Przyszły wczoraj, to się chwalę :)
czwartek, 21 czerwca 2012
środa, 20 czerwca 2012
Kobieca twarz terroru (Sprawczynie - Kathrin Kompisch)
Tytuł: Sprawczynie
Autor: Kathrin Kompisch
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka (dziękuję!)
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 412
Autor: Kathrin Kompisch
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka (dziękuję!)
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 412
Już sam tytuł książki Kathrin Kompisch jest kontrowersyjny. Sprawyczynie, czyli kobiety. Kobiety i wojna? Kobiety jako "sprawczynie" na wojnie? Jak to? Przecież kobiety na wojnie były co najwyżej sanitariuszkami, zajmowały się sierotami, siedziały w domu i czekały na swych mężów, ojców, braci, którzy dzielnie walczyli. Tymczasem... no właśnie. Wcale tak nie było!
Autorka w Sprawczyniach rozprawia się z mitem, że II wojna światowa i całe zło z nią związane, to wyłącznie "zasługa" mężczyzn - a taką tezę przez wiele lat po wojnie forsowało całkiem liczne grono historyków. Wynika to z faktu, że z jednej strony nie byli oni w stanie zmierzyć się z winą swoich matek i babek, z drugiej zaś, kobiety, które były uwikłane w zbrodniczy proceder, rzadko były skazywane i rzadko ponosiły odpowiedzialność za swoje czyny. Przypadki takie jak Ilse Koch czy Irmy Grese, gdzie jedna została skazana na dożywocie, a druga na karę śmierci, należały do rzadkości.
Tymczasem autorka w swojej książce przekonuje, że kobiety nie tylko miały świadomość tego, co się dzieje, nie tylko były świadkami okropieństw, lecz także czynnie brały w nich udział i wspierały te działania. Odbywały służbę wojenną na terenach okupowanych. Pomagały przy przesiedleniach. Dla SS sporządzały raporty o masowych egzekucjach, dysponowały dobytkiem pozostawionym przez wywożonych na śmierć Żydów, nie protestowały, gdy w ich obecności torturowano więźniów, z czego sporządzały protokoły. To kobiety nadzorowały żeńskie obozy, były strażniczkami w obozach koncentracyjnych, często aż nazbyt gorliwie wypełniając swoje zadania.
Autorka nie ogranicza się jednak do suchego wymienia przewinień. Sprawczynie to rzetelnie spisana historia faszystowskich Niemiec, jednak pod kątem tego, jaka rola przypadała kobietom. Kathrin Kompisch pisze o kobietach, od których przede wszystkim oczekiwano, aby wydały na świat "pełnowartościowe, nieobciążone" potomstwo, a tu nie sposób nie wspomnieć o organizacji Lebensborn. Pisze o pracownicach opieki społecznej, które jednak nie obejmowały swą pomocą wszystkich, przedstawia cały szereg zrzeszeń dla kobiet i prowadzonych przez kobiety, które propagowały narodowy socjalizm. Aby obraz był pełny, wiele miejsca poświęca żeńskiemu personelowi SS oraz pisze o żonach esesmanów, które doskonale orientowały się w pracy swoich mężów.
W przypadku tej książki pisanie o tym, czy lektura mi się podobała, nie ma sensu, bo to zdecydowanie nie jest książka do "podobania się". Pokazuje ona natomiast wiele spraw, z których, tak myślę, wiele osób nie zdaje sobie sprawy. I z tego powodu na pewno warto się z nią zapoznać.
poniedziałek, 18 czerwca 2012
Diwa i primabalerina (Drugie piętro - Andrzej Gumulak)
Tytuł: Drugie piętro
Autor: Andrzej Gumulak
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka (dziękuję!)
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 424
Przede wszystkim: nie polubiłam głównych bohaterek, Lidii i Heleny. Zresztą, przecież nie o lubienie tu chodzi. Wiele postaci spotykanych na kartach książek nie zdobywa mojej sympatii, ale mają w sobie coś, co przyciąga, intryguje, zaciekawia, budzi złość. A tutaj nie. Doceniam starania autora, by jak najlepiej oddać osobowość emerytowanej primabaleriny i diwy operowej. Doceniam, że próbował stworzyć kobiety z krwi i kości, które potrafią być zarówno urocze, jak i... uroczo złośliwe. Dla mnie jednak wypadły sztucznie, karykaturalnie wręcz i nie czułam się dobrze w ich towarzystwie.
Równie odpychająca wydała mi się Mira Strońska - serialowa aktorka z przerośniętym ego, z którą spotykał się lokator starszych pań - Wojciech. Ten znowu jest zupełnie bezbarwny, po lekturze potrafię powiedzieć o nim tylko tyle, że był.
Nie spodobali mi się bohaterowie, nie do końca podobała mi się też przedstawiona historia. Owszem, uwielbiam poplątane wojenne losy, uwielbiam tajemnice sprzed lat, które wpływają na życie bohaterów, uwielbiam skomplikowane relacje międzyludzkie. Jednak w Drugim piętrze wszystkiego było dla mnie za dużo i za mało jednocześnie. Książka z jednej strony wydała mi się przegadana, z drugiej zaś opowiedziana historia nie wzbudziła we mnie żadnych emocji. I tak, jak pisałam: zakończenie nie było dla mnie żadnym zaskoczeniem.
Wierzę, że Drugie piętro znajdzie swoich czytelników. Recenzje, które do tej pory czytałam, np. TA, nie oceniają jej źle. Ja również, kiedy próbuję spojrzeń na książkę obiektywnie, to stwierdzam, że nie jest to zła pozycja, że może się podobać. Po prostu do mnie nie trafiła. Zupełnie.
Etykiety:
być kobietą,
literatura polska
piątek, 15 czerwca 2012
Stosiczątko
Poniżej moje ostatnie zakupy "Znakowe" i wbrew pozorom wcale najbardziej nie cieszę się na biografię Szymborskiej, lecz na książkę Zgubieni, która to przemówiła do mnie jakiś czas temu, a ja dopiero teraz jej posłuchałam i nabyłam.
Wczoraj natomiast zaopatrzyłam się w Wybór Anny. Twórczości Marii Nurowskiej zupełnie nie znam, ale jako iż wczoraj wybrałam się na spotkanie autorskie, to nie chciałam wyjść bez autografu.
Etykiety:
stosiki
środa, 13 czerwca 2012
Ostatnia jest miłość (Potem - Rosamund Lupton)
Tytuł: Potem
Autor: Rosamund Lupton
Wydawnictwo: Świat Książki
Liczba stron: 399
Rok wydania: 2012
Nieco ponad miesiąc temu pisałam o Siostrze Rosamund Lupton. Tytuł recenzji brzmiał "Thriller miłością podszyty" - i właściwie tekst, który właśnie piszę, mogłabym zatytułować "Thriller miłością podszyty II". Autorka bowiem, chociaż opisuje dwie zupełnie różne historie, robi to w podobny sposób, który bardzo do mnie trafia.
Jeśli miałabym opisać "strategię" pisarską Rosamund Lupton, to wydaje mi się, że może ona działać według wzorca: wymyślić pasjonującą, tajemniczą historię, następnie zapętlić kilka wątków, przedstawić wszystko ze skrajnie subiektywnej perspektywy któregoś z bohaterów, całość maksymalnie nasycić uczuciem i emocjami, a następnie doprowadzić do niespodziewanego/pięknego/wzruszającego końca.
Tym razem autorka zaczyna w sposób spektakularny: od pożaru, który niszczy prywatną szkołę i w wyniku którego, w krytycznym stanie, do szpitala trafiają dwie kobiety: matka i córka. Co ciekawe, mimo iż leżą one unieruchomione na szpitalnych łóżkach, to ich, hmm, duchy?, swobodnie ze sobą rozmawiają i śledzą rozwój wypadków. Okazuje się bowiem, że najbardziej prawdopodobną przyczyną pożaru jest podpalenie, stopniowo też wychodzi na jaw, że jest wiele osób, które mogłyby mieć powód, aby puścić szkołę z dymem.
Cudowne w tej książce jest to, że dochodzenie policjantów schodz na dalszy plan. Najważniejsza jest matka, która po prostu musi dowiedzieć się, kto próbował skrzywdzić jej dziecko. Potem przepięknie opowiada o granicach matczynego poświęcenia się, a raczej braku tych granic. W świetle tej książki powiedzenie "pójść za kimś w ogień" nabiera dosłownego znaczenia. Jednocześnie Grace nie jest heroizowana, jak na bohaterkę, jest całkiem zwyczajna. Ot, trzydziestodziewięcioletnia matka dwójki dzieci - jak zwykła nazywać samą siebie.
Jak już pisałam, Potem przesycone jest miłością, jednak nie tylko tą matczyną. Całą historię Grace opowiada swojemu mężowi, mówi do niego, gdyż ma nadzieję, że jej słowa kiedyś do niego dotrą. I chociaż uczucie, jakim obdarza męża, już dawno pozbawione jest fajerwerków, to całe fragmenty Potem czytałam nie jako prozę, a najpiękniejszą poezję miłosną. A jedno z ostatnich zdań brzmi tak:
Powiedziałeś mi kiedyś, że zmysłem, który w chwili śmierci przestaje działać jako ostatni, jest słuch. Mylisz się. Ostatnia jest miłość.
Może to głupie, ale nadal przechodzą mnie ciarki, kiedy czytam te słowa chyba setny już raz.
Nie mam pojęcia, jakbym zareagowała na kolejną powieść tej autorki napisaną w taki sposób, do tej pory jestem jednak zachwycona. I chyba Potem podobało mi się jeszcze bardziej niż Siostra - obie gorąco polecam.
poniedziałek, 11 czerwca 2012
Opowieść człowieka, który nic nie kapował (Poczucie kresu - Julian Barnes)

Tytuł: Poczucie kresu
Autor: Julian Barnes
Wydawnictwo: Świat Książki
Liczba stron: 173
Rok wydania: 2012
Na książkę Juliana Barnesa pierwszy raz natknęłam się w majowym numerze Zwierciadła, Poczucie kresu polecała Marta Mizuro (swoją drogą, chyba jeszcze się nie zdarzyło, abym zawiodła się na jej recenzjach!). Spodobała mi się nie tylko okładka (śliczna!), ale też opis. Od dawna bowiem uwielbiam książki psychologicznie gęste, aż kipiące od niedomówień.
Poczucie kresu jest pozornie prościutką opowieścią o Anthonym Websterze, który wiedzie nudne życie emeryta. Cała jego dotychczasowa egzystencja nie była ani specjalnie udana, ani też nigdy nie był specjalnie nieszczęśliwy. I nagle jego monotonię przerywa Przeszłość.
Tony niespodziewanie otrzymuje nietypowy spadek od matki dziewczyny, z którą spotykał się czterdzieści lat wcześniej. Panią Ford widział tylko przez dwa dni - dlaczego więc po latach przepisała mu w spadku 500 dolarów i pamiętnik Adriana? Dodajmy, że Adrian także spotykał się z Veronicą, córką pani Ford. I w wieku dwudziestu dwóch lat popełnił samobójstwo, co przez całe dorosłe życie głównemu bohaterowi wydawało się aktem nie tyle odwagi, co inteligencji i logicznego myślenia. Ponadto, nie wiem, czy nie jest to nadinterpretacja, ale Adrian był w życiu Tony'ego kimś w rodzaju bohatera, kimś nieprzeciętnym,
Dlaczego matka dziewczyny zapragnęła przekazać pamiętnik Adriana własnie Tony'emu? Jak w ogóle weszła w jego posiadanie? I dlaczego Veronica twierdzi, że go spaliła?
Odpowiedź na wszystkie te pytanie autor zawarł na zaledwie 173 stronach. Dlatego też książka sprawia wrażenie "skondensowanej", nie ma tu ani jednego zbędnego akapitu. Pozornie niewinne obrazy, które autor wymienia na początku, takie jak błysk po wewnętrznej stronie nadgarstka czy para unosząca się z mokrego zlewu, nabierają tu niejako drugiego dna.
Poczucie kresu jest powieścią, w której główny bohater "odpomina" sobie przeszłość. Okazuje się, że wiele wspomnień czas zatarł, zniekształcił, przez co niemożliwe jest ustalenie pełnej prawy o przeszłych wydarzeniach - Tony zdaje sobie z tego sprawę już jako nastolatek. Jednak odkrycie, że nic nie jest takie, jak się wydawało, a życie tylko przez przypadek toczy się w taki, a nie inny sposób - no cóż, to musi boleć.
Nie wiem, jak to możliwe, że nie znałam wcześniej tego autora, teraz jednak na pewno zapamiętam to nazwisko. Z ciekawostek: za Poczucie kresu Julian Barnes otrzymał Nagrodę Bookera 2011. W pełni zasłużenie!
środa, 6 czerwca 2012
Jak wychować szczęśliwe dziecko? Odpowiada John Medina!
Tytuł: Jak wychować szczęśliwe dziecko?
Autor: John Medina
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 363.
Autor: John Medina
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 363.
Książek o tym, jak wychowywać dziecko jest całe mnóstwo. Jednak niewiele jest tak rzetelnych i przekonujących, jak ta napisana przez Johna Medinę. Książka teoretycznie nie jest adresowana do mnie, bo nie mam dzieci, ani też żaden potomek nie rysuje się na horyzoncie. Ostatnio jednak sięgam po tego typu publikacje. Po pierwsze: z racji studiów, po drugie: lubię wiedzieć, na co się przygotować :)
John Medina jest biologiem molekularnym. W swojej pracy badawczej zajmuje się wpływem rozmaitych czynników na rozwój mózgu. Prowadzi wykłady dla rodziców i odpowiada m.in. na pytania w stylu: Co zrobić, by moje nienarodzone dziecko dostało się na Harvard? lub Czy dziecko w brzuchu mamy może nauczyć się francuskiego?
Głównym założeniem książki Jak wychować szczęśliwe dziecko? jest przedstawiać fakty, fakty i jeszcze raz fakty. Żadnych spekulacji i żadnego "gdybania". Dlatego też zanim autor sformułuje jakąkolwiek opinię czy wyda jakikolwiek sąd, najpierw opowiada o tym, jak rzecz się ma z naukowego punktu widzenia i jakie ma to przełożenie na codzienną praktykę wychowawczą. Należy bowiem dodać, że autor jest ojcem dwóch synów i pewne rzeczy miał okazję osobiście "przerobić". Pisanie z takiej perspektywy, zafascynowanego możliwościami ludzkiego mózgu badacza i ojca, który pragnie jak najlepiej wychować, daje naprawdę świetne wyniki.
Mimo iż w książce nie dało uniknąć się naukowych terminów, to autor przedstawia je w sposób zrozumiały i "ludzki". Do moich ulubionych fragmentów należy zdanie, w którym autor mniej więcej tak charakteryzuje swojego kolegę po fachu: świetny specjalista z uszami elfa, z imponującym dorobkiem naukowym. A już np. pisząc o tym, co ma wpływ na to, jakie stanie się dziecko, gdy dorośnie, Medina używa trafnej metafory ziarenka i gleby. "Ziarenko" to dziecko, które przychodzi na świat z określonym pakietem genów. Troskliwy rodzic może jednak zadbać o to, by ziarenko było silne, by wyrosła z niego mocna i zdrowa roślina. Gleba tymczasem to wychowanie, dom rodzinny, środowisko, w jakim dziecko dorasta. I tutaj wpływ rodzica może być naprawdę duży, chociaż autor ostrzega przed hiperwychowaniem. Jego zdaniem bowiem przestymulowanie jest równie szkodliwe, co zaniedbanie.
A zatem: jak wychować szczęśliwe dziecko? John Medina podaje kilka konkretnych wskazówek, mi jednak do gustu szczególnie przypadła jedna anegdota, która może posłużyć za odpowiedź.
Otóż autor postanowił sprawić swoim synom prezent. Prezent imponujący, bo tor wyścigowy. Prezent leżał zapakowany pod choinką, a autor nie mógł się doczekać, kiedy dzieci wstaną i go otworzą. Gdy w końcu to się stało, maluchy stanęły bezradnie nad torem. Po chwili jednak chłopcy unieśli pudła nad głowy... i zaczęła się zabawa! Pudełko stało się statkiem kosmicznym, w ruch poszły kredki i wyobraźnia. A tor leżał zapomniany...
Dzięki takim przykładom Medina rozprawia się z mitami, które twierdzą, że na rozwój malucha najlepiej wpływają edukacyjne zabawki, muzyka Mozarta i nagrania włoskiego puszczane noworodkowi. Nic z tego. Tak naprawdę wychowując dziecko, rodzic nie potrzebuje żadnych drogich gadżetów. Zwykły karton, dużo empatii, mnóstwo cierpliwości i czas spędzony z dzieckiem wystarczą.
Gorąco polecam!
Etykiety:
on pisze - ameryka,
popularnonaukowe,
poradnik
piątek, 1 czerwca 2012
"Początki" wygrywa... (ROZWIĄZANIE KONKURSU ZE ŚWIATEM KSIĄŻKI!)
Ano PAPRYCZKA, której opowieść o Muminkach najbardziej przypadła mi do gustu. No i nie bez znaczenia jest to też fakt, że sama również szczerze kocham Muminki - z tego się nie wyrasta.
Papryczko, prawda, że swoim dzieciom też kiedyś będzie czytać te książeczki :)?
Bardzo proszę, skontaktuj się ze mną, żebym mogła przekazać Twoje dane dalej.
Oczywiście wszystkim bardzo dziękuję za udział w konkursie i podzielenie się swoimi książkowymi historiami - uwielbiam czytać takie wspomnienia :)
No i dziękuję wydawnictwu Świat Książki za przekazany egzemplarz!
Etykiety:
konkursowo
czwartek, 31 maja 2012
O starszych paniach i biednym autorze (Starsza pani wnika - Anna Fryczkowska)
Tytuł: Starsza pani wnika
Autor: Anna Fryczkowska
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 440
Ciężka jest dola autora.
Ciężka jest dola autora, gdy czytelnik pierwszą przeczytaną książkę jego autorstwa uznał za genialną.
Ciężka jest dola autora, gdy czytelnik pierwszą przeczytaną książkę jego autorstwa uznał za genialną - i potem stawaj biedny autorze na uszach, wymyślaj intrygi, wymyślaj nowych bohaterów, kiedy podły czytelnik już uznał, że ta pierwsza powieść była najlepsza i żadna inna nie ma szans jej prześcignąć.
Uwaga, wyjaśniam. Podłą czytelniczką jestem ja, "biednym autorem" zaś Anna Fryczkowska. Prawie rok temu przeczytałam bowiem Kobietę bez twarzy i od tej pory wyczekiwałam na kolejną powieść autorki. Czekałam, czekałam... i jest!
Starsza pani wnika to także kryminał. Kryminał przemyślany, wciągający, momentami zabawny, że świetnymi postaciami. Na pierwszy plan wysuwa się energiczna pani Halina, która mieszka z wnuczkiem Jarciem. I o ile pani Halina jest pełna werwy i wigoru, tak Jarcio wręcz przeciwnie: to ospały trzydziestolatek, pozostający na otrzymaniu starszej pani. Jaro, przeczytawszy artykuł w gazecie, zakłada prywatną agencję detektywistyczną. Na detektywa jednak nie nadaje się zupełnie, o czym przekonana jest jego babcia. Kiedy jednak wnuk natyka się na trupa, pani Halina postanawia działać!
Jarcio przez długi czas żyje w błogim przekonaniu, że to on prowadzi śledztwo, tak naprawdę jednak prowadzi je jego babcia. To ona dyskretnie podsuwa mu tropy i daje nowe zlecenia, to ona w tajemnicy przed wnukiem przesłuchuje świadków, wreszcie: to ona w końcu ładuje się w potężne tarapaty, a jej jedyną winą jest to, że leży jej na sercu los bezdomnych kotów.
Anna Fryczkowska naprawdę postarała się, by czytelnik w trakcie lektury się nie nudził. Starsza pani wnika to nie tylko kryminał, lecz także powieść obyczajowa i komedia w jednym. Bohaterkami są nie tylko dziarskie emerytki (na które już nigdy nie odważę się krzywo spojrzeć!), sportretowane tu naprawdę wnikliwie, lecz także nastolatka z depresją czy kobieta obsesyjnie pragnąca miłości. Śledztwo prowadzone przez Jarcia i jego babcię stopniowo staje się coraz bardziej skomplikowane i wielowątkowe. Okazuje się bowiem, że nie tylko tajemnicze okoliczności śmierci pewnego anglisty wymagają wyjaśnienia, lecz także należy ustalić, gdzie podziała się Agnieszka Zaufał, kto morduje bezdomne koty, co gryzie depresyjną nastolatkę i kto w tym wszystkim mówi prawdę, a kto kłamie. Dodam, że wszystkie tajemnice wyjaśniają się dopiero na końcu: wcześniej nie ma szans, by wpaść na rozwiązanie, przez co ja na przykład cierpiałam prawdziwe męki niepewności :)
Skąd więc mój początkowy wywód o ciężkiej doli autora? Ano stąd, że uparcie twierdzę, że Kobieta bez twarzy podobała mi się bardziej i tak już chyba pozostanie. Autorka bowiem poprzednią powieścią idealnie trafiła w mój gust i szczerze mówiąc nie wiem, o czym i jak musiałaby teraz napisać, żebym zdanie zmieniła. Stąd wniosek: ty się biedny autorze męcz i wymyślaj wciąż nowe rzeczy, a uparty czytelnik i tak swoje wie!
PS Co nie zmienia faktu, że książkę Starsza pani wnika gorąco polecam :)
wtorek, 29 maja 2012
Kto chce książkę od Świata Książki? (KONKURS!!!)
Drodzy Czytelnicy! Mam dla Was egzemplarz książki Początek, ufundowany przez wydawnictwo Świat Książki. Uczciwie przyznaję, że swój egzemplarz doczytałam tylko do trzeciego miesiąca, ale już tyle wystarczyło, bym stwierdziła, że książka jest naprawdę świetna. Łączy w sobie bowiem nie tylko opis doświadczeń związanych z ciążą, lecz także przedstawia wyniki badań i odkrycia naukowców na ten temat. Annie Murphy Paul, dziennikarka i pisarka, publikująca m.in. w The New York Magazine, pisze ze swadą i humorem, niejako mimochodem przekazując rzetelną porcję wiedzy. I, co mnie bardzo cieszy i na co zwróciła uwagę Anna Dziewit, nie ma tu tak charakterystycznego straszenia. Bo właśnie na straszeniu opiera się większość książek adresowanych dla ciężarnych i młodych mam: jeśli nie będziesz robić tego i tamtego, to zaszkodzisz dziecku, a nie daj Boże, jak zrobisz to i to - straty i szkody będą nieodwracalne! Tutaj przyjęto taktykę odwrotną: Twój wpływ na maleństwo może być naprawdę pozytywny! I to w większym stopniu, niż sądziłaś!
Co zrobić, aby dostać książkę? Jako iż Początki w dużej mierze traktują o tym, jaki wpływ na rozwój malucha ma życie płodowe, ja proponuję małą modyfikację Pytanie konkursowe brzmi:
Którą książkę z dzieciństwa zapamiętałaś/eś najlepiej i jaki wpływ miała ona na Ciebie?
Z odpowiedzią na to pytanie nie mam najmniejszego problemu. Bez wątpienia była to Ania z Zielonego Wzgórza, książka, którą do dziś uwielbiam. I chociaż Ania nienawidziła swojego koloru włosów, to właśnie przez nią ja jestem ruda z wyboru - na poparcie zaś mam całe albumy dowodów i można przekonać się o tym chociażby tutaj.
Odpowiedzi proszę zostawiać w komentarzach, do piątku, do godziny 12:00. Wieczorem ogłoszę wyniki.A więcej o książce można przeczytać na stronie Świata Książki.
Powodzenia! :)
Etykiety:
konkursowo
piątek, 25 maja 2012
Co nowego w Edynburgu? (Nieznośna lekkość maślanych bułeczek - Alexander McCall Smith)
Tytuł: Nieznośna lekkość maślanych bułeczek
Autor: Alexander McCall Smith
Wydawnictwo: MUZA
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 327
Bertie, niezwykle utalentowany sześciolatek, wciąż zmaga się z Irene, swą kontrolującą wszystko matką. Czasami udaje mu się od niej uwolnić, więc wstępuje do drużyny młodszych skautów. Matthew wykazuje się niespodziewanie silnym charakterem w roli nowo poślubionego małżonka, podczas gdy Domenica, kobieta oddana karierze intelektualnej, wciąż cierpi na samotność.
Narcystyczny Bruce przewartościowuje swoje dotychczasowe życie. Malarz portrecista, Angus Lordie, znów ma problemy ze swym psem Cyrilem, gdyż ten złotozęby gwiazdor wpada w sidła psiej namiętności...
Książek Alexandra McCall Smitha nie potrafię czytać inaczej, niż z entuzjazmem. Nieznośna lekkość maślanych bułeczek jest piątym już tomem serii 44 Scotland Street, opowiadającym o codziennych perypetiach bardziej lub mniej sympatycznych ludzi, mieszkających w Edynburgu. Na każdą część wyczekuję tak samo mocno, z takim samym żalem kończę je czytać. Zdążyłam się już bowiem przywiązać do bohaterów, których coraz lepiej poznaję i coraz bardziej lubię (no, może z wyjątkiem Irene, która uparcie gnębi mojego ulubieńca, sześcioletniego Bertiego).
I właśnie dlatego, że bohaterowie i sceneria są mi tak dobrze znane, trudno o tych książkach napisać cokolwiek nowego. Czytelnik otrzymuje bowiem dokładnie to, czego oczekuje i do czego zdążył się przyzwyczaić w poprzednich tomach. Książki Alexandra McCall Smitha są ciepłe, lecz i chwilami gorzkie. Są zabawne, ale też skłaniają do refleksji. Wiem, że powyższe zdanie to ogólnik, ale do tego cyklu pasuje idealnie.
Nigdy nie byłam w Edynburgu, ale autor dokłada wszelkich starań, by przekonać czytelnika, iż jest to najpiękniejsze miejsce na ziemi, nawet jeśli znajduje się w nim kilka architektonicznych potworków. Niezmiennie też podoba mi się fakt, że autor ciągle na nowo podejmuje te same tematy. W Nieznośnej lekkości maślanych bułeczek na pierwszy plan, moim zdaniem, wybijają się relacje międzyludzkie. Matthew, świeżo poślubiony małżonek, odkrywa uroki bycia zaobrączkowanym, ale też zarówno jego, jak i jego małżonkę, zdaje się peszyć intymność i odsłonięcie się przed drugą osobą - a czy nie na tym, na oddaniu i odsłonięciu się, polega małżeństwo? Domenica, mimo iż z pewnością może nazwać Angusa swoim przyjacielem, cierpi na samotność. A Bruce? Ten zadufany w sobie playboy nagle traci pewność siebie, bo... rzuciła go dziewczyna, na której przecież absolutnie mu nie zależało.
Niby zwykłe sprawy, niby codzienne sytuacje, ale autor potrafi pisać o nich w fascynujący sposób. Tak, że już nie mogę się doczekać następnego tomu. I naprawdę będzie smutno, kiedy te tomy przestaną się ukazywać, co przecież kiedyś nastąpić musi. A póki co, tradycyjnie, czekam na ciąg dalszy opowieści!
wtorek, 22 maja 2012
Brudne miasto Łódź (Trzeci brzeg Styksu - Krzysztof Beśka)
Tytuł: Trzeci brzeg Styksu
Autor: Krzysztof Beska
Wydawnictwo: Rebis
Liczba stron:
Rok wydania: 2012
"Ziemia obiecana" - pomyślałam sobie po przeczytaniu kilkunastu pierwszych kartek Trzeciego brzegu Styksu. I wrażenie, że czytam jakąś nieznaną powieść Reymonta, do której tylko dla niepoznaki włączono dwa rozdziały rozgrywające się współcześnie, nie opuszczało mnie przez cały czas trwania lektury. Oczywiście taki stan rzeczy bardzo mi odpowiadał, bowiem lektura Ziemi obiecanej jest jednym z moich lepszych czytelniczych wspomnień z okresu studiów, a od tego czasu nie miałam okazji przeczytać żadnej książki, która by ją chociaż trochę przypominała.
A tutaj wszystko jest! Są dymiące kominy, jest ulica Piotrkowska, są opaśli fabrykanci i ich równie opasłe żony, są rosyjscy urzędnicy i są żydowskie sklepy, kamienice z brudnymi bramami i żydowskie dzieci bawiące się na ulicach. Jest też cudowny klimat łączący w sobie zepsucie, wielkie pieniądze i wielką biedę jednocześnie oraz tajemnicę, skrywaną gdzieś w podziemnym labiryncie pod miastem.
W moim odczuciu to właśnie ten klimat jest największą zaletą Trzeciego brzegu Styksu. Nie wiem, jakie było zamierzenie autora: być może obmyślając intrygę kryminalną chciał, aby miasto było dla niej tylko tłem, dekoracją. Ja jednak, na własny użytek, trochę przesunęłam sobie akcenty i najbardziej wciągnęłam się w śledzenie topografii miasta, którą autor drobiazgowo opisuje. W ogóle jestem pełna uznania dla jego znajomości ówczesnych realiów - podejrzewam, że napisanie powieści poprzedzone zostało wnikliwymi studiami, a to zawsze robi wrażenie.
Co do samej intrygi kryminalnej, to ta także jest świetnie skontruowana. Wszystko zaczyna się od porwanych dzieci. Po co, przez kogo - tego nie wiemy. Jednak dwaj detektywi, Riepin i Stanisław Raczyński zrobią wszystko, by się tego dowiedzieć. W czasie dochodzenia, w Łodzi dochodzi do zawalenia się kilku kamienic, a także wysychają studnie. Co z tym wszystkim mają wspólnego akrobaci z wędrownego cyrku oraz arystokrata chory na gruźlicę, który w dodatku nie ściąga z twarzy maski - tego detektywi spróbują się dowiedzieć. Czytelnik zaś w tym czasie będzie miał okazję spotkać się z całą galerią postaci, które przemkną przez karty książki, a ich liczba naprawdę robi wrażenie, jednocześnie wprowadzając sporo chaosu. I to jest właściwie jedyny zarzut, jaki mogę tej powieści postawić. W którymś momencie trochę się pogubiłam kto jest kim i w morzu wątków straciłam z oczu ten główny. Z drugiej jednak strony, to właśnie ten chaos tworzy klimat, o którym wspomniałam wcześniej - więc może i nie do końca jest to wada?
Po książkę bez wątpienia warto sięgnąć, tym bardziej polecam tym wszystkim, którzy lubią kryminały w stylu retro oraz epicki rozmach. Ja już czekam na drugi tom serii, który będzie nosił tytuł "Pozdrowienia z Londynu".
Etykiety:
kryminał,
literatura polska
piątek, 18 maja 2012
Kryminał idealny! (Domek z piernika - Carin Gerhardsen)

Tytuł: Domek z piernika
Autor: Carin Gerhardsen
Wydawnictwo: Rebis
Liczba stron: 366
Rok wydania: 2012
Autorka bowiem od razu zdradza, kto jest mordercą, wyjawia też jego motywy. Zabieg niby znany, ale chyba nie aż tak częsty. Dzięki temu czytelnik zyskuje dość ciekawą perspektywę. Z jednej strony może bowiem śledzić poczynania mordercy, z drugiej zaś obserwuje wysiłki policji, która próbuje go schwytać. Jednocześnie świetnie widać, ile błędnych tropów i ile zbędnych decyzji musi podjąć policja, by wpaść na ten jeden właściwy.
W Domku z piernika Carin Gerhardsen mierzy się z odwiecznym pytaniem: skąd zło w człowieku? Rodzimy się źli, czy dopiero stajemy się tacy? Czytając, chwilami miałam wrażenie, że autorka bardziej skłania się ku tej pierwszej odpowiedzi, wszak dużo miejsca poświęca przemocy, jaka miała miejsce w przedszkolu. I nie chodzi tu o wyrywanie sobie zabawek, czy przezwiska, lecz o długotrwałą przemoc fizyczną i psychiczną, znęcanie się nad słabszym i, co najgorsze, czerpanie z tego przyjemności. Jednak czy można jednoznacznie stwierdzić, że te dzieci były złe? A może po prostu były bezmyślne... Tylko czy w tym przypadku nie jest to eufemizm? I jeśli okazuje się, że te wydarzenia zniszczyły prześladowanym życie, to czy mają oni potem prawo wziąć za to odwet?
Domek z piernika opowiada własnie taką historię: dziecka maltretowanego w przedszkolu, które we właściwym czasie nie otrzymało pomocy. Po latach nie jest w stanie normalnie ułożyć sobie relacji z ludźmi, pragnie zniknąć. W którymś momencie jednak coś pęka. Bo jaka to sprawiedliwość, że ofiara jest samotna i nieszczęśliwa, zaś kaci pozakładali rodziny i są względnie zadowoleni z życia? Oj, zemsta będzie krwawa!
Całą sprawę tajemniczych morderstw próbuje rozwikłać Conny Sjoberg, sympatyczny inspektor, ojciec dzieciom i mąż żonie. Conny nie ma w sobie nic z bohatera i bliżej mu do Kurta Wallandera niż Sherlocka Holmesa. Mimo bujnego życia rodzinnego, widać, że kocha swoją pracę i podchodzi do niej z pełnym zaangażowaniem. I to chyba dzięki niemu, książka ta w moim odczuciu nie jest ponura. Z jednej strony bowiem dzieją się okropne rzeczy, ze drugiej zaś możliwe są małe szczęścia, które sami sobie tworzymy. Co ciekawe, przez większość czasu czytelnik wie więcej od niego, to zakończenie... no właśnie!
Uwielbiam takie książki, kiedy prawda dociera do mnie w jednej sekundzie i okazuje się, że autor przez cały czas grał ze mną w kotka i myszkę, niejako narzucił mi sposób myślenia, a potem mówi "a kuku, dałaś się nabrać!". W tym przypadku jestem pełna uznania dla koncepcji autorki oraz dla tłumacza, który również musiał podjąć grę, by nie zepsuć zabawy.
I już wiem, że książki o Connym Sjobergu będą kolejnym cyklem, który mam zamiar śledzić. Boję się tylko, że po tak świetnym debiucie, kolejne książki autorki będę mogła uznać tylko za gorszę, gdyż Domkowi z piernika dorównać będzie ciężko. Niemniej jednak - baaardzo polecam, gdyż jest to jeden z lepszych kryminałów, jakie w życiu czytałam!
czwartek, 17 maja 2012
Wielkie rozdawnictwo czas zacząć!
Stawiając na zdrowy rozsądek, powzięłam ambitny plan: jedną książkę przynoszę, jedną książkę wynoszę. Jako iż dziś kupiłam dwie, a trzecia jest w drodze, trzy poniższe pozycje mam do rozdania:
Szczęście smakuje truskawkami Barbary Faron ( recenzja TUTAJ)
Kupię rękę Agnieszki Szygendy (recenzja TUTAJ)
Bahama Yellow Marty Magaczewskiej ( link do strony wydawcy TUTAJ)
Zasady są proste: na profilu bloga na Facebooku wystarczy zostawić pod zdjęciem wybranej książki komentarz z deklaracją przygarnięcia. Można wybrać jedną książkę, można wybrać więcej. Wyniki ogłoszę w niedzielę, późnym wieczorem.
Powodzenia!
Szczęście smakuje truskawkami Barbary Faron ( recenzja TUTAJ)
Kupię rękę Agnieszki Szygendy (recenzja TUTAJ)
Bahama Yellow Marty Magaczewskiej ( link do strony wydawcy TUTAJ)
Zasady są proste: na profilu bloga na Facebooku wystarczy zostawić pod zdjęciem wybranej książki komentarz z deklaracją przygarnięcia. Można wybrać jedną książkę, można wybrać więcej. Wyniki ogłoszę w niedzielę, późnym wieczorem.
Powodzenia!
Etykiety:
konkursowo
poniedziałek, 14 maja 2012
Plasterek na duszę (Małgorzata Gutowska - Adamczyk rozmawia z czytelniczkami)
Tytuł: Małgorzata Gutowska-Adamczyk rozmawia z Czyteniczkami Cukierni pod Amorem
Wydawnictwo: PWN
Liczba stron: 370
Rok wydania: 2012
"Wyznawczynią" pani Małgorzaty Gutowskiej - Adamczyk zostałam po lekturze pierwszego tomu "Cukierni pod Amorem" - książki, w której podobało mi się po prostu wszystko. Nie muszę więc chyba pisać, że od tego czasu z ogromnym utęsknieniem czekam na każdą kolejną pozycję tej autorki - i stwierdzam, że czekanie czasem się opłaca :)
Nowa książka sygnowana nazwiskiem p. Małgosi jest dla mnie lekturą niezwykłą, bowiem na kartkach papieru udało się uchwycić klimat rozmów, jakie przyjaciółki prowadzą przy kawie, o wszystkim. I czytając ją, a co tam, napiszę to, co chwila czułam ciepło rozlewające się w okolicy serca.
Małgorzaty Gutowskiej - Adamczyk nikomu przedstawiać nie trzeba. Poznajcie natomiast jej rozmówczynie: Agnieszkę, byłą sąsiadkę p. Małgosi, Kasię, autorkę bloga Notatki Coolturalne, Martę, Elę oraz Dorotę. To, co je łączy, to fakt, że mają rodziny, dzieci, zmagają się z codziennymi problemami, kochają książki oraz, przede wszystkim, chcą i potrafią rozmawiać.
O czym rozmawiają? O miłości i przyjaźni, o pozytywnym myśleniu oraz życiowych przeciwnościach, o wychowaniu dzieci, miłości do książek, szacunku dla innych i do siebie, o kobietach i mężczyznach, polityce, zdrowiu, Polsce i Polakach, o życiu na emigracji, pasjach, snach, marzeniach... I można wymieniać tak naprawdę długo, gdyż temat rodzi temat, wypowiedź jednej z pań skłania do refleksji kolejną.
Jest w tym wszystkim dużo emocji i prawdy, wielkie brawa dla autorek za to, że nie bały się odsłonić przed gronem anonimowych czytelników. Bo przecież opowiadając o swoim życiu, niejako ich do tego życia wpuściły.
Oczywiście nie dało się uniknąć sprzeczek, ale stwierdzam, że gdyby wszystkie sprzeczki tak wyglądały, to wszystkim nam żyłoby się lepiej. Nie dało się także uniknąć narzekania, ale książka nie jest ponura. Są także momenty pełne budujących historii, ale absolutnie nie ma tu natrętnej propagandy w stylu "życie jest piękne". Chociaż po lekturze tej książki... bardzo łatwo dojść do wniosku, że jednak jest. Fakt, nie zawsze łatwe, nie zawsze układające się tak, jakbyśmy sobie tego życzyli, ale jednak piękne. A ja nie ukrywam, że właśnie takich książek mi trzeba.
Nie ukrywam również, że czekam na jakiś ciąg dalszy podjętego dialogu. I mam nadzieję, że będą okazje do prowadzenia go: czy to na kartach kolejnej wspólnej książki, czy też na spotkaniach autorskich, na Facebooku itp.
Dobra robota, drogie Panie!
Etykiety:
do przemyślenia,
małgorzata gutowska-adamczyk,
perełki,
praca zbiorowa
Subskrybuj:
Posty (Atom)



.jpg)



