niedziela, 26 stycznia 2014

Zmarnowany potencjał (Kochanka Freuda - Karen Mack, Jennifer Kaufman)

Jestem świeżo po lekturze Kochanki Freuda. Książki, która zapowiadała się baaardzo ciekawie i która kusiła tematem. Tymczasem jedyne, co przychodzi mi na myśl po lekturze to pytanie, jak można tak zmarnować TAKI temat?



Nie trzeba być znawca psychologii by wiedzieć, kim był Zygmunt Freud i chociaż pobieżnie orientować się w jego teoriach. Biografowie od wielu lat insynuowali, a ostatnio twierdzą otwarcie, że Freud w czasach, gdy pracował w Wiedniu miał romans. Smaczku sprawie dodaje zaś fakt, że jego kochanką była... siostra jego żony. Mało tego: cała trójka przez lata mieszkała pod jednym dachem. Wymarzony temat na książkę!

Cała historia rozpoczyna się, gdy Minna Bernays przybywa do domu Freudów. Szybko orientuje się, że w małżeństwie jej siostry Marty i Freuda nie dzieje się dobrze. Marta jest przytłoczona szóstką dzieci, ukojenia szuka w laudanum, zupełnie nie interesuje się tym, co robi jej mąż. Ten natomiast jest w domu praktycznie nieobecny: w dzień wykłada na uniwersytecie i przyjmuje pacjentów, wieczorami zaś zamyka się gabinecie, by całymi nocami pracować nad swoimi teoriami.

Początkowo związek Freuda i Minny jest czysto intelektualny, a rozmowy, które prowadzą, są chyba najciekawszym punktem tej książki. Potem jednak powoli wkrada się Namiętność... i powieść w jednej chwili przemienia się w romansidło, w dodatku nieco nudnawe. 

Autorzy wątek romansu prowadzą w sposób do bólu schematyczny: prosta dziewczyna i jej Mistrz, związek zmierzający w wiadomo jakim kierunku, chociaż ona próbuje się przed tym bronić, potem  są chwile szczęścia, za które płaci się wyrzutami sumienia, zapewniania, że nigdy więcej, gdy tymczasem życie Minny zaczyna się kręcić tylko wokół spotkań z kochankiem. Nie chcę spojlerować, ale ciąg dalszy równie łatwo przewidzieć, bo i niewiele w tej książce zaskakuje, mimo iż temat początkowo wydawał się mocno sensacyjny.

I o ile schematyczność bym autorom wybaczyła, tak mam pretensje o trzy rzeczy, które od początku wydawały mi się interesujące, a jednak autorzy zupełnie nie wykorzystali ich potencjału.

Wiedeń. Miałam nadzieję (i pierwsze strony wskazywały na to), że autorzy oddadzą klimat i koloryt XIX-wiecznego Wiednia, który przecież w opisywanym okresie był miejscem niezwykle ciekawym. Wiedeń jednak gdzieś w tej historii się gubi, jest go za mało, szczególnie w ostatnich rozdziałach. Na pierwszy plan schodzi to, czy Freud spojrzał na Minę mijając ją rano, czy też nie.

Marta. Na tę kwestię zwróciła uwagę również Klaudyna: o ileż ciekawsza byłaby ta powieść, gdyby przedstawiono ją z punktu widzenia Marty, a nie Minny! Jeśli jednak zamysł autorów był inny - trudno. Żałuję jednak ogromnie, że żona Freuda jest postacią zupełnie papierową, bez życia, że o własnym zdaniu nie wspomnę. Chociaż... autorzy delikatnie sugerują, że może jednak nie była tak głupia i ślepa, jak ją przedstawili. Kluczem jest tu słowo "sugerują", gdyż kwestia ta nie została w żaden sposób rozwinięta.

Minna. Podobno kochanka Freuda była osobą niezwykłą. Podobno była osobą fascynującą, podobno była muzą. Tylko że ja tego w powieści zupełnie nie dostrzegam. Bo to, że piła gin i paliła papierosy to jednak ciut za mało.

I tyle. Książkę przeczytałam, odstawiam na półkę, nieco odświeżyłam sobie poglądy Freuda na niektóre kwestie, ale przecież nie z takim zamysłem po nią sięgnęłam. Autorzy zmarnowali historię z potencjałem - to zdanie chyba Kochankę Freuda podsumowuje najlepiej. 

Karen Mack, Jennifer Kaufman, Kochanka Freuda, Znak Literanova, 2014, s. 409.