czwartek, 27 lipca 2017

Czyżby polski Harry Hole? (Recenzja książki Skaza Zbigniewa Zborowskiego)

Rzadko zdarza się tak, że zupełnie nie mam pomysłu na to, jak zacząć recenzję. Skaza bowiem obfituje w wątki, bohaterów, miejsca, detale. Jednym słowem: dużo się w tym kryminale dzieje, na prawie czterystu stronach autor dużo zmieścił. Szczerze? Na początku trudno mi się było w tym wszystkim odnaleźć, wytrwale jednak czytałam dalej wierząc, że każdy element tej kryminalnej układanki ładnie wskoczy na swoje miejsce na ostatnich stronach powieści. Czy tak się stało?




Skaza to powieść napisana z pomysłem. Zaznaczam to na samym początku gdyż to, że autor dokładne przemyślał wszystkie wątki jest dla mnie największym plusem tej książki. Akcja zaczyna się w chwili, kiedy to w wyniku wybuchu w laboratorium fizycznym znika (dosłownie!) nie tylko laboratorium, ale i fizyk, który w nim pracował. Owym fizykiem jest Bolo Kochański, który swoje naukowe odkrycia spisał w małym, niepozornym notesie. Notes przechodzi z rąk do rąk kolejnych członków jego rodziny. Co takiego Bolo w nim zapisał, skoro jego śladem podążają najpotężniejsze mocarstwa, a kolejni członkowie rodziny Kochańskich są torturowani i giną, tylko dlatego, że zapiski znalazły się w ich posiadaniu?

O ile pierwszy przedstawiony wątek rozgrywa się w egzotycznej scenerii (Kazachstan, Izrael, Egipt) na przestrzeni wielu lat, tak w drugim, autor przenosi czytelnika do współczesnej Warszawy, gdzie toczy się śledztwo w sprawie śmierci Zofii Pogody. Prowadzi je podkomisarz Bartek Konecki, samiec alfa po przejściach. Każdy, kto lubi kryminały doskonale wie, że "gliniarz z przeszłością"to jeden z najbardziej ogranych wątków i, niestety, najsłabsze ogniowo Skazy. Ile to razy czytałam o tych smutnych twardzielach, którym nie wyszło w życiu i swój smutek topią w pracy/alkoholu/przypadkowym seksie? No ile? I ile można? Z czystej ciekawości przejrzałam recenzje Skazy, które już się ukazały i widzę, że postać ta budzi mieszane uczucia: jedni Koneckiemu współczują, innych irytuje. Ja jestem gdzieś po środku.

Wszystko inne działa jednak w Skazie prawie bez zarzutu. Autor gmatwa i plącze, wprowadza coraz to nowych bohaterów, przeskakuje z kontynentu na kontynent, a czytelnik cały czas ma z tyłu głowy pytanie: O co w tym, kurna, chodzi? Przez długi czas nie wiedzą tego również sami policjanci, trochę w ciemno typując kolejnych podejrzanych, co może być ciut irytujące. - Hej chłopaki, to nie tak! - miałam ochotę parę razy zawołać. Jedno jest pewne: morderca, którego szukają, to zawodowiec, który precyzyjnie uśmierca swoje ofiary jednym ukłuciem tuż pod potylicą.

Na plus trzeba również policzyć to, że przez Skazę po prostu się... płynie. Prawie czterysta stron pochłonęłam w zasadzie na kilka posiedzeń, w kilkanaście godzin, które upłynęły nie wiem kiedy. I myślę sobie, że mogę narzekać, iż główny bohater nieciekawy, ale wobec powyższego... co z tego? Przecież właśnie tego wymaga się od dobrych kryminałów: żeby wciągnęły. A tutaj wciągnęłam się już od pierwszego akapitu. Cieszy mnie również fakt, że książka jest zapowiadana jako pierwsza z serii kryminalnej o podkomisarzu Koneckim. I czy tylko ja mam skojarzenie z serią Jo Nesbo o Harrym Hole?

Czytaliście Skazę? Przeczytacie?

Zbigniew Zborowski, Skaza, ZNAK, 2017, s. 397.