środa, 1 lutego 2012

Filmowa środa (XII)

Jako iż dziś środa... tak, będzie o filmach!
W tym tygodniu chcę napisać o obrazach, które może nie są przesadnie ambitne, ale, po pierwsze, dwa z nich oglądałam z oczami szeroko otwartymi ze zdumienia, trzeci zaś sprawił, że nie mogłam przestać się uśmiechać.
"Dom snów" to film, który wyraźnie przełamuje się na pół. Pierwsza połowa jest dość zwyczajna: opowiada o życiu rodziny, która wprowadza się do nowego domu, próbuje się w nim zaaklimatyzować, czego bynajmniej nie ułatwia fakt, że popełniono w nim straszliwą zbrodnię: otóż ojciec zastrzelił swoją żonę i dwie córki. Następuje jednak taki moment, że wszystko przestaje być oczywiste, bohaterowie nagle wchodzą w zupełnie nowe role, to, co uznaliśmy za pewnik, pewnym być przystaje - i więcej zdradzić nie mogę, by nie psuć niespodzianki, jaką przygotowali twórcy "Domu snów".
Od razu zaznaczam: nie jest to kolejny film o nawiedzonej posiadłości, w której straszy, a w piwnicy mieszkają potwory. Ten raczej opowiada o ciemnych zakątkach duszy ludzkiej, o tym, jak radzimy sobie z bólem i stratą Ogromny plus dla Daniela Craiga, którego wcześniej kojarzyłam tylko z roli Bonda, a tutaj prezentuje całą skalę emocji i daje świetny popis gry aktorskiej. Na koniec zaś, no cóż, przyznam się, zwyczajnie się rozpłakałam.

Nie ukrywam, że wzruszył mnie także film "Kod nieśmiertelności", chociaż generalnie filmów, które opisane są jako "thriller/sci-fi" prawie nie oglądam. Do tego namówili mnie znajomi (zresztą nie musieli długo namawiać) i nie żałuję. Film opowiada historię kapitana Coltera Stevensa, który budzi się w rozpędzonym pociągu. Sam jest mocno zdezorientowany, gdyż nie wie, co robi w pociągu, nie wie, kim jest towarzysząca mu kobieta, ba!, on nie wie, kim jest! Po ośmiu minutach zaś pociąg eksploduje, a Colter budzi się ponownie, tym razem w jakimś dziwnym pomieszczeniu. Okazuje się, że bierze udział, wbrew swojej woli, w rządowym programie "Kod nieśmiertelności", a jego zadaniem jest ocalenie Chicago przed groźnym terrorystą. 
W filmie sekwencja z przebudzeniem w pociągu powtarzana jest kilkanaście razy, Colter zaś z jednej strony działa coraz bardziej świadomie, z drugiej... no właśnie. Przecież wciela się on w jedną z ofiar, która zginęła w eksplodującym pociągu! Co jest więc w ty filmie realne, a co nie? Co to jest rzeczywistość? I czy bohater ma szanse wyjść z tej katastrofy "żywy"? Polecam! Film niesamowicie trzyma w napięciu, wymaga, aby cały czas skupiać się na tym, co widzimy na ekranie, zmusza do główkowania, o co tak naprawdę chodzi. 

I na koniec, a jakże, Wielki Allen, którego uparcie oglądam. "Co nas kręci, co nas podnieca" to sympatyczna komedia, w dobrze znanym, "allenowskim" stylu. Głównym bohaterem jest starszawy, zdziwaczały i pesymistycznie nastawiony do wszystkiego i wszystkich Boris. Co się dzieje, gdy poznaje on młodziutką dziewczynę o wdzięcznym imieniu Melody? Trudno powiedzieć, czy się w niej zakochał, ale biorą ślub. Co się dzieje, gdy nowożeńców niespodziewanie odwiedza matka dziewczyny? Zakochują się w niej dwaj kumple Borisa. Co się dzieje, gdy matce Melody Boris się nie podoba? Znajduje jej narzeczonego, który kocha ją na pewno. Co robi Melody? Rozstaje się z Borisem. Co robi Boris? Kiedy film udzielił odpowiedzi na to pytanie, ja popłakałam się ze śmiechu :)
Polecam, chociaż zaznaczam, że w moim odczuciu nie jest to Allen w szczytowej formie.