czwartek, 15 marca 2012

Filmowa środa w czwartek! (XVI)

Nie wiem, jak to możliwe, ale tydzień temu znów (!!!) zapomniałam o filmowej środzie...mało tego! Wczoraj zapomniałam również! Dlatego też dziś raz, dwa postaram się nadrobić zaległości :)

Filmem, na który odgrażałam się, że pójdę (i poszłam!) jest "Mój tydzień z Marylin". Świetny! I teraz już wcale nie dziwi mnie nominacja do Oscara dla Michelle Williams, gdyż to ona "robi" obraz. Fabuła jest prościutka: młody chłopak dostaje szansę pracy na planie filmu z wielką gwiazdą. I chociaż przez te kilka dni nic wielkiego tak naprawdę się nie dzieje, to dla niego będą to chwile niezapomniane. Podobnie jak dla mnie. Uważam, że już sama decyzja, by wcielić się w boską MM jest ryzykowna, a tymczasem Williams nie gra Monroe, Williams w tym filmie JEST Monroe i wcale nie chodzi tu o fizyczne podobieństwo! Rewelacja, naprawdę!

Pozostając przy filmach Oscarowych, nie do końca jestem w stanie zrozumieć zachwyt nad "Spadkobiercami", być może dlatego, że nigdy nie podobał mi się George Clooney :)  Kiedy czytałam, o czym są "Spadkobiercy", film wydawał mi się ciekawy. Oto mężczyzna w sile wieku nagle zostaje sam z dwiema córkami, jego żona bowiem zapada w śpiączkę. Mało tego. Dowiaduje się, że najbliższa mu kobieta nie tylko go zdradzała, lecz także planowała odejść. Realizacja jednak dość mocno mnie rozczarowała. Nie wiem dlaczego, ale film wydał mi się całkiem pogodny, czułam się, jakbym oglądała lekką komedię, a nie dramat, którym, w moim odczuciu, "Spadkobiercy" zupełnie nie są. Ot, przyjemny film na niedziele popołudnie, który ogląda się pogryzając popcorn. Skąd te wszystkie nominacje, skąd te zachwyty - nie wiem. 

Podobała mi się natomiast "Jane Eyre" - ale tutaj nie mogło być inaczej. Po pierwsze: uwielbiam powieść, po drugie: uwielbiam filmy kostiumowe, po trzecie: Michale Fassbender, którego fanką jestem od czasu obejrzenia "Niebezpiecznej metody". Pana Rochestera natomiast kocham od dawna :)
-Dla mnie kwintesencją tego filmu jest jedno zdanie, które wypowiada Jane, kiedy przyjmuje rolę guwernantki: "Nigdy nie byłam w mieście i nigdy nie rozmawiałam z mężczyzną". Niewyobrażalne, prawda?


Film zachwyca pięknymi dialogami i pejzażami, dialogi są wyważone i pełne podtekstów, miłość rozkwita powoli... Romantyczka we mnie poczuła się tym filmem w pełni ukontentowana :)


17 komentarzy:

  1. A mnie film o Marilyn nie zachwycił, niestety. Uważam, że Marilyn była jedna i jest niepodrabialna. P.S. jak można nie lubić George'a?:)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No nie jestem fanką, też mnie to dziwi :P

      Usuń
  2. MM - może nie we wszystkich scenach Michelle Williams nią była, ale naprawdę świetnie zagrała, choć za drugim razem ten film już mnie tak nie zachwycał jak za pierwszym.

    Spadkobierców jeszcze nie oglądałam. Ale po przeczytaniu książki i porównaniu jej z trailerem myślę, że ten film będzie zbyt rozwlekły i spokojny.

    Jane Eyre - nie dałam rady tego oglądać, nudziło mnie. Może kiedyś spróbuję jeszcze raz :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. MM - czemu ona, kurcze blade, nie dostała tego Oskara? Dla mnie rewelacja!

      Spadkobiercy - osoba, z która oglądałam stwierdziła, że film jest nudny jak flaki z olejem - to bardziej dosadne określenie na "nudny i spokojny" :P

      Jane Eyre - dla mnie mógłby trwać i cztery godziny, chociaż generalnie nie lubię długich filmów :)

      Usuń
    2. MM - też się zastanawiałam, dopóki nie obejrzałam "Żelaznej damy", Meryl w tym roku zdecydowanie zasłużyła... szkoda, że te filmy nie powstały w odrębnych edycjach Oscarów...

      Usuń
    3. A ja właśnie "Żelaznej damy" nie widziałam, pod bełchatowskie strzechy jeszcze nie trafiła :(

      Usuń
  3. Mimo, że za Clooney'em również jakoś specjalnie nie przepadam, ale film mi się podobał. Tak jak napisałaś - na niedzielne popołudnie idealny.

    Co do "Jane Eyre", moją jedyna ulubioną ekranizacja jest mini-serial z 2006r. Jest idealny. Co do tej wersji, ktora rownież obejrzałam dla Fassbendera, to przyzwoity film :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja tego mini-serialu nie znam. Jak to możliwe :)?

      Usuń
  4. Dziękuję, że napisałaś o Jane Eyre!! Po przeczytaniu Twojej opinii stwierdziłam że czemu nie, poszukam. Pozaglądałam na kilka stron, poczytałam o czym to jest i... lecę kupować i książkę i film :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :) Mam nadzieję, że Ci się spodoba :)

      Usuń
  5. "Spadkobierców" odebrałyśmy identycznie ;-). Ten film po prostu nie ma ciężaru gatunkowego... ot co.
    A ja byłam dziś na "Histerii" :-). Nic specjalnego, ale na poprawę humoru obejrzeć można.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I ten brak ciężaru gatunkowego dość mocno mi jednak przeszkadzał, nastawiłam się na popis gry aktorskiej, solidny dramat... a tu masz. Hawaje, piasek i miłość ojcowska :) O "Histerii" słyszałam, też chętnie zobaczę :)

      Usuń
  6. Mój tydzień z Marylin faktycznie jest świetny, chociaż momentami musiałam się skupić. Na Spadkobiercach zasnęłam, to chyba najlepsza ocena filmu. Jane Eyre nie miałam okazji obejrzeć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Muszę kiedyś zrobić taki wpis: filmy, na których zasnęłam :) Jest ich całkiem sporo :P

      Usuń
  7. Każdy z tych filmów mam w swoich planach. O Monroe najpierw przeczytam książkę o tym samym tytule.

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja uwielbiam "Jane Eyre", choć powieści jeszcze nie czytałam (wiem, wiem: WSTYD!), obraz strasznie mi się podobał :) Reszty nie widziałam, niestety, ale zamierzam :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Widziałam zarówno "Spadkobierców", jak i "Mój tydzień z Marilyn". Oba te filmy odebrałam bardzo pozytywnie.

    Po "Spadkobiercach" spodziewałam się kompletnie czegoś innego. Film ten był dla mnie dużym zaskoczeniem i ogromnie mi się podobał, może dlatego, że nie czytałam wcześniej książki.

    "Mój tydzień z Marilyn" natomiast przyniósł mi mnóstwo wątpliwości, co do całej w tym obrazie opowiedzianej historii, jak i kreacji samej Marilyn. Nie mam pewności, że ta Marilyn jest tą "prawdziwą". Zwłaszcza, że w pewnych scenach filmu wychodzi z niej ignorancja, niepewność, czy po prostu niedouczenie. Nie wydaje mi się, żeby MM potrafiła być taką typową "słodką idiotką", jak została przedstawiona choćby podczas wizyty w bibliotece Windsoru. Nie jestem też pewna, czy obdarzyłaby aż takim zaufaniem młodego asystenta reżysera - przecież z natury była bardzo nieufna - i czy mogłaby go w ten sposób mamić - wszak była dopiero co poślubioną żoną Arthura Millera. Jakoś to wszystko mi się nie składa. Ale może nie mam racji :)

    OdpowiedzUsuń