wtorek, 22 listopada 2011

"Chciałbym być krową, żeby jeść trawę" - (Ręka Flauberta - Renata Lis)

Dlaczego tak rzadko czytam biografie? Otóż dlatego, że w większości mnie one, no cóż, nudzą. Co z tego, że człowiek był ciekawy, że miał niesamowitą biografię, że wiele dokonał i jego życie mogłoby stać się kanwą jakiegoś filmu, skoro biografia wciśnięta w zdania typu "Urodził się w roku tym i tym jako syn tego i tej, nauki pobierał...", a wszystko to opatrzone cytatami, przypisami i potężną bibliografią, jest po prostu nudna?

Biografie byłam zmuszona czytać na studiach, nad kilkoma prawie umarłam, a dobre wspomnienia mam właściwie tylko z dwiema książkami. Obie są autorstwa Jarosława Marka Rymkiewicza. Już tytuły są fajne: "Juliusz Słowacki pyta o godzinę" oraz "Aleksander Fredro jest w złym humorze". Kto nie czytał - polecam! Nawet jeśli niespecjalnie interesuje Was Słowacki i Fredro, to warto zajrzeć do tych książek chociażby po to, żeby sprawdzić, jak można pisać. Dla mnie jest to mistrzostwo świata!

Renata Lis  z J.M. Rymkiewiczem pracowała i, jak dobrze!, po części przejęła od niego sposób pisania. "Ręka Flauberta" zachwyciła mnie, oczarowała i w ogóle zła jestem na siebie, że zanim po książkę sięgnęłam, odleżała ponad miesiąc na półce. Bo na takie perełeczki biograficzne, które czyta się jednym tchem, a przy tym chłonie z nich całą masę informacji, nie trafia się często.

Przede wszystkim "Ręka Flauberta" nie przedstawia faktów z życia autora "Pani Bovary" w porządku chronologicznym - od tego jest kalendarium na końcu. Jest w niej móstwo faktów, ale też spekulacji: autorka często nie twierdzi, że coś stało się na pewno, lecz  zakłada, że mogło się stać - chociaż pewności już nigdy mieć nie będziemy. Opisuje nie tylko przełomowe momenty z życia pisarza, lecz także przedstawia z pozoru nieistotne detale, np. to, jak wyglądał gabinet Flauberta, co widział z okna, jakie układy łączyły go z guwernantką siostrzenicy.

Przede wszystkim jednak zakochałam się w samym Flaubercie. Autorka nie wystawiła mu pomnika i nie napisała laurki. Flaubert to mężczyzna, który zakochał się w egipskiej kurtyzanie i jej wspomnienie towarzyszyło mu przez resztę życia. To wuj, który zaopiekował się siostrzenicą po śmierci swojej ukochanej siostry. To przyjaciel, który głęboko cierpi, gdy ubiera do trumny swojego powiernika i bratnią duszę - Alfreda Le Poittevina, którego pożarł syfilis. Flaubert jest człowiekiem swojej epoki: spotyka się z Zolą i Turgieniewem, pisze do przyjaciół tysiące listów. Wreszcie: to pisarz z poparzoną prawą ręką, którą to rękę utożsamia właśnie z pisaniem. Może więc właśnie dlatego jego proza jest taka, a nie inna? 

Flaubert jawi mi się jako pisarz totalny, który dla sztuki jest w stanie poświecić wszystko, a jednocześnie wydaje mi się dość zabawnym fakt, że swoje utwory musiał zawsze "wyryczeć", wykrzyczeć je na głos, by sprawdzić, jak brzmią. Pisanie utożsamiał z ciężką pracą, nie wierzył w coś, co nazywa się natchnieniem: każdy jego tekst poprzedzony był dogłębną lekturą literatury fachowej, studiami, stosami notatek. Poza tym prawdopodobnie nigdy nie powiedział, że pani Bovary to on, a w liście do Caro pisał (chwaląc naturę), że "chciałby być krową, żeby jeść trawę" - co mnie jakoś dziwnie urzekło :)

Zakochałam się we Flaubercie i zakochałam się w książce Renaty Lis i mogłabym tak o nim - pisarzu i o niej - książce pisać i pisać.. Szczerze zachęcam do sięgnięcia po "Rękę Flauberta". We mnie przede wszystkim obudziła kompleks, który mam od dawna, kompleks Flauberta (bo przeczytałam "Panią Bovary" dwa razy... i na tym moja znajomość książek Flauberta się kończy) oraz sprawiła, że mam ogromną ochotę czytać biografie. Jak wyjdzie - zobaczymy :)

R. Lis, Ręka Flauberta, Sic!, 2011, s. 328.