niedziela, 19 czerwca 2011

Puzzle zwane rodziną (Teoria ruchów Vorbla - Tomasz Białkowski)


Nie wiem dlaczego tak jest, że zawsze jak trafiam na dobrą książkę polskiego autora/autorki, to jestem nieco zdziwiona, że jak to tak: dobre i polskie? I nawet doszłam skąd mi się to bierze: ze studiów. Czytając równocześnie literaturę polską i obcą, z różnych epok, wyrobiłam sobie przeświadczenie, że jednak to, co nie nasze, jest lepsze. Co oczywiście nie zmienia faktu, że kiedy trafiam na dobrą, współczesną polską powieść, czuję coś w rodzaju dumy i zadowolenia (no i zdziwienia, jednak). Dlatego też w miarę postępowanie lektury "Teorii ruchów Vorbla", moja lewa brew unosiła się coraz wyżej.

Tomasz Białkowski napisał powieść o rodzinie, a raczej o "rodzinie",bo rodzina jest tu rodziną tylko z nazwy. Trudno wyodrębnić jednego głównego bohatera, chociaż wszystko zaczyna się od tytułowego Vorbla, który dostaje ataku paniki na leżance u lekarza. Jest on typem mocno niesympatycznym: to profesor fizyki, mający w pogardzie swoich studentów, jednocześnie o samym sobie posiada dość wysokie mniemanie. Staje się on, Vorbl, pretekstem do przedstawienia kilku członków jego rodziny: postaci mocno absurdalnych. Dla przykładu: ojciec Vorbla ma obsesję na punkcie skoków do wody i robi karierę jako lokalny uwodziciel, co przerywa mu matka Vorbla. Ojciec Seweryna jest postacią w równym stopniu groteskową, co tragiczną: nie potrafi znieść prozy życia, jest wyobcowany z lokalnej społeczności i nie ma wsparcia w żonie. Jednocześnie jego mania skoków... no cóż: głupek i tyle.

Bohaterowie Tomasza Białkowskiego, mimo silnie zarysowanych różnic, są tak naprawdę do siebie podobni. Ich życiem rządzi przypadek, podejmują decyzje pod wpływem impulsu, szukając niezależności, popadają w coraz większą samotność. Przedstawione sytuacje są bardzo adekwatne do tego, co możemy obserwować na co dzień: we współczesnych rodzinach bowiem coraz częściej od bycia razem, ważniejszy jest indywidualny rozwój jej członków, liczy się dobro poszczególnych osób, a nie całości. Tradycyjny model odchodzi do lamusa, a autor zdaje się pokazywać, sięgając kilkadziesiąt lat wstecz, że tak naprawdę nigdy on nie istniał.

Pod koniec utworu Tomasz Białkowsi pozwala się spotkać wszystkim tym rozsypanym elementom układanki, zwanej rodziną, spotkanie to jest mocno przypadkowe. Kiedy już następuję, czytelnik każdą z postaci zna bardzo dobrze i ja w tym momencie biję brawo. Bo aby tak sprawnie mieszać życiorysy bohaterów, przeskakiwać od przeszłości do przyszłości, zahaczając przy tym o teraźniejszość, tak, aby tą pełną charakterystykę w kulminacyjnym momencie uzyskać - to po prostu trzeba mieć nie tylko świetny warsztat, ale też i talent.

"Teoria ruchów Vorbla" dość mocno skojarzyła mi się z "Niecierpliwymi", moją ukochaną powieścią Nałkowskiej, co w moich ustach jest najwyższą pochwałą. Co prawda samobójców tu o wiele mniej, ale również mamy do czynienia ze skomplikowaną siatką rodzinnych powiązań, galerią oryginałów i rodziną, której członkiem nie chce się być. No i jeszcze jedno: kolejny raz zastanawiam się, jak na stosunkowo niewielu stronach, można zmieścić tak wiele?

Polecam, a sama będę mieć tego autora na oku, co by nie przegapić jego kolejnych powieści :)

T. Białkowski. Teoria ruchów Vorbla, JanKa, Pruszków 2011, s. 176.