czwartek, 26 stycznia 2012

Zapłać pani i chodź na śniadanie (Kup kochance męża kwiaty - Katarzyna Miller)

Katarzynę Miller uwielbiam. To od jej tekstów rozpoczynam comiesięczną lekturę "Zwierciadła", lubię słuchać jej wypowiedzi w telewizji i teraz już wiem, że lubię czytać jej książki.

Katarzyna Miller twierdzi, że wszystkie kiedyś zostałyśmy zdradzone. Za zdradę bowiem uważa nie tylko sytuację, kiedy nasz facet oddał się czynom lubieżnym z inną kobietą. Zdradzają nas nasi rodzice, przyjaciółki, dzieci. W swojej książce próbuje dowieść, że nie jest to najgorsza rzecz, jaka może nas w życiu spotkać. Owszem, nie jest to miłe, ale warto spojrzeć na zdradę jako wydarzenie graniczne, które wiele mówi nam nie tylko o naszym związku i tej świni, którą uważaliśmy za partnera, lecz, przede wszystkim, o nas samych. Tak naprawdę ważne jest bowiem nie tyle to, co się stało, lecz to, jak my odbierzemy to zdarzenie. 

Według autorki zdrada niekoniecznie oznacza koniec związku. Ba! Pokazuje, że może być dla niego zbawienna. To trudne, ale sugeruje, że zanim potraktujemy kochankę męża tasakiem, warto przyjrzeć się bliżej... samej sobie.

Jak się zachowam, gdy najbliższa osoba okaże się wobec mnie nielojalna? Odpłacę się tym samym, czy też pogrążę się w żałobie za utraconą miłością? Wyrzucę męża za drzwi, czy zdecyduję się naprawić związek? Skończy się cały mój świat, czy skupię się na innych, równie ważnych płaszczyznach mojego życia? Czytając, doszłam do wniosku, że tak naprawdę powinnyśmy dziękować Bogu, lecz przede wszystkim sobie samym, że mamy możliwość wyboru. Że kobiety wywalczyły sobie taką suwerenność, że mogą same zadecydować, co ze zdradą męża zrobić. Coraz rzadziej jest on bowiem jedynym żywicielem rodziny, a kobiety świetnie radzą sobie same.

Autorka analizuje różne postawy wobec zdrady, podaje przykłady z warsztatów, które prowadziła i pokazuje, że nic nie jest takie, jakie początkowo może się wydawać. Mam wrażenie jednak, że głównym tematem tej książce nie jest sama zdrada, lecz to, jak radzimy sobie z trudnymi emocjami. I to, że powinnyśmy nieustannie się rozwijać, doświadczać nowych rzeczy, otwierać na nowe doświadczenia - tak, by nasza szklanka zawsze była do połowy pełna.

I teraz napiszę coś, w co sama nie do końca wierzę. Otóż chciałabym, abym kiedyś, tfu, tfu, tfu, gdy zostanę zdradzona, potrafiła tytułowe kwiaty wysłać. Po lekturze mam bowiem nieodparte przekonanie, że takie zachowanie dobrze świadczyłoby o mojej dojrzałości i stanie umysłu/ducha. Może nie byłaby to od razu cała wiącha róż... ale chociaż jakiś mały bukiecik... Tak, nie wierzę w to, co piszę. Kolejny dowód na to, co książki potrafią zrobić z człowiekiem :)

K. Miller, Kup kochance męża kwiaty, Zwierciadło, 2011, s. 237.