga bez reszty. 

ALE! Nie żałuję ani jednej minuty, którą spędziłam z tą powieścią. Wierzcie mi: jest świetna! Mimo iż nastawiona na masowego czytelnika, naprawdę napisana została wyśmienicie, a autorce udało się mistrzowsko połączyć dwie historie, które na koniec odnajdują piękny wspólny mianownik. 

Polecam! Ja właśnie za to kocham czytanie. Za historie, które wciągają tak, że na kilka godzin tracę kontakt z rzeczywistością :)


piątek, 12 kwietnia 2013

I że Was nie opuszczę... (Teraz i zawsze - Carolyn Egan)

Tytuł: Teraz i zawsze
Autor: Carolyn Egan
Wydawnictwo: ZNAK (dziękuję!)
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 240

Pierwsze skojarzenie, jakie wzbudziła we mnie książka Teraz i zawsze? Film Moje życie beze mnie, który swojego czasu bardzo mi się podobał. W filmie Ann wie, że odchodzi i próbuje ułożyć życie swojej rodzinie. W książce Maia zapada na nieuleczalną chorobę, jednak udaje jej się, jakkolwiek absurdalnie to brzmi, zamieszkać w ciele kobiety, która nie chce żyć i u której także rozwija się choroba. Ten karkołomny zabieg posłużył temu, aby Maia, już po śmierci, mogła obserwować swoich bliskich - jednak nie jako duch, a istota, że tak powiem, materialna. W nawiązaniu kontaktu z najbliższymi pomaga jej pies Barney... który przychodzi nie wiadomo skąd.

Maia osieroca synka, który zostaje z ojcem. Nie ingeruje jednak w ich życie, wie, że jej czas minął. Zostaje na ziemi i, trzymając dystans, obserwuje życie swojej rodziny - i właśnie to jest głównym tematem tej książki. Steven, początkowo nieco zagubiony w roli ojca, stopniowo zaczyna całkiem nieźle sobie radzić, chociaż trudnych momentów nie brakuje. Wychodząc z synem do parku, spotyka kobietę samotnie wychowującą córkę... i więcej chyba nie muszę pisać :)

Teraz i zawsze przeczytałam błyskawicznie i z dużą przyjemnością. Od razu jednak zaznaczam: nie jest to wyciskacz łez, jak sugerują opinie przedstawione na okładce. Czytałam i płakałam - pisze Anna Ficner - Ogonowska. Wiem, że każdy ma inną wrażliwość, ale autorka na szczęście "łzawych" rozwiązań unika. Nie do końca jest to też książka o "drugiej szansie"... ale w dywagacje na ten temat nie chcę się wdawać, żeby nie ujawniać za dużo treści :)

Na Teraz i zawsze warto zwrócić uwagę także dlatego, iż wchodzi ona w skład serii "dobre strony", której ambasadorką została Małgorzata Kożuchowska. Co prawda żaden to dla mnie autorytet w kwestii czytania, co nie zmienia faktu, że sama seria zapowiada się bardzo przyjemnie. Więcej informacji tutaj: KLIK.

czwartek, 4 kwietnia 2013

Inteligentna i ładnie napisana (Potyczki z Freudem - Tomasz Stawiszyński)

Tytuł: Potyczki z Freudem
Autor: Tomasz Stawiszyński
Wydawnictwo: Carta Blanca (Dziękuję!)
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 307

Chyba muszę zacząć od tego, że ostatnio czytam naprawdę sporo książek z zakresu psychologii. To nagłe zainteresowanie akurat tą dziedziną ma swoje bardzo konkretne uzasadnienie. Otóż moja najlepsza przyjaciółka, z którą przez pięć lat studiowałam na filologii polskiej... zaczęła studiować psychologię. Więc ja co? Więc ja nie mogę być gorsza! Dlatego czytam na potęgę, żeby mieć chociaż blade pojęcie o czym Ania do mnie mówi. Tak mili Państwo: zazdrość o to, że ktoś się uczy sprawiała, że sama zaczęłam się uczyć :)

Potyczki z Freudem polecam właśnie takim samozwańczym adeptom wiedzy psychologicznej jak ja. To znaczy takim, którzy ślepo wierzą w to, co przeczytają, nie do końca bowiem potrafią stwierdzić co jest prawdą, a co nie. Wokół psychologii bowiem, jak wokół każdej innej dziedziny wiedzy narosło wiele mitów i błędnych przekonań... które są tak powszechne, że nawet nie próbujemy ich podważać. 

Przykłady? Chociażby to, że wydarzenia z dzieciństwa determinują nasze dorosłe życie. Albo to, że optymistom żyje się lepiej. Obrywa się słynnej książce Sekret i słynnemu prawu przyciągania. Wychodzi też na to, że depresja, czarnowidztwo czy zdrada nie są czymś, co należy bezwzględnie tępić. Dla mnie Potyczki z Freudem, w których autor podważa rzeczy, które przyjmuje się bez zastrzeżeń, to taki głos zdrowego rozsądku mówiący o tym, żeby nie ufać autorytetom, lecz przede wszystkim ufać sobie i poddawać krytycznej analizie przekaz, jaki do nas zewsząd płynie. 

Autor jasno pokazuje, że nie da się sprostać "wizji współczesnego człowieka": zawsze uśmiechniętego, pozytywnie nastawionego, nieustannie dążącego do samorozwoju, zdrowego, sprawnego, naładowanego energią - pozytywną oczywiście. Fakt: hasła, które wymieniałam powyżej są mi bliskie, ale po latach pracy nad sobą stwierdzam, że tak się po prostu przez cały czas nie da. W końcu: człowiekiem jestem i nic co ludzkie...

Nie sposób nie zachwycić się imponującą wiedzą i erudycją autora, który płynnie przechodzi od starożytnej filozofii do współczesnej popkultury. Ponadto Potyczki z Freudem napisane są takim językiem, że czyta się je jak najlepszą, wciągającą powieść. Trafnie ujęła to prof. Zofia Rosińska, filozof kultury z Instytutu Filozofii na Uniwersytecie Warszawskim, autorka wstępu. Według niej książka jest "inteligentna" i "ładnie napisana" - nic dodać, nic ująć.

PS Potyczki z Freudem zainspirowały mnie do wpisu na moim drugim blogu. Hasło: OPTYMIZM - nie mylić z głupotą - KLIK.

wtorek, 2 kwietnia 2013

Zen dla początkujących (Trzy filary zen - Philip Kapleau)

Tytuł: Trzy filary zen
Autor: Philip Kapleau
Wydawnictwo: Galaktyka
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 420

To będzie chyba pierwsza książka, którą chcę Wam polecić... mimo iż jeszcze nie skończyłam jej czytać. I podejrzewam, że szybko nie skończę. Trzy filary zen nie są bowiem pozycją, którą połyka się przez jeden wieczór, a potem szybko o niej zapomina.

Dzieje się tak przynajmniej z kilku powodów. Przede wszystkim nam, ludziom żyjącym w Europie, trudno jest zrozumieć pewnae pojęcia, które już np. w Chinach są oczywiste i których ludziom Wschodu nie trzeba wyjaśniać. Po drugie książka nie jest pisana jak typowy podręcznik, chociaż bez wątpienia swojego rodzaju podręcznikiem jest. Chodzi mi o to, że nie ma tu instrukcji "krok po kroku" jak np. zacząć medytować czy prawidłowo oddychać. Owszem, takie informacje się pojawiają, jednak nie zostały podane w skondensowanej formie, lecz rozpisane na wiele stron. 

Dlaczego w ogóle sięgnęłam po tę książkę? Przede wszystkim dlatego, że z pojęciem "zen" dość często się spotykam, czy to łamach książek, czy to w prasie. Jednak ręka do góry, kto bez zastanowienia potrafi odpowiedzieć, czym owe "zen" jest. No właśnie... Od dłuższego czasu, czyli od ok. dwóch, trzech lat, na własną rękę eksperymentuję z medytacją i technikami oddechowymi, wyciszenia i szczęścia szukając w sobie, a nie na zewnątrz - a właśnie takie założenie jest jednym z głównych założeń filozofii zen.

Trzy filary zen nie są książką nową, na rynku pojawiła się ona prawie 40 lat temu. Jej autorem jest człowiek, który przeszedł trzydziestoletnią praktykę w klasztorach japońskich, co zakończyło się wyświęceniem oraz prawem do nauczania.

I tak Philip Kapleau naucza ludzi Zachodu już od kilkudziesięciu lat, odsłaniając "całą kuchnię zen, z tym wszystkim, co dotychczas przesłonięte było mgiełką tajemniczej egzotyki i naznaczone piętnem obcości" - jak pisze Wojciech Eichelberger.

Wszystkim zainteresowanym - polecam!

Książkę można kupić w księgarni Gandalf.




czwartek, 21 marca 2013

Książka która przedstawia to, czego opisać się nie da (Wśród swoich - Amos Oz)

Tytuł: Wśród swoich
Autor: Amos Oz
Wydawnictwo: Rebis (dziękuję!)
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 150

Książka Amosa Oza Wśród swoich to moje pierwsze zetknięcie z prozą tego izraelskiego pisarza, który często wymieniany jest jako kandydat do Nagrody Nobla. Przyznaję: pierwsze strony nie zachwyciły mnie. Oszczędny język, bardzo przeciętni bohaterowie, codziennie sytuacje. Skąd więc entuzjastyczne opinie osób, które pisarstwem Oza się zachwycają? Ano własnie stąd, właśnie dlatego!

Narratorem każdego z ośmiu opowiadań umieszczonych w Wśród swoich, jest mieszkaniec kibicu, w którym rozgrywają się wydarzenia. Z jednej strony jest on obserwatorem życia w zamkniętej społeczności, z drugiej zaś ma wgląd w psychikę przedstawionych osób. A tam, pod pozorem zwyczajności, rozgrywają się prawdziwe ludzkie dramaty, mimo iż nie zostały one nazwane i ubrane w wielkie słowa.

Bo czy nie jest dramatem sytuacja, kiedy jedyna córka opuszcza ojca i wiąże się z dużo starszym mężczyzną, którego cała sytuacja zdaje lekko bawić? Czy tak można?

Czy można osądzać ojca, który rzuca się na małe dziecko... aby w jakiś sposób zrekompensować krzywdę, którą wyrządzono jego synkowi?

Czy nie jest dramatyczną miłość dwojga starszych ludzi, którzy boją się nawet dotknąć? Czy potrzeba wielkich słów, aby opisać uczucia kobiety, którą mąż po wielu latach wspólnego życia zostawił dla innej? 

Bohaterowie Oza żyją w kibucu, gdzie pracuje się dla dobra wszystkich, wszystkie decyzje podejmowane są wspólnie, wszyscy się znają. Ludzie przynależą do grupy, nie powinni więc czuć się samotni i opuszczeni. Tymczasem właśnie tak jest. Będąc "wśród swoich", tak naprawdę z nikim nie można wejść z głębsze relacje - bo przecież zawsze istnieje ryzyko, że nie zostanie się zrozumianym, albo ta druga osoba odejdzie.

Zupełnie szczerze przyznaję, że nie potrafię opisać nastroju panującego w tej książce. Nastrój ten jednak sprawił, że jak tylko będę w stanie pójść do biblioteki o własnych siłach, to właśnie po powieści Oza. To jest tak: niby nic się nie dzieje, niby opisywani ludzie są zwyczajni do bólu, ani dobrze, ani źli i spotykają ich rzeczy, które przydarzają się setkom osób codziennie - jednak opisane zostały tak, że ja momentami miałam gęsią skórkę na rękach... z przejęcia? Żalu? 

Co więcej: kibuc, lata pięćdziesiąte, bohaterowie w większości starsi ode mnie, a ja specjalnie tych różnic nie czułam. Oz pisze bowiem o rzeczach uniwersalnych, które dzieją się "wszędzie", "każdemu" i "zawsze". I może właśnie na tym polega jego geniusz? Na umiejętności snucia prostych, uniwersalnych opowieści?

Dla mnie Wśród swoich to ogromne odkrycie i jedna z tych książek, o których się nie zapomina. Naprawdę warto sięgnąć.

środa, 20 marca 2013

Powoli osiągniesz wszystko! (Nawyk wytrwałości - Anna Kuraszyńska)


Tytuł: Nawyk wytrwałości. Jak go wykształcić metodą małych kroków
Autor: Anna Kuraszyńska
Wydawnictwo: Sensus
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 108


Lektura książki Anny Kuraszyńskiej zajęła mi nie więcej, niż półtorej godziny, ale bez wątpienia jest to jedna z tych pozycji, do których będę wracać. 


Od dłuższego czasu inspiruje mnie działanie w duchu kaizen, które, mówiąc w dużym skrócie, postuluje o systematyczność i stawianie małych kroków na drodze do wielkiego celu. Chodzi po prostu o to, żeby cały czas iść do przodu i nie zatrzymywać się ani na moment. I chociaż słowo "kaizen" u Anny Kuraszyńskiej nie pada ani razu, to pozycja ta jest właśnie o tym. 


Autorka przekonuje, że aby osiągnąć coś, co często wydaje się niemożliwe do osiągnięcia, wcale nie trzeba zaciskać zębów z wysiłku, odmawiać sobie wszystkiego czy też skupiać całej uwagi na tym jednym celu. Ba! Twierdzi, że takie nastawienie to prosta droga do porażki i rozczarowania!


Jak zatem powinniśmy wyznaczać sobie cele? Przede wszystkim: rozsądnie je zaplanować w czasie. Cudów nie ma. Nic nie stanie się z dnia na dzień, zdobycie szczytów wymaga czasu.


A zatem. 


Weź ołówek i kartkę papieru. 

Dokładnie opisz to, co chcesz osiągnąć. 
Wyznacz pierwszy, malutki krok.
Taki, który na pewno uda ci się wykonać.
Jeśli to możliwe, wykonuj go systematycznie przez dany okres czasu.
Wyznacz kolejne zadanie, równie łatwe. 
A potem jeszcze jedno. I następne, nieco trudniejsze. 
Postępuj tak do chwili, aż osiągniesz to, co chcesz.

UWAGA! Cała zabawa polega na tym, żeby nie wyznaczać sobie nierealistycznych terminów. Niech proces zmiany trwa pół roku czy rok - ale doprowadzając go do końca, pękniesz z dumy!

Książka ta jest więc dla "wiecznie początkujących", którzy teraz dostają do ręki skuteczne narzędzie, by doprowadzić zamierzania do końca.

Autorka skupia się na czterech życiowych sytuacjach, kiedy strategia ta może być skuteczna: wyjście z nałogu, zdobycie idealnego ciała, znalezienie wymarzonej pracy oraz budowanie szczęśliwych związków.


Dodam, że Nawyk wytrwałości napisany jest bardzo prostym językiem, tekst opatrzono mnóstwem inspirujących cytatów i, co ogromnie mi się podoba, nie jest to pozycja teoretyczna. To książka, którą należy przeczytać, a potem przepracować na sobie niektóre rzeczy - tylko wtedy lektura będzie miała większy sens.


Polecam! Bo jest to rzecz niewielka... dzięki której dojść można do rzeczy ogromnych :)


Książkę można kupić w księgarni Gandlaf:


sobota, 16 marca 2013

Tajemnica długowieczności (Sekret drzewa oliwnego - Courtney Miller Santo)

Tytuł: Sekret drzewa oliwnego
Autor: Courtney Miller Santo
Wydawnictwo: Wielka Litera (dziękuję!)
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 363

Uwielbiam książki, które mają ciekawy/zaskakujący/niebanalny punkt wyjścia - i Sekret drzewa oliwnego właśnie taki jest. Bo oto na rajskiej farmie, w otoczeniu drzewek oliwnych, mieszka pięć kobiet: Anna, Bets, Callie, Deb i Erin. Nie są to jednak kobiety przypadkowe. Anna jest matką Bets, Bets to matka Callie, Callie urodziła Deb, a Deb Erin.

Nieźle, co :)?

Cała opowieść zaczyna się, dosłownie i w przenośni, od Anny, która ma 112 lat i ambicję, żeby zostać najstarszą żyjącą osobą na ziemi. Annie daleko do schorowanej staruszki: mimo imponującego wieku, zachowała sprawność fizyczną i umysłową. Od lat dogląda drzewek oliwnych i sprawuje zaszczytną funkcję głowy rodziny. Chociaż inne kobiety z rodu Keller bynajmniej nie dają się zepchnąć na margines życia rodzinnego. Każda z nich jest jakaś, każda ma swoje marzenia, tajemnice.

A tych tajemnic w książce Courtney Miller Santo jest całe mnóstwo. Kilka z nich wychodzi na jaw przez przypadek. Na farmę przybywa bowiem doktor Hashmi, który prowadzi badania nad długowiecznością, mieszkanki Hill House zaś wydają się idealnym przedmiotem badań. Doktor Hashmi przygląda się ich DNA w poszukiwaniu tego czegoś, co odpowiada za ich długowieczność. Przypadkiem jednak znajduje coś jeszcze... o czym kobiety z rodu Kellerów nie do końca chciałyby wiedzieć.

Nie dajcie się zmylić okładce i tytułowi! To nie jest sielska opowieść o tym, że szczęśliwym można być tylko wśród drzewek oliwnych, a oliwki to sekret długowieczności! Na farmie rozgrywają się prawdziwe małe dramaty: Deb wychodzi z więzienia i na nowo musi poukładać sobie relacje z córką, w czym pozostałe kobiety nie do końca jej pomagają. Callie zakochuje się w doktorze Hashmi, wymieniają czułe maile... jednak czy miłość między kobietą, którą całe życie spędziła na farmie, a mężczyzną, który całkowicie oddaje sie pracy naukowej w ogóle ma sens?

Nie było opcji, żeby ta książka mi się nie spodobała. Uwielbiam sagi, historie rodzinne i tajemnice. Uwielbiam książki, które pokazują miejsca z klimatem, ale w nieprzesłodzony sposób. No i bardzo lubię czytać opowieści o relacjach matka - córa, a tutaj dodatkowo mamy jeszcze babcię... i prababcię :)

Polecam! Na miłe, przedwiosenne popołudnie jak znalazł :)

środa, 13 marca 2013

Mroczna strona... każdego (Najmroczniejsza ciemność - Carin Gerhardsen)

Tytuł: Najmroczniejsza ciemność
Autor: Carin Gerhardsen
Wydawnictwo: Rebis (dziękuję!)
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 390

I pomyśleć, że jeszcze dwa, trzy lata temu prawie w ogóle nie czytałam kryminałów. Uważałam je za schematyczne, irytujące, głupie i nudne. A wszystko to na podstawie... sama nie wiem czego, bo jak można sobie wyrobić zdanie na temat czegoś, co omija się szerokim łukiem?

Za to teraz... ach! :) Nie ma to jak wyłączać się na kilka godzin, z dobrze napisanym kryminałem w dłoni :)

Carin Gerhardsen miałam okazję poznać już wcześniej, jako autorkę świetnego Domku z piernika - KLIK, oczekiwania wobec Najmroczniejszej ciemności miałam więc dość wysokie. Co mogę powiedzieć po lekturze? Autorka trzyma  bardzo dobry poziom, chociaż, mimo wszystko, pierwsza część cyklu o komisarzu Sonnym Sjobergu podobała mi się ciut bardziej - zaznaczam "ciut".

Akcja Najmroczniejszej ciemności bowiem także została świetnie pomyślana. Ekipa posterunku z Hammarby pracuje równolegle nad dwiema sprawami. Jedna z nich dotyczy nastolatki zamordowanej na promie płynącym ze Szwecji do Finlandii. Ofiarą jest Jennifer, dziewczyna z patologicznej rodziny. Czytelnik poznaje ją na kilkadziesiąt godzin przed śmiercią i wydaje mu się, że wie, kto dokonał mordu.

Druga sprawa jest o wiele bardziej tajemnicza: policjantka znajduje porzucone w krzakach niemowlę, a kawałek dalej zwłoki jego matki. Działania koncentrują się wokół ustalenia tożsamości ofiary, w tym samym czasie jednak pewna rezolutna trzylatka budzi się sama w pustym mieszkaniu... i nie bardzo wie, co powinna robić. 

Już za pierwszym razem, w przypadku Domku z piernika, przede wszystkim doceniłam to, że Carin Gerhardsen w swoich kryminałach pokazuje więcej, niż tylko działania policji. Jej bohaterowie są "jacyś", a sytuacje i dylematy, w jakich zostają postawieni, do najłatwiejszych nie należą. 

Tutaj jest podobnie. Uwagę przykuwa Elise, czternastoletnia siostra zamordowanej Jennifer, która nagle zostaje zupełnie sama i zdaje się tak samo nieporadna, jak trzyletnia Hanna, którą pozostawiano bez opieki. 

Równie ciekawą postacią jest Jocke, chłopak ofiary. Na pierwszy rzut oka wydaje się pewnym siebie mężczyzną, jednak kiedy zajrzeć pod maskę "macho", za którą się skrywa... 

Zaskakuje także prowadzący śledztwo komisarz Conny, do tej pory przykładny mąż i ojciec piątki dzieci. Pozornie niby nic się nie zmienia... skąd jednak w jego snach nagle pojawia się rudowłosa kobieta, od której nijak nie może się uwolnić, także na jawie?

W przypadku tej książki tytuł bardzo adekwatnie oddaje jej treść - może on bowiem dotyczyć zarówno zbrodni, z jakimi mamy do czynienia, jak i ludzkiej natury. Wychodzi bowiem na to, że każdy coś ukrywa, każdy ma swoje "demony", swoją ciemną stronę.

Tak jak po lekturze Domku z piernika, tak i teraz z niecierpliwością będę wypatrywać ciągu dalszego. Autorka bowiem nie doprowadziła do końca wielu wątków, zostawiając sobie otwartą furtkę na interesujący ciąg dalszy.

A ja z przyjemnością mogę jej książki polecić: naprawdę wciągająca lektura!

piątek, 8 marca 2013

Uwielbiam! (Mieć siedem lat - Alexander McCall Smith)

Tytuł: Mieć siedem lat
Autor: Alexander McCall Smith
Wydawnictwo: MUZA (dziękuję!)
Rok wydania: 2013
Liczba stron: 295

Pytań o ulubioną książkę nie lubię, podobnie jak ciężko jest mi wskazać jednego ulubionego pisarza. Jednak z określeniem na które tytuły wyczekuję - tu już nie mam problemu. W 2010 roku pisałam recenzję 44 Scotland Street, pierwszego tomu serii Alexandra McCall Smith. I od tej pory nic się nie zmieniło: uwielbiam czytać o mieszkańcach Edynburga, uwielbiam styl autora, pełen anegdot i zaskakujących wydarzeń, po lekturze kolejnych części z niecierpliwością czekam na jeszcze.

Wkręciłam się w tą serię, naprawdę się wkręciłam. Poszczególne rozdziały książki na początku ukazywały się w gazecie, jako powieść w odcinkach. Ja odnoszę wrażenie, że wraz z powstawaniem kolejnych części, autora nabrał wiatru w żagle. Mogę się mylić, ale mam wrażenie, że pozytywne komentarze czytelników (a sam przyznaje, że często się z takim pozytywnym odzewem spotyka) dały mu pewność siebie, zachęciły do pracy nad bohaterami... i przez to każdy kolejny tom jest coraz lepszy. Naprawdę: lektura kolejnych części sprawia mi coraz większą frajdę i coraz bardziej przywiązuję się do bohaterów.

Moim faworytem nieustannie jest sześcioletni Bertie i nadal twierdzę, że chciałabym kiedyś takiego synka :) W tym tomie o chłopcu możemy poczytać całkiem sporo, podobnie jak o jego wkurzającej matce Irene - Panie Autorze: ta postać to mistrzostwo świata!

Dużo miejsca poświęcone zostaje Matthew i jego żonie, którzy to spodziewają się dziecka i kupują dom. Nie zabrakło też mojego ulubionego psa Cyrila ze złotym zębem, jego ekscentrycznego właściciela Angusa i Dominiki - postaci, którą coraz bardziej lubię.

Mieć siedem lat to szósty tom serii, ja jednak niezmiennie polecam całość. Alexander McCall Smith pisze książki lekkie, ale nie głupie, ze świetnymi bohaterami, którym przydarzają się zaskakujące, acz codzienne rzeczy. A po lekturze pozostaje to, mimo wszystko, przyjemne uczucie niedosytu i oczekiwanie na jeszcze. I mam nadzieję, że to "jeszcze" nastąpi - bo niestety nie znalazłam zapowiedzi kolejnego tomu na okładce :(

wtorek, 5 marca 2013

Rozwiązanie konkursu z księgarnią Gandalf! :)

Przepraszam! Rozwiązanie konkursu miało być wczoraj, będzie dzisiaj - mam nadzieję, że wybaczycie :)

W roli maszyny losującej, tradycyjnie, moja mama, która zadecydowała:

Bon o wartości 40 zł do wykorzystania w księgarni Gandalf wędruje do osoby, która podpisała się jako MaJa, która zostawiała komentarz jako osiemnasta ("18 - bo tyle stopni pokazał dzisiaj nasz termometr w najbardziej nasłonecznionym miejscu") i Sophie, której komentarz był dwudziesty pierwszy - "bo 21 marca zaczyna się wiosna".

Dziewczyny: gratuluję i poproszę o kontakt mailowy (slowoczytane@gmail.com), żebym mogła skontaktować Was z osobami z księgarni.

Czekam do piątku! Proszę również o kontakt zwyciężczynie z pierwszej odsłony konkursu - bony czekają! :)