wtorek, 14 lutego 2012

Tylko miłość, wariatka ta sama! (Recenzja "Mowy ciała w miłości" i duuużo prywaty)


No pewnie, że lubię Walentynki! Podobnie jak lubię Boże Narodzenie, Wielkanoc, Dzień Chłopaka, Tłusty Czwartek, Dzień Kota i Dzień Pluszowego Misia. Dzięki tym sympatycznym datom nie jest nudno w kalendarzu, można je jakoś wyróżnić z szeregu takich samych poniedziałków, czwartków i niedziel. 


Oczywiście, że mojego Piotrusia kocham cały rok (czasem tylko trochę mniej go lubię :) ), nie tylko w Walentynki. Oczywiście, że staramy się okazywać sobie miłość codziennie, przez cały rok. Dlatego też nie mam nic przeciwko, aby właśnie 14 lutego kolejny raz popatrzeć sobie czule w oczy i zapewnić o dozgonnej miłości. Przecież to jest miłe! 

Walentynki obchodzę nie tylko z tym jedynym, lecz drobne prezenciki otrzymali dziś ode mnie rodzice, otrzyma przyjaciółka - bo przecież ich też kocham, więc czemu nie?

Zgadza się: marketingowcy zrobili z Walentynek szopkę, co bardziej wrażliwych może zemdlić od serduszek, karteczek i misiów... ale przecież można być ponad to i świętować sobie ten dzień po swojemu, bez lukru. W każdym razie: ja tam Walentynki lubię! :)

Specjalnie na ten dzień trzymałam sobie książkę "Mowa ciała w miłości", którą to z lekkim rozbawieniem przeczytałam wczoraj. Rozśmieszyło mnie już zdanie na samym początku:

Człowiek jest jedynym gatunkiem, który ma problemu z rytuałem godowym. 

Prawda! Pamiętam, jak prawie pięć lat temu próbowałam zrobić dobre wrażenie na Piotrze... i na pierwszej randce nie tylko plotłam jak nakręcona trzy po trzy, ale z rozmachu zamoczyłam rękaw białego swetra w wiśniowej herbacie. Kilka dni później, kiedy zwabiłam Piotra do siebie pod pretekstem "komputer mi się zepsuł", tak się nachylałam, żeby niby przypadkiem dotknąć jego ramienia, że, hahaha!, spadłam z wersalki. No cóż: a wystarczyło w tym czasie eksponować nadgarstki, poprawiać włosy i bawić się pierścionkiem :)

Książka państwa Pease przeznaczona jest głównie dla singli, którzy szukają swojej drugiej połówki. Autorzy pokazują, jakie subtelne sygnały działają na płeć przeciwną, jak odczytać, że potencjalny kandydat na ukochanego jest nami w ogóle zainteresowany i co oznacza, gdy mężczyzna chowa ręce do tylnej kieszeni. 

Poza tym pozycja ta napisana jest w lekki, zabawny sposób i chyba jednak bardziej polecam ją panom - panie bowiem są o wiele bardziej wyczulone na to, co przekazywane jest za pomocą mimiki i gestów. Z panami zaś bywa... różnie. I często trzeba się mocno napracować, zanim załapią, co oznacza nasz tajemniczy uśmiech posłany w ich stronę)

W każdym razie... życzę Wam wiele miłości: nie tylko w Walentynki!

A.i B. Pease, Mowa ciała w miłości, Rebis 2012, s. 153.

***

A sama nie mogłam się powstrzymać, żeby nie dodać trzech moich ulubionych "zakochanych zdjęć". Zrobione zostały prawie dwa lata temu, ale naiwnie mam nadzieję, że bardzo się nie zmieniliśmy :) Na pierwszym wyraźnie widać, że Pan nie jest Panią zainteresowany :)