poniedziałek, 5 marca 2012

Zabójstwa popełnione z zimną (dosłownie!) krwią (Bielszy odcień śmierci - Bernard Minier)

"Bielszy odcień śmierci" we Francji podobno zrobił furorę i okrzyknięto go wydarzeniem literackim. I chociaż do takich rewelacji pisanych na okładkach zazwyczaj podchodzę sceptycznie, tym razem coś jest na rzeczy. Powieść ta jest debiutem Bernarda Miniora i myślę, że takiej książki nie powstydziłby sam King.

Akcja "Bielszego odcienia śmierci" rozgrywa się w przysypanej śniegiem dolinie Pirenejów. Martinowi Servazowi, zostaje przydzielone niezwykłe śledztwo. Otóż ofiarom nie jest człowiek, lecz... koń, któremu ktoś najpierw odciął głowę, a następnie zwłoki powiesił na stacji kolejki liniowej. Co ciekawe, właścicielem konia jest człowiek, który ma znaczący udział w światowym biznesie i bardzo zależy mu na wyjaśnieniu śmierci pupila. To jednak nie koniec: wkrótce pojawiają się kolejne trupy i widać, że morderca nie działa przypadkowo, wszystkie zbrodnie mają bowiem wspólny mianownik, który Servaz i jego grupa próbują odkryć. 

Całą, i tak już zagmatwaną, sprawę dodatkowo komplikuje fakt, iż w pobliżu miasteczka Saint-Martin, gdzie toczy się śledztwo, znajduje się Instytut Wargniera, czyli połączenia więzienia i zakładu psychiatrycznego, gdzie przebywają zwyrodnialcy, dla których nie ma już szans na resocjalizację. Jakim cudem DNA jednego z nich trafia na miejsce zbrodni, skoro nie ma możliwości, aby ktoś wyszedł lub wszedł do Instytutu niezauważony? I dlaczego jeden z pacjentów sugeruje Servazowi, aby uważnie przyjrzał się fali samobójstw nastolatków, jakie miały miejsce w dolinie 15 lat wcześniej?

Pierwszą mocną stroną "Bielszego odcienia śmierci" jest klimat. Wyobraźcie sobie ciągle padający śnieg, który zasypuje ulice i drogi dojazdowe, co potęguje uczucie klaustrofobii i odcięcia od świata. Na śnieg patrzy Diane, młoda psycholożka, właśnie rozpoczynająca pracę z Instytucie. W śniegu gubią się ślady mordercy, śnieg jest niemym świadkiem wszystkich opisywanych wydarzeń.

Na pochwałę zasługuje również sam sposób prowadzenia śledztwa. Servaz zna się na swojej pracy i czasem zdarza mu się kierować intuicją, jednak przez 99% czasu wykonuje wręcz mrówczą pracę, którą czytelnik ma szansę drobiazgowo prześledzić. Jego działania są logiczne, rozumiałam kolejne kroki detektywa, w powieści nie ma cudownych zbiegów okoliczności czy nagłych objawień, które nagle zmieniają przebieg śledztwa - a dodam, że bardzo tego typu zabiegów nie lubię.

Świetna jest także fabuła i sama intryga: od mniej więcej dwusetnej strony byłam pewna, że wiem, kto zabijał... jednak moja hipoteza sprawdziła się tylko częściowo. I w sumie, nie obrażając nikogo możliwości dedukcyjnych, nie wiem, czy komukolwiek uda się wskazać palcem mordercę szybciej niż policjantowi.

A jeśli już wymieniam plusy, to koniecznie muszę wspomnieć o rozmachu, z jakim autor napisał "Bielszy odcień śmierci". 510 stron zadrukowanych drobną czcionką, skrupulatne opisy, świetnie nakreśleni bohaterowie, których mamy szansę poznać nie tylko w pracy, lecz również prywatnie.

Autor, za przeproszeniem, odwalił kawał dobrej, literackiej roboty i... czapki z głów, proszę Państwa!

B. Minier, Bielszy odcień śmierci, Rebis, 2012, s. 511.